Cameron Vale jest zwykłym facetem wyglądającym jak kloszard. Niepozorny, spokojny facet nie pamiętający żadnych wspomnień i mieszkania. Ale posiada pewną moc, której siły nie pozostaje świadomy – jest skanerem. A kim jest skaner? To telepata, potrafiący wejść w umysł każdego człowiek. I nie tylko. Mężczyzna zostaje zgarnięty przez korporację ComSec posiadającą lekarstwo blokujące umiejętności skanerów. Kierowany przez dr Paula Rutha Vale ma za zadanie dorwać i powstrzymać głównego przeciwnika korporacji – Darryla Revoka.

Gdy ktoś wpada na pomysł, żeby zbratać Davida Cronenberga z głównym, komercyjnym nurtem, to efekt może być kompletnie nieobliczalny. Na początku swojej drogi realizował niskobudżetowe horrory, w których przyglądał się deformacjom oraz wszelkim odstępstwom od szeroko rozumianej normy. Tutaj skupia się na telepatach, którzy potrafią być bardzo niebezpieczni (słynna scena skanowania mózgu). Cała intryga wydaje się dość prosta i oparta na kliszach znanych z filmów akcji: infiltracja, zabójstwa telepatów, zdrajca w obozie sojuszniczym, mroczna tajemnica korporacji, wreszcie ostateczna konfrontacja. Reżyser nie dysponuje dużym budżetem (nawet jak na tamte czasy), więc zapomnijcie o efektach specjalnych, epickiej muzyce. Aczkolwiek pieniądze na sporadyczne eksplozje się znalazły. Klimat jest oparty na niepokoju, oszczędnej formie i jest kilka świetnych scen. Wystarczy wspomnieć moment, gdy do przywiązanego Vale’a przychodzą ludzie i słyszy ich myśli czy spotkanie z innym telepatą w jego samotni. Aurę podkręca jeszcze świdrująca uszy muzyka Howarda Shore’a.

Problem jednak mam tutaj z dwóch powodów. Po pierwsze, to wszystko jest bardzo przewidywalne. Wiemy, że musi dojść do konfrontacji i kolejne klocki idą w kierunku oczywistym. Drugim jest tutaj bardzo średnie aktorstwo, z nijakim Stephenem Lackiem na czele. Przemiana Vale’a z nieświadomego swojej mocy człowieka w tajnego agenta jest tutaj zbyt skrótowo pokazana (jedna, dwie sceny i już), a konfrontacja bardziej przypominało zabawę pt. Kto pokaże głupszą minę?. Wyjątkiem od tej reguły jest tutaj magnetyzujący Michael Ironside jako psychopatyczny Revok.

Z dzisiejszej perspektywy „Skanerzy” wyglądają jak rasowy kino klasy B – bidne, brutalne (chociaż nie tak mocno jak trylogia weneryczna), bezceremonialnie rozprawiające się z oczekiwaniami. Jednak nie wytrzymało w całości próby czasu i trzeba wiele cierpliwości, by w pełni docenić dzieło Kanadyjczyka.
6,5/10
Radosław Ostrowski
