Godzina „W”

Powstanie warszawskie – jak wiele wydarzeń historycznych – stanowił i stanowi materiał dla filmowców. Od „Kanału” Wajdy po „Miasto 44” Komasy, co daje spory rozrzut jakościowy. Inną produkcją poświęconą powstaniu jest telewizyjna „Godzina W” w reżyserii Janusza Morgensterna.

Krótki (nieco ponad godzinę) film oparto na opowiadaniu Jerzego Stefana Stawińskiego – pisarza, scenarzysty oraz jednego z weteranów Powstania. Sama historia jest o wiele bardziej kameralna, wyciszona i nie skupiona na akcji, walce czy batalistyce. Dzieje się wszystko na kilka godzin przed wybuchem, skupiając się na młodych ludziach z oddziału „Czarnego” (Jerzy Gudejko). Jego grupa ma zaatakować niemieckie koszary, razem z drugim plutonem Zabawy. Jednak pojawiają się pewne problemy: nie wszyscy się pojawiają, do tego jeden z żołnierzy jest postrzelony, zaś atak ma odbyć się bez dodatkowego wsparcia. Innymi słowy, grupa idzie na rzeź.

Być może z powodu budżetowych ograniczeń Morgenstern nie pokazuje walki (poza jedną drobną potyczką) i bardziej skupia się na budowaniu atmosfery oczekiwania. Oczekiwania na rozkaz ataku oraz – w końcu! – na wolność. Świat bez łapanek, aresztowań, gestapo, bez Niemców, wreszcie. Czuć ten entuzjazm młodych ludzi oraz silną nadzieję. Że uda się pokonać Szkopów i w jeden dzień ich wykurzyć. Z dzisiejszej perspektywy może i brzmi to bardzo naiwnie (znając finał), jednak nie czuć w tym fałszu. I tym bardziej uderza zakończenie, gdzie chyba powstańcy pierwszy raz zdają sobie sprawę, że nie będzie tak łatwo jak wyobrażali. Odwrotu jednak już nie ma, co dobitnie pokazują ostatnie ujęcia z użycie kilku stopklatek.

Technicznie jest to poprawnie zrobione. Nie ma tu Bóg wie jak imponującej scenografii czy dynamicznej pracy kamery, ale nie można się tu do czego przyczepić. Może do muzyki, która jest niemal żywcem zabrana z serialu „Kolumbowie” (fakt, że odpowiada za nią ten sam kompozytor, ale zgrzyt nadal jest). Zaś wiarygodności dodają mało znani (wtedy) i niezbyt opierzeni aktorzy: Jerzy Gudejko, Ewa Błaszczyk (sanitariuszka Teresa), Jan Piechociński („Jastrząb”), Piotr Łysak (Andrzej) czy Krzysztof Gosztyła („Sęp”). A to tylko część obsady, której nie chce mi się specjalnie wymieniać.

„Godzina W” jest zaledwie drobnym wycinkiem wielkiej historii, jednak Morgenstern ograniczenia potrafi nieźle wykorzystać oraz przekuć na swoją stronę. Bardzo kameralna i może niezbyt widowiskowa, ale bardzo klimatyczna, pozbawiona ciężkich nut martyrologii, tandetnych efektów specjalnych i zadęcia.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Naga broń

„Naga broń” to najgłupsza komedia jaką widziałem w tym roku. I to jest jedna z jego zalet, pokazująca żywotność filmowych parodii oraz humoru mocno opartego na absurdzie, slapsticku, a także totalnego szaleństwa.

Bohaterem tej części (w połowie reboot, w połowie legacy sequel, w połowie remake) jest Frank Drebin Jr. (Liam Neeson), który – tak jak jego ojciec – jest członkiem Wydziału Specjalnego, elitarnej jednostki policji. Po ojcu odziedziczył skłonność do noirowej narracji, nieprzeciętną (delikatnie mówiąc) inteligencję, która nie przeszkadza mu w rozwiązywaniu spraw oraz spore szczęście. Przy okazji sieje też spory chaos i zamieszanie, co niespecjalnie podoba się pani burmistrz (CCH Pounder). Właśnie dostaje do wyjaśnienia sprawę wypadku pewnego pracownika firmy skupiającej się na produkcji elektrycznych samochodów. Wygląda to na… samobójstwo, choć ktoś uważa zupełnie inaczej. Mianowicie jego siostra Beth Davenport (Pamela Anderson), pisarka true crime („oparte na faktach, które zmyśliłam”), próbująca naciskać na naszego gliniarza. Zgadnijcie jak to się skończy?

Za kamerą tym razem stanął Akira Schaffer, czyli członek kolektywu Lonely Island, który odpowiada za masę podbijających Internet skeczy Saturday Night Live. Sama fabuła w zasadzie jest pretekstem do serwowania żartów i gagów z prędkością karabinu maszynowego, którym Rambo zabijał swoich przeciwników. I jak w przypadku poprzednich części, trzeba uważnie się rozglądać w trakcie seansu, bo wiele żartów dzieje się gdzieś w tle, przez co można je łatwo przeoczyć (choćby w formie tekstu). A gagi to prawdziwy szwedzki stół: od slapsticku przez żarty słowne w formie DOSŁOWNIE traktowanych wypowiedzi, wizualne żarty (trójkącik między Frankiem, Beth i… psem – to brzmi bardziej durnie niż się wydaje) aż po totalnie absurdalne rzeczy w stylu bałwanek ganiający z pistoletem. Albo zacznie reagować ostrą głupawką, albo będzie kompletnie skonsternowani albo będzie się zastanawiać pod wpływem jakich narkotyków pisano ten film. Mówiąc prościej, nie wszystkie żarty są w pełni udane i zabawne, ale jak już trafią, to trafią w sam środek tarczy. Mnie trafiały o wiele częściej niż myślałem, lecz zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim ten humor podejdzie.

