Dziadku, wiejemy!

Od kilku lat przybywa w naszym kinie produkcji dla młodszego widza. Jakościowo jest spory rozstrzał, ale takie bogactwo zwyczajnie cieszy. Teraz do grona produkcji aspiruje „Dziadku, wiejemy!”, czyli dzieło napisane przez debiutanta Emila Płoszajskiego, zaś nakręcone przez reżyserkę nie mającej styczności z tym gatunkiem. Co tym razem przygotowała Olga Chajdas?

Cała historia skupia się wokół dziadka Jeremiego (Jan Peszek). Mężczyzna ma dość trudne relacje z rodziną, przebywa w domu spokojnej starości i… ma bardzo bujną wyobraźnię. Do tego stopnia, że zdarza mu się robić dziwne rzeczy typu wchodzenie na drzewo. Przez co rozpatrywane jest wysłanie starszego pana do szpitala psychiatrycznego. Jedynie wnuczka Jagoda (debiutująca Anna Nowak) potrafi zbudować więź z dziadkiem, zaś on sam nie chce zamieszkać ze swoją rodziną. Więc wnuczka postanawia „porwać” dziadka i ruszyć w poszukiwaniu swojego statku „Światło morza”. A za nimi jest jeszcze… smok (nie, to nie jest polska wersja Szczerbatka z „Jak wytresować smoka”; tak, wygląda lepiej niż jego odpowiednik z „Wiedźmina”).

Na papierze jest wszystko, co powinno uczynić ten film ciekawym oraz wciągającym. Obietnica wielkiej przygody, surrealistyczne wstawki z animowanym smokiem (ładnie wyglądającym, bo… ręcznie rysowanym w 2D), odkrywanie rodzinnej tajemnicy, podróż i możliwe pojednanie z rodziną. Do tego twórcy bawią się formą, gdzie pojawiają się krótkie retrospekcje oraz animowane sceny. Problem w tym, że całość jest jednym wielkim schizofrenicznym doświadczeniem, jakiego nie przeżyłem od czasu „Drużyny AA”.

Z jednej strony to niemal klasyczne kino drogi, gdzie sercem powinna być relacja dziadka z wnuczką. I te momenty wypadają naprawdę nieźle, humor potrafi działać, a parę razy można się wzruszyć. Jednak całość otoczona jest masą pobocznych wątków. Pojawia się tajemnicza rudowłosa tarocistka (Bogusława Schubert), Czeszka prowadząca TIRa i lubiąca babki, kompletnie nieudolni pomagierzy niczym z kina lat 90., bardzo przerysowany antagonista, co mieszka w zamku (Wiktor Zborowski), mierząca się z przeszłością matka Jagody (Agnieszka Grochowska), drobne wspominki dziadka. To się za nic nie chce połączyć w jakąkolwiek spójną całość. Jakby było mało, tempo jest zadziwiająco powolne, stawka wydaje się pozorna, zaś finał nie satysfakcjonuje.

Czy w ogóle „Dziadku, wiejemy!” ma jakieś zalety? Tak. Niezłe dialogi, ładne zdjęcia (może poza snami ukazanymi z „rybiego oka”), świetna muzyka Andrzeja Smolika oraz proste, lecz pełne uroku animacje. Jan Peszek w roli dziadka jest świetny, także drugi plan wypada porządnie. Za to w dół ciągnie film debiutująca Nowak. Ja wiem, że nie ma ona żadnego doświadczenia aktorskiego i jest relatywnie młoda, niemniej wypada bardzo sztywno. Nie czuć między nią a Peszkiem żadnej chemii, co jest niewybaczalnym błędem.

Szanuję Chajdas za wyjście poza swoją strefę komfortu, niemniej „Dziadku, wiejemy!” to przykład zmarnowanego potencjału. Nie wiem, co się stało na etapie przenoszenia scenariusza na taśmę, ale coś zostało zgubione i wyszło niedogotowane, pozbawione błysku dzieło. Nie koniecznie należy przed tym wiać, lecz zostawać nie trzeba.

5/10

Radosław Ostrowski

Szpiedzy

Steven Soderbergh odkąd wrócił z emerytury kręci filmy równie intensywnie jak Ridley Scott. W przeciwieństwie do Anglika, reżyser „Ocean’s Eleven” nie stworzył żadnej spektakularnej padaki i częściej trzymał poziom. Nie inaczej jest w przypadku „Szpiegów”, czyli bardzo powolnego, skupionego na dialogach thrillera w świecie tajnych służb.

Przewodnikiem po tym świecie jest George Woodhouse (Michael Fassbender) – prawdziwy as wywiadu, który zostaje zadanie rozpracowania zdrajcy. Sprawa dla niego jest bardzo poważna, bo wśród piątki podejrzanych (troje agentów, specjalistka od obsługi satelity, psycholog) jest… jego żona, Kathryn (Cate Blanchett). Na znalezienie zdrajcy ma siedem dni. Na początek zaprasza podejrzanych na kolację do siebie i powoli zaczyna się cała gra. A wszystko dotyczy czegoś nazywanego Severusem.

