Szaleńczy zjazd

Każdy znał Michaela Ritchie jako reżysera dwóch części „Fletcha” oraz komedii „Złote dziecko”, czyli dzieł z lat 80. Dorobek Amerykanina jest jednak o wiele bogatszy, choć pod koniec bardziej skupiał się na telewizji. Niemniej realizował także kino sportowe, co pokazał już w swoim debiucie z 1969 roku.

„Szaleńczy zjazd” skupia się wokół amerykańskiej reprezentacji narciarstwa alpejskiego pod wodzą Eugene’a Claire’a (Gene Hackman). Grupka działa od paru lat, biorąc udział w różnych zawodach po Europie. Wskutek wypadku jednego z zawodników zwalnia się miejsce. Pojawia się w kadrze niejaki Dave Chappellet (Robert Redford). Cholernie uzdolniony zawodnik, co pokazuje na pierwszych zawodach. Zajmuje czwarte miejsce, jednak nie należy do zespołowych graczy. To zaczyna wywoływać poważne spięcia w drużynie, a jego forma bywa… niestabilna.

Sam film jest w zasadzie pełen różnych wątków, ale skupia się głównie na Chappelecie. I wierzcie mi, to nie jest facet budzący sympatię. To raczej prosty facet z bardzo dużym ego, dla którego liczy się tylko jazda. Nie ważne, czy sprowokuje kolegę do durnego ścigania się, niemal doprowadzając do zderzenia ze ścianą; będzie się wymądrzał czy próbował podrywać Carol (przepiękna Camilla Sparv). Nawet wracając do domu wydaje się jakby myślami gdzieś zupełnie indziej. Zupełnie jakby chcąc desperacko wyrwać się z małomiasteczkowego środowiska oraz rodzinnej farmy. Ale mamy po drodze jeszcze inne rzeczy: rywalizację z innymi zawodnikami, propozycja wsparcia nowych nart, obiecujący romans. Jakby debiutant chciał złapać kilka srok za ogon i chciał podążyć we wszystkie kierunki.

Trzeba jednak przyznać, że sceny zjazdów narciarskich nadal potrafią robić wrażenie. Ritchie sięga po niemal dokumentalną formę: kamera czasami wręcz nie nadąża za zawodnikiem, z dwa razy obraz jest przyspieszany. Jednak najbardziej imponujące są ujęcia zjazdów pokazane „z oczu”. Wtedy słychać tylko szuranie nart (a przy pierwszym zjeździe Dave’a nawet słychać jego dyszenie i łapanie oddechu), obraz jest niestabilny, zaś adrenalina potrafi podskoczyć w górę. Dorzućmy do tego kreatywny montaż (pokazanie ostatniego momentu zjazdu przez ekrany telewizorów), a dostajemy zapadające w pamięć momenty.

Wszystko to trzyma na swoich barkach jeszcze młody Robert Redford. Już rozpoznawalny aktor bardzo przekonująco pokazuje swojego zbyt pewnego siebie Dave’a, choć wiele swoich emocji nie wyraża słowami. Sporo tutaj w jego wykonaniu milczenia, co mówi więcej niż jakiekolwiek słowo. Najdobitniej to czuć przy rozmowie z Carol czy w szpitalu. Z drugiego planu najbardziej wybija się tutaj Gene Hackman w roli trenera, choć jest ona zaskakująco drobna. Niemniej on też ma swoje momenty jak konfrontacja z Dave’m po wypadku jednego z zawodników. Mocna i soczysta kreacja.

Z dzisiejszej perspektywy „Szaleńczy zjazd” może wydawać się zagubiony w tym, co chce opowiedzieć. Z tego powodu tempo jest bardzo nierówne, wątki pojawiają się i znikają, przez co czasem ciężko się skupić. Niemniej wygląda świetnie, jest dobrze zagrany, zaś sceny narciarskie nadal mają potężną dawkę energii. Ciekawe, czy byłby lepszy, gdyby nakręcił go – jak początkowo planowano – Roman Polański, ale na to pytanie odpowiedzi nie poznamy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Komora

Chyba żaden inny pisarz nie był tak popularny w latach 90. jak John Grisham. Pisarz specjalizujący się w thrillerach prawniczych stanowił źródło dla takich filmowców w rodzaju Alana J. Pakuli („Raport Pelikana”), Sydneya Pollacka („Firma”), Joela Schumachera („Czas zabijania”) czy Francisa Forda Coppoli („Zaklinacz deszczu”). Nie oznacza to jednak, że każda jego filmowa adaptacja jest udana. Właśnie taki jest przykład filmu „Komora” z 1996 roku.

Bohaterem filmu jest Adam Hill (Chris O’Donnell) – młody adwokat, działający w sporej kancelarii. W zasadzie nie prowadził jeszcze poważnej sprawy, aż do teraz. Bardzo naciska na swojego szefa, by poprowadzić sprawę Sama Cayhilla (Gene Hackman) – skazanego na karę śmierci za zamach bombowy w 1967 roku na kancelarię prawniczą. Zginęło wtedy dwoje dzieci, zaś ich ojciec został sparaliżowany. Wyrok (komora gazowa) ma zostać wykonany za 28 dni, ale Hill ma jeszcze osobisty motyw. Oskarżony jest jego… dziadkiem, o którego istnieniu nie miał pojęcia przez dłuższy czas. Młodzik ma w zasadzie wszystkich przeciwko sobie, wyrok niejako zapadł, a wina wydaje się oczywista. Do tego sam oskarżony nie pomaga i jest bardzo oporny we współpracy.

