Ziarnka piasku

Kiedy myśli się o epickich produkcjach z lat 60. przychodzą do głowy takie tytuły jak „Lawrence z Arabii” „Spartakus”, „Kleopatra” czy „Działa Navarony”. Troszkę w cieniu pozostaje jeden z bardziej kasowych filmów tej dekady, który w tamtym okresie odniósł spory sukces artystyczny (8 nominacji do Oscara, Złoty Glob dla najlepszego aktora drugoplanowego plus siedem nominacji) oraz parokrotnie przebiła swój budżet. Mowa o kręconych w Hongkongu oraz Tajwanie „Ziarnkach piasku” na podstawie powieści Richarda McKenny.

Akcja toczy się w Chinach roku 1926 – kraju rozbitym wewnętrzne przez różnych watażków oraz frakcje. Coraz bardziej zaczyna dawać o sobie znać tamtejszy ruch Czang Kaj-szeka, jednak na razie jeszcze jest spokojnie. Będziemy śledzić losy Jake’a Holmana (Steve McQueen) – marynarza-mechanika, który zostaje przydzielony do kanonierki USS San Pablo. Okręt ma zadanie patrolować rzekę Jangcy. Na miejscu zaczyna zauważać dość dziwną dynamikę między marynarzami a chińskimi robotnikami, wyręczającymi załogę w wielu obowiązkach (m. in. przy naprawie silnika). Holmanowi nie bardzo to odpowiada, co doprowadza do konfliktu z paroma marynarzami.

Choć sam punkt wyjścia brzmi dość skromnie, to jednak film Roberta Wise’a potrafi wyglądać imponująco. Historia toczy się zadziwiająco powoli, pozwalając lepiej poznać najistotniejsze postacie oraz pozornie proste relacje. Większość czasu spędzamy na okręcie, gdzie czas płynie dość powoli, zaczyna coraz bardziej być zauważalna rutyna. Jednak dookoła zaczyna coraz brutalniej wkraczać polityka – a dokładniej „władza ludowa” (czytaj: komuniści). Drobne chwile w tawernie w towarzystwie „hostess” pozwalały na złapanie oddechu, jednak dla cudzoziemców oraz osób współpracujących z nimi sytuacja robi się nerwowa. Reżyser zaczyna coraz bardziej zaostrzać poczucie zagrożenia i wrogości. Nawet doprowadzając do wrobienia Holmana w morderstwo, żądając wydania go komunistom. Nie mówiąc o zabiciu jednego z członków załogi przez lud, uznający go za zdrajcę. W drugiej połowie akcja zaczyna gęstnieć, gdzie w finale mamy mocne uderzenie w postaci ataku na blokadę morską i ochronę misjonarzy.

Ale jest tu parę pobocznych wątków, które jeszcze dodają kolorytu całej opowieści. Jest para misjonarzy (debiutująca Candice Bergen i Larry Gates), działających na terenie ich. Ona zaczyna – przez krótką chwilę przed wyjazdem – troszkę poznawać Jake’a i może nawet coś zaiskrzy. Pojawia się Po-han (Mako), czyli jeden z tych, co „utrzymuje się za miskę ryżu”, a zostaje protegowanym inżyniera. Do tego stopnia, że pewne oskarżenie zostaje rozstrzygnięte za pomocą pojedynku bokserskiego.

Dla mnie jednak najciekawsza była relacja między jednym z marynarzem, Frenchy’m (przecudowny Richard Attenborough) a młodą dziewczyną do towarzystwa Maily (Marayat Adrienne – pod tym pseudonimem ukrywa się… Emmanuelle Arsan, późniejsza autorka cyklu powieści o Emmanuelle). Najmocniej iskrzy między nimi, jednak problemem są pieniądze – by kupić jej wolność. Tutaj chyba najmocniej wybrzmiewają kwestie zderzeń dwóch światów oraz ceny jaką za taki związek można zapłacić.

Wszystko to jednak na swoich barkach trzyma jeszcze bardziej stonowany Steve McQueen. Jego Holman jest niezbyt rozmowny, ale za to bardzo opanowany (nawet w najbardziej dramatycznych sytuacjach) i bardzo przyziemny. Nie zgrywa bohatera, tylko stara się najlepiej wykonywać swoją pracę. Potrafi jednak wesprzeć przyjaciół (Frenchy, Po-han) i można na nim polegać. Równie w/w Attenborough, Mako czy Adrienne także błyszczą, to jeszcze trzeba wspomnieć Richarda Crennę (tak, pułkownik Trautman zanim poznał Rambo) w roli dowódcy statku. Ten próbuje odnaleźć się w ciągle zmieniającej się sytuacji geopolitycznej i wypada bardzo przekonująco (szczególnie w ostatnich scenach).