Soderbergh razem ze scenarzystą Davidem Koeppem tworzy mieszankę przypominającą troszkę kryminał Agathy Christie z powieściami Johna le Carre. Z pierwszym łączą ją eleganckie dialogi, odrobina humoru oraz pewna… teatralność w prezentowaniu narracji, zaś z drugim środowisko. I znowu wkraczamy do świata pełnego kłamstw, oszustwa, manipulacji, gdzie stawką jest związek. Podobno idealny, wręcz dziwnie działający w świecie, gdzie nie powinno takie połączenie działać. Tutaj nie ma miejsca na galopującą akcję, świszczące kule oraz eksplozje niczym z „Mission Impossible” czy jakiegoś Bonda. Wszystko bazuje tu na sprytnych dialogach, gdzie podrzucane są kolejne poszlaki, tropy oraz podejrzenia. Bardzo powoli jest podkręcane napięcie, każda scena ma swój ciężar, coś wisi w powietrzu. A rozwiązanie jest w pełni satysfakcjonujące, pokazane w nagłym, brutalnym stylu.

Wizualnie pozornie „Szpiedzy” nie rzucają się w oczy, ale Soderbergh raz na jakiś czas pozwala sobie na zabawę (początek zza pleców George’a na jednym ujęciu, montażowe przebitki podczas łowienia ryb czy szybkie najazdy kamery w finale czy przeplatające odpowiedzi podczas przesłuchania na wariografie). Przez co nie ma tutaj miejsca na nudę, całość jest delikatnie oświetlona, zaś w tle gra elektroniczno-jazzowa muzyka. Każde ułożenie kamery jest przemyślane, nie brakuje długich ujęć czy zbliżeń.

A wszystko jest świetnie zagrane. Absolutnie błyszczy tutaj Michael Fassbender, którego George sprawia wrażenie bardzo chłodnego, wręcz pozbawionego emocji robota. A jednocześnie podchodzi bardzo poważnie i precyzyjnie do wszystkiego, co robi (na widok poplamionej koszuli podczas gotowania musi się przebrać), rzadko pozwalając sobie na jakiekolwiek rozedrganie. Elektryzująca, charyzmatyczna, celowo „szara” postać, fantastycznie uzupełnia się z przepiękną (jak zawsze) Cate Blanchett. Razem i osobno nie można oderwać wzroku. Także drugi plan jest tu przebogaty, gdzie przewija się m. in. mocny Tom Burke (lubiący używki Freddie Smiths), wyrazista Marisa Abela (obsługująca satelitę Clarissa) czy bardzo powściągliwy Rege-Jean Page (pułkownik Stokes). Troszkę niewykorzystany był (moim zdaniem) Pierce Brosnan w roli szefa komórki, Arthura Stieglitza.

„Szpiedzy” to trzeci wspólny duetu Steven Soderbergh/David Koepp i ta kolaboracja jest bardzo udana (poprzednich dwóch nie widziałem). Inteligentnie napisany, stylowo wyreżyserowany, cudownie zagrany oraz ładnie wyglądający. Jak najbardziej warto się wybrać i dać się złapać w tą szpiegowską układankę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ukryty motyw

Ile już razy byliśmy w więzieniu na ekranie. Zarówno z perspektywy więźnia, jak i strażników, gdzie warunki przetrwania są trudne, szorstkie oraz brutalne. Po części tak samo jest w przypadku nowego dzieła ze Skandynawii, czyli „Ukrytego motywu”.

Historia skupia się wokół Evy Hansen (Sidse Babett Knudsen) – strażniczki więziennej w tej części więzienia o złagodzonym rygorze. Można odnieść wrażenie, że jest o wiele bardziej empatyczna, pełna współczucia i próbująca pomagać więźniom. Inaczej nie działałaby w szkole ani nie prowadziła zajęć z medytacji. Jednak jej spokojne, pełne rutyny zostaje wywrócone do góry nogami. Wszystko z powodu pojawienia się nowego więźnia, którego widok wywołuje u niej zgrozę. Mikkel (Sebastian Bull) to byczek, pełen tatuaży koleś oraz agresywniejszy niż wszyscy bokserzy razem wzięci. Sla Evy sprawa jest na tyle poważna, że chce się przenieść do oddziału o zaostrzonym rygorze, gdzie przebywa nowy więzień. I tutaj zaczyna się gra.