„Komora” teoretycznie powinna zadziałać. Za kamerą stanął James Foley, który parę lat wcześniej stworzył znakomite „Glengarry Glen Ross” według sztuki Davida Mameta, przy scenariuszu maczał palce legendarny William Goldman („Butch Cassidy i Sundance Kid”, „Wszyscy ludzie prezydenta”, „Misery”), zaś w obsadzie mamy m.in. Gene’a Hackmana oraz Faye Dunaway. Jednak efekt końcowy jest mocno rozczarowujący. Z jednej strony mamy kolejne spojrzenie na Południe USA, gdzie rasizm i nienawiść są na porządku dziennym. Z drugiej jest tutaj masa pogrzebanych tajemnic oraz zagadek, rzutujących na przyszłość. W zasadzie poza naszym protagonistą w zasadzie nikomu nie zależy na wyjaśnieniu tej tajemnicy: od polityków przez mieszkańców aż po samego oskarżonego.

Problem jednak mam jeden, ale bardzo konkretny: KOMPLETNY BRAK NAPIĘCIA, jakiegokolwiek. Rozwiązywanie zagadki kompletnie nie angażuje, pewne sceny w zasadzie nic nie wnoszą (Adam w siedzibie Klanu), pojawiają się sceny z przeszłości rodziny Cayhill. Niby ma to wzbudzić poczucie w sprawie antypatycznego oskarżonego i podjąć kwestię kary śmierci, tylko brakuje tu świeższego spojrzenia. Że nawet największy złoczyńca może być człowiekiem, pokazał wcześniej film „Przed egzekucją”. Że kara śmierci może być odbierana jako zbrodnia w majestacie prawa, to też nic nowego.

W zasadzie z całej obsady najbardziej wybija się świetny Gene Hackman w roli Cayhilla. Rasista, członek Klanu, facet absolutnie szorstki, cyniczny i nie mizdrzący się do widza. A jednocześnie widać coś więcej w tej postaci, co aktor pokazuje drobnymi spojrzeniami i elektryzuje do samego końca. Przy nim cała reszta wypada bardziej blado niż świeżo malowana deska. Zwłaszcza Chris O’Donnell w roli protagonisty prezentuje wyższy poziom drewna niż Keanu Reeves w tym czasie. Mówi strasznie płasko i bez emocji, że Adam Jensen z serii „Deus Ex” przy nim to choleryk. O reszcie mi się nawet nie chce mówić, bo nie ma specjalnie o czym.

Chciałbym coś dobrego powiedzieć o „Komorze”, ale nie jestem w stanie znaleźć zbyt wiele pozytywów. Te dwie godziny może i mijają bezboleśnie, jednak nie angażuje emocjonalnie, udaje głębię, zaś scenariusz oraz aktorstwo woła o pomstę do nieba. Absolutna strata czasu oraz esencja przeciętności, lepiej zobaczyć „Czas zabijania” z tego samego roku.

5/10

Radosław Ostrowski

Operacja Maldoror

Ta sprawa wstrząsnęła Belgią w latach 90., pokazując niekompetencje podzielonej na trzy służby policji – policją lokalną, sądową i żandarmerię. W trakcie reformy wymiaru sprawiedliwości, gdzie wszystkie te jednostki nie komunikowały się ze sobą, co jeszcze bardziej pokazywało paraliż biurokratyczny. O tym mrocznym okresie opowiada „Operacja Maldoror”.

Akcja zaczyna się w roku 1995 i skupia się wokół Paula Chartiera (Anthony Bajon) – młodego żandarma, planującego ślub z Giną (Alba Gaia Belluci). W tym czasie zaginęły dwie dziewczynki, zaś służby mundurowe dopiero po paru dniach zaczęły poszukiwania. Jego przełożony, brygadier Hickel (Laurent Lucas), decyduje się stworzyć małą grupkę operacją do operacji Maldoror. Grupa ma obserwować podejrzanego Marcel Dedieu (Sergi Lopez) i złapać go na gorącym uczynku. Co brzmi jak coś łatwego, jednak tropy i poszlaki, a także chaos służb nie powaga wyjaśnić sprawy. Zaś Chartier coraz bardziej staje się sfrustrowany, co prowadzi do jednego finału.

Belgijski reżyser Fabrice du Welz tworzy bardzo złożony thriller, który równie dobrze mógłby być mini-serialem. Filmowiec bardziej skupia się na naszym bohaterze (świetny Anthony Bajon) – gliniarzu z kryminalną przeszłością (ojciec należał do mafii), troszkę pulchnym, z drobnym wąsem. Choć zdarza mu się kierować bardziej intuicją niż literą prawa, przez co bywa w konflikcie ze swoimi współpracownikami. Musi grać w grę, gdzie niekompetencja służb, brak komunikacji między jednostkami oraz korupcja są na porządku dziennym. Dość szybko poznajemy i odkrywamy kto jest zamieszany, a także siatkę handlarzy dziećmi/pedofilami, zaś samych scen brutalnych, krwawych oraz szokujących jest tu jak na lekarstwo (na szczęście).

