Mikromusic – Tak mi się nie chce

tak-mi-sie-nie-chce-b-iext51452320

To jeden z bardziej wyrazistych głosów polskiej sceny alternatywnej. Kierowana przez duet Dawid Korbaczewski/Natalia Grosiak formacja Mikromusic tym razem zbierała pieniądze na realizację swojej płyty, dzięki crowfundingowi, a całość wydali własnym sumptem. Pod tym względem troszkę ironiczny wydaje się tytuł “Tak mi się nie chcę”. Naprawdę im się nie chciało nagrywać czy może jest to zbytnia kokieteria?

Na pewno nie zmienił się mocno styl zespołu, chociaż otwierający całość “Synu” ma troszkę więcej elektroniki niż zazwyczaj, ale pozostaje poruszającym, troszkę melancholijnym (gitara) utworem. Pozornie spokojny wydaje się “Leć uciekaj”, pełen nakładających się gitar oraz szybkiej gry perkusji, stając się coraz bardziej taneczny aż do wejścia metalicznego basu oraz wyciszenia całego zespołu. Podobnie rytmiczny jest tytułowy walczyk, który pod koniec wręcz wybucha. “Koniec zimy” wydaje się dość chłodny oraz zanurzony w popie z lat 80., dając prawdziwego energetycznego kopa pod koniec (mocne riffy), wracając do bardziej spokojnych dźwięków w “Na krzywy ryj”, gdzie przewodzą trąbka oraz flet. Oniryczność pełna elektronika wraca w bardzo lekkim “Tak tęsknię”, gdzie pod koniec zespół przyspiesza i słyszymy tylko eteryczne wokalizy, by wejść do minimalistycznej “Syreny (pieśń żeglarza)” wodzącej za nos bluesową gitarą, by na koniec ubarwić mandolin. “O kolorach” tez ma w sobie dawkę wręcz psychodeliczną, tak jak rytmiczna “Pieśń Panny IV” z pięknym solo na fortepian oraz wręcz akustyczna “Mgła nad stawem”.

A najważniejszą osobą w grupie pozostaje Natalia Grosiak, która swoim niemal eterycznym, magnetyzującym głosem potrafi uwieść oraz zaczarować. O czym zaś śpiewa? O miłości, samotności, rodzicielstwie (“Synu”), czasem w bardzo błyskotliwy sposób (“Syrena”, “Tak mi się nie chce”), pełen poetyckich fraz, prowokując ciągle do myślenia. I mam wielką nadzieję, ze dalej im się tak nie będzie chcieć jak na tej płycie.

8/10

Radosław Ostrowski

Czas mroku

Maj roku 1940 nie zapowiadał się zbyt dobrze dla Europy, która coraz bardziej dostawała łupnia od pewnego niedoszłego malarza, co został fuhrerem. Krótkowzroczna polityka ugodowa brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina obróciła się przeciwko niemu, doprowadzając do upadku jego gabinetu. Rządząca partia chce, by urząd objął szef dyplomacji, lord Halifax, lecz ten odmawia. Wtedy na jego miejsce trafia człowiek niechciany, nieplanowany, uważany za nieporadnego, niekompetentnego idiotę (katastrofy pod Gallipoli do tej pory nie wybaczono), wyłączonego z głównego nurtu polityki. Jest nim pierwszy lord Admiralicji, Winston Churchill, tworzący bardzo szeroki gabinet wojenny i od razu musi zmierzyć się z bardzo poważnym problemem – Dunkierką.

czas_mroku1

Joe Wright to brytyjski filmowiec mierzący się z różnymi gatunkami, wychodząc zazwyczaj z tych konfrontacji z tarczą. A postać Winstona Churchilla wydaje się samograjem, bo pokazania takiej ikony brytyjskości nie da się zepsuć, prawda? Skupiając się tylko na tym miesiącu, reżyser wyciska z tej postaci wszystko, nie stawiając (zbyt mocno) spiżowego pomnika. Jest to kino polityczne czystej próby, która można potraktować jako uzupełnienie „Dunkierki” Nolana, pokazujące całą operacje z perspektywy urzędników oraz przywódcy. Rzadko pojawiają się tutaj obrazki z wojny (ujęcia wręcz z góry, zwane okiem Boga), a całość skupiona jest na rozgrywkach i spięciach między Churchillem a Halifaxem oraz Chamberlainem, pragnącymi zawrzeć pokój z Hitlerem. Premier jest początkowo traktowany jako ktoś wrogi, szalony, pragnący poświęcenia oraz ofiar, człowiek zawierający masę politycznych błędów oraz grzechów. Te spięcia są zdecydowanie najmocniejszą stroną filmu.