Przyznaję, że troszkę obawiałem się tego trzygodzinnego kolosa w starym stylu (ze wstępem muzycznym oraz przerwą w środku). Jednak „Ziarnka piasku” Wise’a potrafiły wessać niczym sztorm statek, choć początek może wydawać się dość ospały. Precyzyjna reżyseria, mocne dialogi, świetna muzyka oraz technikalia. Warto znaleźć i odkurzyć. 

8/10

Radosław Ostrowski

Chinatown

Kino noir zwane też czarnym kryminałem szczyt swojej największej popularności przeżywał w latach 40. i 50., jednak jak wiele gatunków miał okres przesycenia. Nie oznaczało to jednak, iż nie powstawały mroczne opowieści o prywatnych detektywach, brudnych tajemnicach, korupcji i morderstwach. Były już kręcone w kolorze, wykorzystywały wizualne i tematyczne motywy, dlatego nazwano je neo-noir. Ich obecność jest zasługą takich twórców jak Jean-Pierre Melville, Bob Rafelson, Curtis Hanson czy Carl Franklin. Jednak za najlepszego przedstawiciela nowego czarnego kryminału uznaje się „Chinatown” Romana Polańskiego z 1974 roku.

Jak wiele filmów z tego gatunku historia osadzona jest w Los Angeles lat 30. – mieście pełnego słońca, piasku i skwaru. Tutaj pracuje J.J. Gittes (Jack Nicholson), były gliniarz, a obecnie prywatny detektyw. Powodzi mu się nieźle, głównie prowadząc klasyczne sprawy typu żona zdradza swojego męża albo na odwrót. Pozornie kolejna sprawa wydawała się być czymś takim: żona (Diane Ladd) podejrzewa męża o problemy z wiernością. Tylko, że mężem jest Mulwray, główny inżynierem w Departamencie Wodnym ratusza i to mogłoby dać niepotrzebny rozgłos. Jednak Gittes jest zbyt doświadczonym szpiclem, by nie zdobyć dowodów. Wtedy dzieją się trzy poważne rzeczy: zdjęcia niewiernego mężczyzny trafiają do pracy, pojawia się prawdziwa pani Mulwray (Faye Dunaway) z pozwem i zarzutami o oszustwo oraz – jakby tego było mało – sam Mulwray zostaje znaleziony martwy. Detektyw próbuje rozgryźć kto to tak naprawdę wynajął oraz o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi.

Polański w „Chinatown” tworzy prawdziwy labirynt, w którym my (tak jak Gittes) próbujemy się odnaleźć. Pozornie proste zadanie jest tak naprawdę fasada, kryjąca o wiele bardziej skomplikowaną intrygę. I jak zawsze w tej konwencji, chodzi o pieniądze, władzę oraz kilka brudnych tajemnic. Co uderza przy pierwszym spotkaniu to cięte dialogi, niepozbawione ironii, a także bardzo stylowa warstwa wizualna. Od zaskakująco szczegółowej scenografii (eleganckie meble, żaluzje) przez opartą na fortepianie muzyce Goldsmitha aż po kostiumy i samochody. Cały czas jednak czuć, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana a korupcja głębsza, wręcz nie do zatrzymania. Morderstwa, oszustwo, wpływowy biznesmen Noah Cross, kazirodztwo, woda, odcinanie nosa – wszystko bardzo powoli jest odkrywane w precyzyjnym scenariuszu. Aż do bardzo gorzkiego finału, wywracającego oczekiwania do góry nogami.

Wszystko na barkach trzyma fenomenalna obsada. Najbardziej błyszczy tu Jack Nicholson w roli Gittesa. Aktor jest o wiele bardziej stonowany i opanowany niż zazwyczaj, używający swojego sprytu oraz ciętych ripost do wybrnięcia z każdej sytuacji. Jednak nie bardzo lubi być robiony w konia, co napędza jego ego. A także wiele przekazuje za pomocą samej twarzy. Równie zjawiskowa jest Faye Dunaway, czyli pani Mulwray. Chłodna, zdystansowana i bardzo elegancko wysławiająca się, jednak jest w niej coś niejednoznacznego, co umieściłoby ją w szufladce femme fatale. Między tą dwójką czuć napięcie, nabierające z każdą sceną intensywnością. Jednak film skradł dla mnie John Huston w roli śliskiego Noah Crossa – bardzo opanowanego, pozbawionego wyrzutów sumienia biznesmena. Pojawia się rzadko, ale jego obecność jest bardzo silna, zapadająca w pamięć.

Nic dziwnego, że „Chinatown” jest uważane za jedno z największych osiągnięć Polańskiego. Jego precyzyjna reżyseria buduje poczucie, że obcujemy jesteśmy w świecie, gdzie wszyscy są zamieszani, a my nadal nie widzimy całego obrazka. Wciągający labirynt z fantastycznym aktorstwem, niezapomnianymi dialogami oraz bardzo ponurym finałem. Bardzo wredne kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nikt 2

Sequele to twardy orzech do zgryzienia. Jak dać jednocześnie coś znajomego, ale innego? Nie ma jednej konkretnej odpowiedzi, jednak najczęściej spotykany wariant to: podbić bardziej stawkę, zwiększyć skalę i zachować podobną intrygę. Tak postanowiono zrobić z przygodami pana Nikogo w „Nobody 2”.

