Wielka Warszawska

Tytułowa Wielka Warszawska to najbardziej prestiżowe wyścigi konne w Europie, która odbywa się od 1895 roku na warszawskim torze Służewiec. I to wokół tego wydarzenia toczy się akcja nowego filmu sensacyjnego. Oparty na scenariuszu Jana Purzyckiego, będącą częścią nieoficjalnej trylogii (po „Wielkim Szu” i „Piłkarskim pokerze”) skupionej wokół hazardu, sportu oraz korupcji, był jednym z bardziej oczekiwanych polskich filmów tego roku. Czy warto było czekać?

Akcja toczy się w roku 1991, skupiając się wokół młodego i aspirującego dżokeja Krzyśka Salomona (Tomasz Ziętek). Chłopak z Sopotu pracuje w stajni pod okiem trenera Jana Peltza (Tomasz Sapryk), doglądając koni i marząc o braniu udziału w wyścigach. Tak jak kiedyś jego ojciec (Ireneusz Czop) wygrał prestiżową Wielką Warszawską w 1969 roku. Problem w tym, że zrobił to wbrew oczekiwaniom bukmacherów i za to złamano mu nogę. Jednym z egzekutorów był niejaki Omar (Marcin Bosak), który obecnie ustawia wyniki. Jednak wskutek okoliczność Krzysiek wsiada na konia i zaskoczeniu wszystkich wygrywa. Tutaj zaczyna się prawdziwa gra, gdzie chłopak zostanie zderzony z brutalną rzeczywistością układów oraz przekrętów.

Tym razem za kamerą stanął Bartłomiej Ignaciuk, który zadebiutował zaskakująco udaną komedią romantyczną „Podatek od miłości”, a także współreżyserował „Wielką wodę”. Więc na pierwszy rzut oka był to zaskakujący wybór do realizacji tego typu produkcji. Niemniej muszę przyznać, że byłem dość pozytywnie zaskoczony. Reżyser przekonująco odtwarza realia początków III RP – kraju będącego na skraju sporych możliwości oraz potencjału. Powoli razem z bohaterem zaczynamy odkrywać kolejnych graczy, którzy próbują zarobić na hazardzie – od drobnych bukmacherów (zwanych bukami) przez dżokei, większych graczy pokroju Omara aż po mafię. Każdy próbuje go wykorzystać i kusić, a my trafiamy do nocnych klubów, prywatnych domów, a nawet i trafiamy na Bazar Rózyckiego. Kostiumy i scenografia pomagają wejść w epokę, zaś w tle gra zarówno świetnie dobrane piosenki z lat 80. oraz instrumentalne dzieło duetu Jan Komar/Bartłomiej Tyciński, bardzo przypominająca mi pierwsze soundtracki Daniela Blooma. Świetnie wypadają także same sceny wyścigów, choć jest tu sporo zbliżeń na twarze dżokejów, ale obok pojawia się plansza pokazująca obecną pozycje zawodników. Dzięki temu udaje się uniknąć dezorientacji oraz zagubienia.

W zasadzie mam tutaj dwa duże problemy. Po pierwsze, jest tu aż tłoczno od postaci i wątków, co jest bronią obosieczną. Z jednej strony pokazuje jak bardzo jest to bogaty świat, pełen barwnych, wyrazistych postaci. Problem w tym, że przez ten nadmiar wiele postaci sprawia wrażenie zbędnych. Tak jest w przypadku właściciela koni, Marka Lewandowskiego (Tomasz Kot) czy potencjalnej dziewczyny Krzyśka (debiutująca Mary Pawłowska) czy dżokei granych m. in. przez Piotra Trojana czy Adama Bobika. Druga sprawa to przyspieszenie akcji w drugiej połowie, dające dodatkowe kopa i bardziej skupione na sprytnym planie młodego. Problem w tym, że jest to storpedowane przez urwane zakończenie, sugerujące o wiele ciekawszą historię. A tak dostajemy strzał z liścia, co potwierdza moje podejrzenia, że pierwotny skrypt został skompresowany oraz powycinany.

Sytuację ratuje tutaj obsada z masą bardzo rozpoznawalnych twarzy. Tomek Ziętek jest przekonujący w roli aspirującego dżokeja, którego idealizm zostaje zderzony z układami, klikami oraz dużymi pieniędzmi. Jak się zachowa i czy będzie w stanie lawirować między dziwnymi siłami? I to działa. Ale wszystko tutaj robi świetna obsada drugoplanowa: od solidnego Ireneusza Czopa (złamany przez życie ojciec Krzyśka, coraz bardziej cyniczny i pozbawiony złudzeń) przez bardziej poważnego Tomasza Sapryka (trener Pelz) i mocnego Ernesta Nitę (dżokej Zbyszek) aż po bardzo dobrego Marcina Bosaka (Omar) oraz niezawodnego Andrzeja Konopkę (bukmacher Zyga Kaparski). Warto jednak wspomnieć dwie najciekawsze, wręcz kradnące ekran występy. Po pierwsze Agnieszka Żulewska w roli Ireny, która przedstawia się jako dziennikarka, pewna siebie kobieta, lecz tak naprawdę skrywa desperację zaplątanej w długi. Ale największe wrażenie robi Mirosław Kropielnicki wcielający się w pana Ryszarda – bardzo opanowanego i spokojnego gościa, ale bardzo bezwzględnego gangstera. Fakt, że aktor wygląda niczym sam Piotr Fronczewski jeszcze bardziej podbija jego prezencję.