Sama intryga nie jest może aż tak wciągająca, zaś czarny charakter (solidny Danny Huston) to kolejna wariacja chciwego technokraty a’la Elon Musk, który tęskni za „starymi, dobrymi czasami”. Czasami, gdy nazwanie kogoś niedorozwiniętym nie było (aż tak) obraźliwe, mężczyźni byli mężczyznami, a kobiety kobietami. I niby ten film nabija się z politycznej poprawności, ale można byłoby jeszcze bardziej podkręcić śrubę, by zakpić z tej mentalności. W drugiej połowie ten humor czasem siada. Jednak krótki czas trwania (niecałe półtorej godziny) działa tutaj na korzyść, przez co nie ma szansy na zmęczenie oraz znudzenie.

A jak sobie radzi obsada? Zacznijmy od najważniejszej kwestii, a mianowicie: czy Liam „Napierdalacz” Neeson odnajduje się jako Frank Drebin Jr.? Jest absolutnie znakomity, całkowicie sprzedając (z absolutną powagą) wygadywane przez niego nawet najbardziej idiotyczne zdania. Absolutnie nieporadny idiota, z rzadkimi momentami przebłysku oraz (bardzo dużą ilością) szczęścia, pozwalającemu wyjść cało z różnych tarapatów. A jednocześnie ma on w sobie masę uroku. Równie zaskakująca jest Pamela Anderson w roli powiedzmy, że femme fatale. Ona jest tą mądrzejszą (powiedzmy), ma parę komediowych przebłysków i świetną chemię z Neesonem (tak mocną, że między nimi zaiskrzyło poza planem). Do tego drugi plan błyszczy (najbardziej ekran skradł Paul Walter Hauser jako kapitan Ed Hocken Jr. oraz CCH Pounder w roli burmistrz miasta).

Wielu mówi, że nowa „Naga broń” to powrót filmowej parodii i zgrywy oraz najlepsza komedia od paru lat. Ostatni raz tak ostry atak śmiechu miałem przy filmach o Deadpoolu, który jako samoświadoma zgrywa działa jednak lepiej. Niemniej czas spędzony przy filmie Schaffera nie będzie żadną stratą i mam nadzieję, że powstanie kontynuacja.

8/10

Radosław Ostrowski

Epidemia

Po 2020 roku słowo „epidemia”, „pandemia” i „wirus” doprowadziły wszystkich nas do stanu najpierw szaleństwa, a potem emocjonalnego odrętwienia. Po części też pewną popularność zaczęły przeżywać na nowo filmy o epidemiach czy świecie opanowanym przez wirusa pokroju „28 dni później”, „Contagion – Epidemia strachu” lub obchodzącej 30 lat „Epidemia”.

Film Wolfganga Petersena jest niemal rasowym thrillerem, z dużym budżetem, dużą obsadą oraz… małym wrogiem, co robi wielkie spustoszenie. Wszystko zaczyna się w Zairze w roku 1967, gdzie oddział najemników padł ofiarą dziwnej choroby. Niedługo potem cały obóz został zmieciony z powierzchni ziemi jedną bombką o mocy atomówki. Wirus zdechł, ludzie zdechli, wszystko zdechło. Sprawy jednak się komplikują, gdy 27 lat później w tym samym miejscu znowu doszło do ataku śmiertelnej choroby. Do zbadania zostaje skierowana wojskowa grupa wirusologów pod wodzą pułkownika Danielsa (Dustin Hoffman), do której należy Casey Schuler (Kevin Spacey) oraz nowy członek, major Salt (Cuba Gooding Jr.). Na miejscu niemal wszyscy są martwi, zaś sam wirus jest niesamowicie skuteczny oraz bardzo szybki w tempie. Do tego stopnia, że w zasadzie nie zostawia po sobie jakichkolwiek śladów. Okazuje się, że ten wirus był bronią biologiczną stworzoną przez amerykańską armię, co ukrywa generał Ford (Morgan Freeman) oraz generał McClintock (Donald Sutherland). Jakby mało było zamieszania, wirus (już zmutowany) trafia do małego miasteczka w USA, co wydawało się niezbyt prawdopodobnym scenariuszem.