czas_mroku2

Wizję niepokoju oraz mroku potęgują świetne zdjęcia Bruno Delbonnela, który wręcz perfekcyjnie operuje światłocieniem. Mocno to widać w takich ujęciach jak przemowy w niemal ciemnej izbie parlamentu czy gdy widzimy bohatera jadącego windą. To dopełnia wizji czasów, gdzie każda godzina dla tego kraju może być ostatnią, najczarniejszą godziną. Owszem, są pewne wady jak patos (w finale jest go dużo) czy lekko mniej wyraźny od bohatera drugi plan (bo Churchill wręcz błyszczy), ale to kompletnie nie przeszkadza, wręcz do tej ścieżki.

czas_mroku3

Nie będę oryginalny twierdząc, że „Czas mroku” to Gary Oldman Show. Aktor, mimo charakteryzacji, tworzy bardzo wyrazistą, wręcz charyzmatyczną postać. Gdy przemawia w parlamencie, sprawia człowieka głęboko wierzącego w swoje racje, niewzruszonego niczym twardziela. Ale to bardziej skomplikowany charakter – bywa porywczy (jak sam mówi: „powściągliwość jest rzadka w jego rodzinie”), wręcz wybuchowy, miewa chwile wątpliwości oraz walczy z własnymi politycznymi demonami. Nieprawdopodobna kreacja wnosząca film na wyższy poziom. Drugi plan wydaje się zepchnięty przez wielkiego Oldmana, a pozostali bohaterowie mają trochę mało czasu na zbudowanie głębokich ról. Nie znaczy to, że są tylko delikatnym tłem, o nie. Najbardziej wybija się tutaj Stephen Dillane jako bardzo ugodowy lord Halifax, sprawiający wrażenie wręcz nietykalnego członka rządu. Swoje pięć minut ma też Ben Mendelsohn (król Jerzy V) oraz Kristin Scott Thomas (pani Churchill), stanowiący solidne wsparcie.

czas_mroku4

Nowy film Wright to przykład solidnej biografii z jedną, WIELKĄ kreacją Gary’ego Oldmana, który dźwiga całość na swoich barkach. To mroczny, trzymający w napięciu dramat, ale – na szczęście – Churchill jest pokazany jako postać z krwi i kości, a nie pomnikowy charakter znany z podręczników historii. To musi robić wrażenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Midge Ure – Orchestrated

orchestrated-midge-ure-1159157

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów popu lat 80., frontman legendarnej grupy Ultravox Midge Ure tym razem poszedł w stronę, jaką wybierają muzycy od bardzo dawna. Nagrał album z orkiestrą symfoniczną z aranżacjami autorstwa Ty Urwina, a całość nagrano w Sofii. Jak wypadają orkiestrowe wariacje klasyków new romantic?

Na sam początek dostajemy dostojny, wręcz majestatyczny “Hymn” z mocnym uderzeniem w postaci perkusji oraz smyczków. Wtedy następuje wyciszenie, wchodzi fortepian oraz delikatny głos Ure’a (jedyny w swoim rodzaju), powoli wpuszczając inne instrumenty, by wrócić z tym stylem, znanym ze wstępu. To robi piorunujące wrażenie, tak jak “Dancing with Tears in My Eyes”, będące bardziej delikatne od oryginału, ale posiadające potężny ładunek emocjonalny. Pozornie plumjający “Breathe” ma w sobie mnóstwo ciepła oraz bardzo koi zmysły, w przeciwieństtwie do mrocznego “Man of Two Words” z dudami wplecionymi w refren, a takze prześlicznego “If I Was” oraz zachowującego swój elektroniczny klimat “Vienny”. Nakręcający się, spektakularny “The Voice”. Z całego zestawu warto wspomnieć nową kompozycję “Ordinary Man”, miejscami horrorowy “Death in the Afternoon” (ten wstęp potrafi wzbudzić suspens) czy finałowy “Fragile”.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co Midge Ure potrafi zrobić ze swoim głosem. Nadal magnetyzuje I posiada tyle charyzmy, że można obdzielić dziesiątki wykonawców. Brzmi to po prostu pięknie i żadne słowa nie będą w stanie tego oddać.