Co jeszcze bardziej zaskakujące, większość scen dzieje się za dnia. Reżyser bardzo rzadko korzysta z nocnych ujęć, stanowiąc odświeżające doświadczenie. Nie oznacza to jednak, że nie ma tu napięcia czy budowania niepokojącej atmosfery. Tylko Du Welz sięga po inne środki wyrazu: od sporej ilości momentów wyciszenia przez elektroniczno-westernową muzykę po wręcz szorstkie zdjęcia. Bliżej temu dziełu do „Zodiaka” Davida Finchera, pokazującego destrukcyjny wymiar obsesji. Jak łatwo można przejść na ciemną stronę. Wielu może znużyć tempo oraz większe skupienie na policjanta niż na śledztwie. Niemniej jest to o wiele bardziej interesujące kino gatunkowe, bardzo odległe od hollywoodzkich schematów i szablonów.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Niewygodny świadek

Ta randka w ciemno miała się zakończyć inaczej dla Carol Hunnicut (Anne Archer). Rozwódka została namówiona przez swoją przyjaciółkę. Umówiła się w hotelowym pokoju, a poznany Michael (J.T. Walsh) wydawał się sympatycznym gościem. A wtedy pojawili się goście, ale ona akurat była wtedy w toalecie. Okazało się, że nowy przyszły chłopak podwędził pewnemu mafiozo kupę pieniędzy, a takie rzeczy nie uchodzą płazem. Więc musiał zginąć, zaś kobieta uciekła i schowała się z dala od ludzi. Myślała, że będzie bezpieczna. Ale przypałętał się taki jeden patafian, któremu bardzo zależało na dopadnięciu gangstera. Nazywał się Robert Caulfield (Gene Hackman) i jest zastępcą prokuratora generalnego, a także jest zdeterminowany w osiągnięciu celu. Wtedy cały spokój szlag jasny trafił, zaś w ślad za tą dwójką ruszają zabójcy. Oboje w ostatniej chwili wsiadają w pociąg do Vancouver, ale czy wyjdą z tego żywi?

Tym filmem zaczął lata 90. reżyser Peter Hyams – wówczas znany z „Odległego lądu”, sequela do „2001: Odysei kosmicznej” oraz sporej ilości thrillerów/filmów akcji. „Niewygodny świadek” jest jedną z takich produkcji, do tego remake dreszczowca z lat 50.. Punkt wyjścia jest banalnie prosty, gdzie mamy bohaterów w bardzo zamkniętej przestrzeni i w każdej chwili może pojawić się zagrożenie. Cały myk polega na tym, że ci źli nie znają wyglądu świadka, więc ona musi być schowana. Pociąg do długich nie należy, ale na szczęście zbiry nie są przedstawicielami homo sapiens o wysokim IQ. Trzeba przyznać, że Hyams powoli, lecz efektywnie buduje nerwową atmosferę i napięcie. Nawet wcześniejsza ucieczka samochodem przed helikopterem jest świetnie zmontowana oraz pełna werwy.

Muszą pojawić się (dość krótkie) chwile na złapanie oddechu, ale kreatywność naszego adwokata w wychodzeniu z sytuacji budzi respekt. Od mylenia przedziału przez chowanie się aż po… zabranie dziecku pistoletu-zabawki. I co najważniejsze, ani razu nie używa on broni palnej w walce. Hyams stara się trzymać się realizmu, choć parę razy przebijają się szablony i klisze (propozycja „układu” między Caulfieldem a cynglem; osoby nie będące tym, na kogo wyglądają). To może wywołać pewne drapanie się po głowie, ale jednak całość trzyma w napięciu. Po części jest to zasługa cholernie dobrych zdjęć (za to odpowiada sam Hyams) oraz oszczędnej, opartej głównie na fortepianie, muzyce Bruce’a Broughtona.

Do tego dodatkową kartą jest duet Gene Hackman/Anne Archer. On jest bardzo zdeterminowany, choć bywa narwany, ale budzi sympatię. Ona jest bardziej poddenerowana (ale nie histeryczna), chcąca ukryć się i nie ściubać nosa, o składaniu zeznań nie ma mowy. Może i jest ona wsadzona jako dama w opałach, ale jej los mnie obchodził. Razem tworzą niezły duet.

Trzeba przyznać, że „Niewygodny świadek” to solidny kawałek kina w starym stylu. Z niezłymi dialogami, sprawnie wyreżyserowany i ładnie sfotografowany oraz sporą ilością suspensu. Nie jest to może thriller na poziomie Hitchcocka, będącego inspiracją dla tej produkcji, jednak jest zbyt dobrze wykonany, by go przeoczyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Cyrk straceńców

Na pierwszy rzut oka w przypadku filmu o skoczkach spadochronowych można spodziewać się dzieła skupionego na popisach kaskaderskich. Ale „Cyrk straceńców” okazuje się zupełnie innym doświadczeniem niż oczekiwania. Czy to dobrze czy źle – musicie się sami przekonać, postaram się pokazać swoje spojrzenie.