Reżyser opowiada tą historię w spokojnym tempie, by bardzo oszczędnie, lecz konsekwentnie budować napięcie. Nie brakuje tu imponujących technicznie momentów, jak pokazanie bazy laboratorium wojskowego ze wszystkimi stopniami, zabezpieczeniami oraz co badają. Wszystko w jednym długim ujęciu, tak jak pokazanie zarażenia wirusa w sali kinowej (zaskakująco dobre efekty specjalne), roznoszenie się po szpitalu przez kratę wentylacyjną – nadal te sceny robią wrażenie. Wszystko zaczyna nabierać tempa, kiedy do gry wkracza wojsko, zaś całe miasteczko zostaje poddane kwarantannie. Tutaj Petersen buduje poczucie zagrożenia, strachu oraz izolacji, a także ciągle uciekającego czasu. Poszukiwania pacjenta zero (roznosiciela) są żmudne, strasznie powolne oraz trzymają w napięciu. Skala jest ogromna (ilość żołnierzy i sprzętu wojskowego jest imponująca nawet teraz), nie brakuje nawet pościgu helikopterów (nie gorszego choćby od popisów w „Mission Impossible: Fallout”), zaś w tle gra symfoniczno-elektroniczna muzyka od Jamesa Newtona Howarda mocno w stylu „Ściganego” zmieszanego z „Ostrym dyżurem”.

By nie było słodko „Epidemia” ma pewne wyboje. Pierwszym jest wątek relacji między Danielsem a jego byłą żoną, graną przez Rene Russo. Początkowo wydaje się zbędny i niby ma pokazać jak wyboistą drogę przeszli, jednak spowalniało to tempo i akcję. Po drugie, w paru miejscach dialogi wjeżdżają w zbyt wysoki poziom patosu (aczkolwiek scena w Białym Domu jest świetna). A po trzecie, uczynienie z antagonistów wojskowych, chcących zatuszować swoje dawne grzechy, może nie jest najgorszym pomysłem, lecz te postacie są zbyt jednowymiarowe. Wręcz na granicy przerysowania (tak, panie Sutherland, mówię o panu).

Jednak nawet te drobiazgi nie są w stanie ukryć faktu, że „Epidemia” jest mocnym dreszczowcem z paroma mocnymi uderzeniami oraz nerwową atmosferą. Obsada nie zawodzi, Petersen prowadzi wszystko sprawnie, mieszając momenty kameralne z większą skalą i jest to całkiem prawdopodobny scenariusz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Player One

Kiedy ostatni raz Steven Spielberg zrobił film, który nie miał być celem dla Amerykańskiej Akademii Filmowej? Zamiast opowieści na ważny i poważny temat, tylko czysto rozrywkową produkcję? Dla mnie takim filmem była animacja „Przygody Tintina”, jednak jest jeden tytuł przeze mnie przeoczony do teraz. Czyli adaptacja „popkulturowego świętego Graala” (według marketingu) autorstwa Ernesta Cline’a „Ready Player One”.

Akcja dzieje się w roku 2045, kiedy ludzie coraz więcej czasu spędzają w wirtualnej rzeczywistości, bo świat to szara, smutna jak p***a okolica niczym z podręcznika do tworzenia dystopii. Najbiedniejsi mieszkają w „stożkach”, bogacze radzą sobie w o wiele bardziej zamożnych dzielnicach. Ale wszyscy większość czasu spędzają w OASIS. Co to za miejsce? To wirtualna gra multiplayerowa, uruchamiana na specjalnych goglach, gdzie możesz robić… w zasadzie wszystko. Od grania w kasynach przez strzelanie, jeżdżenie po zdobywanie artefaktów. Grę stworzył James Halliday (Mark Rylance w dziwnej fryzurze) z Ogdenem Morrowem (Simon Pegg), lecz ich drogi się rozeszły, zaś informatyczny geniusz zmarł parę lat wcześniej. Jednak zostawił pewną szansę na przejęcie kontroli, wręcz otrzymanie gry w spadku. Trzeba znaleźć easter egga (ukryte jajko), schowanego gdzieś w grze, lecz by go otworzyć trzeba znaleźć trzy klucze. Proste? Jak ustawa sejmowa, dzięki paru wskazówkom, ale od śmierci twórcy nie udało się tego nikomu dokonać. Wielu próbuje w tym wredna (bo zawsze musi być taka) korporacja Innovative Online Industries pod wodzą Nolana Sorrento (Ben Mendelsohn).

Jednak jest jeden śmiałek, którego losami się bardziej interesujemy. To niejaki Wade Watts (Tye Sheridan), mieszkający u swojej ciotki w Columbus, stan Ohio. Tu jest totalna bida z nędzą, rodzice nie żyją, zaś w „prawdziwym” świecie nie ma tu dla niego nic. Ale w OASIS ma paru kumpli: specjalizującego się w naprawach Aech (Lena Waithe), Daito (Win Morisaki) oraz Sho (Philip Zhao). Sam chłopak (jako Parzival) obsesyjnie próbuje rozgryźć zagadki i znaleźć klucze. Wtedy pojawia się niejaka Art3mis (Olivia Cook), w której nasz heros się zakochuje. Ale to jej obecność doprowadza do przełomu w poszukiwaniach.