Tym razem Hutch Mansell (Bob Odenkirk) wrócił do profesji, co polega na zabijaniu innych dla niejakiego Fryzjera (Colin Salmon). Powód? Bo jest w tym strasznie dobry i – wskutek działań z pierwszej części – ma ogromny dług do spłaty. Ale przez swoją profesję zaniedbuje swoją rodzinę, co budzi straszną frustrację. By ją przełamać decyduje się zrobić przerwę i wyruszyć na wakacje do Plummersville, gdzie znajduje się… wesołe miasteczko. Miejsce, które odwiedził jako dzieciak i nadal budzi w nim pozytywne wspomnienia. Ale na miejscu zostaje zderzony z rzeczywistością. Bo miejsce okazuje się szlakiem przemytniczym dla szefowej mafii (Sharon Stone), skorumpowanego szeryfa (Colin Hanks) i właściciela parku (John Ortiz).

Tym razem za kamerą stanął Timo Tjahjanto, czyli indonezyjski reżyser kina akcji znany najbardziej z „Przychodzi po nas noc”. I każdy kto widział przynajmniej jeden film akcji z Indonezji wie, że akcja jest u nich bardzo brutalna, intensywna oraz krwista do tego stopnia, iż może wywołać dyskomfort. Tutaj jednak sceny akcji są jednocześnie ostre, jednocześnie są kreatywne oraz… zabawne (bójka na statku, pierwsza konfrontacja Hutcha z lokalsami). Czuć tutaj rękę producentów „Johna Wicka” w choreografii i kaskaderce, zaś sama akcja jest płynnie sfotografowana oraz zmontowana. Zaś sam finał (niemal westernowy w duchu) jest bardzo efekciarski, z ogromną skalą, dając absolutną masę frajdy. Przy okazji twórcy próbując eksplorować temat trudnych relacji ojca i syna, gdzie ten pierwszy nie chce, by ten drugi poszedł jego ślady. Jakby przy okazji film pokazuje jakie reperkusje może dać przyniesienie „pracy” do domu i wpływ przemocy na najbliższy.

Jednak „Nobody 2” to nie dramat psychologiczny, tylko letni akcyjniak i jako taki naprawdę dowozi. Sam Odenkirk nadal dobrze prezentuje się jako niepozorny mistrz zabijania. Widać, że próbuje się powstrzymać, ale ciągle coś mu w tym przeszkadza. Równie świetna jest Connie Nielsen w roli żony, czy wracający na drugim planie Christopher Lloyd (ojciec Hutcha) oraz raper RZA (brat). Z kolei antagoniści może nie są aż tak wyraziści jak Julian z pierwszej części, ale też dodają sporo ognia i jest aż troje. Ortiz ma najwięcej głębi w roli właściciela parku, którego z Hutchem ma podobną przeszłość oraz obawę o swojego syna, Hanks jest śliski oraz przekonany o swojej sile, zaś Stone jako szefowa mafii jest totalnie przerysowana (dla mnie za bardzo) i ma masę frajdy z grania.

Drugie spotkanie z „Nikim” nie jest może aż tak zaskakujący jak pierwsza część, lecz pozostaje niezobowiązującym kinem rozrywkowym. Zgrabnie balansuje między krwawą jatką a humorem, całość jest pewnie wyreżyserowana, a Bob Odenkirk absolutnie błyszczy w roli niepozornego, aczkolwiek bardzo efektywnego i bezwzględnego zabijaki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

13 dni do wakacji

Chyba obecnie żaden reżyser w Polsce z taką konsekwencją nie oddał się misji kręcenia horrorów jak Bartosz M. Kowalski. Po szokującym „Placu zabaw” z tak mocnym zakończeniem, że nie da się go wymazać z pamięci reżyser eksplorował slashera (dylogia „W lesie dziś nie zaśnie nikt”), historię o opętaniu („Ostatnia wieczerza”) czy grozę psychologiczną („Cisza nocna”). W swoim najnowszym dziele, tym razem bierze się za podgatunek home invasion. Jednak po kolei.