8/10

Radosław Ostrowski

Haydamaky & Andrzej Stasiuk – Mickiewicz

Mickiewicz

Jak zaprezentować poezję w taki sposób, by nie była to recytacja na poziomie szkolnej akademii czy skrętem w stronę tzw. poezji śpiewanej? Wielu śmiałków już próbowało (rapowy project “Poeci” czy Sokół mierzący się z Różewiczem albo Buldog) i w tym kierunku wyruszył ukraiński zespół etno-rockowy Haydamaky wsparty przez polskiego pisarza, Andrzeja Stasiuka. Pierwotnie miał to być album oparty na “Sonetach krymskich”, gdzie miał także uczestniczyć zespół Kroke, ale ostatecznie twórcy poszli troszkę szerzej. Co wyszło z tego połączenia?

Stasiuk robi tutaj za poetę, mówiącego albo melorecytującego cały czas, zaś muzycy dodają bardzo dzikie wręcz tło, a wokalista Sasza Jarmoła nawija po ukraińsku. Jak w niemal psychodelicznych “Stepach akermańskich”, pokazując jak za pomocą “etnicznego” instrumentarium wspartego przez trąbki oraz gitarę elektryczną, można zaszaleć. I te fujarki na początku oraz końcu, robią mocne wrażenie. Nie brakuje bardziej rockowych fragmentów (niepokojąca “Burza”, która musi brzmieć mocno czy wręcz metalowa “Reduta Ordona”), by dać chwilę wyciszenia jak w gitarowym, płynnym “Pielgrzymie”, gdzie gitara brzmi wręcz “meksykańsko” czy zmieniającym tempo “Alpuharze”, gdzie do pięknej solówki trąbki wchodzi mocniejsze, rockowe granie, a Stasiuk nawet rapuje i to całkiem nieźle. Melancholijne “Mogiły Haremu” (piękny flet) oraz bardzo rozbudowany “Upiór” grany wyjątkowo oszczędnie brzmi fajnie, z każda minutą się rozkręca, ale Stasiuk próbuje śpiewać i psuje to dobre wrażenie. Za to zaskoczył mnie jazzowe “Bajdary”, jakby żywcem wzięte z Nowego Orleanu oraz lekko bluesowa “Droga nad przepaścią”, nabierający coraz większego pędu.

Kooperacja na pierwszy rzut oka może wydawać się dziwna, nie zabrakło drobnych potknięć, niemniej jest to bardzo udane podejście do MIckiewicza. Wiersze w wersji mrocznej, onirycznej, chwytliwej – do wyboru, do koloru. Jestem całkowicie pewny, że dojdzie do następnego spotkania.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Harry Styles – Harry Styles

HarryStyles-albumcover

Znacie takie sytuacje, gdy członek boysbandu odchodzi z macierzystej formacji i postanawia zacząć swoją nową ścieżkę, tym razem będąc bardziej sobą niż częścią mechanicznego, sztucznego tworu. Taką ścieżkę postanowił podjąć niejaki Harry Styles, którego małoletnie panny znały z niejakiego One Direction. Zebrał producentów pod wodzą niejakiego Jeffa Bashkera (współpraca m.in. z Alicią Keys, Rihanną, Bruno Marsem czy Kanye Westem) i nazwał całość pod wielce oryginalnym tytułem “Harry Styles”. Powiem szczerze, że miałem duże wątpliwości I nie zamierzałem nawet tego krążka kijem dotykać.

Aż do momentu, gdy usłyszałem katowany przez stacje “Sign of The Simes” – utwór brzmiący jakby wygrzebany gdzieś z mroków niepamięci lat 70. z delikatnie prowadzonym fortepianem, smyczkami oraz gitarą. Początek jednak to rozmarzona, delikatna ballada “Meet Me in the Highway”, gdzie wokal brzmi niczym echo. Napędza pozytywnie brzmiąca egzotycznie “Carolina” z cudnie grającymi smyczkami oraz chórkiem w tle, a wszystko przypomina pop-rockowe dźwięki lat dawnych. Czasem skręci w delikatne country (nastrojowe “Two Ghosts”) czy nawet folk (“Sweet Creature”), by zaatakować krótkim, rockowym “Kiwi” oraz “Only Angel” z dreampopowym wstępem. Pozornie taki rozrzut stylistyczny może wydawać się niespójny i chaotyczny, ale udaje się to wszystko utrzymać w ryzach dzięki świetnej produkcji oraz bardzo zmiennemu, dopasowującemu się idealnie wokalowi samego Stylesa.

