Złodziej z przypadku

Zawsze jestem ciekawy, kiedy reżyser posiadający wyrazisty styl robi sobie skok w bok. Takie momenty mieli choćby Martin Scorsese („Po godzinach”) czy Steven Spielberg („1941”), a teraz dość nietypowy film w swoim CV robi Darren Aronofsky. Specjalista od dramatów psychologicznych pokroju „Requiem dla snu”, „Zapaśnika” i „Czarnego łabędzia” tym razem wskoczył w kierunku kryminalnej opowiastki a’la Guy Ritchie czy bracia Coen.

„Złodziej z przypadku” jest oparty na pierwszej części trylogii Charliego Hustona, który także napisał scenariusz. Akcja dzieje się w Nowym Jorku roku 1998, skupiając się na Hanku Thompsonie (Austin Butler) – niespełnionym baseballiście, który obecnie jest barmanem w jednej z knajpek. Ma dziewczynę, pielęgniarkę Yvonne (Zoe Kravitz), nadal kocha baseball – ze szczególnym uwzględnieniem San Francisco Giants – zaś jego życie wydaje się jechać na jałowym biegu. Wszystko się zmienia z powodu sąsiada, Angola Russa (Matt Smith), co prosi go o przysługę. Czyli zaopiekowanie się kotem, co lubi gryźć obcych. Niby drobiazg, ale od takich drobiazgów zaczynają się poważne problemy. Sąsiada nachodzą Ruscy, co kończy się bliskim spotkaniem trzeciego stopnia z pięściami i nogami, a to dopiero wierzchołek prawdziwej góry lodowej.

Reżyser kompletnie zmienia tonalnie klimat, idąc ku bardziej kryminalnej intrydze. Niczym w „Big Lebowskim” czy wspomnianych „Po godzinach” Hank pakuje się w grubszą aferę, a im bardziej próbuje się wyplątać, tym głębiej zaczyna w nią wsiąkać. I zaczynają ginąć jego najbliżsi, co mocniej podbija stawkę oraz potrafi strzelić mocno z liścia. Co najciekawsze, Hank nie ma w sobie nic z herosa czy twardziela. Naznaczony traumą z przeszłości facet w końcu musi pójść na konfrontację, ale czy się na nią zdecyduje? Czy może cały czas będzie próbował uciekać? Choć samo tło (końcówka lat 90.) nie jest tu mocno eksponowane, to klimat zagubienia, lekko brudnawego miasta jest namacalny. A jeśli wrzucimy do tego punkową muzykę w wykonaniu zespołu Idles, to do samego końca jedziemy z buzującą energią.

Do tego jeszcze mamy absolutnie fantastyczną obsadę. Sam Butler w roli głównej wygląda niczym młodszy klon Brada Pitta (poza głosem), zaś przez większość czasu jego postać jest… mało charakterna. ALE o to tu chodzi, bo z czasem ta postać zaczyna nabierać barw i wskutek działań oraz interakcji z innymi (niczym piłeczka we flipperze) zmienia się. Jednak to wszystko nie zadziałałoby bez wyrazistego drugiego planu: od apetycznej Zoe Kravitz przez opanowaną Reginę King (detektyw Ronan) aż po drobne wejścia rapera Bad Bunny’ego (gangster Colorado) czy Griffina Dunne’a (właściciel baru Paul). Dla mnie całość kradł absolutnie rozbrajający Matt Smith, czyli punkowiec Russ z zajebiście dużym irokezem, klnący jak szewc oraz buntowniczym nastawieniem, a także duet Liev Schreiber/Vincent D’Onofrio jako chasydzka odpowiedź na „Świętych z Bostonu”.

Absolutnie nikt się nie spodziewał takiej gatunkowej wolty po Darrenie Aronofsky’m, chociaż liczyłem na więcej humoru. Niemniej nie zmienia to faktu, że „Złodziej z przypadku” to wciągająca, pełna wściekłej energii zabawa konwencją oraz „lżejsza” produkcja w dorobku tego reżysera. Czy to będzie jednorazowy wyskok, czy początek nowego oblicza Amerykanina – czas pokaże. I tym bardziej warto będzie wyczekiwać nowego dzieła Aronofsky’ego.

7/10

Radosław Ostrowski

Trick

Czym jest trick? Sztuczką, elementem mistyfikacji, który ma na cel wyprowadzić w pole, odwrócić uwagę. Taki właśnie numer postanowił w 2010 roku przygotować reżyser Jan Hryniak, lecz chyba nikt nie dał się nabrać. Z kolei marketing promował „Trick” jako komedię kryminalną w stylu „Vabank”, co było… sztuczką. Zacznijmy od początku.