Historia „13 dni do wakacji” skupia się na dwójce rodzeństwa: Pauliny (Katarzyna Gałązka) i Antka (Teodor Koziar). Oboje mieszkają w tzw. inteligentnym domu (wszystkie zabezpieczenia są uruchamiane i nadzorowane przez smartfon) ze swoim ojcem (plecy Cezarego Pazury w krótkim epizodzie), zaś matka zostawiła ich w pizdu. Chłopak pewnego dnia znajduje ciało zamordowanego bezdomnego, co jeszcze bardziej potęguje jego izolację. Z kolei siostra na czas wyjazdu służbowego ojca szykuje w domu imprezę z kumplami: chłopakiem Piotrkiem (Antoni Sztaba), kumpelą Agą (Julia Mika), pryszczaty Marek (Hubert łapacz), „Byku” (Bartłomiej Deklawa) oraz Julia (Nicole Bogdanowicz). I jak to na imprezie bywa: pogaduchy, ploteczki, popijawa, dobra muza oraz nawet coś więcej. Jednak sprawy zaczynają się komplikować. Po pierwsza, pojawia się pod dom była dziewczyna Piotrka, Magda (Olga Rayska). Młoda śledzi Paulinę i nie jest w stanie się pogodzić, że jest była. A po drugie: ktoś włamał się do systemu zabezpieczeń, zmieniając dom w klatkę bez wyjścia. I zaczyna się polowanie.

Kowalski już na samym początku wie, jak zbudować atmosferę niepokoju. Zbliżenia na twarze i/lub kompletna otchłań, zapowiadający zbrodnię gwizd oraz bardzo namacalna czerń, za którą może kryć się cokolwiek. A w momencie włamania do smarthouse’u, robi się coraz duszniej, zaś sam morderca pozostaje kompletną enigmą (sama jego maska jest super). Może same sposoby eliminacji nie należą do zbyt kreatywnych (choć krwi nie brakuje), zaś mała paczka popełnia podstawowy błąd każdego slashera (nie oddzielaj się od grupy, bo zginiesz). Same aktorstwo jest w zasadzie bez rewelacji, a dialogi czasami brzmią niezbyt dobrze. Jednak najmocniejsze jest zakończenie, które jest doprawdy mocarne, bardzo brutalne i zaskakująco nihilistyczne (niczym we wcześnie wspomnianym „Placu zabaw”). Ale niestety, reżyser w tym momencie nie kończy filmu i to, co dzieje się potem torpeduje cały finał.

W porównaniu do innych horrorów obecnych w kinach obecnie, nowy film Kowalskiego prezentuje się blado. To znowu kompetentny slasher, jednak wykonany na poważnie i bez żadnego mrugania okiem jak do tej pory. Mam nadzieję, że następnym filmem reżyser jeszcze bardziej zaszaleje – po prostu.

6/10

Radosław Ostrowski

Samotny detektyw McQ

Po sukcesach „Bullitta” oraz „Brudnego Harry’ego” filmy policyjne zaczęły łapać drugi oddech, tworząc nowy typ stróża prawa. Człowieka silnego, balansującego na granicy prawa, nie będącego na żadnej politycznej smyczy. Swoją wariację inspektora Callahana postanowił stworzyć sam John Wayne w jednej ze swoich ostatnich ról, zatrudniając weterana od kina akcji Johna Sturgesa. Tak narodził się „Samotny detektyw McQ”, czyli powolny kryminał z odrobiną akcji.

Film zaczyna się tajemniczo, gdzie widzimy starszego faceta zakładającego okulary oraz jeżdżącego po mieście. Po drodze zabija dwóch policjantów i – idąc do jadłodajni – odkrywamy, że on sam jest policjantem. Wychodząc podrzuca coś do przyjeżdżającego auta, by następnie… dostać kulkę w plecy. Wiadomość ta mocno szokuje jego partnera, detektywa Lona McQ (John Wayne). Gliniarz mieszka na łodzi, jeździ bardzo starym autem i jest starym rozwodnikiem. Przy okazji ktoś próbuje go zabić, ale nie z nim te numery. I nawet podejrzewa kto może stać za morderstwem – niejaki Manny Santiago (Al Lettieri). Oficjalnie – biznesmen, nieoficjalnie – handlarz narkotyków. Problem w tym, że nie ma na to żadnych dowodów, lecz dla McQ to nigdy nie był problem. Próbuje wybadać sprawę i przy okazji dowiaduje się, że przygotowany jest skok.

Historia prowadzona jest o wiele wolniej niż można się było spodziewać. Z drugiej strony grający główną rolę Wayne miał już 67 lat i nie było tu już miejsca na bieganie oraz gonienie fizyczne. Jednak to powolne tempo daje spore miejsca dla całkiem niezłych dialogów, odrobiny humoru. Sturges zadziwiająco sprawnie odkrywa kolejne elementy układanki, gdzie podrzuca kolejne tropy oraz postacie (w tym dwójkę informatorów). Czuć tutaj klimat epoki, w tle gra bardzo intensywny jazz w stylu Lalo Schifrina czy Davida Shire’a (dla mnie najjaśniejszy punkt filmu), zaś całość jest pozbawiona zbędnych wątków. Wybijają się też dwa świetne pościgi samochodowe (jeden za wozem pralni, drugi w finale na plaży), nie brakuje strzelania, a zakończenie jest mocne oraz satysfakcjonujące.

