Teoria wszystkiego

W niedalekiej przyszłości prywatność nie będzie istniała, w zamian będzie masa firm zajmujących się spełnianiem wszelkich pragnień. W tym świecie żyje Qohen Leth – genialny informatyk pracujący w dziale metafizyki. Od swoje szefa, zwanego Zarządem dostaje najtrudniejsze zadanie: udowodnienie Teorii Wszystkiego, czyli 0= 100%.

zero_theorem1

Terry Gilliam to filmowiec, który ma tak nieskrepowaną wyobraźnię, że może sobie pozwolić na wszystko. Nadal mamy mroczny, lekko obłąkany klimat, futurystyczny świat wyglądający tandetnie i człowieka pełnego demonów, zwątpień balansującego na granicy szaleństwa. Tylko, że tak naprawdę niewiele z tego wynika. Gilliam nadal atakuje konsumpcjonizm i pokazuje ludzi jako narzędzia w rękach innych, ale tym razem nie znajduje wyjścia z tego chorego świata. Nawet sen, który wydawał się wentylem bezpieczeństwa we wcześniejszych filmach nie jest taki spokojny, bo Wielki Brat czuwa i jest wszędzie. Zderzenie wiary z chaosem (symbolicznie widać to w domu Letha, którym jest… kościół z komputerem) musi przynieść poważne skutki, ale tak naprawdę im dalej w las, tym bardziej reżyser nudzi, staje się wtórny wobec samego siebie. My to wszystko już znamy, a tutaj brakuje jakiejś puenty, która podsumuje całość, bo zakończenie nie daje nam tej satysfakcji. Choć świat Letha (na zewnątrz) wygląda bardzo gilliamowsko (reklamy, murale, dziwaczne stroje i urządzenia), to większość czasu spędzamy w domu Letha – szarym, ponurym i mało przyjemnym.

 

zero_theorem2

Sytuację próbują częściowo ratować aktorzy, choć najlepiej poradził sobie świetny Christoph Waltz, który jest tutaj kompletnie pozbawionym włosów facetem. Qohen Leth (prawie jak Kohelet) to wystraszony, samotny człowiek wierzący, że jeden telefon jest w stanie zmienić jego życie. I czeka na niego, ciągle balansując między pracą, obłędem (ciągłe mówienie o sobie w liczbie mnogiej) i lekiem przed śmiercią. Wygrywa te emocje jednym spojrzeniem lub drobnym gestem. Druga mocna postacią jest stażysta Bob (fenomenalny Lucas Hedges), który próbuje pomóc Lethowi w zadaniu, ale jest strasznie znużonym i zmęczonym nastolatkiem. Na drugim planie jeszcze wyróżniają się niezawodni David Thewlis (Joby, zwierzchnik Letha) i Tilda Swinton (psychiatra).

zero_theorem3

„Teoria wszystkiego” ma dziwaczny klimat oraz pokręconą wizję Gilliama, ale pozbawiona jest ona sensu. Może ktoś z was w trakcie seansu odnalazł sens, ale ja się mocno pogubiłem. Zmarnowany potencjał i tyle.

6/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz