Cole jest młodym chłopcem, lat 12. Mieszka z rodzicami, jest ogólnie pojmowanym loserem, który ma bardzo duże kompleksy: boi się praktycznie wszystkiego, jest szykanowany, nieśmiały, chociaż ma szeroką wiedzę. Że nie jest dojrzały może wskazywać fakt, że ma… opiekunkę. Bee jest taką laską, z którą udaje mu się nawiązać silną więź (poza koleżanką ze szkoły, która jest jego sąsiadką). Pewnego wieczora, gdy jego rodzice jadą za miasto, chce z ciekawości zobaczyć, co robi jego opiekunka, gdy śpi. To, co zobaczy przejdzie jego najśmielsze oczekiwania.

McG – Joseph McGinty Niccol – reżyser, który filmy robił albo złe, albo ch***we, więc nie spodziewałem się po jego nowym filmie niczego specjalnego. Muszę jednak przyznać, ze ten horror na wesoło bardzo mnie zaskoczył. Sama historia nie jest jakaś super skomplikowana oraz pełna klisz, tylko że wszystko zostało wzięty w duży nawias. Mamy tutaj grupkę ludzi potrzebujących krwi do zawarcia paktu z diabłem, ścieżkę dźwiękową inspirowaną klasycznymi horrorami i elektroniką oraz sporą dawkę kiczu zmieszaną z humorem. Żartem są pojawiające się napisy w trakcie, nadmiar (celowy) krwi oraz makabrycznych zgonów (akcja z policjantami), czyniąc ten film bardziej podkręconą wersją „Kevina samego w domu” w reżyserii Sama Raimi w latach 80.

Pojawiają się ograne chwyty w postaci pojawienia się znikąd przeciwnika, ukrywanie się przed uzbrojoną opiekunką w przedpokoju, ale to wszystko zostaje ograne czy to za pomocą dowcipnej gatki (starcie z ranną cheerleaderką, którą może da się słowem przekonać) albo wykorzystaniem piosenki (wjazd na chatę w rytm nieśmiertelnego „We Are The Champions”) czy pomysłową inscenizacją (ucieczka pokazana z perspektywy twarzy bohatera czy konfrontacja na fundamentach). I to wszystko działa aż do samego końca, gdy bohater zyskuje szacunek dawnych wrogów, poznaje fajną dziewuchę i – mówiąc najprościej – staje się dorosły.

Poza zaskakującym wyczuciem konwencji, reżyser też pewnie prowadzi aktorów, choć tak naprawdę liczy się tylko dwoje z nich: Judah Lewis oraz bardzo apetyczna Samara Weaving. Pierwszy bardzo dobrze przedstawia typowego zakompleksionego, niepewnego siebie chłopaka. Niby takich było na ekranie wielu, ale i temu kibicowałem do końca. Z kolei Weaving to diaboliczna mieszanka uroku, seksapilu oraz bezwzględnej determinacji. Wodzi za nos swoim niewinnym spojrzeniem, by później wbić noże w łeb. I jak tu przejść obok niej obojętnie? Drugi plan też jest zaskakująco bogaty, a aktorzy wczuli się w tą poważną-niepoważną historię.

Nie spodziewałem się, że kiedyś to powiem, ale McG zrobił naprawdę dobry film. „Opiekunka” to kolejny przykład udanych, ostrych i krwawych jaj z horroru. Przyspieszony kurs dojrzewania oraz zgrywa z gatunku, dodatkowo z klimatem oraz napięciem, dodatkowo zrobione w bezpretensjonalny, lekki sposób. Panie McG, zwracam honor i mam nadzieję, ze następne filmy będą przynajmniej na tym poziomie.
7/10
Radosław Ostrowski