Reżyser – jak w przypadku „Winnych” – bardzo powoli buduje atmosferę i chłodny klimat. Jest sporo skupienia na twarzy bohaterki, której intencje początkowo wydają się jasne. Przynajmniej przez pierwsze 20-30 minut, ALE potem zaczynają się poważne kwestie. Manipulacja, nadużywanie władzy, szantaż, wręcz obsesja wobec nowego więźnia – Moller bardzo powoli podkręca atmosferę. Eva od początku niemal idzie na konfrontację z Mikkelem: od odmowy wręczenia papierosów przez wrobienie go w narkotyki aż do fizycznego ataku. Jednak w tym momencie ich relacja zaczyna się komplikować i nie wiadomo, kto tu jest ofiarą, a kto katem oraz kto tak naprawdę manipuluje. Eva coraz bardziej zaczyna pokazywać swoje ciemniejsze, nieznane sobie wcześniej oblicze. Te momenty była dla mnie najciekawsze w całym filmie.

Problem w tym, że napięcie działało jak sinusoida. Raz potrafiło mocno przytrzymać na skraju fotela (przeprowadzenie rewizji osobistej, odmowa wręczenia więźniowi papierosów czy wizyta w domu matki), ale potem potrafiło nagle osłabnąć. Sama historia oscylowała na granicy prawdopodobieństwa (podrzucenie narkotyków i noża, załatwienie przepustki), niemniej pozostawia z mocnym zakończeniem, pokazującym jak łatwo można zarazić się złem i jak łatwo można znieczulić się przez nie.

Niemniej „Ukryty motyw” potrafi działać dzięki mocnej oraz wyciszonej roli Sidse Babett Knudsen. Jej Eva początkowo sprawia wrażenie bardzo sympatycznej, choć zdystansowanej od innych strażniczki. Ale z pojawieniem się Mikkela coś zaczyna się dziać – widać nerwowość w spojrzeniu, mówi mniej pewnie, a wzrok pozornie wydaje się skupiony. Ta sprzeczność daje emocjonalną reakcję i aktorka dźwiga na swoich barkach całość aż do ostatniej sceny. Równie mocny jest Sebastian Bull jako twardy, brutalny, szorstki Mikkel. Czy naprawdę jest takim bezwzględnym osiłkiem, ale potem znowu pokazuje się z innej strony – manipulanta, cwaniaka oraz (przy scenach z matką) o wiele delikatniejszego, choć może to była maska. Warto też wyróżnić mocnego Dara Salima jako naczelnika oddziału o zaostrzonym rygorze, Ramiego.

„Ukryty motyw” nie jest aż tak gęsty i intensywny jak poprzedni film Mollera „Winni”. Niemniej pozostaje ciekawym thrillerem psychologicznym o tym, jak łatwo można zarazić się złem. Zdarzają się pewne drobne niewiarygodności i naciągane momenty, ale broni się mocnym aktorstwem oraz bardzo chłodną atmosferą.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Raport Pileckiego

Nasza kiedyś miłościwie nam panująca prawica chciała za wszelką cenę nas przekonać, że potrzebujemy kina patriotyczno-martyrologicznego za bardzo grube pieniądze. Takie od paru lat tworzy konsekwentnie Krzysztof Łukaszewicz, co pokazały „Orlęta. Grodno ‘39” czy ostatnie „Czerwone maki”. Jednak w przypadku biografii rotmistrza Witolda Pileckiego sprawa ma swoje drugie dno.

Otóż pierwotnie „Pileckiego” planował od lat nakręcić Leszek Wosiewicz i w końcu udało się zebrać kasę (ponad 30 milionów). Problem w tym, że w 2020 roku po nakręceniu 2/3 materiału reżyser został zwolniony. Wtedy jego miejsce zajął Krzysztof Łukaszewicz, opierając się na własnym scenariuszu. No i powstał kompletny pierdolnik, który w kinach poległ spektakularnie. Ale można go obejrzeć na streamingu, tylko czy warto?

Film skupia się na przesłuchaniu rotmistrza Witolda Pileckiego (Przemysław Wyszyński) przez Urząd Bezpieczeństwa w 1947 roku. Oficer został aresztowany i oskarżony o działalność szpiegowską, planowanie ataków na wysokiej rangi oficerów UB. Brutalne przesłuchania prowadzą pułkownik Różański (Karol Wróblewski) i porucznik Chimczak (Mariusz Jakus). Tak poznajemy życiorys Bohatera: rodzinne życie, walka z Niemcami podczas II wojny światowej, działalność wywiadowcza, wreszcie stworzenie siatki szpiegowskiej w obozie koncentracyjnym Auschwitz.