Bohaterem jest niejaki Marek Kowalewski (Piotr Adamczyk) – znakomity fałszerz pieniędzy, specjalizujący się w 100-dolarowych banknotach. Podczas jednego ze zleceń zostaje schwytany i trafia do więzienia. Tam zaprzyjaźnia się z niejakim „Profesorem” (Marian Dziędziel), co trafił za kratki przez swojego wspólnika. Panowie planują ucieczkę z więzienia, jednak ich plan może wziąć w łeb. Wszystko z powodu pewnej propozycji od majora Bukowskiego (Andrzej Chyra) z ABW. Otóż w Afganistanie został porwany pewien poseł (Henryk Talar) przez talibów. Rząd oficjalnie ściąga do kraju talibów negocjatora, ale wiceminister spraw wewnętrznych Bąk (Jerzy Trela) ma inny plan. Chodzi o zapłacenie okupu (6 milionów dolarów) za pomocą… fałszywej kasy, którą ma zrobić Kowalewski. W zamian ma dostać skrócenie wyroku.

Reżyser chce tutaj zaserwować sensacyjną opowiastkę, która coraz bardziej zaczyna się komplikować, gmatwać i mącić. Widzimy masę postaci oraz wydarzeń, co wywołuje początkowo konsternację. Bo jeszcze mamy tutaj jeszcze dziennikarkę (Agnieszka Warchulska), odwiedzającą „Profesora” i prowadzącą własne śledztwo, jest jeszcze dziewczyna Marka (Karolina Gruszka), wspólnika Marka obsługującego maszyny do drukowania (Łukasz Simlat), jeszcze inny agent wywiadu (Robert Więckiewicz) węszący wokół Bukowskiego. O dwóch kolegach Marka i Profesora z celi – jeden z nich to osiłek o aparycji Eryka Lubosa, drugi to uzdolniony iluzjonista (Bartłomiej Topa). Innymi słowy, jest strasznie ciasno, chaotycznie i niełatwo połapać się w plątaninie układów, planów, kombinacji. Kto tu kogo chce oszukać, wykiwać – nie idzie nadążyć. Zaś niezbyt dobrze udźwiękowione dialogi nie pomagają w śledzeniu tej plątaniny.

Nie wiem, czy Hryniak chciał zrobić kino, będące jednocześnie zrobione na bogato i w stylu Davida Mameta. Bo akcja raczej dzieje się w różnych gabinetach, celach (innymi słowy bardzo ograniczonej przestrzeni), a jednocześnie wszystko ma być pełne twistów oraz niespodzianek. Tylko, że przez tą gmatwaninę nie byłem w stanie się zaangażować emocjonalnie. Dopiero w ostatnich 30 minutach wszystko zaczęło się krystalizować, jednak nawet tu jest zwyczajnie za późno. Nawet wygląda to bardzo przyzwoicie, czuć piniądz, efekty specjalnie nie kłują w oczy, zaś obsada wyciska ile się da. Ale tak przekombinowanego scenariusza nie dało się uratować. Szkoda, bo był potencjał na naprawdę fajną rozrywkę i zwyczajnie spudłowano.

5/10

Radosław Ostrowski

Stacja

Ciągle są jakieś filmy – głównie z naszego podwórka – które porównuje się do innych tytułów, by nadać im „lepszego” statusu. Tak działają głównie krytycy albo specjaliści od marketingu. Tak było z „Domem złym” Smarzowskiego, gdzie wskazywano podobieństwa do Tarantino czy braci Coen. O wiele bliżej pasowałoby to (choć też na siłę) do powstałej w 2001 roku „Stacji”.

Film Piotra Wereśniaka dzieje się w jakimś małym miasteczku gdzieś w górach. Tam znajduje się z dala od zgiełku stacja paliw, prowadzony przez niejakiego Dymeckiego (Zbigniew Zamachowski). Mężczyźnie pomaga młody student zwany Bananem (Bartosz Obuchowicz). Ruch jest niewielki, więcej czasu trzeba na zbicie nudy oraz rozmowach o pierdołach. Ale wtedy pojawia się Audi, prowadzone przez niezbyt młodego gościa (Bogusław Linda). Chcąc się załatwić za krzakami, bo toalety nie ma, traci przytomność. Panowie chcą wezwać pogotowie i policję, jednak nieznajomy wyciąga pistolet. To oznacza jedno: albo będą wykonywać polecenia gangstera (zamiast lekarza z NFZ – prywatna wizyta za sporą kasą) i przy okazji dostaną niezły hajs albo pójdą do piachu. Takiego dnia nie da się zapomnieć.

Reżyser i scenarzysta we własnej osobie próbuje zrobić swoją wariację „Fargo”. Zimowa sceneria, torba z pieniędzmi, policjanci, a nawet pewien moralny dylemat (choć mi skojarzył się z „Prostym planem” Raimiego) – tak, są pewne wspólne elementy. Jakby cała ta historia skupiła się wokół trójki, mógłby to być ciekawy thriller. Problem w tym, że Wereśniak dorzuca do tego wątku jeszcze masę pobocznych postaci. Jakby rozumiem, że trzeba dodać odrobinę kolorytu i osadzić całość w szerszej perspektywie. Tylko tych postaci jest zwyczajnie za dużo: lekarz (Sławomir Orzechowski) mający problemy z żoną oraz dorosłym synem, co podkradł auto; dwójka ochroniarzy zabitego biznesmena; komendant policji na chorobowym z grypą (Olaf Lubaszenko). Te poboczne opowieści z jednej strony potrafią dodać odrobiny humoru (nawet jeśli opartego na rzucaniu przekleństwami), ale z drugiej mocno zaburzają tempo oraz atmosferę. Czuć tu całkiem niezłe ucho do dialogów, poczucie izolacji oraz miejscami zaskakujące zbiegi okoliczności. Jednak to wszystko się nie spina ze sobą, pozostawiając pewne wątki bez jakiegoś rozwiązania. Najgorsze jednak jest kompletnie niesatysfakcjonujące zakończenie, sprawiające wrażenie nagle urwanego.

