Król wyjęty spod prawa

Szkocja kojarzy się głównie z górzystym terenem, facetami w kiltach oraz bardzo dziwacznym, niezrozumiałym akcentem. I jak każdy kraj, ma swoich narodowych bohaterów. Najbardziej znani i rozsławieni przez popkulturę są William Wallace oraz Rob Roy, a teraz do tego grona wkracza znany w kraju (choć poza nim niekoniecznie) Robert I Bruce – król Szkocji, który zjednoczył naród przeciwko Anglikom. O nim próbuje przypomnieć Netflix pod wodzą reżysera Davida Mackenzie.

Początek to rok 1307, kiedy to szkoccy lordowie składają lenno królowi Anglii, Edwardowi I. Powstanie Wallace’a dogorywa, a sam bohater ukrywa się nie wiadomo gdzie. Jednym z tych lordów jest Robert Bruce, który w zamian za lojalność otrzymuje za żonę córkę earla Ulsteru – Elżbietę de Burgh. Jednak szanse na pokój w kraju coraz bardziej słabną – najpierw umiera ojciec Bruce’a, następnie zostaje schwytany i zamordowany Wallace, doprowadzając do wściekłości ludzi. I to zmusza Bruce’a do bardzo trudnej decyzji, czyli złamania przysięgi oraz wystąpieniu przeciw władcy Anglii. Tylko czy udaje się samozwańczemu królowi zjednoczyć wszystkich rodów? Bo nie wszyscy pójdą na ten układ.

krol_wyjety_spod_prawa1

Reżyser sprawnie opowiada historię Bruce’a od złożenia przysięgi aż do otwartego starcia pod Loudown Hill w 1307. Czyli jak widać, mamy początek walki o niepodległość, a nie cała szeroką biografię władcy. I moim zdaniem, jest to duży plus. Sama historia, mimo wielu postaci oraz dość złożonych układów politycznych, jest bardzo przejrzysta i czytelna. Chociaż muszę przyznać, że przebieg wielu wydarzeń potraktowano dość skrótowo, ale wiadomo – w dwie godziny wszystkiego nie da się upchnąć. Mamy dość skromnie pokazaną relację Bruce’a z nową żoną, żądnych dominacji nad krajem Anglikami, wewnętrznie podzieloną Szkocję czy żądnego zemsty oraz chcącego odzyskać swoje włości Jamesa Douglasa.

krol_wyjety_spod_prawa2

Ale realizacja budzi uznanie. Nie brakuje długich ujęć (choćby pierwsze 10 minut), średniowiecznej muzyki, bardzo dobrze wyglądających kostiumów oraz scenografii. Ale nie jest to film „czysty” i sterylny, bo gdy dochodzi do walk, nie brakuje lejącej się posoki, błota oraz wypływających flaków. Przemoc zmusza Bruce’a do działania podstępem, po partyzancku i te sceny pompują adrenalinę (nocny atak na zamek czy odzyskanie posiadłości przez Douglasa) niczym w rasowym kinie akcji. Dynamika jest ciągle zachowana, krajobrazy wyglądają pięknie (wręcz monumentalnie), a reżyser odpowiednio zaprawia wszystko patosem, gdzie trzeba.

krol_wyjety_spod_prawa3

Aktorsko jest tu więcej niż nieźle, chociaż nie do końca wykorzystano pierwszy plan. Chris Pine w roli Bruce’a daje sobie radę i dodaje parę odcieni szarości do tej postaci, czyniąc tą postać mniej jednoznaczną: przecież zabił rywala o tron, chcąc dogadać się w sprawie wspólnej walki, później działał bardziej jak zbój niż rycerz. Aktor sprawia wrażenie opanowanego i spokojnego, jednak w oczach widać, że się gotuje. Florence Pugh ma podcięte skrzydła i nie ma zbyt wiele do zagrania jako nowa żona Roberta, ograniczona do roli wspierającej i lojalnej wobec niego kobiety. I tylko tyle. Ciekawszy jest drugi plan zdominowany przez niezawodnego Stephena Dillane’a (król Edward I) oraz wręcz obłędnego Aarona Taylora-Johnsona (James Douglas) z dzikością w oczach, której nie da się opisać. To trzeba zobaczyć samemu.