Może i Spielberg jest wiekowo dziadkiem, jednak nadal ma w sobie bijące serducho młodzieniaszka. Sama historia jest dość prosta, przypominająca konstrukcją grę komputerową. Jest główny quest, parę pobocznych postaci oraz główny zły do pokonania. A że pod awatarem może ukrywać się praktycznie każdy, poziom zaufania spada, dodatkowo podbijając napięcie. Wszystko przy okazji jest wręcz przeładowane ilością odwołań i odniesień do popkultury wszelkiej maści – głównie do lat 80. – filmów, gier komputerowych, nawet komiksów. Nie wszystkich da się wyłuskać, choćby było się strasznie skupionym czy oglądało film klatka po klatce. Trudno oderwać oczy od imponujących efektów specjalnych (szczególnie fotorealistycznych scen z przeszłości Hallidaya oraz pewnego hotelu ze znanego horroru), bardzo dynamicznych scen akcji w rodzaju brawurowego wyścigu samochodowego czy finałowego starcia w zamku, mieszanki znanych hitów (Van Halen, Bee Gees, New Order) oraz epickiej muzyki mistrza Alana Silvestri. Jest to zarówno miłość do szerokiej popkultury, ale także pewien dystans do niej. Oraz standardowa – jak na mistrza Spielberga – opowieść o dojrzewaniu do odpowiedzialności, sile przyjaźni i walce o idealizm. Nadal to działa.

Można się trochę przyczepić, że całość bywa czasami zbyt intensywna, niektóre postacie drugoplanowe w zasadzie są ledwo naszkicowane, zaś przesłanie brzmi lekko dydaktycznie oraz naiwnie (żyć trzeba tu i teraz, zaś świat wirtualny może być odskocznią, lecz niczym więcej). Jednak „Player One” nie wydaje się być wyrachowaną zagrywką staruszka, próbującego udawać jaki jest cool. Także aktorzy wypadają co najmniej bardzo solidnie. Tye Sheridan jako Wade/Parzival może początkowo wydawać się troszkę sztywny, lecz z czasem zaczyna nabierać rozpędu jako outsider i komputerowy nerd. Pełna uroku Olivia Cooke jako tajemnicza Art3mis kradnie serce swoją zaradnością oraz determinacją, tworząc całkiem niezły duet z Sheridanem. Jednak na drugim planie wybija się pełen ciepła Mark Rylance (Halliday), niepokojący Ben Mendelsohn (prezes Sorrento) oraz robiący trochę za comic reliefa T.J. Miller (iRok).

Po okresie solidnych i porządnych filmów Spielberg wraca do swojego czarowania swoją wyobraźnią. „Player One” ma w sobie ducha kina nowej przygody, lecz w kompletnie zmienionym opakowaniu, na większą skalę. To nadal kino pełne pasji, odrobiny szaleństwa oraz potrafiące cuda.

7,5/10

Radosław Ostrowski

John Rambo

Nikt chyba nie spodziewał się, że jedna z ikonicznych postaci w karierze Sylvestra Stallone’a powróci. Ale jak w 2006 roku odniósł sukces „Rocky Balboa”, czwarta część opowieści o weteranie z Wietnamie o imieniu John i nazwisku Rambo była nieunikniona. Po 20 latach za kamerą staje sam Stallone, który jest także współscenarzystą.

W zasadzie fabuła jest w pewnym sensie remakiem „dwójki”. Rambo (Stallone) nadal mieszka w Tajlandii, tym razem jednak nie pomaga mnichom i nie walczy na kije. Zamiast tego zbiera węże oraz robi za przewodnika łodzią. Jest o wiele bardziej cyniczny oraz zgorzkniały. Teraz go proszą o pomoc misjonarze, aby wysłał ich do ogarniętej wojną domową Birmą. Niechętnie i nie bez wahania, ale zgadza się na tą wyprawę. Ale ku niczyjemu zaskoczeniu, grupa zostaje schwytana. Tym razem nasz heros wyrusza razem z grupą najemników pod wodzą Brytyjczyka Lewisa (Graham McTavish). Ci są strasznie asekuranccy i jeśli wyczują zbyt mocne zagrożenie, chcą się wycofać. Jednak nie mieli przy sobie Rambo, co zmienia wszystko.

Stallone jako reżyser zaczyna całość od materiałów poświęconych okrucieństwu na Birmie, niby sugerując bardziej poważny ton. Sama historia nadal jest bardzo prościutka, wręcz pretekstowo-komiksowa, z bardzo oszczędnymi dialogami. Dużo jest tu uproszczeń, ale nie oglądamy takich filmów dla głębokich portretów psychologicznych czy rozważań na temat kondycji człowieka we współczesnym świecie. Tutaj liczy się akcja oraz bardzo obrazowa przemoc, a tej jest tu w nadmiarze. Co jest sporą zasługą birmańskiej armii sadystów, lubiącej zmuszać ludzi do chodzenia przez pole minowe (bo jak nie, to będzie rozstrzelanie), zmuszając dzieci do służby wojskowej albo atakując wioski z moździerza. Standardowe zagrywki sadystycznych wojskowych.

Ale już w drugiej połowie wszystko zaczyna krystalizować, zaś Rambo przejmuje dowodzenie. Stallone rzadko mówi, za to bardzo mocno używa łuku, noża oraz innych narzędzi zagłady. Szczególne w finale, gdzie super-żołnierz dokonuje jednej wielkiej rzeźni za pomocą ciężkiego karabinu maszynowego. Krew leje się wiadrami, ciała niemal są rozrywane na strzępy (studenci medycyny w tym momencie robią notatki na zajęcia z anatomii człowieka), nie brakuje eksplozji, zaś cała scena jest dziwacznie oczyszczająca. Tak samo satysfakcjonujące jest zakończenie, sugerujące odnalezienie spokoju udręczonej duszy wojownika.