Nie będzie zaskoczeniem, że „Wielka Warszawska” mocno odstaje od dwóch poprzednich dzieł opartych na scenariuszach Purzyckiego. Niemniej pozostaje bardzo przyzwoitą i satysfakcjonującą rozrywką, przypominającą klimatem choćby serialowy „Rojst”. Technicznie porządny, ze zgrabnymi dialogami i dobrem aktorstwem, ale jednak czegoś mi tu zabrakło.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dreams

Meksykański reżyser Michel Franco jest jednym z tych, który lubi prowokować do myślenia i wsadzać kij w mrowisko. Tak się czułem w przypadku psychologicznego dramatu „Sundown”, a teraz twórca wraca z „Dreams” – trochę dramat, trochę romans o zabarwieniu erotycznym, trochę kino społeczne, a pod koniec wręcz thriller. Pokręcona mieszanka, ale co z tego wyszło?

Sam początek jest bardzo niepokojący – widzimy samą ciężarówkę stojącą gdzieś na drodze. W nocy słychać z niej odgłosy walenia oraz ludzkie krzyki. Tak, to nielegalni imigranci przekroczyli granicę amerykańsko-meksykańską, zaś wśród wybiega niejaki Fernando (Isaac Fernandez). Po paru dniach trafia do San Francisco, gdzie wchodzi do czyjegoś domu (wcześniej znajdując klucz). A kiedy pojawia się w nocy właścicielka Jennifer (Jessica Chastain), widać, że się znają. I to bardzo dobrze. Problem w tym, że ona jest współzałożycielką fundacji pomagającej Meksykanom (oraz jest strasznie dziana), a on uzdolnionym tancerzem baletowym. I dużo młodszym gołodupcem.

Franco wiele tutaj rzeczy nie mówi wprost, w zasadzie nie zdradzając zbyt wiele. Dialogów jest tu niewiele i rzadko pełnią rolę ekspozycji, nie bawiąc się w tłumaczenie czegokolwiek. Wszystko toczy się wolnym rytmem, z długimi oraz statycznymi kadrami, gdzie na pierwszy rzut oka nic się nie dzieje. Ale to zależy od tego, co się samemu wyciągnie pomiędzy tymi ujęciami. Samo „Dreams” przypominało mi „Babygirl”, gdzie też była skomplikowana relacja miłosno-erotyczna między starszą kobietą a młodszym mężczyzną. I tam też ciągle było takie lawirowanie między pożądaniem, miłością i… kontrolą, manipulacją, toksycznością. Jakby bariera społeczno-materialna była zbyt wielka, a większe znaczenie mają pozory. Wszystko wydaje się bardziej rozmyte, by w połowie wywrócić wszystko do góry nogami. Robi się bardziej nerwowo, niepokojąco, zaś finał to nagłe uderzenie – brutalne, zimne, bezwzględne.

A to wszystko działa dzięki pierwszoplanowemu duetowi. Jessica Chastain potwierdza klasę i jest świetna w roli Jennifer. Pozornie delikatna, cicha i spokojna, lecz po tym wszystko skrywa się samotność, niepewność, wręcz melancholia. Chodząca sprzeczność – niby być chce być ze swoim facetem, ale najlepiej kiedy nikt ze znajomych albo rodziny ich nie widzi. A jeszcze lepiej gdzieś poza San Francisco. W kontrze do niej jest debiutujący Isaac Fernandez (zawodowy tancerz baletowy) w roli Fernando. Błyszczy nie tylko w scenach baletowych (a tych nie brakuje), ale pokazuje on człowieka podążającego za marzeniami o karierze zawodowej, lepszym życiu i niezależności. Ich wspólne sceny, spojrzenia i gesty napędzają ten film, gdzie wiele rzeczy pulsuje pod powierzchnią luksusowego życia bogaczy.

Dla mnie „Dreams” to kolejny mocny strzał meksykańskiego reżysera w społeczeństwo. Franco może rozkręca się powoli i oszczędnie dawkuje, ale bardzo brutalnie przypomina o tym, że kiedy przetrwanie jest najważniejsze, człowieczeństwo składa się w ofierze. Gorzkie, nawet szokujące kino dla dorosłych.

7/10

Radosław Ostrowski

Czarny Piotruś

Każdy reżyser od czegoś zaczynał i rzadko się zdarza, żeby pierwszy film rzucił na kolana. Ale takim filmem zdecydowanie NIE BYŁ (przynajmniej dla mnie) pełnometrażowy debiut Milośa Formana. I nie chodzi o to, że film powstał w Czechosłowacji czy jest czarno-biały, albo w niczym nie przypomina jego późniejszych filmów.