Wokalista mocno odcina się od swoich poprzednich dokonań, by zaprezentować swoje inne oblicze, czerpiące z dawnego pop-rockowego brzmienia, unikając plastikowości. Ładne aranżacje (te smyczki, gitary) oraz całkiem niegłupie teksty tworzą zaskakująco dojrzały twór. Dobra płyta, z paroma wystrzałami (singlowe numery) i obietnicą czegoś więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Cudowny chłopak

Poznajcie Auggie’ego. Ma 10 lat i uczył się w domu przez matkę – ilustratorkę książek dla dzieci. Dlaczego chłopiec nie chodzi do szkoły? Z powodu swojej twarzy, która wygląda po prostu paskudnie. Jest tak źle, że nosi na głowę kask kosmonauty. Ale matka decyduje, że chłopak pójdzie do piątej klasy ichniego odpowiednika gimnazjum z kompletnie nowymi uczniami. Czy da sobie radę, a może ucieknie i zostaje w domu?

cudchlopak1

Produkcja Stephena Chbosky’ego to film z rodzaju tych pogodnych, ciepłych i sympatycznych opowieści, które pokazują świat troszkę zbyt idealny. Świat, w którym ludzie (i dzieci) są w stanie dość szybko wyciągnąć wnioski ze swoich błędów oraz szybko rozwiązujący swoje konflikty, problemy i animozje. Proste, nieskomplikowane kino, które ma poruszyć i wzruszyć. Nasz chłopiec jest w centrum wydarzeń, jednak narracja parę razy przenosi się z postaci na postać, co wnosi wiele świeżości. To jest klasyczny (w treści) film familijny, który ma nauczyć, żeby być tolerancyjnym i nie ignorować czy atakować osoby wyglądające inaczej od tzw. normalnych ludzi. Że wygląd nie ma (inaczej nie powinien) mieć znaczenia wobec charakteru każdej osoby. Przekaz jak najbardziej zrozumiały oraz tutaj bardzo mocno zaakcentowany, jednak nie przeszkadzało mi to tak bardzo (może poza przesłodzonym finałem), zaś twórcy bardzo zgrabnie balansują między takim pokrzepiaczem, mającym dać pozytywną energię, a miejscami poważnym dramatem. Żeby jednak nie było zbyt poważnie, wszystko jest rozładowywane delikatnym humorem (pojawienie się Chewbaki), który się sprawdza.

cudchlopak2

Ale to wszystko nie miałoby siły reżyseria, gdyby nie prowadzona z wyczuciem obsada. Film kradnie Jacob Tremblay, potwierdzając opinię najlepszego (na chwilę obecną) aktora dziecięcego. Mimo robiącej charakteryzacji, aktor nie ukrywa się i buduje wiarygodny portret młodego człowieka konfrontującego się ze światem, wychodzącego z klosza. Równie intrygujący jest Noah Jupe (Jack Will), który staje się pierwszym przyjacielem dla Auggie’ego, choć pojawiają się pewne problemy i komplikacje. Także dorośli bardzo dobrze się odnajdują w tym świecie (ciut) idealnym świecie, wnosząc zarówno większy ciężar dramatyczny (świetna Julia Roberts) czy rozładowując napięcie humorem (uroczy Owen Wilson).

cudchlopak3

„Cudowny chłopak” sprawia wrażenie filmu powstałego 50 czy 60 lat temu (nie, nie chodzi mi o technologię, ale sposób przedstawienia świata), który mógłby spokojnie nakręcić Frank Capra. Taki klasyczny film familijny, który może przedstawia świat zbyt idealny, ale próbuje uczyć innych pewnych wartości oraz postaw. Na szczęście nie robi tego zbyt łopatologicznie, co nie jest takie łatwe.