Było ich trzech, w każdym z nich inna krew… – tak można opisać naszych bohaterów. Weterana Mike’a Rettiga (Burt Lancaster), bardzo rozgadanego Joe Browdy’ego (Gene Hackman) oraz młodego Malcolma (Scott Wilson). Razem występują jako skoczkowie, wykonujący powietrzne popisy kaskaderskie i z tego zarabiają. Kasa nie jest jednak duża, sława też niekoniecznie, więc dlaczego to robią? Teraz trafiają do małego miasteczka, skąd pochodzi najmłodszy członek ekipy. Jednak chłopak od dawna nie czuje się związany z tą okolicą. Wszyscy trzej zamieszkują u wujostwa Malcolma, Elizabeth (Deborah Kerr) i Allena (William Windon) Brandonów. Kobieta wpada w oko Mike’owi, co wywołuje pewne komplikacje.

Za kamera stanął John Frankenheimer, który w latach 60. był płodnym twórcą. Zaczynając od politycznych thrillerów („Przeżyliśmy wojnę”, „Siedem dni w maju”) przez więzienny dramat („Ptasznik z Alcatraz”) po kino sportowe („Grand Prix”). Tutaj pozornie jest to opowieść o powietrznych akrobatach, ale tak naprawdę to dramat obyczajowy, który skupia się na psychologicznych portretach. Zderzenie małomiasteczkowej społeczności z pozornie bardziej wyzwolonymi mężczyznami. Jednak każdy z nich jest zupełnie inny – od wrażliwego młodzieńca z bardzo mroczną przeszłością przez bardzo rozgadanego szołmana, żyjącego tu i teraz aż po wyciszonego weterana. Ale mają pewną wspólną cechę (poza pasją) – każdy wydaje się mierzyć ze śmiercią. Czy jest to próba zaspokojenia adrenaliny, a może tylko w ten sposób czują się wolni. A może chodzi o coś zupełnie innego? Reżyser bardzo powoli przygotowuje bohaterów i nas do kaskaderskiego szoł, ale w powietrzu wisi coś jeszcze. W końcu pani domu wydaje się być znudzona swoim monotonnym, niespełnionym życiem, zaś Mike pierwszy raz od dawna zaczyna czuć coś więcej. Tylko czy zaryzykuje?

Bo wydaje się, że o to tak naprawdę chodzi Frankenheimerowi. O pokazanie, co to znaczy podejmować ryzyko oraz jaka może być za to cena. Najdobitniej wybrzmiewa to w trzecim akcie, gdzie widzimy naszą trójką wykonującą kaskaderskie popisy. Lotnicze zdjęcia zrobione m. in. przy użyciu kamer przyklejonych do hełmów potrafią zrobić wrażenie, a jednocześnie czułem, że całe to szoł może skończyć się tragicznie. Jest sporo zbliżeń na twarze i – jako osoba cierpiąca na lęk wysokości – czułem przerażenie. Świetnie zagrana rzecz, gdzie moim faworytem jest Gene Hackman. Pełen energii, niemal ciągle w ruchu, pełniący rolę takiego menadżera. Sprawia wrażenie nieustraszonego, jednak to wszystko fasada. Stonowany Lancaster nawet nie mówiąc wyraża wszystko i ma bardzo silną prezencję, zaś Wilson uzupełnia ten duet.

Bardzo delikatny i niedoceniony film w dorobku Frankenheimera. Choć może wydawać się powolny oraz nudny, to pod powierzchnią kryje się coś o wiele ciekawszego i głębszego. Niemniej wymaga on sporo cierpliwości, by dotrwać do ekscytującego trzeciego aktu, który wynagradza tempo.

7/10

Radosław Ostrowski

Przesyłka

Przez najbliższe dni pojawiają się recenzje filmów z niedawno zmarłym Gene’m Hackmanem. Zarówno już znane dzieła, których nie miałem okazji zobaczyć, jak i te mniej znane produkcje. Na pierwszy ogień pewien mały thriller z roku 1989.

„Przesyłka” zaczyna się w Berlinie, nadal podzielonym na wschodnią i zachodnią strefę. Tutaj odbywają się rozmowy między przywódcami USA i ZSRR dotyczące rozbrojenia nuklearnego. Sprawa wydaje się być ustalona, a podpisanie porozumienia ma się odbyć za kilka dni w siedzibie ONZ. W tym czasie jeden z żołnierzy, sierżant John Gallagher (Gene Hackman) jest jednym z pilnujących porządku w Berlinie. Niedługo po rozmowach, podoficer dostaje zadanie odeskortowania żołnierza do więzienia w USA. Aresztant, niejaki Walter Henke (Tommy Lee Jones) sprawia wrażenie cynicznego i dość krnąbrnego wojaka. Podczas przystanku w lotnisku w Waszyngtonie Gallagher zostaje pobity, a Henke ucieka bez śladu. Wojskowy próbuje znaleźć przesyłkę, w czym próbuje mu pomóc jego była żona (Joanna Cassidy). Oboje pakują się w o wiele grubszą intrygę, mającą na celu doprowadzić do zerwania porozumienia.