„Czarny Piotruś” w zasadzie jest takim wycinkiem z kilku dni nastoletniego Piotra (Ladislav Jakim), który jakoś próbuje się odnaleźć w przyszłym życiu dorosłym. Pracuje w sklepie samoobsługowym jako tak jakby ochroniarz, mieszka nadal z rodzicami, umawia się z dziewczyną. Problem w tym, że chłopak nie odnajduje się w niczym i wszystko idzie mu mocno pod górkę. Nawet zagadanie, umówienie się na randkę jest dla niego wyzwaniem, tak jak tańczenie na imprezie.

Wszystko jest zrobione w niemal dokumentalnym stylu, w zasadzie pozbawionym ilustracji muzycznej, do tego bez udziału zawodowych aktorów. Forman niejako przygląda się młodym ludziom, nie potrafiącym odnaleźć się w rzeczywistości. Brakuje im sił do wyrwania się z marazmu, miotają się i nie pasują do komunistycznej normy. Absurdalne sceny w sklepie, gdzie kierownik instruuje młodzieńca jak ma nie rzucać się w oczy; dziwaczny duet podrywaczy, co pracują na budowie i tylko udają pewnych siebie; próbujący go naprowadzić ojciec (fantastyczny Jan Vostrcil). Jest jeszcze przyjaciel, co śpiewa na gitarze i grają go w radiu. Jako jedyny wydaje się ogarniać ten świat.

Ale choć całość trwała nieco ponad półtorej godziny, to „Czarny Piotruś” mi się strasznie dłużył, co mnie zdziwiło. Szczególnie scena w potańcówce wydała mi się rozciągnięta oraz tracącą energię po kilku minutach. Zagrane jest to nieźle przez nieznane twarze, sporo jest momentów ciszy oraz dziwna atmosfera. Mi brakowało jednak tutaj jakiegoś kleju, który by to wszystko połączył ze sobą. Mocniejszego uderzenia emocjonalnego, które by mnie złapało bardziej za serducho. Ostatecznie wychodzi z tego tylko niezły film, który był dopiero rozgrzewką przed kolejnymi dziełami Formana.

6/10

Radosław Ostrowski

Mała Amelia

W dzisiejszych czasach ręcznie rysowana animacja wydaje się czymś w przestarzałym, kiedy to duże wytwórnie korzystają z trójwymiarowej grafiki komputerowej. Nadal jednak ona ma się dobrze, głównie w krajach europejskich i Japonii. A także jest w stanie zdobywać uznanie oraz prestiżowe nagrody, co udowodniły dwie produkcje ostatnio nagrodzone Oscarem: japoński „Chłopiec i czapla” oraz łotewski „Flow”. A kolejnym magicznym filmem w stylu stała się dla mnie „Mała Amelia”.

Ta francusko-japońska animacja oparta jest na autobiograficznej powieści Amelie Nothomb „Metafizyka rur”. I skupia się na pierwszych trzech latach z życia pisarki, kiedy urodziła się oraz mieszkała w Japonii. Razem z ojcem konsulem, mamą oraz dwójką rodzeństwa. Jednak dziewczynka w zasadzie pozostaje biernym obserwatorem, niemal jakby nieobecna. Wszystko zmienia się, gdy w domu pojawia się babcia i dzięki białej czekoladzie. To sprawia, iż dwuletnia dziewczynka ożywia się, a wszystko nabiera dodatkowej mocy z pojawieniem się Nishio-san – opiekunki, pomagającej rodzicom z domem.

Za animację odpowiada studio Maybe Movies, znane choćby z przepięknego „Ernesta i Celestyny”. Tym razem duet reżyserski Mailys Vallade/Liane-Cho Han (oboje doświadczeni animatorzy) niby idzie po znajomy motyw świata pokazywania z perspektywy dziecka. ALE nie w taki szalony sposób, w czym pomaga niepozbawiona humoru narracja z offu. W niej dziewczynka niejako przyjmuje perspektywę… Boga, uwięzionego w małym ciele. Kiedy próbuje mówić, wypadają pojedyncze słowa i doprowadza ją do płaczu. Jednak pojawiają się dwa silne zapalniki: babcia oraz młoda opiekunka. Szczególnie relacja z Nishio, z którą spędza najwięcej czasu i czuje niemal silne przywiązanie do Japonii. Do tego stopnia, że sama Amelia uważa się za Japonkę.

Dla mnie najpiękniejsze momenty były skręcające w kierunku surrealizmu. Rozpędzona dziewczynka idąca w ogrodzie, który zaczyna zakwitać. Amelia zjada białą czekoladę i nagle (ku zaskoczeniu wszystkich) uspokaja się i zaczyna… mówić, karmienie karpi, które zaczynają mieć… twarz jej brata czy krople deszczu wyglądające niczym głowa Amelii. Nie wspominając także o bardziej dramatycznych momentach (zatonięcie Amelii na plaży czy „zjedzenie” przez karpia), potrafiących uderzyć bardziej emocjonalnie niż się spodziewałem. A wszystko przypominało malowane farbami obrazy, którym blisko klasycznego anime (duże oczy, mocne kolory). Takich momentów jest więcej, a ja z każdą minutą byłem kompletnie oczarowany oraz oszołomiony oprawą wizualną. Jak dodamy do tego okraszoną „japońskimi” instrumentami muzyką, przypominającą dzieła Joe Hisaishiego z animacji Studia Ghibli, mamy animowany odpowiednik emocjonalnej bomby atomowej.