Trudno nie odmówić twórcom ambicji, bo życiorys rotmistrza Pileckiego zasługuje na film. Tylko reżyser Łukaszewicz kompletnie został przygnieciony skalą. Wszystko się tutaj przeplata i miesza, robiąc totalny mętlik. Sceny przesłuchania mają robić za poszerzoną notatkę z Wikipedii. Krótki moment w dworku przed wojną, gdy Witold jedzie na koniu; przebitka na Włochy ‘45 roku przed powrotem do Polski; krótki wjazd kawalerii do okopów we wrześniu; wreszcie sceny z Auschwitz oraz krótkie przebitki z Powstania Warszawskiego. Za cholerę nie chce się to wszystko spiąć w spójną opowieść, zaś niektóre scenki zwyczajnie są niepotrzebne. W tle dostajemy narrację Pileckiego z offu, która podbija ciężko-depresyjną atmosferę i pasuje do tej historii. Gdzie podział na dobrych i złych jest jasny niczym z kreskówki (Pilecki – wielki patriota, reprezentanci systemu komunistycznego – zdrajcy, brutale), bez żadnych odcieni szarości (poza zdjęciami) oraz brakiem zaangażowania emocjonalnego. Co jest o tyle zaskakujące, że Łukaszewicz nie unika brutalnych, szokujących scen (wszystkie sceny z Auschwitz), ale nawet one nie mają uderzenia i szokują dla samego szokowania.

Broni się tak naprawdę tutaj porządna scenografia Joanny Machy, zdjęcia Arka Tomiaka (choć z krótkim segmencie powstańczym bywa chaotycznie) oraz całkiem niezłe aktorstwo. Jednak cała reszta „Raportu Pileckiego” jest mdła, bardzo zachowawcza, jednowymiarowa laurka, które już dawno powinniśmy zostawić za sobą. Lepiej obejrzeć już spektakl Teatru TV „Śmierć rotmistrza Pileckiego”, jeśli chcecie bliżej poznać postać tego bohatera.

3/10

Radosław Ostrowski

Dom zły

Do żadnego innego filmu nie chciałem wrócić tak bardzo jak do drugiego filmu w dorobku Wojciecha Smarzowskiego. Po głośnym i mocnym „Weselu” nikt raczej nie był gotowy na „Dom zły” – czyli kolejną wyprawę do polskiego piekiełka. Jednak nie dziejącą się w czasach współczesnych, ale w PRL-u.

Historia toczy się dwutorowo i obie łączy Edward Środoń (Arkadiusz Jakubik) – relatywnie młody zootechnik, pracujący w PGR-ze gdzieś na północy Polski. W 1978 roku jeszcze miał przyszłość: dobra praca, młoda żona, niezłe pieniądze. Jednak nagła śmierć Grażyny wskutek wylewu zmienia wszystko. Kompletny dół, strumień gorzały i koniec wszystko. By zacząć na nowo, Środoń zatrudnia się na PRG-ze aż w Bieszczadach. Autobus się psuje pod koniec drogi, więc musi on iść pieszo. Nocą trafia do gospodarstwa niejakich Dziabasów (Kinga Preis i Marian Dziędziel), którzy przyjmują go do siebie.

Cztery lata później znowu trafiamy na gospodarstwo Dziabasów, tylko tym razem jest zima i stan wojenny. Środoń jest zakuty kajdankami, podejrzany o morderstwo. Odbywa się tu wizja lokalna, zaś śledztwo prowadzi porucznik Mróz (Bartłomiej Topa) oraz – pijany w sztok – prokurator Tomala (Robert Więckiewicz). Zresztą wielu milicjantów też jest mniej trzeźwa niż powinna, a sprawa tylko pozornie wydaje się być prosta.

„Dom zły” to kolejny przystanek z mrocznej wizji świata Smarzowskiego. Czego tutaj nie mamy: ostre chlanie, przekleństwa, tajemnice, błoto, smród, korupcja i moralna degrengolada. Niektórzy w dniu porównywali ten film do dzieł Tarantino czy „Fargo” braci Coen, ale to pewne nadużycie. Z pierwszym łączy go zabawa chronologią, z drugim zimowa atmosfera oraz ciężarna milicjantka. Jeśli już miałbym porównywać „Dom zły”, to bliżej byłoby mu do „Ładunku 200” Bałabanowa czy ostatnich filmach Andrieja Zwiagincewa. Czyli niepokojące portrety zgniłego świata, pokazujące tą najmroczniejszą stronę człowieka, gdzie nie da się być przyzwoitym. Każdy bardziej lub mniej kombinuje, nikt nie jest tutaj święty, z nawet reprezentanci władzy (jeżdżący czarną Wołgą partyjniak, ksiądz, prokurator) albo są równie umoczeni, albo bezsilni.

Wszystko kręcone jest cyfrowo (z bardzo płynną kamerą), Smarzowski podbija wszystko montażem, celowo drażniącą uszy muzyką Mikołaja Trzaski oraz mocnymi dialogi. Wrażenie robią też czarno-białe, pozbawione dźwięki sceny wizji lokalnej, kręcone przez jednego z milicjantów. Mimo przeskoków czasowych, intryga jest bardzo czytelna, zaś finał wali w pysk, nie dając wytchnienia. Jeśli dodamy genialną obsadę z brawurowym trio: Arkadiusz Jakubik/Marian Dziędziel/Bartłomiej Topa, efekt zapiera dech.