Czyżby zła passa Netflixa, hurtowo realizującego średnie filmy została w końcu przełamana? „Król” może nie jest tak imponujący jak „Braveheart”, ale chyba też nie o to tu chodziło. Zamiast hollywoodzkiego przepychu oraz totalnej rozróby, mamy troszkę kameralne kino historyczne, które bardziej trzyma się ziemi i realizmu. Powolne tempo oraz niektóre nierozwinięte wątki mogą wielu odstraszyć, niemniej wciąga.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

The Wall

Irak, rok 2007, czyli czas powolnego końca wojny. Przynajmniej dla Amerykanów, zaczynających się wycofywać. I nagle dwóch żołnierzy (sierżant Allen oraz sierżant Matthews) ma zbadać okolicę, gdzie doszło do ataku snajperskiego. Jednak cała zabawa zaczyna się, gdy Matthews mocno obrywa, zaś Isaac próbując mu pomóc zostaje zraniony, traci wodę i chroni się przed ostrzałem do bardzo cienkiego muru. Zaś przeciwnik zaczyna z nim prowadzić rozmowę.

the_wall1

Po opisie można stwierdzić, że nie będzie to klasycznie rozumiany film wojenny. Mamy bardzo ograniczoną przestrzeń, dwie postacie oraz jeden głos, którego posiadacza nigdy nie zobaczymy. Podobnie jak „Mina”, to bardzo kameralny dramat psychologiczny, gdzie dwaj antagoniści prowadzą ze sobą grę w kotka i myszkę. Co gorsze, nie wiadomo skąd może paść strzał decydujący o życiu lub śmierci. Tym bardziej zaskakuje fakt, że „The Wall” wyreżyserował Doug Liman – reżyser takich filmów jak „Tożsamość Bourne’a” czy „Na skraju jutra”. Bardzo surowy film, gdzie napięcie ma budować tylko i wyłącznie rozmowa dwóch postaci, co zmusza do o wiele większego wysiłku niż klasycznego thrillera. Powoli zaczynamy odkrywać pewne zdarzenia z życia Allena, z kolei próby wyrwania się z klinczu oraz dopadnięcia snajpera potrafią zaangażować i trzymają w napięciu (zdobycie radia), chociaż ja już chyba widziałem zbyt wiele tego typu produkcji, by dać się bardziej wciągnąć.

the_wall2

Wrażenie robi za to bardzo surowa realizacja, bez fajerwerków, bez muzyki, z długimi ujęciami. Dialogi potrafią zaskoczyć i przypominają, że wojna nie tylko jest bardziej skomplikowana niż się na pierwszy rzut oka, ale też pozbawiona jakiegokolwiek sensu, co pokazuje dosadne zakończenie. Tylko, że to zakończenie łatwo przewidzieć, co psuje dobre wrażenie, jakie robi Liman przez ¾ filmu.

Za to bardzo dobrze wypada aktorstwo. Kolejny raz zaskakuje Aaron Taylor-Johnson, pokazując osaczonego, zmęczonego żołnierza, który coraz bardziej próbuje się odnaleźć w tej niekomfortowej sytuacji. I ta rola przyciąga uwagę. Podobnie jest z całkiem niezłym Johnem Ceną, którzy tworzy naprawdę sympatyczną kreację. A może to wynika z faktu, że nie mówi zbyt wiele i leży na ziemi ranny. 😉

„The Wall” mnie bardzo zaskoczył i nie okazał się straconym czasem, chociaż wymaga większej cierpliwości, nie jest efekciarski i w żaden sposób widowiskowy. Liman pokazuje troszkę inną twarz, co może być wielką niespodzianką.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Zwierzęta nocy

Już sam początek filmu jest dziwaczny i wprawia w konsternację – kobiety o kształtach niemal żywcem wziętych z obrazów Dudy-Gracza tańczą w rytm bardzo lirycznej muzyki, trzymając w dłoniach iskierki. Dopiero po zakończeniu czołówki okazuje się, że to była wystawa w galerii sztuki. Jej autorką była Susan Morrow. Kobieta sukcesu, piękna, bogata, z przystojnym mężem i szczęśliwa. Prawda? Niestety, nie, bo to jej życie po piękna i złota, ale klatka. I właśnie z tego marazmu wyrywa ją prezent – powieść „Zwierzęta nocy”. Jej autorem jest Edward Sheppard – były mąż Susan, z którym rozstała się 20 lat temu. Książka jest bardzo mroczna i opisuje losy profesora Tony’ego Hastingsa. Mężczyzna razem z rodziną wyjeżdża na weekend i wtedy dochodzi do drobnej sprzeczki miedzy nimi a redneckami z Teksasu. Spotkanie kończy się porwaniem żony i córki Tony’ego, które zostają zamordowane.