Aktorsko jest przyzwoicie jak na tego typu kino. Stallone jest małomównym człowiekiem czynów, pozornie sprawiającym wrażenie obojętnego cynika. Reszta wypada solidnie, choć najbardziej z grona wybija się Graham McTavish jako najbardziej wyszczekany, chamski i klnący jak szewc Lewis oraz Matthew Marsden jako snajper School Boy. Ku mojemu zdumieniu powiem, że „John Rambo” to najlepszy sequel z serii. Najbardziej bezkompromisowy, wręcz ocierający się o kino eksploatacji, pełen pazurów, kłów i szponów, co wbijają się bardzo głęboko w skórę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Vinci 2

Juliusz Machulski to jeden z tych reżyserów, którzy towarzyszyli mi od bardzo dawna. Może nie od małego, lecz odkąd zacząłem świadomie oglądać kino. I przez bardzo długie lata był jednym z najlepszych twórców komedii. Od retro kryminału „Vabank” przez futurystyczną „Seksmisję” i „Kingsajz” aż po „Kilera” i „Vinci”. Jednak od kilkunastu lat ten twórca stracił to „coś”, co sprawiało, że jego filmu oglądało się z niezwykłą przyjemnością. Teraz jednak wraca do Krakowa w drugiej części „Vinci”, licząc na odzyskanie dawnej energii. Czy to mu się udało?

Minęło 20 lat od czasu legendarnej kradzieży „Damy z łasiczką” Leonardo da Vinci. Jeden z uczestników, Robert „Cuma” Cumiński (Robert Więckiewicz), obecnie spędza spokojny żywot emeryta w Hiszpanii. Żyje mu się dobrze i wygodnie z żoną. Zupełnie niczym bohater „Sexy Beast”, grany przez Raya Winstone’a, lecz spokój nie może trwać zbyt długo. Wtedy pojawia się niejaki Chudy (Mirosław Haniszewski), który proponuje mu robotę. Ma pomóc dwójce młodych w skoku, by wszystko poszło tip-top, jednak Cuma odmawia, ale Chudy zostawia mu dane. Tak na wypadek, gdyby jednak zmienił zdanie. Co oczywiście następuje, jednak na miejscu Chudy spławia Cumę informując, że propozycja roboty jest nieaktualna. Nasz bohater początkowo planuje wrócić do siebie, jednak urażona duma mu nie pozwala. Postanawia zostać, odkryć co ma zostać ukradzione oraz… powstrzymać kradzież.

Reżyser wraca do znajomej konwencji komedii kryminalnej, w której odnajdował się jak najlepiej oraz do Krakowa. Jednak co mnie najbardziej zaskoczyło to o wiele wolniejsze tempo i bardziej rozwleczoną historię. Bo niemal do samego końca nie wiemy, jaki jest cel oraz plan. Do tego mamy zadziwiająco sporo pobocznych wątków oraz powrotu paru starych znajomych. A zmieniło się tu wiele. Julian ksywa Szerszeń (Borys Szyc) został zwolniony z policji i pracuje jako ochroniarz w muzeum, zaś jego związek z Magdą (Kamilla Baar) rozpadł się przez picie. Werbus (Jacek Król) prowadzi firmę produkującą fajerwerki i dobiega 50-tki, zaś komisarz Wilk (Marcin Dorociński) teraz jest agentem FBI, jego miejsce w grupie ds. kradzieży przejął Kudła (Łukasz Simlat).

Odwołań i odniesień do poprzednika nie brakuje (oraz innych filmów Machulskiego), co samo w sobie nie jest niczym złym. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia, że jest tu za dużo zbiegów okoliczności oraz brakowało mi mocniejszego uderzenia. Także humor nie wywoływał jakiś gwałtownych ataków. Jednak w drugiej godzinie nagle coś zaczyna powoli się zmieniać. Żarty stają się trochę lepsze, intryga zaczyna się krystalizować, zaś rozwiązanie (finałowy skok) oraz zakończenie dają pewną satysfakcję. Można nawet rzec, że jest efekciarskie. Aktorzy wypadają solidnie (najlepiej błyszczy pojawiający się w roli większego cameo Marcin Dorociński), ale brakuje tu jakiegoś mocniejszego uderzenia i błysku.

Drugie „Vinci” jest filmem, który zostawił mnie z mieszanymi odczuciami. Technicznie jest solidny, wygląda nie najgorzej, jednak dość ospałe tempo oraz chaotyczny początek ciągną całość w dół. To nie jest najgorszy film w dorobku Machulskiego („AmbaSSada” jest niepokonana), ale do najlepszych wiele brakuje i pewnie lepiej by się sprawdził na streamingu.

6/10

Radosław Ostrowski

Pan Wilk i spółka 2

Zazwyczaj sequele są traktowane jako łatwy, prosty i nawet bezczelny skok na kasę. Bardzo rzadko udaje się kontynuacja na poziomie poprzednika. Taki jest właśnie przypadek „Pana Wilka i spółki 2” – jednego z najlepszych heist movies ostatnich lat oraz najlepszej odsłony „Szybkich i wściekłych”.