„Stacja” jest porządnie sfotografowana, ma dość dziwną muzykę, jakby nie do końca pasującą tonalnie i potrafi zamulić swoim tempem. Nawet bardzo rozpoznawalne twarze nie są w pełni wykorzystane (szczególnie Katarzyna Figura, Sławomir Orzechowski czy znowu będący twardym – choć umierającym – cynglem Boguś Linda). Największym paliwem napędowym jest duet Obuchowicz/Zamachowski, gdzie ten pierwszy jest młodym, naiwnym chłopakiem z zasadami, drugi stanowi mieszankę prostactwa (klnie jak szewc), prostolinijności oraz szansy na łatwy zarobek. Przynajmniej na początku, gdyż z kolejnymi minutami zaczyna się zmieniać.

Dziwaczne, pomieszane, chaotyczne kino, które wymaga sporej cierpliwości i uwagi. Niemniej nie mogę pozbyć się wrażenia, że Wereśniak bardziej sprawdza się jako scenarzysta niż reżyser. Bo „Stacja” sprawia wrażenie niewykorzystanego potencjału, który w rękach pewniejszego reżysera dałby o wiele mocniejsze, intensywniejsza albo ostrzejsze kino.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pętla

Jaka jest pętla każdy widzi. Łatwa jest do zrobienia, narysowania, wykonania. I równie łatwa jest do nałożenia sobie na szyję, nawet nie zawsze zdając sobie z tego sprawę. Taką sytuację pokazuje Wojciech Jerzy Has w swoim pełnometrażowym debiucie z 1958 roku.

„Pętla” jest zapisem jednego dnia Kuby Kowalskiego (Gustaw Holoubek). Ten facet kiedyś miał przed sobą wszystko: karierę, młodość, szczęście. Jest z nim kobieta Krystyna (Aleksandra Śląska) i ma więcej cierpliwości niż zasługuje. Ale jest jeszcze trzecia osoba w tym trójkącie, towarzysząca zbyt długo, trzymająca naszego bohatera zbyt mocno w pysk: alkohol. Jednak ma on zniknąć z życia mężczyzny, bo tego dnia o 18 ma pójść do przychodni, wziąć pastylki i zakończyć dotychczasowy żywot pijusa. Tylko, że jest ósma rano i do tej 18 jest jeszcze tyle godzin. Czy będzie on w stanie tyle wytrzymać? W końcu po którymś telefonie decyduje się wyjść na zewnątrz.

Reżyser opiera się tutaj na opowiadaniu Marka Hłaski, odpowiedzialnego także za dialogi i to jest jeden z mroczniejszych filmów lat 50. I nie chodzi tylko o wizualną inspirację kinem noir czy niemieckim ekspresjonizmem. Dominuje tutaj czerń tak lepka, że wręcz można jej dotknąć. Samo mieszkanie Kuby wydaje się dziwnie puste, jakby przez nikogo nie zamieszkiwane. Nawet wychodząc na zewnątrz świat wydaje się nieprzyjemny, zimny, z obdartymi kamienicami. A czas płynie tak powoli, niczym rozciągnięty w nieskończoność. Wszystko widzimy z perspektywy człowieka, mierzącego się z alkoholizmem, co jeszcze bardziej podkręca koszmar takiego życia.

Zaś każde spotkanie Kuby z innymi ludźmi pozwala dawkować pewne drobne informacje na jego temat. Jednak nie liczcie, że poznacie przyczynę tego stanu. Każdy z tych dialogów i monologów brzmi i jest zagrany świetnie, bez żadnego poczucia sztuczności czy fałszu. Ale każda rozmowa zaczyna coraz bardziej odzierać Kubę z nadziei. Nadziei, że da się wyrwać z kręgu uzależnienia, że można zacząć nowe, „czystsze” życie. I wrócić do czasów sprzed znajomości z butelką procentów. Tą atmosferę podbijają też bardzo rzadkie wejścia muzyki z nasilającym się fortepianem.

Do tego miksu jeszcze dochodzi bardzo powolna, lecz wnikliwa reżyseria oraz fantastyczne aktorstwo. W samym centrum znajduje się Gustaw Holoubek, tworzący bardzo mocną kreację pijaka, znajdującego się na skraju wytrzymałości. Wszystko to pokazuje samymi oczami (parę razy są wręcz wytrzeszczone), bardzo sztywną mową ciała oraz rzadkimi momentami wybuchu. Nawet nie wypowiadając słowa, przykuwa uwagę, co nie jest takie łatwe. Poza nim jest tutaj masa wyrazistych epizodów: od rewelacyjnego Tadeusza Fijewskiego (były saksofonista Władek – jego monolog o tym, że picie to „bal bez mety” – majstersztyk) przez bardzo dobrą Teresę Szmigielównę (dawna dziewczyna Kuby) aż po niezapomniany epizod Stanisława Milskiego (Rybicki) i Ignacego Machowskiego (sierżant milicji, co widział zbyt wiele).