cudchlopak4

7/10

Radosław Ostrowski

Nienasyceni

Włochy, pełne ciągłego słońca. To właśnie tutaj ukrywa się przed światem Marianne Land – kiedyś wielka gwiazda rocka. Obecnie mieszka z Paulem – fotografem. Kobieta ma chorą krtań i robi sobie przerwę. Jednak ich spokój zostaje przerwany przez dawnego kochanka oraz producenta muzycznego, Harry’ego oraz jego córkę, którą poznał dopiero rok temu.

nienasyceni1

Film reklamowany jako kryminał, ale nie do końca pasuje do tej konwencji. Dzieło Luki Guadagnino jest produkcją opartą w dużej części na tajemnicach, niedopowiedzeniach i jednocześnie w oparach ciepłego lata oraz bardzo mocno obecnego napięcia (także erotycznego). Jednak reżyser z jednej strony ma pewne element łamigłówki (łamana chronologia, skupienia na spojrzeniach, słowach i gestach), tylko tworzenie intrygi kompletnie go nie interesuje. Sami próbujemy rozgryźć te relacje, nie do końca jasne motywy zachowań oraz pewien stań niemal ciągłej zabawy wprowadzony przez ciągle nienasyconego Harry’ego (fenomenalny Ralph Fiennes). To on napędza cały film, tworząc niemal rozpędzone do granic możliwości nieustanne święto, doprowadzając niemal do ekstremum, zawsze pierwszy, zawsze gotowy. Nawet kiedy dochodzi do zbrodni, to samo śledztwo zostaje potraktowane i poprowadzone dość szybko, ale bez rozwiązania.

nienasyceni2

Całość niesamowicie działa na zmysły – połączenie bardzo nasyconych kolorów, pięknych krajobrazów czy kostiumów sprawia, że nie można oderwać oczu. Gdy jeszcze dodamy do tego parokrotnie wykorzystany teledyskowy montaż oraz mieszankę muzycznych stylów, będziemy chcieli zostać tutaj na dłużej. I mamy dwa wyjścia: albo uważnie i wnikliwie obserwować naszych bohaterów lub kompletnie zanurzyć się w świecie dookoła.

nienasyceni3

Jak wspomniałem, film kradnie Ralph Fiennes, sprawiający wrażenie ciągle “głodnego” życia, będącego niemal fizycznym wcieleniem nieustannej balangi (scena tańca w rytm Rolling Stonesów). Tylko na ile jest to prawdziwe oblicze, a na ile to tylko maska, skrywająca w sobie pustkę? Na tym samym wysokim poziomie wnosi się Tilda Swinton w roli głównej, muszącą grać wszystkim poza głosem. I to wygrywa fantastycznie, pokazując niby stabilne i spokojne życie, ale jednocześnie widać pewną tęsknotę za czasami występów oraz związkiem z Harrym. Kontrastem jest bardzo opanowany i spokojny Matthias Schoenaerts (Paul), sprawiający wrażenie niewzruszonego monolitu.

Czym są “Nienasyceni” – wakacyjną opowieścią, zmysłową eskapadą, chwilą celebracji czy zmuszającym do refleksji dramatem egzystencjalnym? Nie jest do końca poważny, ale wymaga uwagi i skupienia. Wtedy wszystko nadrabia z nawiązką.

7/10

Radosław Ostrowski

Mój staż w Kanadzie

Kanadyjska dzielnica Quebec. To tutaj pracuje obecnie deputowany Steve Guibord, kiedyś bardzo obiecujący hokeista, którego karierę złamała… awiofobia. Obecnie mieszka razem z żoną, która prowadzi leśną szkółkę oraz idącą na studia córką. Swoje biuro ma w sklepie z bielizną, a wszystko poznajemy z perspektywy stażysty z Haiti. I spokojne życie deputowane wywraca się do góry nogami, z powodu choroby jednej z posłanek, a Guibord musi zdecydować czy Kanada powinna interweniować zbrojnie. Niezdecydowany deputowany postanawia przeprowadzić konsultacje społeczne.