Nasza szalona paczka bandziorów próbują przejść na dobrą stronę prawa. Jednak łatwo nie jest – o pracę jest bardzo ciężko, rachunki i czynsz stale rosną, co wywołuje silną frustrację. Jedynie Wąż sprawia wrażenie dziwnie zadowolonego: chodzi na jogę, trenuje i nie przejmuje się niczym. Co budzi pewne podejrzenia u pana Wilka. Ten zaczyna dostrzegać szansę na powrót. W okolicy szaleje złodziej zwany Widmowym Bandytą, który nie zostawia po sobie żadnego śladu. Schwytanie tego złodzieja wydawałoby się idealną szansą na rozpoczęcie nowego życia dla pana Wilka i spółki, więc planuje zasadzkę na ostatni cel – pas mistrza wrestlingu. Podejrzanym jest Wąż, ale na miejscu prawda okazuje się bardziej skomplikowana. Do tego ekipa Wilka zostaje wrobiona w kradzież, za którą stoi inny gang i zmusza grupkę do wspólnej akcji.

Reżyser Pierre Perifel wraca na stołek twórcy i od samego początku wskakujemy na szalone tory. Mamy fantastycznie zrobiony pierwszy skok z udziałem Włóczki (tarantula-hakerka) w Egipcie. Akcja jest bardzo intensywna, szalona, ze sporą ilością gwałtownych zbliżeń, masy kurzu i dymu (te efekty wyglądają niesamowicie) oraz slow-motion. Ekscytująca scena, która przeskakuje do – o wiele bardziej szarej – rzeczywistości. I film pokazuje jak bardzo niełatwo jest wyjść na prostą, zwłaszcza mając tak „sławną” przeszłość.

Sama intryga oraz główny plan jest poprowadzony w bardzo pomysłowy sposób. Nie tylko skala oraz stawka jest dużo większa, z kolei główna antagonistka (Kitty Kat) jest bardzo wyrazista, zadziorna oraz balansuje między sympatią a groźbą. Nadal siłą filmu pozostaje silna chemia między naszą paczką (anty)bohaterów, wizualne gagi oraz szalonymi twistami. Od próby zdobycia cennego zegarka po (dosłowny) lot w kosmos, gdzie Wilk ze spółką musi powstrzymać Kitty z kumpelami. Animacja wygląda bardzo imponująco, nawet jeśli nie jest to poziom przepięknego „Dzikiego robota”. Imponuje ilość detali (zwłaszcza w scenach kosmicznych), zmiany stylistyczne (krótkie przejście na ręcznie rysowaną kreskę) oraz zabawa chronologią czy szybkie cięcia montażowe. Trudno oderwać wzrok, zaś w tle gra jazzowo-elektroniczna muzyka Daniela Pembertona. W zasadzie trudno mi się tu w warstwie technicznej czy fabularnej przyczepić.

„Pan Wilk i spółka 2” jest pokazywany tylko z polskim dubbingiem, ale tutaj nie czuć dużego spadku jakości. Nadal za tłumaczenie odpowiada Bartosz Wierzbięta, zaś reżyserią zajęła się weteranka Joanna Węgrzynowska. Wraca obsada głosowa z poprzedniej części ze świetnym Szymonem Roszakiem na czele i nikt tutaj nie zawodzi. Nowością jest tu trio złodziejek, grane przez cholernie dobrą Annę Szymańczyk (Kitty Kat), zadziwiająco uroczą Olgę Szomańską (ptak Doom/Suzan) oraz Emilię Komornicką (hakerka Pigtail mówiąca z „rosyjskim” akcentem). Też czuć tutaj zgranie nowej ekipy, dodając troszkę więcej napięcia.

Chyba w ostatnich latach nie ma tak równego studia specjalizującego się w animacji jak DreamWorks, walące niemal hit za hitem („Pan Wilk i spółka”, „Kot w butach: Ostatnie życzenie”, „Dziki robot”, „Dog Man”). Nie inaczej jest z nową częścią przygód pana Wilka, dorównującej i nawet wręcz przebijającej pierwszą część, a zakończenie zostawia furtkę na ciąg dalszy. Nie wiem jak wy, ale na kolejną eskapadę eks-złodziei chętnie się wybiorę.

8/10

Radosław Ostrowski

Węże w samolocie

Film Davida Ellisa z 2006 roku to przykład filmu tak głupiego i tak złego, że aż dobrego. Albo ocierającego się o bycie dobrym. Po samym tytule nie należało spodziewać się wybitnego dzieła, ale nie byłem gotowy na taką ekstrawagancję.

Bohaterem filmu jest młody surfer Sean Jones (Nathan Phillips), przebywający na Hawajach. Jednak zamiast szaleć na desce albo na motorku jest świadkiem czegoś, czego nie powinien widzieć. Mianowicie niejaki Eddie Kim (Byron Lawson), lokalny gangster, co ma w kieszeni policję, zabija prokuratora prowadzącego śledztwo przeciwko niemu. Chłopak ucieka, jednak ludzie mafioza dopadają go w jego domu. Na szczęście pojawia się odsiecz w postaci agenta FBI Flynna (Samuel L. Jackson), który zabija siepaczy i bierze Seana pod swoją ochronę. Mam zeznać przeciwko Kimowi, by ten poszedł siedzieć. Flynn planuje wysłać świadka samolotem pasażerskim, gdzie pierwsza klasa byłaby tylko dla Jonesa, niego oraz drugiego agenta. Nawet podają mylny samolot, lecz Kim orientuje się w zamiarach i postanawia wykonać „genialny” ruch. Otóż jego ludzie przemycają do samolotu… węże wszelkiej maści, do tego przed lotem spryskują luk feromonami.

