Nie będę ukrywał, że jestem fanem Christophera Nolana. To jest jeden z nielicznych twórców, którzy są w stanie połączyć ogień z wodą. Innymi słowy robi kino komercyjne z dużymi budżetami, ale też oryginalnymi pomysłami, przez co jego filmy wydają się świeże oraz ciekawe. Tak samo zapowiadał się „Tenet”, którego zwiastuny stawiały więcej pytań niż odpowiedzi. Czyli intrygowały i obiecywały potencjalnie świetny film. Czy tak się stało?

Wszystko zaczyna się w Kijowie, gdzie w budynku Opery Narodowej dochodzi do ataku terrorystycznego. Do akcji wkracza nasz bohater, będący amerykańskim agentem, a cały atak jest tylko zasłoną dymną. Bo prawdziwym celem jest likwidacja informatora. Niestety, ucieczka kończy się wpadką, a z oddziału ocalał tylko nasz bohater – Protagonista. Cała operacja okazuje się tylko sprawdzianem do kolejnego zadania. Chodzi o tajemnicze naboje, które są odwrócone – innymi słowy działają w odwrotnym kierunku. Trop prowadzi do rosyjskiego oligarchy Andrieja Satora, ale by do niego dotrzeć, trzeba dotrzeć do jego żony.

„Tenet” ma fabułę prostą jak ustawa sejmowa. Bo akcja toczy się w przeszłości i przyszłości – równolegle. W jednym świecie zjawiska normalne, w drugim dzieją się odwrotnie. Jakby czas działał w przeciwnych kierunkach. Wtedy pytanie nie brzmi „co”, ani „jak” się dzieją rzeczy, tylko „kiedy”. Jedni złapią w lot przebieg całej akcji, inny uznają całość za jedno wielkie pierdolenie, bez sensu i dziwacznie działającej (lub nie działającej w ogóle) fizyki. I muszę przyznać, że cała narracja była dla mnie dość mocno hermetyczna, a także wiele razy gubiłem się. Zupełnie jakby Nolan zachłysnął się samą koncepcją i zapomniał zwrócić uwagi na detale. Przez co nie do końca rozumiałem o co chodziło z efektem odwrócenia, zaś sceny walk w trakcie tego efektu wywoływały we mnie śmiech.
Muszę jednak przyznać, że jest wiele widowiskowych momentów, zapierających dech w piersi. Taki jest finał w ruinach miasta, akcja na lotnisku w Oslo czy odbicie plutonu na ulicach Tallina. Realizacyjnie naprawdę tutaj ciężko się do czegokolwiek przyczepić – fantastyczne zdjęcia, imponująca scenografia oraz agresywna, czasami puszczona „od tyłu” muzyka dają kopa. Tak samo bardzo wyraziste kreacje, co mnie chyba najbardziej zadziwiło.

Dobrze sobie radzi John David Washington jako protagonista, który – tak jak ja – początkowo czuje się zagubiony w całej intrydze. Jednak kupiłem tą kreację profesjonalisty, wykonującego swoje zadanie najlepiej jak potrafi. Film jednak kradł absolutnie uroczy Robert Pattinson jako pomocnik Neil, tworząc świetny duet z Washingtonem i dodając pewnej zawadiackości. Na drugim planie całość kradnie demoniczny niż kiedykolwiek Kenneth Branagh w roli antagonisty oraz Elizabeth Debicki jako dręczona przez niego żona żyjąca w złotej klatce.
„Tenet” to nie jest film, który wejdzie za pierwszym razem. Być może z kolejnymi seansami ten film zyska w oczach, o ile zaryzykujecie. Możecie poczuć się przytłuczeni, zagubieni i zachwyceni jednocześnie. Arcydzieło? Na pewno nie, ale szukając nietypowego blockbustera warto dać szansę.
6/10
Radosław Ostrowski