Nie wiem, czy mogę bardziej polecić „Małą Amelię”, która przypomina czym była dziecięca ciekawość świata i czyniąc zwykłe czynności oraz wydarzenia czymś magicznym, wyjątkowym, zaczarowanym. Fenomenalnie napisane, z cholernie dobrym polskim dubbingiem i pełne dużej dawki wrażliwości. Po sensie dla dorosłych i dzieci da szansę do rozmów na różne tematy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Frankenstein

Wśród ikonicznych potworów w historii popkultury za pierwszego (obok Draculi i wilkołaka) uważany jest potwór Frankensteina. Pierwszy raz pojawił się na kartach powieści Mary Shelley „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” z 1818 – uważaną za pierwszą powieść science-fiction. Oraz jedną z pierwszych, opowiadających o tym, jak człowiek bawi się w Boga, co kończy się katastrofą. Ten motyw był potem wykorzystywany m. in. choćby w „Parku Jurajskim” Michaela Crichtona czy filmie „Obcy: Przymierze”. Samych adaptacji tej powieści powstało wiele, w których monstrum grali tacy aktorzy jak Boris Karloff czy Robert De Niro. Teraz swoje spojrzenie na tego klasyka przygotował specjalizujący się w filmach o potworach Guillermo del Toro, a całość sfinansował Netflix.

Historia zaczyna się na zamarzniętym Oceanie Arktycznym, gdzie utknął duński okręt z zadaniem dotarcia do bieguna północnego. Dowodzący kapitan Andersen (Lars Mikkelsen) znajduje ciężko rannego mężczyznę, ściągając go na okręt. W ślad za nim rusza tajemnicza istota, bardzo chcąca dorwać ocalonego, wołając „Victor”. Jak się okazuje uratowanym jest baron Victor Frankenstein (Oscar Isaac), który po odzyskaniu przytomności opowiada swoją historię. Oraz tego jak stworzył „żywego” człowieka ze zwłok zmarłych (Jacob Elordi).

„Frankenstein” to dwie historie pokazane z dwóch perspektyw: Frankensteina oraz jego kreacji. Pierwsza pokazuje Victora od dziecka i jego silnej relacji z matką (Mia Goth) aż po jej śmierć podczas porodu. I to wywołuje w nim bunt wobec śmierci, otoczenia naukowców, nawet swojego ojca. Podczas jednej z prezentacji akademickiego do barona zgłasza się przyjaciela brata, niejaki Henrich Harlander (Christoph Waltz). Ten proponuje naukowcowi nieskończone środki, lokację z dala od świata oraz zwłoki. Druga historia opowiadana przez monstrum to próba odnalezienia siebie w kompletnie obcym świecie, odrzuconym przez stwórcę i spotykającego się niemal z wrogością, antagonizmami oraz samotnością.

Niby nic, czego bym się nie spodziewał, ale jak to Del Toro jest bardzo plastycznie oraz wysmakowane na poziomie wizualnym. Trudno nie oderwać oczu od tej imponującej scenografii czy mocnych kolorystycznie kostiumów. I wielka szkoda, że ten film trafił na duży ekran, bo to byłoby ogromne doświadczenie. Ale czy ta historia angażuje? Nie jest ona stricte horrorem, choć początek na zamarzniętym oceanie potrafi budzić lęk. Jednocześnie reżyser mocno pokazuje jak dobrymi chęciami jest piekło brukowane, doprowadzając na skraj szaleństwa samego twórcę oraz jego tworzywo. Zupełnie jakby samo wykonanie celu było najważniejsze, bez odpowiedzi na pytanie: „co dalej?”. Szczególnie, że interakcje żywego trupa z Victorem ogranicza się w zasadzie do jednego słowa: „Victor!”. Jedynym rozumiejącą go osobą jest narzeczona brata barona, Elizabeth (niezawodna Mia Goth) – równie odosobniona i żyjąca we własnym świecie.

Dopiero w drugiej połowie, czyli z perspektywy Monstrum dla mnie film nabrał większej siły. Łatwo się zidentyfikować z osobą, która pierwszy raz – niczym dziecko – odkrywa świat, spotykając się z odrzuceniem, wrogością. Co gorsza, nie jest on w stanie umrzeć, zaś każda rana się regeneruje. Zupełnie jakby był proto-Wolverine’m czy innym superherosem. Ale ta postać zyskuje dzięki rewelacyjnej roli Jacoba Elordiego. Jego bardzo głęboki głos, charakteryzacja oraz sposób poruszania robią piorunujące wrażenie. Zarówno próby mówienia, interakcja z niewidomym czy narastający gniew zapadają bardzo mocno w pamięć. Równie świetny jest Oscar Isaac, nawet jeśli budzi on skojarzenia z podobną rolę w „Ex Machina”. To bardzo egotyczny, coraz bardziej pyszałkowaty, manipulujący i bezwzględnie dążący do celu. Nie zdając sobie sprawy z konsekwencji tego zjawiska, zaczynać czuć pogardę, brak cierpliwości oraz szorstkość. Bardzo mocna i wyrazista kreacja.