Jeśli myślicie, że fabuła jest idiotyczna i niedorzeczna, to… macie rację. Jakim cudem główny złol oraz agent w ogóle wiedzą, jak wygląda Sean, skoro ten pierwszy słyszał tylko silnik motoru, zaś drugi (jakimś cudem) wie o wszystkim. Jak udało się w ogóle umieścić tyle węży, by nikt się nie zorientował? I jak one potrafią wejść do kabiny pilota? Głupot jest tu więcej, a twórcy wydają się być ich świadomi. Całość brzmi jak mocno zakręcona wersja „Szklanej pułapki” w powietrzu, oscylująca między komedią akcji a B-klasowym horrorem. Postacie są zabijanie w durny, choć kreatywny sposób, do tego jeszcze mamy widok POV węży z użyciem zielonego filtra (skąd ta zieleń), nie brakuje stereotypów i szablonów wśród uczestników eskapady (stewardessa w swoim ostatnim locie, kobieta z pieskiem, niemiecki ważniak czy raper z dwójką dużych – i czarnych – ochroniarzy). No i pojawiają się czasem takie teksty, które potrafią wybić z równowagi (rozmowa pilota ze stewardessą: Dasz radę pilotować jedną ręką? / Zdziwiłabyś się, co potrafię zrobić jedną ręką).

Jeszcze w ten miks mamy wrzuconego działającego z zewnątrz kolegę Flynna (Bobby Cannavale), próbującego znaleźć specjalistę od węży, by znaleźć surowicę. Niby ma to być odskocznią i jeszcze podbić napięcie, jednak nie do końca to działa. Tak samo jak zbyt wiele ciemnych ujęć w samolocie, przez co ciężko cokolwiek zauważyć. O wiele bardziej film działa jako komedia, gdzie nawet wypowiadane z powagą dialogi, brzmią idiotycznie. Właściwie z obsady to tutaj tylko Samuel L. Jackson oraz Julianna Margulies (stewardessa Grace) najbardziej zapadają w pamięć, odnajdując się w tym szaleństwie.

To jest bardzo specyficzne kino, które wielu może odrzucić i uznać za absolutne badziewie. Ellis wydaje się nie traktować całości zbyt poważnie, jest masa dziur logicznych, co może doprowadzić do ogromnego wytrzeszczu oczu oraz niedowierzania. Jeśli jednak potraktuje się całość z przymrużeniem oka, ściągnie się znajomych z piwem, doświadczenie może być dużo lepsze.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kokainowy miś

Chyba żaden film nie wywołał we mnie takiego poczucia zmarnowanego potencjału jak „Kokainowy miś”. Film w reżyserii Elizabeth Banks, wyprodukowany przez duet Phil Lord/Christopher Miller, do tego inspirowany prawdziwą historią stoi w dziwnym rozkroku.

Akcja toczy się w 1985 roku, skupiając się wokół osób na terenie park przyrody Chattahoochee w stanie Georgia. To między innymi tutaj zostały wyrzucone torby zawierające kokainę przez przemytnika, ale ten w trakcie wyskoczenia z samolotu… uderza głową o drzwi i spada. Jego szef, Syd White (Ray Liotta), by znaleźć cały towar wysyła swojego syna Eddiego (Aiden Ehrenreich) oraz jego kumpla, Daveeda (O’Shea Jackson Jr.). Do tego jeszcze w całą tą sprawę wplątuje się trójka nastoletnich złodziejaszków, lokalna pielęgniarka (Keri Russell), jej córka (Brooklynn Prince), kolega z klasy (Christian Convery) towarzyszący jej w wagarach do wodospadu, strażniczka leśna (Margo Martindale) oraz ścigający White’a gliniarz (Isaiah Whitlock Jr.). Ale żadne z nich nie jest gotowe na to, że kokaina wpadła w ręce (bardziej pasowałoby w łapy)… niedźwiedzia grizzly. A ten pod jej wpływem zmienia się w żadną krwi bestię, która atakuje wszystkich na swojej drodze.

Sam ten koncept brzmi jak czyste szaleństwo i – ku zaskoczeniu wielu – jest to inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Prawdą jest sam przerzut narkotyków samolotem, jak i fakt naćpania się niedźwiedzia. W dodatku samicy. Jednak nikogo nie zabiła, tylko zmarła z powodu przedawkowania. Sama reżyserka miała tu spory potencjał do popisu. Bo film mógł pójść w B-klasowy monster movie okraszony dawką czarnego humoru, poważny dramat albo nawet thriller. Ostatecznie film idzie we wszystkich kierunkach, co wywołuje ogromną dezorientację. Jako komedia nie sprawdza się za bardzo i ma parę irytujących postaci (trójka gówniarzy czy przechodzący żałobę Eddie), z kolei jako krwawy slasher ma tych momentów o wiele za mało. Choć trzeba przyznać, że są brutalne, mimo użycia komputerowo zrobionego niedźwiedzia (atak na karetkę pogotowia – cudowne). Postaci jest zwyczajnie za dużo, przed ich nadmiar akcja jest zadziwiająco wolna (a film trwa niecałe półtorej godziny) i nie są zbyt angażujące (chociaż nikt nie gra tu źle).