„Dom zły” nie jest typowym kryminałem, ale podróżą w świat skażony złem, przed którym nie ma ucieczki. Smarzowski buduje kino pełne fatalistycznej atmosfery, ciężkiego klimatu oraz precyzyjnej realizacji. Mimo lat, nie zanosi się na to, by miał stracić cokolwiek ze swojej siły rażenia.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Surfer

Życie to surfing, więc nie bój się fal – tak śpiewał Artur Rojek z zespołem Myslovitz. To zdanie równie dobrze mogłoby pasować do głównego bohatera filmu „Surfer”. I nie jest film, jakiego byśmy spodziewali się po takim tytule.

Tytułowy surfer (Nicholas Cage) to bardzo poważny biznesmen, co przyjechał z synem wypasionym Lexusem oraz dwiema deskami surfingowymi do Australii. Jego plan jest prosty, czyli kupić swój rodzinny dom, zamieszkać tam z rodziną i wrócić do surfowania. Ale po drodze wiele się zmieniło. Do realizacji planu brakuje funduszy, syn nie czuje entuzjazmu do pomysłu, zaś na plaży znajduje się grupa lokalsów pod wodzą Scally’ego (Julian McMahon). Ci zachowują się niczym sekta i nie wpuszczają nikogo w myśli zasady: „nie mieszkasz tu, nie surfujesz”. Jednak nasz bohater nic z tego nie robi, zostaje na parkingu i plaży, co doprowadza do tarć. A zaczyna się od kradzieży desek surfingowych.

Choć akcja dzieje się w Australii, to za „Surfera” odpowiadają… Irlandczycy, reżyser Lorcan Finnegan i scenarzysta Thomas Martin. Czy to jakiś wpływ na odbiór filmu? Szczerze nie. Sam film to psychologiczny thriller, zrobiony za mały budżet i ograniczony do dwóch lokacji: plaży oraz parkingu. Reżyserowi świetnie udaje się zbudować klimat – plaża i falująca woda wygląda wręcz nieziemsko, niczym z pocztówki, jest sporo zbliżeń na faunę i florę. A jak słyszymy jeszcze równie atmosferyczną muzykę Francoisa Tetaza, można poczuć się jakbyśmy trafili do raju. Tylko to wszystko jest tylko i wyłącznie fasadą, pod którą skrywa się… no właśnie co.

Im dalej w las, tym bardziej razem z głównymi bohaterem zaczynamy uczestniczyć w dziwnych interakcjach, zaś każda sytuacja doprowadza na skraj szaleństwa. A to wypasiony Lexus znika i nikt nie wydaje się go pamiętać, a to telefon zostaje oddany w zastaw za kawę, zaś kiedy bohater chce go odzyskać, to… sprzedawca zaprzecza, że coś takiego miało miejsce. Reżyser podpuszcza i prowokuje, wywołując dezorientację, w czym jeszcze pomagają zniekształcone kadry, rybie oko czy niekonwencjonalne ujęcia, gdzie widzimy akcję z oczu jakby… dziejącą się pod wodą oraz krótkie przebitki z przeszłości. Tu może być klucz do zrozumienia motywacji surfera oraz jego działań, które pozornie wydają się irracjonalne. A o czym jest ten film? Mam pewne podejrzenia: toksyczna męskość, walka z własnym ego, mierzenie się ze swoimi traumami. Ale wnioski musicie wyciągnąć sami.

A jak radzi sobie nasz mistrz Nicolas? Rola w „Surferze” jest skrojona pod niego i odnajduje się w niej świetnie, we wszystkich rejestrach emocji: od opanowania i spokoju po (nad)ekspresję, coraz bardziej wyczuwalne szaleństwo oraz ból. W kontrze do niego stoi Julian McMahon, który samą posturą budzi respekt i sprawia wrażenie charyzmatycznego guru. Wydaje się rozumieć naszego bohatera, a może tylko nim manipuluje i stoi za całym tym szaleństwem.

Dzisiaj nie trzeba się wstydzić bycia fanem Nicolasa Cage’a, a „Surfer” to kolejny dowód dobrej dyspozycji aktora. Bardzo kreatywny formalnie thriller, z bardzo gęstą atmosferą, przepiękną warstwą audio-wizualną oraz niepokojącym klimatem. Grzechem byłoby przegapić to dzieło.