„Pętla” po ponad 65 latach pozostaje bardzo przerażającym studium nieskończonego koszmaru nałogu. Życie pijaka Has pokazuje niczym zapętlony w nieskończoność dzień, który będzie cały czas się powtarzać i powtarzać, zaś wyrwać się można tylko w jeden, ostateczny sposób. Szarpiące, gorzkie kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Amadeusz

Nawet jak się nie jest koneserem czy fanem muzyki klasycznej, nazwisko Wolfganga Amadeusza Mozarta jest pewnie bardziej znane niż wielu się może wydawać. Utwory bardzo chwytliwe, rozpoznawalne, nawet jeśli nie jest się w stanie nazwać czy wskazać skąd pochodzą. Nic dziwnego, że musiał w końcu powstać o nim film. Oparty na sztuce teatralnej Petera Schaffera „Amadeusz” był dla mnie jednym z największych kinowych doświadczeń, jakie miałem od dawna.

Akcja dzieła Milosa Formana toczy się w Wiedniu na początku XIX wieku, gdzie przebywa podstarzały i zapomniany kompozytor Antonio Salieri (F. Murray Abraham). Po nieudanej próbie samobójczej, trafia do szpitala dla obłąkanych i tam w obecności księdza opowiada swoją historię. Opowieść o pełnym młodym i bardzo utalentowanym kompozytorze, którego poznał na dworze cesarza Józefa II (Jeffrey Jones) – Wolfgangu Amadeuszu Mozarcie (Tom Hulce). Włoch był wtedy nadwornym twórcą muzyki dla Kaisera, ale już wtedy mówiło się o nieprzeciętnym talencie protegowanego księcia Salzburga. Jednak pierwsze spotkanie wywołuje ogromną konsternację – geniusz jest młodocianym dzieciakiem, przekonanym o swoim geniuszu i manierach najbardziej prostackich jak się da. Innymi słowy, nie pasuje do dworu cesarskiego. Tak zaczęła się wrogość (skryta) wobec Mozarta przez Salieriego, planującego zniszczenie oraz zabicie Austriaka.

Pierwsze, co mnie złapało w trakcie oglądania „Amadeusza” to bardzo precyzyjnie napisany scenariusz, pełen soczystych dialogów oraz wyrazistych postaci. W samym centrum mamy Mozarta i Salieriego, którzy są tak różni jak tylko jest to możliwe. Włoch gra zgodnie z konwencjami, ale jest kompletnie nudny, zaś Amadeusz to zupełnie inna bestia: przełamujący schematy zgodne z ówczesnymi trendami muzycznymi, napędzany przez wszelkie żądze, prowadzący mocno hulaszczy tryb życia. Jest wręcz buntownikiem, przypominającym swoim podejściem gwiazdę rocka (nawet jedna z jego peruk jest bardziej różowa niż biała), napędzanego przez proces tworzenia. To zderzenie postaw jest w centrum tej opowieści.

Jeśli ktoś spodziewa się nudnego kostiumowego filmu edukacyjnego, popełnia błąd ogromny. Forman prowadzi historię niczym doświadczony kompozytor, grając na odpowiednich nutach. Całość jest jednocześnie bardzo kameralna i jednocześnie imponująca skalą oraz przepychem. To najbardziej widać zarówno w scenach grania opery na scenie czy podczas zabaw, gdzie scenografia z kostiumami rzucają nas w samą epokę. A wszystko kręcone w naturalnym oświetleniu, co bardzo wizualnie przypominało innego klasyka kina kostiumowego, czyli „Barry’ego Lyndona” Kubricka. I jeszcze jak tu genialnie jest użyta muzyka samego Mozarta, będąca dodatkowym bohaterem filmu. W zależności od sceny może wywołać grozę (pojawienie się ojca kompozytora w domu czy przy pokazie „Don Giovanniego”), zachwyt (Salieri przeglądający nuty Mozarta i słyszący te dźwięki) czy smutek (finał z „Requiem” w tle).