zwierzeta_nocy1

I od tej pory reżyser Tom Ford zaczyna przeplatać krwawą i mroczną historię opisaną w powieści z przeszłością samej Susan. I wierzcie mi, nie ma tutaj przypadków. Można odebrać historię z powieści jako zemstę autora za brutalny i ostry rozwód. Mieszanka dwóch różnych styli i konwencji wywołuje strach, poraża, intryguje. Zderzenie słonecznego, surowego krajobrazu Teksasu ze sterylnym, wręcz idealnie wymarzoną willą Susan jest nieprawdopodobne. Wszystko jest to świetnie tasowane bardzo rytmicznym montażem, dzięki czemu nie ma poczucia dezorientacji i chaosu. Kolejne elementy układanki dają wiele do myślenia, a jednocześnie podskórnie czuć niepokój, krew wisi w powietrzu. Reżyser nie szokuje brutalnymi scenami (samego gwałtu i morderstwa nie widzimy), jednak wyobraźnia ma taką siłę, a podane jest to tak sugestywnie, że autentycznie się bałem.

zwierzeta_nocy2

Ford wszystko trzyma pewną ręką, ale tak naprawdę „Zwierzęta nocy” to autentycznie mroczny thriller zmieszany z melodramatem i krwawym kinem zemsty. Wystarczy wspomnieć nocną scenę stłuczki i pierwszego spotkania rodziny z redneckami pod wodzą Raya. Nocna jazda niemal do złudzenia przypominająca „Zagubioną autostradę” Lyncha z „Nędznymi psami” Peckinpaha. Nawet to, ze żona Tony’ego wygląda podobnie do Susan, nie jest przypadkiem. Śledztwo toczy się dość spokojnie, szybko pojawiają się podejrzani, a analogie do życia prywatnego Susan coraz bardziej zaczynają uderzać. Przeplatanka miłości i zemsty szarpie za nerwy, prowokuje do refleksji na temat życia w klatce, odpowiedzialności. Jedyne, co mi mocno przeszkadzało to zakończenie – jakby urwane, niedokończone.

zwierzeta_nocy3

Wizualna perła, ze świetną muzyką, ale Ford jeszcze trzyma w ręku wybitne (nie waham się tego słowa użyć) aktorstwo. Kompletnie zaskakuje tutaj Jake Gyllenhaal w podwójnej roli, czyli Edwarda i Tony’ego. Pierwszy wydaje się nie do końca poukładanym, pozbawionym ambicji pisarzem, nie mogącym stworzyć swojego dzieła. Wyciszony, bardzo stonowany. Drugie oblicze, czyli Tony to słabeusz, postawiony przed sytuacją ekstremalną. Pozostaje mu tylko zemsta, której nie jest w stanie podźwignąć (skojarzenie z „Nedznymi psami” jest mocne). Za to znakomicie wybija się Michael Shannon jako prowadzący śledztwo szeryf Dares. Niby taki prowincjusz, ale to spojrzenie i opanowanie robią niesamowite wrażenie. Od razu widać, że to facet nie patyczkujący się i jakby wzięty wprost z niezrealizowanego filmu Tarantino. Podobnie niepokoi Aaron Taylor-Johnson jako nieobliczalny redneck Ray.

 

zwierzeta_nocy4

Tak naprawdę jednak film kradnie Ona – zjawiskowa Amy Adams. Właściwie film mógłby się nazywać „Samotna kobieta” i nie jest to podobieństwo wzięte z nieba. Susan sprawia wrażenie spokojnej, opanowanej kobiety sukcesu. Jednak kamera mocno skupia się na jej twarzy, oczach, obserwując jej rozedrganie, strach, nerwy. Bezsenność mocno się odbija na jej życiu, a kilka scen w jej wykonaniu jest rewelacyjnych (rozmowa z pracownicą i obejrzenie jej telefonu – perła czy rozmowa z matką). Po tym filmie pokochałem tą aktorkę i czekam na kolejne jej role.