8/10

Radosław Ostrowski

Genialny klan

Chyba wszyscy możemy się zgodzić, że jednym z najbardziej wyrazistych reżyserów amerykańskich przełomu XX i XXI wieku jest Wes Anderson. Jego wyrazisty styl wizualny (symetryczne kadry, pastelowe kolory, jazda kamery) w połączeniu z narracją o ekscentrykach zderzających się ze swoimi demonami działa elektryzująco. Nie inaczej jest w przypadku jego najsłynniejszego filmu, czyli „Genialnego klanu”.

Cała historia przedstawiona jest w formie… czytanej powieści, z rozdziałami i epilogiem w towarzystwie głosu Aleca Baldwina. A jej bohaterami są członkowie genialnego klanu Tennenbaumów, pod wodzą Royala (Gene Hackman) oraz Ethelline (Anjelica Huston). Jednak małżonkowie się rozstają, więc matka zajmuje się trójką dzieci: biznesowym geniuszem Chasem, aspirującą dramatopisarką Margot (adoptowana) oraz fantastycznego tenisisty Richie’ego. Ale 22 lata później życie familii przybiera dość wywrotowy obrót. Royal traci pieniądze oraz swój hotelowy pokój, Etheline zaczyna spotykać się ze swoim zwierzchnikiem, Henrym (Danny Glover). A jak dzieci? Chas (Ben Stiller) po śmierci żony ma obsesję na punkcie bezpieczeństwa swoich synów, wręcz tresując ich; Richie (Luke Wilson) załamał się nerwowo i zakończył karierę sportową, za to płynął przez oceany; Margot (Gwyneth Paltrow) odniosła sukcesy na scenie, ale od kilku lat nic nie pisała, ożeniła się z Raleigh St. Claire’m (Bill Murray), jednak ma pewne problemy z wiernością. Czy może być coś gorszego? Cóż, tak. Otóż, Royal wraca do domu z wieścią, że ma nowotwór i zostało mu kilka tygodni życia. Ale czy uda mu się odzyskać oraz odnowić relację z rodziną?

Jak można wywnioskować „Genialny klan” ma styl Andersona i fabułę, której blisko byłoby do… Woody’ego Allena. Brzmi to jak komediodramat o dysfunkcyjnej rodzinie, która wreszcie zaczyna mierzyć się ze swoimi demonami oraz niezdolnością w relacjach interpersonalnych. A wszystko zrobione z dużą sympatią do postaci, pokazując ich depresję oraz zagubienie. W tym całym miksie mamy znajome z późniejszych filmów Andersona: symetryczne (choć zaskakująco przyziemne wizualnie) kadry, bardzo eklektyczną mieszankę muzyczną, długie ujęcia oraz montażowe zbitki, opisujące postacie i ich otoczenie. Dialogi niepozbawione są odrobiny sarkazmu, a narracja z offu nie wywołuje irytacji. Co najważniejsze, historia angażuje emocjonalnie, z paroma mocnymi momentami (próba samobójcza Richiego, uwolnienie sokoła Mordecaia czy Royal rozrabiający ze swoimi wnukami) pozostającymi mocno w pamięci.

To wszystko by nie zadziałało, gdyby nie absolutnie rewelacyjna obsada. Są tu stali członkowie jego ekipy jak Bill Murray, Anjelica Huston czy (współodpowiedzialny za scenariusz) Owen Wilson ze swoim bratem Lukiem. Na mnie jednak największe wrażenie wybitny Gene Hackman w roli Royala – bardzo śliskiego i cwanego ojca, chcącego kłamstwem odzyskać swoją rodzinę. To jednak tylko pozory, bo mężczyzna parę razy pokazuje swoją czułą stronę i – w dość zaskakujący sposób – ma większy wpływ na rodzinę niż mogło by się wydawać. O wiele bardziej złożona postać niż by się mogło wydawać. Równie świetny jest Ben Stiller jako pełen gniewu i ekspresji Chas, nie pogodzony ze śmiercią swojej żony oraz nieoczywista Gwyneth Paltrow w roli depresyjnej Margot.

Ze wczesnych filmów Wesa Andersona, to „Genialny klan” uważany jest za jego największe osiągnięcie i nie dziwi mnie to. Łapie wizualnie, ma swój styl, który jeszcze nie wywołuje zmęczenia, jest kapitalnie zagrany oraz… porusza, bawi, angażuje. Niesamowite doświadczenie, nawet dla nie-fanów Amerykanina.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Niesamowite przygody skarpetek

Zastanawialiście się czasem, dlaczego macie tylko jedną skarpetkę z dwóch par? Czyżby pralka się uparła i postanowiła ją zjeść? Odpowiedź wcale nie wydaje się taka oczywista, co pokazuje nowa polsko-portugalska animacja „Niesamowite przygody skarpetek”. Niby film, ale tak… nie do końca.