To także wciąga dzięki fenomenalnemu aktorstwu. F. Murray Abraham jest genialny w roli Salieriego, będący człowiekiem z jednej strony pełnym pasji wobec muzyki i potrafiącym docenić jej nieprzeciętność. Ale z drugiej poczucie zazdrości (wręcz odrzucenia przez Boga) wywołuje w nim mocno tłumioną nienawiść i wrogość, o której nie wie nikt. Nawet ucharakteryzowany opowiada z pasją godną młodzieńca. Ta rola zasłużenie zdobyła masę nagród. Równie imponujący jest Hulce w roli Mozarta, będącego tutaj nieujarzmioną siłą kreatywności, geniuszu zmieszanego z wulgarnością, prostactwem i niemal dziką energią. Pewnym symbolem tej postawy jest jego śmiech, wywołujący zażenowanie oraz niesmak. Ale to tylko jedna z warstw, bo potrafi on być także wyciszony, oddany swojej żonie oraz nie potrafiący się uwolnić spod wpływu ojca. Wspólne sceny obydwu aktorów jeszcze bardziej elektryzują, zapadając mocno w pamięć. Warto też wspomnieć o kilku drugoplanowych rolach, jakie zostały ze mną: świetny Jeffrey Jones jako cesarz Józef II, co o sztuce nie miał żadnego pojęcia i w niczym mu nie przeszkadzało to w wyrażaniu opinii, cudowna Elizabeth Berridge w roli Konstancji, bardzo surowy Roy Dotrice jako ojciec Mozarta czy wnoszący lekkości Simon Callow wcielający się w aktora wodewilowego.

Absolutnie zdumiewający jest fakt, że po ponad 40 latach „Amadeusz” nie tylko przetrwał próbę czasu, ale jest równie żywotny oraz pociągający jak sama muzyka Mozarta. Może pod koniec ma drobne problemy z tempem, nie przeszkadza to jednak filmowi Formana stać wśród wielkich arcydzieł kina. Ta rozprawa o sztuce, Bogu i tworzeniu pozostanie na długie lata aktualna, tak jak długo będą żyć geniusze oraz miernoty.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Legenda Ochi

Nie sądziłem, że jeszcze będę w stanie zobaczyć nowy film fantasy. Jednak nie chodzi mi o produkcję z kosmicznym budżetem, elfami, krasnoludami oraz tego typu istotami. Ale niczego innego można się było spodziewać po studiu A24. I taka jest „Legenda Ochi” – produkcja za niezbyt duże pieniądze, lecz bardziej bogata niż można się było spodziewać.

Debiutujący za kamerą Isaiah Coxon zaprasza nas do małej wioski na Karpatach. Tutaj mieszka dziewczynka o bardzo „żeńskim” imieniu Yuri (Helena Zengel). Wychowywana przez ojca Maxima (Willem Dafoe), który zebrał wokół siebie grupkę chłopaków, aby ich wyszkolić. Cel: łapać i zabijać tajemnicze istoty zwane Ochi. Przez nie miało dojść do rozłamu rodziny i matka (Emily Watson) pozostawiła ich. Yuri cały czas przebywa w wiosce, jednak coraz bardziej zaczyna się buntować i nie akceptować decyzji ojca. Sprawdzając pułapki znajduje zranionego „wroga”. Zamiast jednak go wydać, próbuje go wyleczyć oraz ucieka z domu, by zaprowadzić Ochi do jego matki.

Samo zawiązanie fabuły brzmi dość znajomo i nie wywołuje zbyt dużego zaskoczenia. Reżyser sięga po znajome motywy opartych na zderzeniu dwóch światów: przełamanie indoktrynacji, próby komunikowania się, poznawania się wzajemnie. Oboje dzieci czują się wyobcowani i to staje się pewnym fundamentem do bliższej więzi. Przy okazji poznaje matkę, skupiającą się na badaniu ochi. Oczywiście, wiadomo jak się to wszystko potoczy, a także jaką drogę przejdą członkowie „wojowników” Maxima, co nosi zbroję niczym rzymski legionista czy matka. Niemniej ta historia była w stanie mnie wciągnąć oraz oczarować.

A co zdecydowanie pomaga absolutnie olśniewająca oprawa audio-wizualna. Film wygląda przepięknie – i nie jest to przesada – zarówno w warstwie krajobrazów (całość była kręcona w Rumunii): wzgórza i góry pokryte mgłą, mocna kolorystyka niczym z kina lat 80. W tle jeszcze gra bardzo atmosferyczna muzyka Davida Longstretha z zespołu Dirty Projector, mieszająca symfoniczną orkiestrę z chórkiem oraz odgłosami natury, tworzy jedną z najbardziej kreatywnych, zaczarowanych oraz niezapomnianych ścieżek dźwiękowych ostatnich lat. Zaś same ochi – ku mojemu zaskoczeniu – zostały stworzone przy pomocy lalek oraz animatroniki, co obecnie jest rzadką techniką w czasach (nad)używania grafiki komputerowej. I to dodaje im dodatkowego uroku.

Nasz dystrybutor zrobił niedźwiedzią przysługę „Legendzie Ochi” pokazując ją tylko z polskim dubbingiem, co wielu widzów (w tym mnie) mocno odstraszyło. 

7/10

Radosław Ostrowski

Młode lwy

Oparte na powieści Irwina Shawa „Młode lwy” są troszkę innym filmem drugowojennym niż można się było spodziewać po filmie z lat 50. Szczególnie w przypadku kina z dużego studia, gwiazdorską obsadą, do tego jeszcze w czasach, kiedy II wojnę światową pokazywano w prosty, czarno-biały sposób. Tutaj większy nacisk położono nie na sceny batalistyczne i przepych, lecz na portrety psychologiczne.