Na papierze „Frankenstein” wydaje się być skrojony pod wrażliwość oraz styl Guillermo del Toro. Imponujący audio-wizualnie, z dwiema wyrazistymi głównymi rolami. Aczkolwiek muszę przyznać, że bardziej mi się podobała druga połowa, zaś powolne tempo może wielu zniechęcić. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ścieżki życia

Kino drogi ma coś takiego w sobie, że jest pociągające. Pozwala oczarować swoim krajobrazem, ale poza kontemplacją widoków daje szansę wejść w siebie. Taki też jest przypadek brytyjskiego filmu „Ścieżki życia” – inspirowana prawdziwą historią wędrówka dwojga niemłodych ludzi. Dlaczego postanowili wyruszyć wzdłuż wybrzeża Salt Path?

Sama historia skupia się wokół małżeństwa Wynn. Raynor i Moth (Gillian Anderson i Jason Isaacs) żyją ze sobą na tyle długo, by doczekać się dwójki prawie dorosłych dzieci. Wszystko się jednak zmienia, gdy decyzją sądu zostają pozbawieni domu. Do tego mężczyźnie pogarsza się zdrowie z powodu nie artretyzmu jak podejrzewano, lecz CBD (zwyrodnienie korowo-podstawne) przypominającą Parkinsona. Więc nie jest zbyt dobrze, ale para postanawia wyruszyć podczas wakacji wyruszyć szlakiem South West Coast Path. Mając namiot, ograniczony prowiant i pieniądz, mają do pokonania ponad tysiąc kilometrów.

Za kamera stanęła Marianne Elliott, która zrobiła wcześniej telewizyjne „Gadające głowy” – zbiór monologów Alana Bennetta. I na pierwszy rzut oka jest to historia mniej więcej znajoma. Oboje wyruszają nie tylko szukając celu, ale też znaleźć odpowiedź na pytanie: co dalej? Po drodze mamy drobne przebitki z przeszłości, nakreślające ich sytuację oraz obecną sytuację. Skojarzenia z „Nomadland” nasuwają się same, miejscami całość idzie w stronę surwiwalu (w mikroskali), kiedy mamy zderzenia z siłami natury w postaci deszczu, silnego wiatru oraz… przypływu. Choć jest bardzo poważnie, nie brakuje tutaj drobnych akcentów humorystycznych (niepozbawione ironii wypowiedzi Motha czy pomylenie mężczyzny ze znanym poetą).

I muszę przyznać, że złapała mnie ta historia. Bo tak naprawdę jest to historia o… miłości. Byciu ze sobą bez względu na okoliczności, w zdrowiu i chorobie, szczęściu i biedzie. Kiedy cała ta podróż pozwala wzmocnić tą więź, gdzie oboje niejako odkrywają się na nowo. Nawet jeśli mamy znajome schematy w postaci interakcji z lokalsami (od zirytowanego spacerowicza aż po pracownicę sklepu, przez pewien czas towarzysząca bohaterom po komunę hipisów), to nie ma tutaj emocjonalnego szantażu czy drogi na łatwiznę. Dużo jest tu momentów wyciszenia oraz kontemplacji w towarzystwie pięknych krajobrazów Kornwalii.

A wszystko na barkach trzyma świetnie dopasowany duet pierwszoplanowy. Gillian Anderson oraz Jason Isaacs są bardzo przekonujący, zaś chemia między nimi namacalna. Bez nich ten film by nie zadziałał, bo wszystkie emocje (od determinacji, chodzenia mimo bólu i desperacji po zmęczenie, drobne radości) pokazane są bez fałszywej nuty oraz bez żadnego upiększenia. Choćby dla tego duetu oraz pięknych krajobrazów warto obejrzeć ten bardzo kontemplujący dramat obyczajowy.

7/10

Radosław Ostrowski

Pies 51

Ileż już mieliśmy na ekranie dystopii SF ubranych w konwencję kryminału/thrillera? Wystarczy wspomnieć „Raport mniejszości”, „Ja robot” czy „V jak vendetta”. Teraz pora na francuski spin w tej konwencji, tylko czy da on coś świeżego albo nowego w tym temacie. Więc jaka jest adaptacja powieści Laurenta Gaude’a „Pies 51”?

Akcja toczy się w roku 2045 w Paryżu, który został podzielony na trzy strefy: od najbogatszej do najbiedniejszej. Każda z nich jest podzielona punktami kontrolnymi, wszyscy mają na sobie bransoletki, zaś nad porządkiem czuwa Alma – sztuczna inteligencja, pomagająca policji i wymiarowi sprawiedliwości w walce z przestępczością. Nowy, wspaniały świat. A jednak nie wszystkim podoba się taki porządek – tacy ludzie należą do grupy terrorystycznej Breakwalls pod wodzą Jona Maframa (Louis Garrel). Oni od dawna byli na celowniku, ale kiedy twórca AI George Kessel, naciski są coraz większe. Śledztwo prowadzi policjantka ze Strefy 2 Salia Malberg (Adele Exarchopolous), a kiedy zostaje znalezione ciało jednego z podejrzanych o zabójstwo, przydzielony zostaje Zem Brecht (Gilles Lellouche) ze Strefy 3.