Równie aktorsko jest bardzo solidnie. Wayne ma już swoje lata i jest o jakieś 10 lat za stary do tej postaci. Aczkolwiek jego szorstkość, bezkompromisowość oraz odrobina sprytu może budzić sympatię. Dla mnie najmocniejszym punktem jest Lettieri, najbardziej znany z roli Solozzo w „Ojcu chrzestnym”. Bardzo opanowany gangster, która ma w zasadzie jedną mocną scenę, lecz cały czas dominuje ekran. Cholernie dobrze wypadają na drugim planie David Huddlestone (prywatny detektyw „Pinky”), Diana Muldaur (wdowa po zastrzelonym gliniarzu, Lois Boyle) oraz Collene Dawhurst (informatorka Myra, była narkomanka).

Jeden z ostatnich filmów Sturgesa może nie jest najlepszym policyjnym kryminałem z lat 70. i nie dorasta „Bullitowi”, „Brudnemu Harry’emu” czy „Francuskiemu łącznikowi”. Niemniej jest to bardzo kompetentnie wykonany film, z paroma mocnymi scenami akcji, fantastyczną muzyką oraz pewną ręką reżysera. Może z dzisiejszej perspektywy trochę staroświecki, jednak zapewnia bardzo przyzwoitą rozrywkę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Różowy cadillac

Clint Eastwood zawsze kojarzył się z postacią małomównego, szorstkiego twardziela, co wychodzi z każdej opresji cało. Nie oznacza to, że nie próbował co jakiś czas zagrać w czymś lżejszym i mniej poważnym, jednak o tych filmach się nie mówi. Jedną z takich prób bardziej komediowego wcielenia Clinta był „Różowy cadillac” z 1989 roku.

Eastwood gra w nim Toma Nowaka, łowcę głów pracującego dla poręczyciela. Innymi słowy, jeśli poręczyciel wypłacił kaucję za Ciebie, a ty postanowiłeś zwiać, to Nowak cię znajdzie i postawi przed władzami. Teraz jednak trafia mu się naprawdę trudna sprawa. Otóż jego celem jest Lou Ann McGuinn (Bernadette Peters), oskarżona o posiadanie fałszywych pieniędzy. Wpłacono za nią poręczenie, a ta uciekła różowym cadillakiem swojego męża (Timothy Carhart) razem ze swoją kilkumiesięczną córką. Facet próbował robić różne interesy, lecz to zawsze kończyło się zawodem. Teraz dołączył do grupy neonazistów pod wodzą Alexa (Michael Des Barres) i też chcą ją dopaść. Dlaczego? Ponieważ w skradzionym wozie znajduje się nieco ponad ćwierć miliona dolarów, za które mieli kupić broń.

Tym razem za kamerą stanął Buddy Van Horn, który przez prawie 50 lat był kaskaderem Eastwooda i pracował także jako drugi reżyser. „Różowy cadillac” to trzeci i ostatni wspólny film reżysera z Eastwoodem, co chyba tłumaczy moje rozczarowanie. Film chce być thrillerem, a jednocześnie próbuje grać w bardziej komediowym tonie. Efekt jest mocno schizofreniczny. Przez humor ciężko traktować ten film poważnie, przez co kompletnie nie trzyma w napięciu. Jasne, przebieranki Eastwooda potrafią rozbawić (podszywanie się pod prezentera radiowego – świetne), jednak w momencie trafienia na Lou Ann robi się dziwnie. Twórcy próbowali zrobić z tej relacji skręt ku kinu kumpelskiemu, jednak ta dynamika dla mnie kompletnie nie działała. Humor i cięte (w teorii) dialogi wydawały się bardzo wymuszone, za to sceny akcji są zadziwiająco pozbawione pazura.

Za to antagoniści to albo przerysowani psychopaci (lider Alex czy Waycross), albo kompletni idioci. Niby miało to pokazać zróżnicowanie grupy, lecz dla mnie to kompletnie nie czułem zagrożenia. Bardziej wydawali się pewną przeszkodą. Jeszcze bardziej rozczarowuje finałowa konfrontacja w obozie. Niby jest tu pościg i strzelanina, lecz kompletnie nie czuć tu napięcia. A całość pozornie wydaje się happy endem, bo udaje się naszej parze uciec. Jednak samo zagrożenie nie zostało zneutralizowane, przez co finał jeszcze bardziej wydaje się sztuczny i niesatysfakcjonujący.

Nawet najbardziej zatwardziali fani Clinta Eastwooda mogą poczuć się rozczarowani „Różowym cadillakiem”. Rozkrok między komedią a sensacją jest tak mocny, że nie działa w żadnej z tych konwencji. Zbyt niepoważny, zbyt głupi, pozbawiony jakiegokolwiek napięcia. Nawet charyzma starego Clinta zwyczajnie nie wystarcza, by chcieć pojechać tym cadillakiem gdziekolwiek.