moj_staz_w_kanadzie1

Satyra polityczna to gatunek bardzo trudny do zrealizowania oraz dość popularny w świecie. Ale nie wśród polskich filmowców (ciekawe, dlaczego? Przecież kochamy politykę.). dlatego opowiem wam o tym kanadyjskim dziele Philippe’a Falardeau. Tym razem twórca „Pana Lazhara” opowiada o politycznym dylemacie, gdzie nasz bohater zaczyna lawirować. Problemy coraz bardziej się zaogniają, lokalni mieszkańcy bardziej dbają o swoje interesy (miejscowi Indianie, kierowcy, blokady). Ale konsultacje nie są wcale proste – widzimy manipulację, próby targów (miejsca pracy, propozycja objęcia urzędu ministra) oraz próby wybrnięcia z tego impasu. Poseł jest atakowany przez wszystkich: od lewa do prawa, a nawet jego zdjęcie jest wykorzystane przez pacyfistów. Wszystko jest zaskakująco trafne, miejscami nie pozbawione złośliwości oraz humoru (głównie sytuacyjnego). A do tego widzimy młodego, idealistycznego stażystę z Haiti, gdzie trwa gorączkowa dyskusja o tych wydarzeniach.

moj_staz_w_kanadzie2

Niby znamy te mechanizmy zwane polityką z nieczystymi, etycznymi zagrywkami, ale reżyser nie szydzi z bohatera, ale pokazuje jak podejmowanie takich decyzji nie jest wcale takie proste. Bo jak pogodzić interesy tak sprzeczne ze sobą: rynki pracy, weterani, Indianie. Cokolwiek zrobi nasz bohater (poczciwy Patrick Huard), będzie źle, ale szybko udaje się zdobyć sympatię tego sympatycznego polityka. Jego rozmowy ze stażystą, Souvenirem Pascalem (świetny Irdens Exantus), pełnym ideałów, podniecenia oraz cytowania klasyków filozofii mają w sobie prawdziwy ogień.

moj_staz_w_kanadzie3

Z jednej strony to lekkie, dowcipne kino polityczne, z drugiej nie pozbawione trafnych obserwacji mechaniki władzy. Zakończenie sugeruje ciąg dalszy, którego nie mogę się doczekać. Ciekawe, jak by to wyglądało w Polsce.

7/10

Radosław Ostrowski

Powiernik królowej

Jest końcówka XIX wieku. W Indiach mieszaka niejaki Abdul Karim – zatrudniony przez brytyjskie wojsko człowiek, który spisuje skazańców i czasami pomaga brytyjskim władzom w wielu kwestiach. Ale tym razem zostaje wysłany do Londynu z zadaniem wręczenia okolicznościowej monety od Indii samej królowej Wiktorii. Jednak młodzieniec zwraca uwagę monarchii, która czyni go swoim służącym.

powiernik1

O tej historii byśmy nie poznali, gdyby nie znalezione w 2010 roku pamiętniki Karima. Zaintrygowali się tym filmowcy i postanowili opowiedzieć tą małą znaną historię. „Powiernik” w rękach Stephena Frearsa to bardzo lekka historia tej niezwykłej przyjaźni, opowiedziana z dystansem oraz luzem. Całość oparta jest na bliższym poznawaniu obydwu stron, które uczą się nawzajem. A jednocześnie widać kilka pewnych elementów wrzuconych do gara: dworskie intrygi, fascynacja Indiami, zderzenie kultur Wschodu i Zachodu. Widzimy tę relację na przestrzeni lat, która doprowadza wszystkich do zawiści, niechęci, niezrozumienia, wrogości. Scenariusz jest dość wątły, ale dialogi między parą naszych bohaterów są najciekawsze. Frears to wygrywa, tylko że cała reszta jest ledwo liźnięta m.in. z powodu słabo zarysowanego drugiego planu, który zlewa się w jeden twór. Pozbawioną charakteru masę, łączącą niechęcią do Abdula.

powiernik2

Wrażenie robią także sceny, gdzie mamy przełamywanie panującego porządku czy pojawiająca się na początku scena uczty. Z jasno opisanym porządkiem, potrawami, wystawnymi daniami czy talerzami. Kamera wręcz płynie, wygląda to ślicznie, a kostiumy czy scenografia robią dobre wrażenie. Ale najlepsza w tym całym zestawie jest fenomenalna Judi Dench. Na pierwszy rzut oka wydaje się stara, trochę zmęczona życiem, samotna. Jednak relacja ze skromny i pełnym pozytywnej energii Abdulem (sympatyczny Ali Fazal), daje jej prawdziwego kopa, dodając sił oraz majestatu (kapitalna scena, gdy pod wpływem groźby uznania za niepoczytalną, podaje swoje dokonania). Aktorka kompletnie dominuje nad ekranem, zawłaszcza każdą scenę i pokazując ile ma jeszcze do zaprezentowania.