Dlaczego? Ponieważ jest to pokazywany na dużym ekranie serial składający się z 6 odcinków po około 10 minut. Historie nie są ze sobą w żaden sposób powiązanie, tworzy je inny reżyser. Każda skarpetka przeżywa własną przygodę, wychodząc z kosza z praniem i trafiając na zewnątrz. Jak? Przez dziurę znajdującą się za pralką. Ale za każdym razem ta dziura prowadzi w zupełnie inne miejsca, jakby układ tuneli pod nią za każdym razem zmienia swój układ.

Całość jest oparta na powieści Justyny Bednarek, która także odpowiada za scenariusz. Dzieło jest bardzo popularne i nawet trafiło do listy lektur szkolnych. Do tego twórcy filmowi zatrudnili ilustratora powieści, Daniela de Latoura, jako szefa ekipy animatorów. Ta prosta kreska może wydawać się dość archaiczna, bo ręcznie rysowana, niemal żywcem wzięta z książek. Niemniej może się podobać i ma w sobie coś z dziecięcych rysunków. Historyjki są proste, ale jednocześnie bardzo pokręcone: raz skarpetka trafia do czasów prehistorycznych, innym razem skarpeta szuka wiosny, by się w końcu pojawiła, znajduje się w jakimś arabskim kraju, próbując rozśmieszyć córkę sułtana czy pomaga… duchowi w nawiedzonym hotelu. Same pomysły narracyjne są kreatywne, dialogi mają odrobinkę humoru, zaś w tle gra absolutnie świetna muzyka Andrzeja Krauze. Z kolei polskie głosy wypadają nieźle, nie są to rozpoznawalne postaci sceny dubbingowej, jednak nie jest to problem. Nikt nie wypada słabo i nie wybija z seansu.

Problem jednak dla mnie był jeden: „Niesamowite przygody skarpetek” są skierowane dla najmłodszego widza. Takiego w wieku 6-7 lat, który zaczyna swoją przygodę z dużym ekranem. Ich rodzice albo dużo starci widzowie (jak ja) nie będą pod wielkim wrażeniem. Widziałem lepsze i ładniejsze animacje, nawet w formie ręcznie rysowanej. Niemniej to nadal sympatyczna produkcja, niepozbawiona uroku oraz zgrabnych morałów.

6/10

Radosław Ostrowski

Rambo II

Sukces „Rambo: Pierwszej krwi” przerósł oczekiwania wszystkich. Przy 15 milionach dolarów zarobił ponad 125 milionów, więc kontynuacja wydawała się kwestią czasu. Ale był jeden poważny problem: w powieści Davida Morrella Rambo zginął, więc nie było żadnego materiału źródłowego. Jednak po czterech latach pojawił się drugi „Rambo”.

Fabuła (za którą odpowiadają Sylvester Stallone i… James Cameron) jest prosta niczym konstrukcja cepa: John Rambo (Sylwek Stalowy) odsiaduje wyrok więzienia za swoje szaleństwa z poprzedniej części. Teraz pojawia się jego dawny dowódca, pułkownik Trautman (Richard Crenna) i ma dla niego propozycję. Siły specjalnie chcą przywrócić naszego bohatera do służby w celu potwierdzenia obecności jeńców wojennych z Wietnamu. W zamian nasz bohater może dostać prezydenckie ułaskawienie. Jest tylko jeden haczyk: Rambo ma… zrobić zdjęcia, co jest raczej ponad jego kwalifikacje. Niemniej dowodzącemu akcją, majorowi Murdockowi (Charles Napier) to kompletnie nie przeszkadza. Ale znając Rambo, na fotografiach akcja się nie skończy.

Tym razem za kamerą stanął George P. Cosmatos, który później zrobi ze Stallone’m kultową „Cobrę”, a następnie niedoceniony horror SF „Lewiatan” czy równie kultowy western „Tombstone” (kiedyś muszę do niego wrócić). Drugi „Rambo” jest o wiele prostszy, jego fabuła jest cieniutka niczym barszczyk i jest pretekstem do jednego: siania rozpierduchy. A ta jest wręcz o skali epickiej, bo Rambo zabija – za pomocą noża, łuku oraz… helikoptera (bo czemu nie) – setki ludzi. Głównie Wietnamców, ale też napatoczyli się Ruscy pod wodzą podpułkownika Pudowskiego (Steven Berkoff). Tutaj Rambo jest kreowany jako niezniszczalna maszyna do zabijania, co umie wszystko, a ból nie stanowi dla niego żadnego wyzwania. Niespodzianek tu nie ma, niemniej potrafi dostarczyć sporej rozrywki.