4/10

Radosław Ostrowski

Zniknięcia

Zach Gregger objawił się kinomanom w 2022 roku dzięki niekonwencjonalnej mieszance horroru, thrillera i komedii „Barbarzyńcy”. Choć nie bez wad, to pozostawał obietnicę ciekawego talentu w kinie okołohorrorowym. Teraz powrócił z nowym filmem „Weapons” (polskiego tłumaczenia dawać nie zamierzam), czyli mieszanką horroru oraz gatunku znanego jako mystery.

Bo wszystko zaczyna się w miasteczko Maybrook, w którym wszystko toczy się swoim powolnym rytmem. Jednak wszystko zmienia się jednego dnia, gdzie w szkole dochodzi to dziwnej sytuacji. W klasie pani Justine Gandy (Julie Garner) nie pojawia się… żaden uczeń. Z wyjątkiem Alexa Lilly (Cary Christopher), który nie ma pojęcia co się stało. Nikt w zasadzie nie wie, co się wydarzyło. Policja i FBI próbuje znaleźć jakieś tropy, lecz wszystko prowadzi do niczego. Rodzice są sfrustrowani, a szczególnie Archer Graff (Josh Brolin), podejrzewający nauczycielkę o udział w zniknięciu. Ale o co w tym wszystkim chodzi?

Reżyser od samego początku prowadzi z widzem pewną grę, pozornie znajomą i oczywistą. Mamy krótką narrację z offu otwierającą oraz wprowadzającą do całej historii. Ale myk (podobnie jak w debiucie) polega na tym, że poznajemy tą historię z perspektyw kilku postaci, będących niejako osobnym segmentem. Mamy nauczycielkę, odciętą od pracy; nie radzącemu sobie ze zniknięciem syna ojca; lokalnego policjanta Paula (Alden Ehrenreich), drobnego złodziejaszka Jamesa (Austin Abrams); dyrektora szkoły Marcusa (Benedict Wong) oraz – jako rozwiązanie – samego Alexa. Gregger daje zadziwiająco sporo czasu na poznanie każdego z bohaterów, jak sobie radzą (lub nie) z całą sytuacją i każdy (o czym sami jeszcze nie wiedzą) odegrają istotną rolę w całej opowieści. Nie nazwałbym „Weapons” stricte przerażającym filmem, jednak reżyser konsekwentnie buduje atmosferę niepokoju, pewnej niewytłumaczalnej tajemnicy. Tajemnicy, która wydaje się nie mieć racjonalnego wytłumaczenia. I co jeszcze bardziej może sfrustrować to fakt, że prawie każdy z tych segmentów urywa się w chwili, gdy sprawy zaczyna niejako ruszać z kopyta.

To wszystko jest jednak bardzo świadomą zagrywką, gdzie z każdym segmentem podrzucane są kolejne elementy układanki. Wszystko z paroma przebłyskami na poziomie montażu (postać w tej samej pozycji pokazywana w różnych lokacjach), szybkich ruchów kamery niczym z dzieł Soderbergha oraz dwiema kapitalnymi scenami snów (scena w szkole oraz Graff poszukujący swojego syna w nocy zniknięcia). Wszystko podbite bardzo atmosferyczno-ambientową muzyką w tle i – przynajmniej dla mnie – paroma mocnymi szoku, z całkowicie satysfakcjonującym finałem.

Więcej nie chcę i nie zamierzam zdradzić, bo „Weapons” polecam zobaczyć samemu w kinie. Kolejny raz Gregger to zrobił, czyli wyprowadził mnie w pole, zaserwował parę niespodzianek, dał aktorom spore pole do popisu i stworzył niezapomniany horror zmieszany z thrillerem. Mocna, zapadająca w pamięć rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski

The Alto Knights

Kino gangsterskie (jak wiele zapomnianych gatunków) swoje najlepsze lata ma już za sobą. Nie znaczy to jednak, że raz na jakiś czas nie pojawi się opowieść o mafiozach, zabijaniu i tym podobnym. Taką próbę podjął weteran kina, Barry Levinson do współpracy ze specjalistą od gangsterskich opowieści, Nicholasem Pileggi.

Akcja zaczyna się w roku 1957 w mieście, które nigdy nie śpi – Nowym Jorku. Tutaj działa gangster Frank Costello (Robert De Niro), który bardziej działa z ukrycia i przez koneksje w policji oraz polityce. To jednak nie uchroniło go przed zamachem. Mimo kuli w głowie, wyszedł z tego bez poważniejszych urazów. Co bardzo jest nie w smak jego dawnemu przyjacielowi, a zleceniodawcy zamachu Vito Genovese (Roberto De Niro). Sytuacja między nimi mocno się zaogniła, gdy przed wojną Vito musiał uciekać z kraju przed odsiadką i całą władzę przekazał Frankowi. Powrót jednak mocno się przedłużył, świat się zmienił, a do tego Genovese zaczął zajmować się handlem narkotykami. Coś, co może doprowadzić do umieszczenie półświatka na radarze FBI oraz służb.