Technicznie też jest tutaj co najmniej przyzwoicie. Krajobrazy lasu wyglądają ładnie, efekty specjalne nie wybijają z seansu, zaś w tle gra mocno elektroniczna muzyka. Jednak dla mnie ten film byłby lepszy, gdyby twórcy bardziej zaszaleli. Bardziej skupili się na naćpanym, szalejącym po lesie miśku i pokazali (ze sporą dawką czarnego humoru) jego akcje. A tak dostajemy kino, które jest zbyt poważne na komedię oraz zbyt głupie na dramat. Twórcy zrobili temu filmowi – nomen omen – niedźwiedzią przysługę.

5/10

Radosław Ostrowski

Mów do mnie!

Dzisiaj filmy może robić każdy, nawet osoba nie chodząca do szkoły filmowej. Widziałem już filmy nakręcone przez projektanta mody, kompozytora, a teraz zaczynają dobijać się do kamery jutuberzy. Szlakiem Joe Penny, który stworzył „Arktykę” z Madsem Mikkelsenem podążyli australijscy bracia Phillippou znani bardziej jako RakkaRakka. I jak każdy szanujący się młody twórca, chcący się wybić, pierwszy pełnometrażowy film robią w konwencji horroru. Bo to nadal jeden z „tańszych” gatunków do nakręcenia. Tak też powstało „Mów do mnie” – jeden z ciekawszych filmów grozy ostatnich lat oraz kolejny interesujący tytuł w katalogu studia A24.

Film skupia się wokół Mii (Sophia Wilde) – młodej dziewczyny, niepogodzonej ze śmiercią matki, unikającej jakiegokolwiek kontaktu z ojcem. Od tej tragedii minęły dwa lata i nadal sobie z tym nie radzi. Ale ma przyjaciółkę w postaci Jade (Alexandra Jensen) oraz jej brata Rileya (Joe Bird), przez co nie jest aż tak zdołowana. Nadal jednak jej otoczenie uważa ją za outsiderkę, desperacko szukającą więzi. Jej pogubione życie zostaje wywrócone do góry nogami, kiedy razem z przyjaciółką wbijają na imprezę. Podczas niej zostaje wyciągnięta… ręka. Zmumifikowana dłoń, dzięki której można się kontaktować z duchami. Ale nie na dłużej niż półtorej minuty, bo… bo co? Będzie źle, ale jak bardzo? Lepiej nie ryzykować. Jednak Mia przełamuje się i bierze udział w tej „zabawie”, lecz minimalnie dłużej trwa jej kontakt z zaświatami. Niby nic się początkowo nie dzieje, jednak podczas kolejnej „imprezy” z dłonią, bierze udział Riley. Co kończy się bardzo poważną tragedią.

Już sam początek filmu (jak na horror przystało) zaczyna się mocnym uderzeniem, niepowiązanym (pozornie) z głównym wątkiem. Impreza, brat zostaje wezwany by zabrać brata, zaś ten wbija mu nóż w oko, po czym podrzyna sobie gardło. Na oczach wszystkich, którzy to filmują na swoich telefonach. Od razu wskakujemy do Mii, powoli poznając ją i atmosfera bardziej przypomina dramat obyczajowy. Ale wszystko zmienia się, gdy wkracza ta ręka. Sam jej wygląd jest niepokojący, zaś jej geneza pozostaje największą tajemnicą i jest fascynująca. Tak samo jak sam rytuał „kontaktu”, działający na jego uczestników niczym narkotyki na ćpunie. Dlaczego ktoś miałby to zrobić? A czy wiecie jaka silna jest presja, by należeć do grupy? I jak każde uzależnienie zaczyna mącić w głowie, pojawiają się halucynacje, zwidy, zacierając granicę między koszmarem a rzeczywistością. Tutaj napięcie potrafi uderzyć z niespodziewanej strony, nawet jeśli zdarzają się momenty przestoju. Ale to wszystko rekompensuje ciężki (lecz bardzo satysfakcjonujący) finał, otwierający furtkę na potencjalną kontynuację.

Do tego działa tu młoda, jeszcze nierozpoznawalna obsada. Tutaj wybija się fantastyczna Sophia Wilde w roli Mii, prześladowana przez traumę (a potem inne rzeczy), próbująca znaleźć akceptację otoczenia. Masę sprzecznych emocji wygrywa o wiele bardziej subtelnie niż można było się spodziewać po tym gatunku. Ale jak trzeba pójść bardziej ekspresyjnie, robi to bez popadania w przesadę i śmieszność. Szczególnie w dalszych partiach filmu. W kontrze do niej stoją świetni Alexandra Jensen (Jade, najlepsza koleżanka), mocny Joe Bird (Riley, stający się ofiarą opętania) oraz duet Zoe Terakes/Chris Alossio (właściciele ręki Hayley i Joss).

Australijskie kino grozy (po dokonaniach Jennifer Kent) zaczyna powoli się poszerzać. Już zbliża się kolejne dzieło duetu RakkaRakka („Oddaj ją”), więc warto zapoznać się z tym mocnym debiutem. Bardzo atmosferycznym, sprytnie napisanym, z intrygującym pomysłem oraz świetnym aktorstwem. 

7,5/10

Radosław Ostrowski