Reżyser Cedric Jimenez trzyma się znajomych prawideł kryminału/thrillera. Mamy zmęczonego, niewyspanego gliniarza-samotnika sparowanego z młodą, ambitną i trzymają się reguł służbistką. Jest jeszcze bardzo twardy minister (Romain Duris), który może pociąga za sznurki, tajemnicze zabójstwa dilerów, społeczne rozwarstwienie (Strefa 3 to w zasadzie getto). Klimatem bardzo mi to przypominało grę „Deus Ex: Mankind Divided” z odrobiną „Cyberpunka 2077”. Do tego sama wizja wypada całkiem przyzwoicie (karaoke, teleturniej Destiny, która ma być furtką dla przebicia się dzieciom ze Strefy 3 czy kościół funkcjonujący poza systemem), dodając odrobinę świeżości. Sama akcja jest zrobiona przyzwoicie, szczególnie ucieczka przed policją podczas parady z okazji Dnia Miłości czy choćby sceny z udziałem dronów. Problem w tym, że sama intryga jest zbyt znajoma i brakuje elementów niespodzianki. Może poza krótkimi momentami poza miastem.

Samo aktorstwo jest bardzo porządne i solidne, czyniąc seans przyjemnym w oglądaniu. Lellouche i Exarchopoulos wypadają dobrze, zaś chemia między nimi jest silna. Garrel w zasadzie ogranicza się do gadania o tym, jak ograniczana jest wolność, z kolei Duris pojawia się zbyt rzadko, by zapaść w pamięć. Tutaj drobne role potrafią zawłaszczyć ekran: dla mnie taką złodziejką była Daphne Patakia (prostytutka Amel) czy Valeria Bruni Tedeschi (lekarka Irina).

Jeśli spodziewacie się czegoś świeżego w konwencji dystopijnego noir SF, to „Pies 51” nie zostanie w głowie na długo. Sprawnie zrobiony technicznie, z paroma dynamicznymi scenami akcji oraz klimatem, jednak sama historia lekko chaotyczna i niepozbawiona zbędnych scen. Choć samo zakończenie i użyte „Wish You Were Here” Pink Floyd – po prostu wow.

6/10

Radosław Ostrowski

Doberman

Francuskie kino sensacyjne potrafiło mocno uderzyć, ale nawet ja nie byłem gotowy na „Dobermana”. Adaptacja serii komiksów Joela Houssina to kino efekciarskie, mocno próbujące wszczepić amerykańską estetykę na bardziej europejski grunt. Taka jest też ta produkcja z 1997, mocno komiksowo-teledyskowa w stylu samego Quentina Tarantino.

Tytułowy Doberman (Vincent Cassel) to szef grupy porąbanych gangsterów, którzy zajmują się napadami na bank. Poza nim grupę tworzą głuchoniema Cyganka Nathalie (Monica Bellucci), narwany Moskit (Antoine Basler), naćpany Pitbull (Chick Ortega) oraz bardzo ekscentryczny Ksiądz (Dominique Bettenfeld). Są bezwzględni, brutalni i grają ostro. Policja próbuje ich wytropić, ale za każdym razem wymykają. Po ostatnim napadzie, w którym zostało postrzelonych kilku policjantów, sprawy się komplikują. Bo do akcji wkracza inspektor Cristini (Tcheky Karyo), stawiający sobie za punkt honoru schwytanie Dobermana.

Już od samego początku mamy do czynienia z absolutnie pokręconym filmem. Już podczas sceny chrztu Dobermana, gdzie mamy wielkiego psa przed kościołem czy noworodka, któremu do kołyski wpada… pistolet typu Magnum. Reżyser Jan Kounen kompletnie bawi się formą: od szybkich cięć montażowych i dynamicznych ruchów kamery poprzez łamanie kadrów (scena napadu na bank) po ujęcia z ręki. Trudno nie odmówić intensywności, efekciarstwa oraz bardzo ekscentrycznej galerii postaci. Wszystko jest tu przerysowane i przejaskrawione: od samego gangu i wspierających ich Cyganów przez pomagającego im transwestytę aż po grupę policjantów. Ale wśród jest inspektor Cristini – facet tak odpychający, brutalny i bezwzględny, że nawet swoi nim gardzą, porównując go do gestapowca.

Sam film jest pełen szaleństwa oraz przesady: od napadu na ciężarówkę konwojentów przez wybuchowy (dosłownie) napad na bank aż po intensywny nalot policji na nocny klub. Jedyne, co mocno zdradza wiek filmu to komputerowe efekty specjalne: od przypominającą jakąś grę czołówkę oraz wszelkie eksplozje, które kłują oczy. W rzadkich momentach montaż bywa dość chaotyczny, niezbyt pomagając w śledzeniu akcji. Ale wszystko rekompensuje finałowa konfrontacja z policją oraz otwarte zakończenie.