To dość skromny i spokojny dreszczowiec szpiegowski, będący reliktem końca zimnej wojny. Reżyser Andrew Davis tutaj dokładnie buduje całą intrygę, gdzie wiemy kto pociąga za sznurki oraz ogólny zarys całego planu. Jednak szczegóły są bardzo oszczędnie dawkowane i razem z bohaterem zaczynamy łączyć kolejne kropki. Oczywiście, mamy tu do czynienia ze spiskiem, w którym obu stronom (amerykańskim i sowieckim wojskowym) zależy na zerwaniu porozumienia oraz ciągłego trwania stanu wojny. Nie wiadomo komu można zaufać, każdy może podawać się za kogoś innego, jedynie starzy przyjaciele mogą dać szansę na przetrwanie. Brzmi znajomo, ale mimo to potrafi zainteresować.

Szczególnie, gdy akcja przenosi się do Chicago. Wszystko zaczyna wtedy (choć niezbyt gwałtownie) przyspieszać, a poczucie wyścigu z czasem jest bardzo namacalne. Samej akcji jest tu zaskakująco niewiele, ale jak się pojawia, jest gwałtowna i intensywna. Zwłaszcza ostatnie pół godziny potrafią trzymać za gardło. Od stonowanego montażu przez absolutnie świetną muzykę Jamesa Newtona Howarda (kompozytor pierwszy raz pracował z orkiestrą symfoniczną i to zaprocentowało) po dobre dialogi.

Aktorzy tutaj nie mieli zbyt dużego pola do popisu, ale wyciskają wszystko z materiału. Gene Hackman jest solidny w roli doświadczonego służbisty, którego intuicja trzyma przy życiu. Jest porządny i ma w sobie na tyle determinacji, by mu kibicować. Jednak o wiele lepszy jest Tommy Lee Jones w roli „Henkego”. Bardzo cyniczny, pozbawiony złudzeń zabójca, który jest zawsze opanowany i małomówny. Wydaje się być świadomy swojej roli w planie, ale mu to nie przeszkadza. Na drugim planie wybija się zarówno solidny Dennis Franz (policjant Milan Delich) oraz mocny John Heard (pułkownik Whitacre).

„Przesyłka” to zapomniany, ale bardzo przyzwoicie zrobiony thriller w starym stylu. Jest tu o wiele więcej momentów spokoju niż dynamicznej akcji i strzelanin, co dla wielu może być wadą. Jednak wiele tu wynagradza dobre aktorstwo, solidny scenariusz oraz reżyseria Davisa.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Queer

Luca Guadagnino ostatnio pracuje jak szalony. Nie dość, że w planach ma aż sześć (!!!) produkcji, to w zeszłym roku pokazał aż dwa filmy. Skupiony wokół tenisa i trójkąta „Challengers” elektryzowało swoim klimatem oraz aktorstwem. Dopiero teraz do naszych kin trafia drugie dzieło Włocha, czyli mocno polaryzujący „Queer” oparty na powieści Williama H. Borroughsa (polski tytuł „Pedał”). Już podczas premiery na festiwalu w Wenecji mocno podzielił widzów oraz krytyków. Z czego to wynika i czy warto dać mu szansę?

Film skupia się na Williamie Lee (Daniel Craig) – pisarzu w średnim wieku, mieszkającym w Meksyku lat 50. A czym on się tam zajmuje? Czytaniem gazet, chodzeniem od baru do baru, piciem wszystkiego z procentami, ćpając i szukając młodych chłopaków. Po co? Bo jest gejem i podrywać ich, a na koniec zaciągnąć do łóżka w obskurnym pokoju hotelowym. Jednak gejowska społeczność jest bardzo skromna, co mocno ogranicza. Pojawia się jednak nadzieja w postaci młodego chłopaka, Eugene’a Allertona (Drew Starkey). Tylko czy on jest gejem, czy nie? Czy udaje się mu zbudować o wiele głebszą relację? Ale jest jeszcze jedna sprawa interesująca Lee – yage, substancja narkotyczna, mająca (rzekomo) wzmacniać zdolności telepatyczne. Znajduje się ona gdzieś w dżungli w Ameryce Południowej, ale jak ją znaleźć?

Sam film to dość specyficzne dzieło i zdecydowanie NIE dla każdego, tak jak dzieła Borroughsa. „Queer” toczy się powolnym tempem, gdzie w zasadzie niemal nic się nie dzieje. W zasadzie niemal całość wydaje się bardziej skupiona na budowaniu atmosfery i nastroju, gdzie wiele rzeczy pokazywanych jest w spojrzeniach, niewypowiedzianych słowach oraz gestach, które chce się wykonać, lecz się waha. Słowo nuda ciśnie się w usta tak intensywnie, że aż chce się ją wykrzyczeć. Guadagnino niemal testuje widza, a im dalej w las, cierpliwość znajduje się na skraju wytrzymałości.

Z drugiej strony trudno odmówić „Queer” wizualnych fajerwerków. Pięknie sfotografowany, z bardzo nasyconymi kolorami (żółty, niebieski, czerwony, zielony), bardzo oszczędną scenografią oraz nietypową mieszankę muzyki. Orkiestrowo-elektroniczny mix duetu Reznor/Ross tworzy bardzo atmosferyczną oprawę, miejscami bardziej skręcającą w kierunku dreszczowca. Mamy też tutaj piosenki z późniejszych czasów niż akcja filmu (Nirvana, Prince, Sinead O’Connor), co może wywołać poważny zgrzyt. Jednak najdziwniejsze rzeczy dzieją się w akcie trzecim, gdzie granica między rzeczywistością a halucynacjami zacierają się. I sam nie mam pojęcia, co się wyprawia, ale niektóre momenty (taniec!!!) zostaną ze mną na długo.