Historia skupia się na trójce młodych ludzi, którzy niedługo ruszą do boju: Christiana Diestla (Marlon Brando) – instruktora narciarstwa, pełnego entuzjazmu wobec Hitlera; Michaela Whiteacre’a (Dean Martin) – aktora, migającego się przed powołaniem oraz Noah Ackermana (Montgomery Cliff) – niepewnego siebie, prostego Żyda. Wszystko zaczyna się jeszcze w Sylwestra 1938, jeszcze zanim wybucha wojna. Każdy z tej trójki prowadzi w miarę spokojne, stabilne życie. Ale nie spodziewają się, że kiedyś ich losy się przetną.

Reżyser Edward Dmytryk ze scenarzystą Edwardem Anhaltem przeskakują z postaci na postać, tworząc skomplikowaną mozaikę. Cała trójka zostanie zderzona z polem bitwy, co może mocno odbić się na nich i zmienić ich. Może poza Ackermanem, który konfrontuje się z antysemityzmem i uprzedzeniami wśród swoich kolegów. Ta walka o zasady ma troszkę inny ciężar, jeszcze zanim ruszy do walki. Whiteacre unikający zaangażowania, próbujący za wszelką cenę uniknąć pola bitwy (włącznie z pisaniem zażalenia). Jednak najcięższe i najciekawsze rzeczy dzieją się w przypadku Diestla. Ten Niemiec początkowo jest fanem (choć nie wielbicielem) Hitlera, bo ten dawał mu nadzieję bycia dumy w swoim kraju. Jednak im dłużej trwa wojna, tym większą zaczyna czuć do siebie odrazę. Widzi zarówno okrucieństwo podczas pola bitwy (atak na pustyni afrykańskiej, gdzie WSZYSTKICH trzeba wyeliminować), fanatyzm i bezsens niektórych działań jak ściganie 16-latka wymigującego się od pracy czy – najbardziej wstrząsający – moment, gdy trafia do obozu koncentracyjnego. Zbyt późno zaczyna się orientować, że wybrał niewłaściwą drogę, lecz poczucie obowiązku nie pozwala mu się wycofać. To te sceny najmocniej wybrzmiały w całym filmie, choć niektórzy mogliby oskarżyć o próbę wybielenie nazistów.

Nie do końca zgadzam się z tym zarzutem, bo tutaj reżyser na przykładzie tego człowieka pokazuje coraz większe zwątpienie oraz pozbawienie złudzeń wobec nazistowskiej ideologii. Niemniej muszę powiedzieć, że całość jest dość poszatkowana narracyjnie i może wywoływać pewną dezorientację. Również fakt, że w scenach batalistycznych podczas eksplozji kamera trzęsie się wielu może odstraszyć. A jednak „Młode lwy” mają parę mocnych momentów, odrobinę napięcia oraz zadziwiającą mieszankę epickiej skali z bardziej kameralnymi momentami (spotkanie Diestla z kolegą w Paryżu oraz dwóch kobiet czy wszystkie sceny w koszarach).

A wszystko trzyma w ryzach fantastyczna obsada. Stonowany Montgomery Clift, zaskakujący Dean Martin i magnetyzujący Marlon Brando przykuwają uwagę do samego końca. Warto jeszcze wspomnieć o świetnym Maximilianie Schellu w roli kapitana Hardenberga, próbującego być przyjacielem Diestla oraz jednocześnie oddanego ideologii, bez popadania w karykaturę czy parodię, a także trójce wyrazistych kobiet: Hope Lange (urocza Hope Plowman – scena spaceru i odprowadzenia do domu w towarzystwie Noaha jest czarująca), Barbarze Rush (twardo stąpająca Margaret Freemantle) oraz May Britt (uwodzicielska Gretchen Herdenberg).

Aż nie chce się uwierzyć, że pochodzące z 1958 roku „Młode lwy” nadal mają mocne pazury. Dmytryk mimo pewnej chaotyczności oraz stosowania syntezy, tworzy jeden z ciekawszych filmów antywojennych. Niepozbawiony skali, świetnej obsady, cholernie dobrych dialogów oraz jednowymiarowego podziału na dobrych i złych. Co jak na czas produkcji mogło być szokującym przeżyciem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Trzy miłości

Jak pojawiły się wieści, że najnowszy film Łukasza Grzegorzka będzie thrillerem erotycznym, wywołało to we mnie bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony u nas filmy o zabarwieniu erotycznym bardziej przypominały soft porno (seria „365 dni”, „Dziewczyny z Dubaju”, „Pokusa”), gdzie postacie są płaskie i papierowe, a napięcia tu tyle, co kot napłakał. Z drugiej strony, reżyser specjalizuje się w tworzeniu przekonujących portretów psychologicznych. Więc dawało to pewną obietnicę, że dostaniemy coś ciekawszego niż zazwyczaj. Co z tego powstało?