Wszystko jeszcze podkręca świetna obsada. Vincent Cassel w roli Dobermana jest niemal idealnym bandziorem, który zachowuje opanowanie i spokój nawet w intensywnych momentach. Jednak to drugoplanowe postacie kradły ekran. Tutaj dla mnie całość kradł Dominique Bettenfeld ze swoimi tekstami, brzmiącymi niczym nawiedzone modlitwy oraz duet Basler/Ortega, niemal non stop w stanie nerwowości. No i jest jeszcze Monica Bellucci, która nawet nic nie mówiąc, jest bardzo pociągająca i magnetyzująca.

Ale jest jeszcze niesamowity Tcheky Karyo w roli inspektora Cristini, który wrył się najmocniej w pamięci. Jest równie przerysowany niczym Stanfield z „Leona zawodowca”, bardzo niebezpieczny niczym „Zły porucznik” z filmu Ferrary, do tego lubiący rzucać angielskimi słówkami. Grając z bardzo dziwnym spokojem czyni go wręcz tykającą bombą, która w każdej chwili może eksplodować agresją i przemocą. Choćby scena „przesłuchania” w domu jednego ze wspólników Dobermana, gdzie m. in. podchodzi do niemowlaka z granatem, rzuca wyzwiskami i terroryzuje całą rodzinę. Absolutnie rewelacyjna kreacja i jeden z najbardziej niezapomnianych bandziorów z odznaką.

„Doberman” jest destylatem kina lat 90., które mocno czerpie z komiksowej pulpy, pełnej wyrazistych indywidualności oraz pulsującej techno muzyki w tle. Niby tylko kolejna opowieść o policjantach i złodziejach, ale w drugiej połowie nabiera takiego tempa oraz energii, która nie pozwala wymazać go sobie z głowy. Szalone, efekciarskie, bardzo tarantinowskie w duchu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wielki Marty

Bracia Safdie byli jednym z najciekawszych rodzeństw wśród reżyserów od czasu braci Coen i nie ma w tym cienia przesady. Ale parę lat temu panowie się rozeszli, chyba wiem dlaczego. Każdy z nich chciał zrobić film sportowy, ale każdy chciał inny. Benny wyruszył po MMA w „The Smashing Machine”, a teraz Josh wyruszył w świat ping-ponga. Tylko, że nie do końca.

Bohaterem „Wielkiego Marty’ego” jest Marty Mauser (Timothee Chalamet) – młody, uzdolniony gracz tenisa stołowego z Nowego Jorku początku lat 50. Pracuje w sklepie obuwniczym, ale nie wywołuje to w nim żadnego entuzjazmu. Wręcz szuka każdej chwili, by się od niej wymigać. Najchętniej bzykając się w magazynie z Rachel (Odessa D’Azion) – co z tego, że ma męża? Nigdy mu to nie przeszkadzało, jednak pasja oraz ambicja bycia najlepszym ping-pongistą na świecie. Bierze udział w turnieju ping-ponga w Londynie, nawet dociera do finału, ale przegrywa z rewelacją tej imprezy – Japończykiem Koto Endo (Koto Kawaguchi). Po drodze jeszcze uwodzi podstarzała aktorkę Kay Stone (Gwyneth Paltrow), żonę biznesmena Miltona Rockwella (Kevin O’Leary), kradnie pieniądze szefowi na bilet i obraża jednego z sędziów imprezy. A kiedy wraca do domu, sprawy się komplikują: Rachel jest w ósmym miesiącu ciąży, szef oskarża go o kradzież i chce go zmusić do powrotu do pracy, a jeszcze otrzymał 1500 dolarów grzywny.

Sam początek mocno mnie zaskoczył, bo „Wielki Marty” sprawia wrażenie filmu biograficznego. Same zawody ping-ponga są pokazywane bez żadnego markowania czy użycia dublerów (głównie w jednym ujęciu), ale jest ich zaskakująco niewiele. Bo większość czasu „Wielki Marty” bliżej do poprzednich filmów braci Safdie, czyli „Good Time” i „Nieoszlifowanych diamentów”. Czyli historii drobnych cwaniaczków, którzy próbują wyplątać się z tarapatów, a pakują się w jeszcze większe. I kiedy wydaje się, że wszystko się uda oraz zmierza w dobrą stronę, to… jeszcze większy chaos się uruchamia. Ocierając się wręcz o mocno absurdalne sytuacje, potrafiące otrzeć się o czarną komedię. Przekręt wokół psa pewnego starszego pana (który okazuje się o wiele groźniejszy niż się wydaje), szybka hustlerka z ping-pogiem oraz grupką amatorów tego sportu czy romans z Kay. To wszystko wydaje się tak chaotyczne, szalone i pokręcone, że aż nie chce się w to wierzyć.

Safdie coraz intensywniej podkręca stawkę dzięki szybkim dialogów, jak zawsze dynamicznemu montażowi oraz bardzo nietypowej ścieżce dźwiękowej. Choć akcja dzieje się w latach 50., muzyka jest wzięta z lat 80. – od wykorzystanych piosenek (Tears for Fears, Peter Gabriel) aż po syntezatorową ilustrację Daniela Lopatina. Potrafi oczarować w chwilach spokoju czy zawodów, bardzo przypominając Tangerine Dream czy Vangelisa. Nie można też odmówić uroku zdjęciom Dariusa Khondjiego – technicznie trudno się do czegokolwiek przyczepić. I jeszcze mamy to otwarte zakończenie, które każdy musi sam zinterpretować. Co zrobi nasz Marty? Mam pewne podejrzenie, ale nie zamierzam go zdradzić.