„Alto Knights” jest zadziwiająco powolnym i niemal kameralnym filmem, niemal w całości skupionym na trudnej relacji dwóch przyjaciół, co stali się wrogami. Wszystko z powodu władzy, ambicji zmieszanej z paranoją i bezwzględnością. Całość stanowi ta naprawdę opowieść składaną przez Costello u siebie w domu wiele lat po wydarzeniach. Sama narracja jest mieszanką różnych stylów: od czarno-białych fotografii i kadrów przez stopklatki aż po bardzo rzadkie, gwałtowne sceny przemocy. Dla mnie najciekawszym wątkiem była relacja Vito z właścicielką nocnego klubu, Anną (mocna rola Katherine Narducci). Od pasji i zaangażowania po czystą nienawiść, paranoję oraz rzucanie sobie do gardeł. Kontrastem dla nich jest bardziej zgrany, pełen zrozumienia związek Franka z żoną Bobbie (solidna Debra Messing). Ale to nie jedyny kontrast filmu Levinsona. Działanie w cieniu, przekupienie polityków i policjantów Costello kontra bardziej brutalna, pełna agresji i paranoi postawa Genovese, stanowiący o wiele większe niebezpieczeństwo niż federalni oraz policja razem wzięta.

Jednak są tutaj dla mnie dwa problemy. Po pierwszy, Levinson prowadzi historii w bardzo bezpieczny, niemal pozbawiony ognia sposób. Nawet sceny przemocy (śmierć Alberta Anastasii u fryzjera) czy próbujące budować napięcie (przesłuchanie przed komisją senacką) nie do końca działają. Jedynym mocniejszym momentem był otwierający zamach na Costello oraz spotkanie wszystkich rodzin mafijnych w Appalachach, zakończone ucieczką przed policją. Drugi problem to dziwna decyzja związana z obsadzeniem Roberta De Niro w roli Costello i Genovese. Nie zrozumcie mnie źle, De Niro jest cholernie dobrym aktorem oraz tworzy bardzo różne postaci, zarówno w formie ekspresji głosowej, fizycznym chodzie czy nawet stroju. A jednak w scenach, gdy De Niro rozmawia z De Niro, czuć pewną schizofrenię. Jakbym widział jedną osobę udającą dialog, jednak tych scen na szczęście jest niewiele.

Więc jak tu podsumować „Alto Knights”? 83-letni Levinson ma czasem chwile przestoju i gdzieś brakuje jakiegoś mocnego haka, by mocniej zaangażować oraz porwać. Dwóch De Niro to za mało, by dać mocne, mięsiste kino o gościach w fedorach, co walczą o władzę nad miastem.

6/10

Radosław Ostrowski

Życie Chucka

Co mogło powstać z połączenia sił dwóch specjalistów od horroru – filmowego i literackiego? Mike Flanagan to twórca znany głównie z serialowych miniseriali grozy jak „Nawiedzony dom na wzgórzu”, „Nocna msza” czy „Zagłada domu Usherów”. Stephen King – cóż, tego pana fanom straszenia przedstawiać nie trzeba. Już dwa razy ich drogi się przetarły: najpierw w powstałej dla Netflixa „Grze Geralda” oraz w „Doktorze Sen”, czyli karkołomnej kontynuacji „Lśnienia”. Teraz pojawia się kolejne wspólne (chyba można tak to nazwać) dzieło – „Życie Chucka”. I to jest zupełnie inna bestia.

Cała historia opowiedziana jest w trzech aktach, zaczynając od… końca. Widzimy świat, który zaczyna przechodzić katastrofę. Kolejne części świata są albo zalewane powodziami, niszczone przez wulkany, trzęsienia ziemi i reaktory nuklearne. Co doprowadza do zniknięcia ludzi, także braku Internetu, telefonów komórkowych, a nawet telewizji. Do tego wszędzie pojawiają się reklamy, banery związane z niejakim Charlesem Krantzem (Tom Hiddleston) z okazji 39 wspaniałych lat. Ale kim jest Chuck?

Sama historia opowiedziana od końca łączy ze sobą postać Chucka – księgowego, ze smykałką do tańca. Flanagan odwracając chronologię, próbuje pokazać pokręcone losy człowieka oraz jego małego wszechświata. Czyli ludzi mających wpływ na niego, drobnych momentów z życia aż po śmierć na raka. Mamy tu zarówno wychowujących go dziadków: wnikliwego księgowego (Mark Hamill) oraz babcię, co w liceum była królową parkietu (Mia Sara). Jest też nauczycielka wf’u, pani Rohrbacher (Samantha Sloyan) czy właściciel domu pogrzebowego (Carl Lumbly), niespełniony prezenter pogody. Pewne postacie, miejsca (strych zamknięty na klucz), a nawet zdania w każdym akcie się powtarzają niczym w pętli. Jednak ta opowieść kompletnie mnie nie zaangażowała. I to z dwóch powodów.