powiernik4

Frears zdecydowanie zrobił bardzo lekki, przyjemny film, skłaniający do pewnej refleksji. Przy pokazuje jak bardzo silne są uprzedzenia wobec inności (muzułmanów), które można i warto przełamywać. Ale dla mnie to troszkę za bardzo delikatne i pozbawione większego pazura, przez co trudno wejść.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Thor: Ragnarok

Pamiętacie Thora? To taki koleś, który rzuca swoim młotem, robi rozpierduchę i zawsze pakuje się w jakieś tarapaty. Najczęściej przez swojego braciszka, Lokiego, który czuje się niedoceniony albo chce mieć władzę nad Asgardem. Ale tym razem Thor ma dużo, dużo większy problem, bo przychodzi siostrzyczka, o której istnieniu braciszkowie nie wiedzieli. Hela to bogini śmierci, która robi rozpierduchę, niszczy młot Thora, a sam bóg piorunów wypada z gry.

thor31

Poprzednie części Thora były troszkę bardziej poważne, mroczne i ciężkie, a jedynka wręcz szekspirowski. Ale tym razem postanowiono zatrudnić nowozelandzkiego wariata, czyli Taikę Waititi. Niezależny filmowiec i Marvel? To brzmi jak szaleństwo, ale efekt jest bardzo interesujący. „Ragnarok” jest komedią, która mogłaby śmiało postawić na półce obok… „Strażników Galaktyki”. Jest znacznie więcej humoru niż można by się było spodziewać. Czuć to już na samym początku, gdy nasz heros zostaje uwięziony, a potem dzieje się cyrk. Loki podszywający się za Odyna, Heimdall zostaje wygnany, Hela jest prawdziwą twardzielką, a rozgardiasz panuje ogromny. Do tego Thor jeszcze trafia na arenę gladiatorów i niczym Spartakus musi powalczyć o swoją wolność. I tak jak poprzednie część, to dalej historia dojrzewania tego łobuza w odpowiedzialnego przywódcę, mierzącego się z kłamstwami oraz rodzinnymi tajemnicami.

thor32

A w tle tego wszystkiego ma dojść do Ragnarok, czyli mitycznego końca świata oraz totalnego wysadzenia Asgardu w pizdu. Wizualnie jest na bogato, wali kolorami po oczach, a kilka scen (retrospekcja, gdzie wojska Walhalii walczyły z Helą) jest wręcz malarskich. Wszystkie poważniejsze wątki są rozładowywane poczuciem humoru (postać lekko tępego Skurge’a, który zmienia stanowisko jak chorągiewki czy wszystko z dr Strange’m), włącznie z całym wątkiem wokół Arcymistrza i pojedynków na arenie. Tutaj dochodzi do decydujących wydarzeń, jest nawet wiele rzeczy z buddy movie, trochę mroku (ale nie za dużo), polane kiczem z muzyką a’la lata 80. na czele. A finał jest wręcz spektakularny, czyli typowy dla Marvela (sceny po napisach sugerują, że Thor zmierzy się z Thanosem).

thor33

Wreszcie znalazł się w tej postaci Chris Hemsworth, dodając bardzo dużo luzu oraz dystansu wobec tej postaci. Nie brzmi tak podniośle i jest bardziej ludzki niż boski (narcyz, złośliwiec, dbający o reputację), co jest dla mnie największym plusem. Charakteru za to nie stracił Loki (życiówka Toma Hiddlestone’a), który nadal jest takim cwaniakiem, działającym na dwa fronty. I wreszcie jest charakterny łotr, znaczy się łotrzyca w postaci Heli (cudowna Cate Blanchett), planująca się odegrać za dawne winy. Ale film za to kradnie fantastyczny Jeff Goldblum jako troszkę elokwentny, cwany, podstępny i złośliwy Arcymistrz oraz sam reżyser jako kamienny wojownik Korg.

thor34

Chociaż początek jest dość powolny i spokojny, „Ragnarok” nabiera rozpędu doprowadzając do ekstremum. Człowiek-Młot nabiera nowych mocy i jest jeszcze bardziej niebezpieczny niż się można spodziewać. Nie wiem, co tym razem wymyślą twórcy MCU z Thorem, ale czekam na to.

8/10

Radosław Ostrowski