Tom Ford po siedmiu latach powraca ze spektakularnym filmem, gdzie wszystko się tak zgrabnie miesza. Nikt nie spodziewał się tak mrocznego, gęstego klimatu oraz gwałtownych emocji między bohaterami. Nie jest to czysto hollywodzka rozpierducha, ale bardzo inteligentne, działające na zmysły audio-wizualne. Ciekawe, czy na następny film Forda trzeba czekać 7 lat.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Avengers: Czas Ultrona

Jak pamiętamy z poprzedniej części, Avengers to grupa superherosów, którzy pilnują porządku na Ziemi i walczą o pokój. Kapitan Ameryka, Iron Man, Hulk, Thor, Czarna Wdowa i Sokole Oko nie mają jednak chwili odpoczynku, gdyż walczą z odwiecznym wrogiem TARCZY – Hydrą, odbijając laskę Lokiego. Stark bada urządzenie i wykorzystuje do stworzenia Ultrona – sztucznej inteligencji, która pomagałby im. Że nie będzie to dobry pomysł, Avengersi przekonują się dość szybko.

avengers21

Na ten film fani Marvela czekali ogromnie, bo zebranie w jednym filmie wszystkich superherosów zawsze jest świetne. Poza tym, kto nie lubi rozpierduchy? Joss Whedon, który pokazał pierwszą część „Avengersów” dba o to, żebyśmy się nie nudzili. Wszystkiego jest więcej – więcej rozpierduchy, ironicznych i zabawnych dialogów, większe scalenie ze światem Marvela (masa bohaterów pobocznych z poprzednich filmów). Jednak Whedon poza tym próbuje zaserwować ważkie i poważne pytania dotyczące odpowiedzialności oraz tego, jak w imię dobra dokonuje się zła. Głos ten należy do nowych łotrów do pokonania, a mianowicie Ultrona – sztucznej inteligencji, która rozwinęła się do tego stopnia, że uznaje Avengersów za zło i jedyną nadzieją dla ludzkości jest jej… śmierć. W realizacji (nieświadomie) pomagają bliźniacy Maximoff, a wplecenie tych bohaterów oraz taka refleksja w – bądź co bądź – rozrywkowym filmie zaskakuje. Jednak mimo widowiskowości (starcia nadal mają pomysłową choreografię, a między bohaterami jest silna chemia), miałem wrażenie przesytu oraz znużenia całością. Wszystko już w zasadzie było, chociaż poziom realizacji nadal jest wysoki, a finał w Sokowii potrafi trzymać za gardło (ratowanie cywili jest kluczowym fragmentem).

avengers23

Nadal jest to świetna rozrywka także pod względem aktorskim – ekipa w składzie Downey Jr./Hemsworth/Evans/Ruffalo robią szoł, kradnąc sceny reszcie. Plusem jest to, ze więcej czasu dostali, troszkę pominięci w poprzedniej części Scarlett Johansson (Czarna Wdowa) i Jeremy Renner (Sokole Oko). O ile łucznik jest spoko facetem, któremu w krytycznym momencie udaje się scalić ekipę posiadających megamoce kompanów, przy których sprawia wrażenie przypadkowego wojaka, o tyle w przypadku Wdowy twórcy zachowali się bardzo nie fair. Twardą laskę zmiękczyli (chociaż dzięki temu dowiadujemy się troszkę więcej o przeszłości) i na silę próbują rzucić ją w ramiona Hulka. To kiepski pomysł jest i mam nadzieję, że zostanie porzucony w następnych częściach. Za to nowi antagoniści to duży plus.

avengers22

O Ultronie już mówiłem, a głos Jamesa Spadera idealnie pasuje do dobrze napisanego bohatera. Także bliźniacy Romanoff są wyrazistymi mścicielami, posiadającymi swoje moce wskutek eksperymentów genetycznych – Pietro „Quicksilver” (niezły Aaron Taylor-Johnson, chociaż wolę łobuzerskiego Evana Petersa z najnowszych „X-Menów”) zasuwający z prędkością światła oraz Wanda „Szkarłatna Wiedźma” (świetna Elisabeth Olsen) manipulująca umysłami. Dawno nie było w tym uniwersum tak wyrazistych czarnych charakterów.

avengers24

 

Powiem tak: po obejrzeniu najnowszego „Mad Maxa” każdy blockbuster będzie wyglądał cienko. Druga część „Avengerów” nie jest w stanie mu dorównać, tak jak pierwszej części. Niemniej jest to nadal dobre kino rozrywkowe, które jest w stanie zagwarantować frajdę osobom w wieku od lat 5 do 105.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Kick-Ass

Nie mieliście takiego momentu w życiu, że chcielibyście być superbohaterami? Dave Lizewski marzył o tym od dziecka. Kim jest Dave? Frajerem, który niespecjalnie wyróżnia się z tłumu, mieszka z ojcem (matka zmarła na tętniaka), a jego kumple to geecy i maniacy komiksów. W końcu postanawia sam zostać superbohaterem, jednak pierwsze próby są dość mizerne. Z czasem staje się popularniejszy, dzięki Internetowi.  Nie jest jednam jedynym superherosem, gdyż w mieście jest zabójczy duet Big Daddy/Hit-Girl, który bruździ gangsterowi Frankowi D’Amato.

