Za duży na bajki

Hasło polskie kino familijne raczej budzi skojarzenia z produkcjami okresu PRL-u (głównie w reżyserii Stanisława Jędryki), choć i po transformacji ustrojowej też podejmowano próby opowieści o młodych ludziach. Problem jednak w tym, że nie potrafiło dotrzeć do swojej widowni i rzadko sprawiało wrażenie zrobionych na odwal. Zdarzały się pewne perełeczki („Klub włóczykijów” czy „Magiczne drzewo”), ale to były rzadkie przypadki. Teraz trafiłem na kolejny, choć tytuł mógł sugerować, że nie jestem adresatem.

„Za duży na bajki” opowiada o Waldku Mocarnym Pierwszym i nie jest on władcą żadnego kraju. Tylko młodym chłopcem, którego wielkim marzeniem jest udział w turnieju e-sportowym. Gra razem z kumplem oraz starszym kolegą, co gra jak zawodowiec. Chłopaka wychowuje nadopiekuńcza matka (Karolina Gruszka), trzymająca go pod kloszem i wspierająca jego wysiłki. Że przy okazji Waldek wyrasta na spasionego, rozleniwionego bachora. Ale kończy się lenistwo, gdy matka jedzie do szpitala na badania. W domu pojawia się ciotka (Dorota Kolak) – bardzo energiczna, ekscentryczna kobieta, co zmusza naszego Mocarnego do robienia wszystkiego. Wycisk mu daje innymi słowy, co doprowadza go do szewskiej pasji. To jednak początek problemów, z którymi zmierzy się Waldek.

Reżyser Kristoffer Rus oparł film na podstawie powieści Agnieszki Dąbrowskiej i jest to historia, która zaskakuje dojrzałością oraz wyczuciem. Jeśli myślicie, że pokazuje nastoletnich graczy w najbardziej stereotypowy sposób, jesteście w błędzie. To tylko otoczka, gdzie chodzi o coś zupełnie innego – o usamodzielnienie i dojrzewaniu. A także o braniu odpowiedzialności, przyjaźni, pierwszej miłości i mierzeniu się z problemami.

To bardziej komediodramat niż przesłodzone kino obyczajowe, gdzie nie ma prostego podziału na dobrych i złych. Tutaj każdy mierzy się ze swoimi problemami, poczuciem winy i wyrzutami. Bez poczucia fałszu, sztuczności, z naturalnie grającą młodą obsadą, co jest u nas największym problemem ostatnimi czasy. Humor jest tutaj wygrywany bezbłędnie, czy to w przypadku relacji Waldek-ciotka, która ulega ciągłej dynamice (od wrogości do szorstkiej sympatii), czy przyjaźni między Waldkiem a Staszkiem. Ta ostatnia ulega komplikacji, kiedy chłopaki poznają dziewczynę, która okazuje się być… graczem komputerowym o ksywie Mrówa (i używa jej awatara zamiast swojej twarzy). To komplikuje sytuację i pozwala na odrobinę zabawnych sytuacji. Nie brakuje też momentów na złapanie oddechu, refleksji (wizyta u dziadka, który dla chłopaka jest wręcz mentorem) i wzruszeń. Takie sceny przypominają, że dzieci/nastolatkowie są mądrzejsi i widzą więcej niż nam się wszystkim wydaje. Że nie należy obchodzić się z nimi jak z jajkiem („Jesteś już dużym chłopakiem. Czyli nie jesteś już ślepy i głuchy” – jak mówi dziadek).

Technicznie też się trudno do czegoś przyczepić. Jest kilka efektywnych mastershotów, w tle gra świetna muzyka Karima Martusewicza, zaś montaż też niczego sobie. Aczkolwiek sceny, gdy nasz nowy team rywalizuje o eliminacje do turnieju w ogóle nie ma, tylko widzimy sytuację post factum. To jest tak jakbyśmy obserwowali przygotowania do wielkiego pojedynku, by kompletnie go nie zobaczyć, tylko co się stało po wszystkim. Nie daje to żadnej satysfakcji.

Pochwalić trzeba za to obsadę. Film kradnie absolutnie kapitalna Dorota Kolak jako bardzo żywiołowa ciotka Mariola, co nie daje sobie w kaszę dmuchać i jest twarda niczym stonka, jednak pod tym wszystkim kryje się osoba wrażliwsza oraz naznaczona prywatną tragedią. Swoją robotę robią niezawodni Karolina Gruszka (matka) oraz Andrzej Grabowski (dziadek). Ale nie można zignorować Macieja Karasia, czyli Waldka Mocarnego Pierwszego, będącego także narratorem historii. Świetnie pokazuje przemianę z leniwego, dostającego pod nos wszystko dzieciaka w dojrzewającego chłopaka, radzącego sobie dobrze oderwany od komputera.

Film Rusa (pierwotnie reżyserować miał Mateusz Rakowicz, który akurat wtedy kręcił „Najmro”) traktuje swojego widza – bez względu na wiek – bardzo dojrzale, bez słodzenia, ale też i wywoływania stanów przygnebiających. „Za duży na bajki” świetnie balansuje między powagą a humorem, tworząc niemal realistyczny świat bez popadania w skrajności, z wyrazistymi postaciami i świetnym aktorstwem. Lubię takie przyjemne niespodzianki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jedna myśl na temat “Za duży na bajki

Dodaj odpowiedź do Kp Anuluj pisanie odpowiedzi