A to wszystko trzyma na barkach absolutnie kapitalny Daniel Craig w swojej najlepszej roli w karierze. Zaskakująco wyciszona i delikatna rola, pokazująca samotność jego bohatera i desperackie próby poszukiwania bliskości. Do tego stopnia, że potrafi być wręcz żałosny (sceny, gdy chce postawić drinki młodym chłopakom), czasem czarujący i uroczy, ale jednocześnie próbuje zgrywać twardziela (trzymany przy sobie pistolet). O wiele złożona postać niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Po drugiej stronie jest Drew Starkey w roli Allertona, będący bardzo trudnym do rozgryzienia bohaterem. Wydaje się bardziej wyluzowany, opanowany i dojrzalszy, ale jego relacja z Lee jest bardzo niejednoznaczna. Czy jest tu coś więcej niż pożądanie czy fascynacja? A może znudzenie? Ma w sobie pociągającą tajemnicę, nie pozwalającą zapomnieć o nim. Za to na drugim wybijają się kompletnie nierozpoznawalni Jason Schwartzman (pechowy Joe Guidry, co przyciąga do siebie samych złodziei) oraz Lesley Manville (dr Cotter – badaczka yage).

„Queer” nie wywołał we mnie aż takiego zachwytu jak „Challengers” i im bliżej końca zaczyna się gubić w swojej narracji. Niemniej muszę wyznać, że nawet w słabszej formie Guadagnino potrafi stworzyć co najmniej intrygujący, nieprzewidywalny oraz audio-wizualnie czarujący. Nie wszystkim się spodoba, ale jest w nim coś dziwnie pociągającego, nawet jeśli nie wszystko stanie się jasne i klarowne.

7/10

Radosław Ostrowski

Wujek Foliarz

Dawno, dawno temu pojawiła się krótka historia o pewnym starym, co był fanatykiem wędkarstwa. Adaptacja creepypasty Malcolma XD wywołała spore poruszenie i zachwyt, więc sięgnięto po inne dokonania tego autora jak „Emigracja xD”. Teraz pora na kolejną creepypastę oraz niejako kontynuację „Fanatyka”.

Pamiętacie Kubę (Mikołaj Kubacki)? Trafił na terapię po aresztowaniu za posiadanie zbyt dużej ilości dragów. Udaje mu się nawet poznać fajną dziewczynę i jest plan, by wyruszyć razem do Włoch. Problem w tym, że chłopak zostaje porwany. Nie pomoże mu Liam Neeson czy inny heros kina akcji, bo trafia na totalne wygwizdowo. Odebrany mu zostaje telefon, dowód oraz kasa. A gdzie się znajduje? U równie pokręconego wujka Jerzego (Adam Woronowicz), co ma kompletnego zajoba na punkcie wszelkich teorii spiskowych. Do tego prowadzi własną telewizję Prawda TV i ma obsesję na punkcie burmistrza, którego chce dopaść. Pomaga mu w tym „Pułkownik” (Andrzej Grabowski) – wielki fan Fidela, sprawnie obsługujący komputer „Szybki” (Michał Sikorski) oraz mocno skręcająca ku ezoteryzmowi Barbara (Katarzyna Figura). Kuba ma pomóc w udowodnieniu sfałszowania wyborów, a w zamian odzyska swoje rzeczy. Jest jeszcze jedna komplikacja, czyli była dziewczyna Gosia (Kamila Urzędowska).

Za „Wujka Foliarza” odpowiada Michał Tylka, czyli reżyser „Fanatyka” i wydaje się być wszystko na miejscu. Bardzo przerysowana galeria ekscentryków, co żyją przeszłością oraz swoim obsesjami, których można bardzo łatwo obśmiać. Z drugiej jest nasz Kuba, zderzony z tym pokręconym światem, ale też ciągle uciekający. I nawet on nie jest gotowy na to, co się zdarzy. Bo jest tu i romans, i spisek (o dziwo nie urojony), potencjalna katastrofa ekologiczna oraz spora szansa, że – cytując wuja – to wszystko pierdolnie. Ale reżyserowi udaje się ten koktajl gatunkowy, choć w trzecim akcie puszcza hamulce i jedzie w najbardziej absurdalne rewiry. Ale pod tym wszystkim kryje się o wiele bardziej sympatyczna opowieść o sile rodziny (jakakolwiek by ona nie była) rodzinie, przyjaźni.

Technicznie „Wujek foliarz” prezentuje się naprawdę solidnie. Najbardziej wyróżnia się scenografia: od samego wyglądu bunkra niczym z taniego filmu SF po rekwizyty z dawnych czasów. Także praca kamery ze sporą ilością mastershotów robi wrażenie oraz muzyka niczym z heist movie dodają do specyficznego klimatu. Do tego równie dobrze dopasowane piosenki i bardzo płynny montaż sprawiają, że ogląda się film z przyjemnością. ALE czasami ten nadmiar wątków nie zawsze udaje się utrzymać w ryzach i parę żartów jest zbyt powtarzalnych. Szczególnie postać „Pułkownika” i „Szybkiego” cierpią na tym najmocniej. Choć ciekawym zabiegiem jest dodanie napisów na ekranie, kiedy wypowiada się postać grana przez Grabowskiego.