kickass1

Komiksowy film (czyli na podstawie komiksów) brzmi zazwyczaj pejoratywnie, jednak filmowcy potrafi robić adaptacje komiksów z klasą, fasonem i powagą. Ale raz na jakiś czas pojawia się reżyser, robiący adaptacje komiksu z dystansem oraz luzem. Tym właśnie jest film Matthew Vaughna, który pierwszy raz zmierzył się z komiksem Marka Millara (pamiętacie „Wanted” czy „Kingsman”?), gdzie tym razem postanowiono dokonać pastiszu superbohaterskich opowieści – wszystko jest tu przegięte i przerysowane. Pozornie nasz bohater zyskuje na byciu Kick-Assem – poznaje fajną dziewczynę, jednak wiąże się z tym pewna odpowiedzialność oraz spore ryzyko. Chłopak powoli zaczyna dojrzewać, a odpuszczenie sobie marzeń o byciu komiksowym kolesiem w idiotycznym wdzianku tylko mu w tym pomaga.

kickass2

Sceny akcji to perełki – dynamicznie zmontowane, pełen szalonych pomysłów z użyciem bazooki włącznie. Krwawe, ale nie obrzydliwe, nie pozbawione spowolnień i odrobiny czarnego humoru. Może intryga wydaje się dość prosta, ale całość ogłada się świetnie. Humor miesza się z powagą, a finałowa konfrontacja w siedzibie D’Amico to mieszanka spaghetti westernu, krwawej jatki a’la John Woo z podkładem muzycznym od Quentina Tarantino. Tu się dzieją chore rzeczy.

kickass3

I w tym szaleństwie aktorzy odnajdują się bez problemu. Nie jestem fanem Aarona Taylora-Johnsona, jednak w roli Dave’a sprawdził się przyzwoicie. Tak naprawdę film ukradł tu zabójczy duet córki i ojca. Kapitalna Chloe Grace Moretz w roli Hit-Girl to petarda – pozornie drobniutka i niepozorna dziewczynka, która z bronią w ręku jest bezwzględną i pomysłową maszyną do zabijania. Drugą niespodzianką jest tutaj Nicolas Cage, czyli Big Daddy w kostiumie troszkę przypominającym Batmana. Aktor dawno nie grał z takim luzem i jako samotny mściciel odnajduje się bez problemów oraz bez cierpiętniczej twarzy.

kickass4

Vaughn bawi się konwencją i wykorzystuje nawet komiksową formę (historia Big Daddy’ego), jednak większe wrażenie jako pastisz zrobił na mnie „Kingsman”. Nie zmienia to faktu, że „Kick-Ass” to dobre, rozrywkowe kino z wysokiej półki.

7/10

Radosław Ostrowski

Godzilla

Wielki japoński potwór zwany Godzilla po latach powrócił do amerykańskiej ziemi. Po nieudanej wersji dokonanej przez Rolanda Emmericha, tym razem wielkie monstrum wziął na warsztat Gareth Edwards, który wcześniej nakręcił strasznie usypiającą „Strefę X”.

Całość zaczyna się w roku 1999, gdzie na Filipinach grupa naukowców organizacji Manners znajduje coś – jajo wielkiego stwora. W tym samym czasie w Japonii dochodzi do awarii reaktora, która doprowadza do śmierci żony pracownika elektrowni – Joe Brody’ego. Piętnaście lat później cała historia zaczyna się powtarzać, gdy w tym samym miejscu budzi się bestia. Pojawienie się monstrum zwanego MUTO budzi do życia Godzillę – w walkę między stworami o ludzkość włącza się (a przynajmniej próbuje) armia, a także syn Brody’ego, porucznik Ford.