Po pierwsze: ta dziwaczna konstrukcja, gdzie każdy akt jest osobną opowieścią (wizja końca świata, nagły moment z życia Chucka parę miesięcy przed chorobą oraz dojrzewanie i wychowanie u dziadków), wywoływał na początku dezorientację. Dopiero w drugim akcie coś się przestawiło i obraz zaczął ożywać, jednak zakończenie mnie nie usatysfakcjonował. Drugi problem to narracja z offu – nie dlatego, że źle brzmi. W końcu wypowiada ją sam Nick Offerman, ale miałem poczucie przeładowania nią. Zbyt wiele rzeczy jest nią niejako maskowane, a za mało pokazane. I samego dorosłego Chucka w wykonaniu Hiddlestona jest zwyczajnie malutko (za to scena tańca na ulicy z grającą perkusją oraz Annalisse Basso – rewelacyjna, od zdjęć przez montaż aż po choreografię).

Aż sam nie chce wierzyć, że to piszę, ale „Życie Chucka” to pierwsze rozczarowanie w dorobku Flanagana. Czy to wynika z tego, że reżyser zbyt wiele czasu spędził w telewizji, przez co powrót do krótszej formy był wyboisty, czy może sam materiał źródłowy nie był zbyt dobry – nie umiem rozstrzygnąć. Film ma swoje momenty, jest dobrze zagrany i ładnie wygląda, ale nie potrafił mnie emocjonalnie zaangażować. Pierwszy duży zawód tego roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Misja na Marsa

Brian De Palma wielokrotnie pokazywał jak łatwo odnajdował się w każdej konwencji gatunkowej: od thrillera przez kryminał po kino akcji. Ale w 2000 roku postanowił zaryzykować i zrealizować film SF z relatywnie sporym budżetem (100 milionów dolców), znanymi twarzami oraz sporymi ambicjami. Jednak efekt jest co najmniej… dziwaczny oraz trudny do rozgryzienia.

„Misja na Marsa” zaczyna się w roku 2020, kiedy ma zostać wysłana pierwsza misja kosmiczna na Marsa pod dowództwem Luke’a Grahama (Don Cheadle). Udaje się zbudować stację oraz podjąć próby eksploracji planety. Zespół trafia na dziwną konstrukcję, mogącą potencjalnie zawierać wodę. Okazuje się jednak, że za nią znajduje się… coś metalicznego, odkryte przez radar. Jednak większe nasilenie dźwięku maszyny doprowadza do burzy piaskowej, doprowadzając do zabicia trójki astronautów, zaś los czwartego pozostaje tajemnicą. NASA decyduje się wysłać ekipę ratunkową, by zbadać co się stało. Grupę tworzą przyjaciele Luke’a: dowódca Woody Blake (Tim Robbins), jego żona Terri (Connie Nielsen), cierpiący po śmierci żony Jim McConnell (Gary Sinise) oraz technik Phil Ohlmyer (Jerry O’Connell).

Sam punkt wyjścia był bardzo obiecujący. De Palma mocno tutaj czerpie z „2001: Odysei kosmicznej” na poziomie designu statków kosmicznych, ale także próbując głębiej sięgnąć. Problem jednak w tym, że scenariusz wydaje się niby mądry i sprytny, lecz tylko udaje głębię. Jak to u De Palmy, nie brakuje tutaj długich ujęć (początkowa impreza w domu, moment odpalenia statku przed Marsem) oraz budowania napięcia (dotarcie załogi do statku z zapasami czy pierwsze uderzenie burzy piaskowej). Jeszcze bardziej uderza tu tempo – zadziwiająco wolne i spokojne, nawet w scenach opartych na napięciu, by w trzecim akcie lekko przyspieszyć, zostawiając po sobie masę pytań oraz ogromną konsternację. To miało być jak „2001: Odyseja kosmiczna”, a skończyło się jak wariacka teoria Daenickena. I sam nie do końca wiem, co o tym myśleć.

Jest to nawet solidnie zagrane. Najwięcej emocjonalnego ciężaru wręcz Gary Sinise jako McConnell, będący mieszanką opanowania i inteligencji. Co najbardziej widać w momencie, gdy na statku zaczyna spadać ciśnienie, a on decyduje się… nie zakładać hełmu ani butli z tlenem. Nie wiem, czy to miało pokazać jego poświęcenie albo silną wolę, ale mnie to uderzyło. Swoje robi też trzymający klasę Tim Robbins oraz w mniejszej rólce Don Cheadle. Za comic relifa (niezbyt dobrego) wciśnięty jest Jerry O’Connell, jednak on najmniej zapada w pamięć.

„Misja na Marsa” była filmem, po którym kariera Briana De Palmy mocno się posypała i nigdy nie odzyskała swojego blasku. Spory budżet, efekty specjalne oraz świetna strona wizualna nie są w stanie przykryć poszatkowanego, dziwacznego scenariusza. Do oglądania na własną odpowiedzialność.

5,5/10

Radosław Ostrowski