Sytuację za to ratuje obsada. Mikołaj Kubacki cholernie dobrze się odnajduje w tym szaleństwie. Jego reakcje wydają się naturalne, tak jak jego ewolucja i wyrastająca pewność siebie. Zgrabnie ten mix uzupełnia Michał Sikorski („Szybki”), urocza Kamila Urzędowska czy pojawiający się na chwilę Dariusz Kowalski (ta czarna fryzura jest niezapomniana!!). Ale i tak całość kradnie Adam Woronowicz w roli tytułowej – absolutnie szalony wujek, co wierzy we wszystkie szalone bzdury. Jednocześnie jest w nim pewne poczucie wspólnoty i czasem potrafi zaskoczyć.

Więc jaki jest ten „Wujek foliarz”? Na pewno nie tak intensywny i szalony jak „Fanatyk”, zdarza mu się mocno zwolnić oraz zgubić tempo. Niemniej to jedna z lepszych polskich komedii ostatnich lat, dająca więcej frajdy niż się można było spodziewać.

6/10

Radosław Ostrowski

Mickey-17

Sześć lat – tyle trzeba było czekać na nowy film koreańskiego reżysera Bong Joon-ho po nagrodzonym Oscarem za najlepszy film „Parasite”. Już za sporą kasę z USA (ponad 100 milionów), z bardzo znanymi nazwiskami, w konwencji SF i opierając się na powieści Edwarda Ashtona. Nie bez problemów, bo premiera była parę razy przesuwana – co nie zwiastuje niczego dobrego. Ale może tym razem coś dobrego z tego wyjdzie, prawda?

Akcja głównie toczy się w roku 2045 na statku kosmicznym zmierzającym na planetę w celu jej kolonizacji. Wśród kolonizatorów znajduje się Mickey Barnes (Robert Pattinson) – taka lekka pierdoła, zmuszona do ucieczki. Razem ze swoim kumplem Timo (Steven Yeun) są winni kasę poważnemu lichwiarzowi i gangsterowi, więc decyduje się na kolonizatora w ekspedycji prowadzonej przez Kennetha Marshalla (Mark Ruffalo). A dokładniej na tzw. Wymienialnego, czyli osobę po śmierci drukowaną w specjalnej maszynie. W zasadzie jego praca polega na byciu królikiem doświadczalnym, wykonuje najcięższą pracę i jest traktowany bardziej jak przedmiot wielokrotnego użytku. Jedyną bliską mu osobą jest odpowiedzialna za bezpieczeństwo agentka Nasha (Naomi Ackie), choć sam Mickey nie wie dlaczego. Na miejscu nie jest wcale lepiej – ciagle biało, śnieg naparza non stop i jeszcze są jakieś dziwne istoty nazwane (jakżeby oryginalnie) paskudami, a nasz Mickey jest już 17-tą wersją. Wskutek pewnych okoliczności Mickey wraca zmęczony do swojego pokoju, a tam… jego 18-ta wersja, tylko bardziej agresywna i narwana.

Jak zwykle w przypadku koreańskiego reżysera „Mickey 17” jest gatunkowym kolażem. Z jednej strony to rasowe SF, gdzie przebijają się wątki klonowania (niczym w „Moon”), eksploracji kosmosu i kontaktu z nieznanym (sam wygląd troszkę – tylko troszkę – podobne do „Żołnierzy kosmosu”), z drugiej jest to „ostra” satyra na niekompetentnych przywódców z tzw. elity najbogatszych w sosie groteski. Problem w tym, że te dwa style kompletnie gryzą się ze sobą. Jest tu sporo humoru: od slapsticku przez offową narrację z ironicznym komentarzem, krytyka kapitalizmu i (niemal jednoznaczne) pokazanie Marshalla jako wariację Donalda Trumpa. Problem jednak w tym, że dla reżysera bardziej istotne jest satyryczne – ale strasznie błahe – spojrzenie na Trumpa. Choć Mark Ruffalo i partnerująca mu Toni Collette grają absolutnie świetnie, wręcz po bandzie, to jednak mają aż zbyt dużo czasu ekranowego, stając się niemal monotonnym żartem.

Dla mnie najważniejsze i najciekawsze rzeczy związane są z Mickeyem, które gra absolutnie rewelacyjny Robert Pattinson (a nawet dwóch). Jakim cudem lekko głupkowaty i naiwny Mickey – przynajmniej do tej pory – w kolejnej wersji staje się o wiele bardziej brutalny, bardziej pewny siebie narwańcem? Jak to jest umrzeć? O wiele lepiej te motywy rozgrywał „Moon”, ale w połowie filmu Bong go zwyczajnie porzuca i skupia się na pierdołach. Brakuje tu ognia, ostrości i zdyscyplinowania. Postacie czasami pojawiają się, by na były tu jakieś tarcia na linii reżyser-producenci i to mocno odbiło się na historii.