Akcja toczy się w słynnym mieście Warszawa, które (jak wszyscy wiemy z geografii) leży między Pruszkowem a Wołominem. I jesteśmy w środku dziwnego trójkąta. Lena (Marta Nieradkiewicz) to aktorka, która niedawno rozwiodła się ze swoim mężem. Poznajemy ją podczas świętowania 40. urodzin u siebie w mieszkaniu. Tam też pojawia się dwóch facetów, bardzo nią zainteresowanych. Młodszy z nich to niejaki „Kundel” (debiutujący na ekranie Mieszko Chomka, będący… studentem reżyserii) – młody student prawa, mieszkający w akademiku, do tego utrzymujący się z dilerki. Tym starszym od niego jest Jan (Marcin Czarnik), adwokat i były mąż Leny, nie potrafiący się pogodzić z byciem byłym. Dlatego wynajmuje mieszkanie w bloku obok, podgląda ją i podsłuchuje przy pomocy aplikacji szpiegowskiej w telefonie.

Sam zarys fabuły sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z filmem o trudnych relacjach, z silnym zabarwieniem erotycznym i nawet odrobiną napięcia. Tylko, że to nie do końca prawda. Nie jest to dreszczowiec z krwi i kości, bo wszystko wydaje się być zbyt umowne i zbyt wystylizowane. Od podziału na rozdziały (sztuk pięć) przez bardzo mocną kolorystykę (dominujący fioletowy filtr czy mocny błękit wody) aż po zadziwiająco sporo humoru. Grzegorzek bawi się oczekiwaniami, cały czas podrzucając kolejne momenty i sytuacje, niepozbawionych wieloznaczności. Tak jak bardzo niejednoznaczna jest dynamika między trójką postaci, gdzie miłość, obsesja, zazdrość i pożądanie mieszają się ze sobą.

O dziwo, napięcie częściowo budowane jest przez ambientowo-elektroniczną muzykę Steeza, wiele kadrów pokazuje bohaterów z dystansu, zaś sceny erotyczne (oczywiście, że są) zrobione są z większym smakiem i wyczuciem niż można się było spodziewać. Ciężko oderwać od tego oczu, zdjęcia pieszczą oczy (a nawet jest parę mastershotów), dźwięk jest bardzo wyraźny (szczególnie jak słyszymy podsłuchiwane rozmowy). Problem w tym, że czasami zdarzają się pewne momenty przestoju i parę pobocznych wątków (jak choćby relacja Kundla z profesorką, graną przez Katarzynę Herman), których można byłoby spokojnie się pozbyć.

Wszystko jednak na swoich barkach trzyma absolutnie świetne trio aktorskie. Przede wszystkim wybija się Marta Nieradkiewicz, która nigdy nie była tak magnetyzująca i elektryzująca jak tutaj. Z jednej strony nie da się oderwać oczu, przez co trochę czułem się jak podglądacz, wręcz kipi od niej sekapilem. Miesza w sobie zarówno delikatność i chęć stabilizacji, z twardym stąpaniem po ziemi, tworząc bardzo intrygującą mieszankę. Zadziwiający jest Czarnik, będący jednocześnie bardzo toksycznym mężczyzną, nie potrafiącym uwolnić się od dawnej miłości. Jednak w swojej obsesji jest żałosny, wręcz śmieszny niż niebezpieczny. No i jeszcze ten trzeci, będący tutaj największą tajemnicą. Czy naprawdę kocha, czy może się tylko bawi? Sprawia wrażenie dojrzałego, lecz czy aby na pewno? Jego obecność zmienia dynamikę w bardzo nieobliczalną trajektorię, zaś jego energia potrafi czasem zarazić.

„Trzy miłości” są intrygującym kinem erotycznym, pozornie tylko idącym w kierunku thrillera, a bardziej skręcając ku komedii. Nie wszystkim ten ton przypadnie do gustu, ale jest w tym coś tak frapującego i zmysłowego, że nie pozwala wymazać filmu z pamięci. Na seans w wakacje to całkiem niezły wybór.

7/10

Radosław Ostrowski

Ocean’s Eleven

Nazwisko Danny’ego Oceana wielu kinomanom kojarzy się natychmiastowo z twarzą George’a Clooneya oraz filmową trylogią Stevena Soderbergha. Jednak mało kto pamięta (w tym piszący te słowa), że produkcja z 2001 roku była… remakiem filmu z 1960 roku. Też miał imponującą obsadę, też był filmem o skoku na kasyno. Ale czemu popadł w zapomnienie?

„Ocean’s Eleven” nakręcił Lewis Milestone – weteran kina, najbardziej znany z pierwszej ekranizacji „Na Zachodzie bez zmian” z 1930 roku. Sama historia skupia się na byłych żołnierzach z jednostki spadochroniarskiej pod wodzą sierżanta Danny’ego Oceana (Frank Sinatra). Grupa planuje w Nowy Rok zaatakować jednocześnie pięć kasyn, zdobywając milion dolców. Na głowę. By dokonać tego skoku, trzeba doprowadzić do wyłączenia prądu, by móc otworzyć skarbce. Dlatego Danny zbiera dawny kumpli z oddziału oraz Spyrosa (Akim Tamiroff), pełniącego rolę mózgowca i zleceniodawcy tego skoku. Co może pójść nie tak?

Pierwsze, co mnie uderzyło w przypadku „oryginalnego” Oceana jest zadziwiająco powolne tempo. Samo zawiązanie i poznanie grupy trwa prawie połowę filmu. Co gorsza, jest ono bardzo niefektywne, bo postacie w większości się zlewają ze sobą i nie zapadają w pamięci. Poza Oceanem i jego kumplem Samem Harmonem (najbardziej wyluzowany z paczki Dean Martin) wyróżnia się kierowca Josh Howard (Sammy Davis Jr. ze świetnym numerem śpiewanym) oraz bardzo cwanego Jimmy’ego Fostera (Peter Lawford). Niby to jest komedia, jednak humoru albo nie wychwyciłem, albo zbyt często sięgano po jeden żart (ciągła frustracja Spyrosa wobec grupy Danny’ego). Jeszcze mamy jakieś poboczne, ledwo zarysowane wątki jak kwestia pani Ocean (zmarnowana Angie Dickinson) czy matka Fostera biorąca ślub ze śliskim typem, niejakim Duke’m Santosem (Cesar Romero) – ten akurat wybrzmiewa najlepiej. Cierpi na tym rytm oraz niemal brak energii.

Dopiero gdzieś w połowie zaczyna się coś krystalizować, jednak nawet tutaj Milestone’owi nie udaje za bardzo zaangażować w tą historię. Nawet sam skok nie robi wrażenia, wydaje się być mechaniczny. Jedyną niespodzianką jest finałowy twist związany ze śmiercią jednego z członków oraz łupem, który mnie nawet rozbawił. I aktorzy całkiem nieźle się odnajdują, jest odrobina chemii, całkiem przyjemny jazz gra w tle. Jednak nawet to – nie wspominając o solidnej scenografii – nie jest w stanie dać mocniejszego kopa adrenaliny, nie ma tego uroku i elegancji, którą miał remake Soderbergha. Przynajmniej z tego, co pamiętam – może pora sobie odświeżyć.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Renaissance

Kino spod znaku cyberpankowego SF ma dwa oblicza: japońskich animacji pokroju „Akiry” czy „Ghost in the Shell” oraz amerykańskich filmów pokroju „Blade Runnera” albo innego „Matrixa”. Nie oznacza to, że w innych krajach nie podejmowano prób zmierzenia się z tym podgatunkiem fantastyki naukowej. Takie ryzyko podjął w 2006 roku francuski reżyser Christian Volckman w animacji „Renaissance”.

Akcja toczy się w Paryżu roku 2054, gdzie wszystko i wszystkich można zobaczyć, podsłuchać, obserwować. Tu działa bardzo potężna korporacja Avalon, zajmująca się szeroko pojętą medycyną, w tym prowadzeniem szpitali czy badań naukowych. Jedna z osób zajmujących się badaniami, 22-letnia Ilona Tasujew znika bez śladu. Włącznie z jej samochodem. Do sprawy zostaje skierowany kapitan Karas, bardzo twardy i nie idący na kompromisy śledczy.

Reżyser mocno tutaj inspiruje się kultowym klasykiem Ridleya Scotta z 1982 roku. „Renaissance” to ubrany w sztafaż SF kryminał noir, z masą znajomych elementów: wielkiej tajemnicy, co może zmienić oblicze świata; chciwa korporacja zacierająca ślady; nieustępliwy detektyw, dystopia. Brakuje tylko tutaj robotów czy futurystycznych maszyn, co oszałamiają swoim wyglądem. Całość jest o wiele bardziej przyziemna i skupiona na samym śledztwie. Problem w tym, że dialogi niespecjalnie zapadają w pamięć, samo rozwiązanie jest dość przewidywalne i jedynie gorzki finał potrafił uderzyć.

Co wyróżnia film Volckmana od innych animacji to jego stylistyka. Stworzona przez Attitude Studio animacja wykorzystała technikę motion capture, następnie całość przeniesiono do komputera, gdzie stworzono tła oraz fakturę. Samo w sobie nie byłoby niczym dziwnym, gdyby nie jeden istotny szczegół. Całość jest zrobiona w czerni i bieli, ale nie w stylu dawnych filmów z lat 30., 40. czy 50. Nie ma tu żadnych odcieni szarości, tylko czerń tak lepka niczym sama noc, przerywana tylko bielą świateł. Nieważne, czy są to światła reklam, mieszkań, klubu, samochodu czy latarki – po niemal 20 latach wygląda to imponująco. Szczególne wrażenie zrobił na mnie widok z szyb albo brawurowego pościgu samochodowego z gonitwą przez szklaną powierzchnię nad katedrą Notre-Dame. O podziemnym metrze nawet nie chcę wspominać – nie można od tego oderwać oczu.

W sumie mógłbym podsumować, że „Renesans” to klasyczny przerost formy nad treścią. Za dużo skupienia jest tutaj na warstwie wizualnej (bardzo imponującej, z cudownymi przejściami montażowymi), próbując zamaskować dość szablonową opowieść spod znaku noir SF. Swoją drogą jest w tym cholernie skuteczny.

6,5/10

Radosław Ostrowski