A wszystko jest absolutnie rewelacyjnie zagrane. Wszystko na barkach trzyma fenomenalny Timothee Chalamet w roli „wielkiego” Marty’ego Mausera i jest to najbardziej antypatyczna postać jaką zagrał ten aktor. Z jednej strony jest cholernie uzdolnionym sportowcem, pełnym talentu, ale z drugiej jest bardzo narcystycznym, skupionym na swoim celu cwaniaczku. Jego działania przypominają tornado, siejące spustoszenie dookoła wszystkich. Wyszczekany i wygadany (Amerykanie takich ludzi nazywają „bullshit artist”), bardzo pewny siebie, niemal dążący po trupach (nie dosłownie) jakby wzięty z zupełnie innej epoki. Ale to w chwilach rozedrgania, gdzie musi szybko działać oraz podczas scen gry przy stole błyszczy najmocniej. Jednak reszta obsady (mieszanki zawodowców i naturszczyków) działa piorunująco: od bardzo wyszczekanej Odessy A’Zion w roli Rachel (scena w domu przyjaciela, kiedy dochodzi do ostrej awantury – perełka) i eleganckiej Gwyneth Paltrow (Kay Stone) przez świetnego Gezę Rohniga (zawodnik Bela Kletzki) aż po nieoczywistych debiutantów jak znakomity Kevin O’Leary (biznesmen Milton Rockwell, mąż Stone – równie pełny władzy i sprytu), raper Tyler The Creator (taksówkarz Wally) aż po internetowego celebrytę Luke’a Manleya (mocno przy kości Dion – kumpel Marty’ego) oraz reżysera Abla Ferrarę (niepozorny właściciel psa, Ezra Mishkin). Plus jest tu kilka drobnych epizodów znanych osobistości, które – jak rozpoznacie – może parę razy zaskoczyć.

„Wielki Marty” to zaiste wielki film, choć mocno przypominający wspólne dokonania braci Safdie. Josh zachowuje swój chaotyczno-energiczny styl, pokazując kolejnego bohatera napędzanego przez swoje obsesje i szaleństwa. Że jest to o wiele ciekawsza oraz bardziej angażująca historia niż „The Smashing Machine”, nawet nie muszę mówić. Mocny strzał na koniec roku 2025 i wierzcie mi, warto się będzie wybrać do kina.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Filmowe rozczarowania roku 2025

Nawet jeśli tego nie chcemy, nie da się uniknąć pewnych rozczarowań. Nawet przeglądając opinie innych z Internetu, dzięki czemu unikam absolutnego ścierwa, głównie z platform streamingowych. Jeśli spodziewacie się tu filmów złych, koszmarnych oraz totalnej słabizny w skali 1/10 lub 0/10 – tu ich tu nie ma. Życie jest zbyt krótkie i zbyt cenne, by marnować czas na oglądanie beznadziejnych rzeczy. Tutaj pojawiają się filmy, które bardziej lub mniej mnie zawiodły. Czy to z powodu zbyt dużego hajpu wynikającego z reżysera i/lub obsady, tematu. Czy pewnego partactwa w wykonaniu albo z powodu przerostu ambicji nad talent. Nie są to najgorsze rzeczy (nie używam już tego określenia), ale co najwyżej średniaki z oceną 5/10 albo i mniejszą. Oto pełna lista wstydu:

1. Emilia Perez, reż. Jacques Audiard
2. Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat, reż. Julius Onah
3. Mickey 17, reż. Bong Joon-ho
4. Komora, reż. James Foley
5. Fachowiec, reż. David Ayer
6. Raport Pileckiego, reż. Krzysztof Łukaszewicz
7. Dziadku, wiejemy!, reż. Olga Chajdas
8. Superman III, reż. Richard Lester
9. Superman IV, reż. Sidney J. Furie
10. Kokainowy miś, reż. Elizabeth Banks
11. Misja na Marsa, reż. Brian De Palma
12. Różowy cadillac, reż. Buddy Van Horn
13. Ocean’s Eleven, reż. Lewis Milestone
14. Trick, reż. Jan Hryniak
15. Złoto, reż. Wojciech Jerzy Has
16. Chopin, Chopin!, reż. Michał Kwieciński
17. Uwięzieni w kosmosie, reż. John Sturges
18. Osobisty pamiętnik grzesznika… przez niego samego spisany, reż. Wojciech Jerzy Has
19. Anakonda, reż. Luis Llosa

Oj, chyba dawno nie było tak dużo zawodów odkąd prowadzę tego bloga. Co tylko pokazuje jak pewną nieobliczalnością jest tworzenie filmów. Nie ma tu nic pewnego, co może być zarówno zaletą, jak i wadą. Czy będzie w 2026 roku mniej wpadek, kiksów oraz rozczarowań? Przekonamy się.

Radosław Ostrowski