Sama akcja jest tutaj sfilmowana bardzo energicznie, co jest zasługą II reżysera Petera Macdonalda. Sceny z użycia helikoptera mają mocarnego kopa, muzyka Jerry’ego Goldsmitha brzmi epicko, eksplozje są ogromne, zaś akcja (pozbawiona jakiegokolwiek suspensu) dostarcza. Szczególnie ataki z łuku, gdzie dźwiękowcy dorzucają do wybuchów odgłosy zwierząt. Niemniej dzieje się jedna rzecz, która mi psuła frajdę z oglądania akcji: miejscami bardzo płaskie dźwięki wybuchów oraz strzałów (choćby zabicie piratów i eksplozja wskutek zderzenia statków). Także fakt, że postacie są o wiele bardziej uproszczone (szczególnie Rambo oraz Trautman), pełniące proste role: wspierający mentor, zdrajca, stereotypowy tępy złol.

Jakbym miał podsumować „Rambo II”, jest to destylat lat 80. – pełen patriotyzmu, z superherosem w głównej roli, przerysowaną akcją oraz odrobiną dawki kiczu. O wiele bardziej uproszczony portret człowieka, który z udręczonego PTSD żołnierzem staje się jednoosobową armią, co fanów oryginału mocno wkurzy.

7/10

Radosław Ostrowski

Rambo: Pierwsza krew

11 kwietnia tego roku w wieku 94 lat zmarł kanadyjski reżyser Ted Kotcheff. Czy można lepiej uczcić pamięć tego reżysera niż sięgnięcie po jeden z jego filmów. Jak choćby jego najgłośniejszy film w jego karierze – „Rambo: Pierwsza krew”.

Pierwsza część z serii jest najbardziej nietypowa z całego cyklu. Nie ma tu ganiana po dżungli, zabijania przeciwników liczonej w dziesiątkach lub setkach czy jakiegokolwiek politycznego wkrętu. Tutaj idziemy w zupełnie inną stronę. Nasz John Rambo (Sylvester Stallone) wrócił już z wojny i próbuje się odnaleźć w swoim domu. W końcu trafia do miasteczka Hope, gdzie nie jest zbyt życzliwie traktowany przez szeryfa (Brian Dennehy). Widząc w nim włóczęgę, stróż prawa odprowadza go do granicy miasta, ale nasz bohater nic sobie z tego nie robi. Co doprowadza do aresztowania Rambo, zaś tamtejsi zastępcy traktują go jak śmiecia. Wskutek tego traktowania coś się w nim budzi i zaczyna atakować gliniarzy oraz ucieka z posterunku. Szeryf nie jest w stanie odpuścić, co doprowadza do obławy.

A więc co jest nietypowego w „Pierwszej krwi”? Ma o wiele mniejszą skalę, dzieję się w USA (w okolicach świąt Bożego Narodzenia) i bardziej skupia się na psychologii głównego bohatera oraz z jaką wrogością jest traktowany. Facet służył krajowi, a po tej służbie traktowany jest jak śmieć. I to wywołuje w nim efekt PTSD, zupełnie jakby znowu był w Wietnamie. Co nie znaczy, że nic się tu nie dzieje, bo Kotcheff trzyma wszystko o wiele bardziej przyziemnie. Od przygotowanych pułapek w lesie (przypominającym wietnamską dżunglę) przez ucieczkę do zalanej kopalni pełnej szczurów (zaskakująco klaustrofobicznie) aż do niemal odcięcie miasta i parę eksplozji. Wszystko w bardzo płynnym tempie, bez zbędnych przestojów ani linijki dialogu. Najbardziej zaskakujący jest tutaj finał, gdzie Rambo pierwszy raz mówi więcej niż jedno zdanie, pierwszy raz puszczając gardę i wyrażając swoje emocje.

Tutaj Sylvester Stallone najbardziej błyszczy jako aktor, choć przez cały film gra bardzo powściągliwie. Mówi rzadko, a każde słowo ma swój ciężar. Ale poza nim najbardziej Kotcheff skupia się na kolejnej dwójce: szeryfa Teasela i pułkownika Trautmana, granych przez Dennehy’ego oraz Richarda Crenny. Pierwszy to ewidentny przypadek nadużycia władzy dla szeroko rozumianego „utrzymania porządku”, drugi jest przełożonym Rambo i zna go najlepiej ze wszystkich ludzi. Ma w sobie sporo empatii, ale jest najbardziej świadomy powagi sytuacji, zaś Crenna gra go bardzo poważnie. Ta dwójka razem ma wiele konfrontacyjnych momentów, gdzie zderzają się ideologię oraz światopoglądy.

„Rambo: Pierwsza krew” pozostaje najlepszą częścią tej franczyzy i pokazuje jak cholernie uzdolnionym aktorem potrafił być Sylvester Stallone. Zadziwiający poruszający, trzymający w napięciu film, ze świetnymi dialogi, fantastycznym aktorstwem oraz kapitalną muzyką mistrza Jerry’ego Goldsmitha. Po ponad 40 latach nadal stoi na własnych nogach.

8/10

Radosław Ostrowski