godzilla4

Umówmy się, ze fabuła jest tylko pretekstem do pokazania świata po destrukcji dokonywanych przez wielkie monstra – większe niż najwyższe wieżowce. I tak naprawdę chodzi tylko o to, ale reżyser próbując opowiadać o ludziach wplątanych w ta walkę jedzie po wszelkich możliwych kliszach – armia liczy na siłową konfrontacje, ludzie reagują przerażeniem, a cywile robią to, co potrafią najlepiej: spierdalają w siną dal. Ale mimo to „Godzilla” trzyma w napięciu, ma wielki rozmach, wzorując się mocno na Stevenie Spielbergu. Po pierwsze: samej Godzilli nie ma zbyt często na ekranie, ale jak się pojawia – robi piorunujące wrażenie. To jest OLBRZYMIE bydle większe niż wszystko, co do tej pory widziałem. Roboty  i monstra z „Pacific Rim” przy tym, to wykałaczki. Po drugie: akcja jest dynamiczna, przenosimy się z miejsca na miejsce (ale i tak największa rozróba jest w USA – ciekawe dlaczego), a kilka scen mocno zapada w pamięć. Na pewno obudzenie MUTO, wielki korek z powodu rozbitego samolotu czy walka na moście Golden Gate. Wtedy reżyser trzyma za gardło i robi piękną wizualnie robotę. Szkoda jednak, że wątek porucznika Brody’ego (mdły Aaron Taylor-Johnson) jest mało angażujący i mamy gdzieś to, co się stanie.

godzilla3

W ogóle tutaj aktorzy nie maja nic do pokazania. Naukowcy jako jedyni mają zdrowy rozsądek (Sally Hawkins i mocno zamyślony oraz głęboko patrzący Ken Watanabe), o wojsku mówiłem (reprezentowany przez Davida Strathairna, czyli admirała Stenza), ale tylko jeden aktor zapada najmocniej w pamięć – to grający paranoicznego ojca Brody’ego Bryan Cranston. Może i on jest trochę przerysowany, trochę nadekspresyjny, ale to jego ze wszystkich ludzi pamiętam. Jak widać to jest bardziej walka potworów – Godzilli (strażnika ludzkości) z mutantami powstałymi wskutek nadmiernego używania broni nuklearnej.

godzilla1

„Godzilla” przywraca godność temu potworowi i przy okazji zapewnia naprawdę porządną rozrywkę z potężną rozpierduchą. Podejrzewam, że ciąg dalszy nastąpi wkrótce.

godzilla2

 

7/10

Radosław Ostrowski


Anna Karenina

Historia tej miłości skazanej na potępienie była przenoszona na ekran wielokrotnie. Tym razem zadania się podjął Joe Wright, który miał na to swój własny pomysł, bo zrobił z tego spektakl – dosłownie. Niby toczy się to w wielu miejscach, ale tak naprawdę wszystko jest kręcone w teatrze (jedynie sceny w majątku Lewina są w plenerze). Może się to wydawać sztuczne, ale reżyser wie, co robi, bo zrealizowane jest to wybornie. Kamera wręcz podąża za bohaterami, gdy scenografia (świadomie sztuczne tła) zmienia się jak w kalejdoskopie – przenosimy się z miejsca na miejsce, a jednocześnie nie gubimy się w tym wszystkim, a całość ogląda się znakomicie. Mimo pewnej teatralności, Wrightowi udało się przekazać i pokazać emocje wśród bohaterów, co można było zignorować. Imponują też kostiumy oraz piękna muzyka, która buduje klimat tej opowieści. Niezwykła i pomysłowa realizacja, co trzeba przyznać.

karenina1

Jednak esencją i największą siła poza oryginalną dość warstwą formalną są bardzo ciekawe i przekonujące kreacje, choć dość nietypowo obsadzeni. Takim przykładem jest Jude Law w roli chłodnego i opanowanego Karenina, który ukrywa swoja upokorzenie. Drugim zaskoczeniem jest Aaron Taylor-Johnson jako Wroński – trochę lalusiowaty, ale powściągliwy bawidamek. Jednak ich wszystkich przyćmiła Keira Knightley. Nie przepadałem za tą aktorką, ale muszę przyznać, ze mnie zaskoczyła, powaliła i bardzo przekonująco pokazała kobietę, która wyzwala się z ciasnych konwenansów i płaci za to wysoką cenę.

karenina2

Ale poza tym trójkątem nie brakuje równie ciekawych ról drugoplanowych, z których najbardziej zapadł Domhnall Gleeson jako idealista Konstantyn Lewin, którego wątek miłosny jest drugim istotnym dla fabuły oraz wywołujący uśmiech Matthew Macfayden (Obłoński).

karenina3

Wierna treściowo, zaskakująca formalnie, wciągająca i angażująca adaptacja. Kolejny przykład, że nie trzeba szokować czy przesadnie eksperymentować, by osiągnąć wymarzony efekt. Brawo!!

8/10

Radosław Ostrowski