Technicznie trudno się przyczepić, bo „Mickey 17” wygląda świetnie. Bardzo dobre zdjęcia Dariusa Khondji, bardzo długą chwilę zniknąć, pojawiają się znikąd jakieś retrospekcje, a napięcie potrafi przysiąść. Widać, że bardzo namacalna scenografia, a efekty specjalne są na wysokim poziomie. Problem w tym, że cała ta techniczna otoczka nie jest w stanie zatuszować bardzo chaotycznego scenariusza. Podobno książkowy pierwowzór jest dużo, duuuuuuuuuuuuuuuuużo lepszy, ale nawet to nie zmienia faktu, że nowe dzieło Koreańczyka jest zmarnowanym potencjałem na coś absolutnie świetnego. Boli to jak cholera, szczególnie znając poprzednie dzieła, ALE jest nadzieja. Podobno swój najnowszy film kręci w ojczystej Korei Południowej, gdzie czuje się najlepiej.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Bogini Partenope

Czego można oczekiwać po kolejnym filmie Paolo Sorrentino? Pięknych lokacji, refleksyjnych i głębokich dialogów oraz poczucia utraconego, szybko przemijającego czasu. Nie inaczej jest w przypadku „Bogini Partenope”, od której nie mogłem oderwać oczu. I nie tylko oczu.

W starożytnej mitologii Partenope była morską syreną, której śpiew doprowadzał statki do rozbicia o skały. Partenope to także dawna nazwa Neapolu, założonego przez Greków w VIII wieku przed naszą erą i gdzie toczy się akcja filmu. Tytułowa Partenope urodziła się w 1950 roku na tamtejszej plaży wyspy Capri. Jako nastolatka jest – jak zresztą każdy w tym wieku – bardzo ciekawa świata, budząc jednocześnie fascynację oraz pożądanie swoją urodą. W końcu decyduje się pójść na… antropologię, po drodze poznając różnych ludzi i odkrywając życie.

„Partenope” wydaje się na pierwszy rzut oka inicjacyjną opowieścią wchodzenia w dorosłość. Tylko, że Sorrentino rozpisują swoją opowieść na kilkadziesiąt lat, skupiając się głównie na latach 60. i 70. Nie brzmi to może jak coś oryginalnego, ale reżyser tworzy bardzo intrygujący krajobraz. Skupiony wokół Neapolu (drugi raz po „To była ręka Boga”), tym razem wszystko pokazuje z perspektywy kobiety. Pozornie wydaje się to wszystko ciągiem mniejszych lub większych epizodów, gdzie nasza bohaterka zaczyna poznawać życie. Ale jeśli spodziewacie się szalonej zabawy formą z „Wielkiego piękna” (nie dałem rady tego obejrzeć do końca, ale może dam drugą szansę) czy „Młodego papieża”, możecie się bardzo rozczarować. Więcej jest tu momentów wyciszenia, klimat bardziej melancholijny (słychać to w instrumentalnej muzyce, zdominowanej przez trąbkę), mimo wręcz namacalnego gorąca oraz niemal pocztówkowych krajobrazów.

Im dalej w film, tym bardziej Partenope zaczyna fascynować i zderzać się z rzeczywistością. Niejako weryfikuje ona jej plany i refleksje. Od potencjalnej kariery aktorskiej przez spotkanie z mocno cynicznym, ostro pijącym pisarzem (cudowny epizod Gary’ego Oldmana), zniszczoną przez operację plastyczną aktorkę czy bardzo wycofanego i doświadczonego wykładowcę aż do specyficznego biskupa. Wszystkie te momenty (niektóre bardzo zakręcone jak „wielka fuzja”) pozwalają naszej bohaterce poznać różne oblicza życia. Młodość jednak z czasem zaczyna ustępować mądrości, jednak całość nie wybrzmiewa tak gorzko jakby się można spodziewać.

Jeśli chodzi o aktorstwo, to absolutnie nie ma się do kogo przyczepić. Wraca jeden z etatowych aktorów Włocha, Silvio Orlando tym razem w roli profesora Marotty, będącego kimś w rodzaju życzliwego mentora. Równie wyrazisty jest Peppe Lanzetta, którego biskup wydaje się znawcą nie tylko wszystko, co duchowe, lecz także fizyczne. Całość kradnie w drobnej rólce Gary Oldman, mając nawet kilka minut na ekranie tworzy bardzo pociągającą i pełną smutku literata. Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie absolutnie zjawiskowa Celeste Dalla Porta w roli tytułowej. Jest zjawiskowo piękna i wydaje się bardzo inteligentna, jednak cały czas jej myśli pozostają nieodgadnione, stając się coraz bardziej fascynująca. Nie można oderwać od niej oczu i wyczekiwać, jaki tym razem ruch wykona.

„Bogini Partenope” niby jest tym, czego należało się spodziewać po Sorrentino, ale inaczej rozkłada akcenty. O wiele bardziej czuć tu melancholię i poczucie przemijania, nadal jest bardzo refleksyjny oraz piękny wizualnie. Coś czuję, że jeszcze do tego Neapolu wrócę i to prędzej niż się wydaje.

7,5/10

Radosław Ostrowski