Marit Larsen – When the Morning Comes

When_the_Morning_Comes

Ta młoda dziewczyna z Norwegii zyskała rozgłos w 2008 roku, dzięki chwytliwej piosence “If a Song Could Get Me You”. W tym czasie wydała trzy płyty idące w stronę popu – gatunku w muzyce najtrudniejszego do wykonania. Bo jest to muzyka bardzo popularna i pozornie łatwa do zrealizowania. Ciekawe jak wypadnie album nr 4, czyli „When the Morning Comes”.

W czasach wkurzającej i niemal wszechobecnej elektroniki, dającej efekt dźwiękowej rąbanki siecznej, ten album będzie jak powiew świeżego powietrza. Mamy żywe instrumenty (fortepian, smyczki, gitara elektryczna i perkusja), co już jest połową sukcesu. Drugą połowa jest wtedy, gdy dostaniemy dobre melodie. Jest tutaj dość delikatnie i miło, choć czasem odzywa się gitara („Please Don’t Fall for Me”), jednak nie jest tutaj agresywnie. Pojawiają się jednak ciekawe instrumenty ubarwiające całość (cymbały w „I’d Do It All Again”, organy w „Shine On (Little Diamond)” czy akordeon w „Lean On Me, Lisa”), choć nie zdarza się to zbyt często. Można odnieść wrażenie pewnej monotonii i schematu brzmienia (fortepian niemal non stop się pojawia), ale jest kilka chwytliwych melodii (poza w/w dynamiczne „Travelling Alone” z uroczymi Hammondami w tle czy folkowe „Consider This”).

Sytuację ratuje sam wokal Marit, który jest zarówno delikatny jak i pełen uroku. To wystarczy, by album uznać za całkiem przyzwoity. Plus jeszcze niegłupie teksty. Jak widać skandynawski, komercyjny pop ma się nieźle.

6/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz