28 lat później

Niebo gwiaździste nade mną, a zombie we mnie
Człowiek człowiekowi zombie

Wydawałoby się, że przez serię „Walking Dead” rynek produkcji z zombie jest przesycony. Niemniej żywe trupy nie chcą umrzeć, co pokazały choćby takie filmy jak „World War Z” czy „Apokawixa”. Teraz jednak wracamy do świata zombie szybkich oraz wściekłych, które stworzył reżyser Danny Boyle i scenarzysta Alex Garland w 2002 roku dzięki „28 dni później” (o nich kiedyś opowiem).

Jak sam tytuł mówi, minęło 28 lat odkąd wirus agresji zamienił ludzi w „zarażonych” – wściekłe bestie, pozbawione człowieczeństwa. Cała Wielka Brytania została oddzielona od świata kwarantanną, otoczona wojskiem i w zasadzie cofająca się w rozwoju. Nie ma Internetu, telefonów komórkowych, telewizji, nawet broni palnej. Z takiego miejsca nawet Snake Plissken nie dałby rady uciec. Znajdujemy się w małym miasteczku, znajdującym się na wyspie, gdzie droga jest dostępna tylko podczas przypływu. Tutaj mieszka Spike (debiutujący Alfie Williams) – 12-letni chłopak, wychowywany przez bardzo surowego ojca Jamiego (Aaron Taylor-Johnson) i chorującą matką Islą (Jodie Comer). Spike razem z ojcem wyruszają na ląd, by przejść etap inicjacji, czyli zabić zarażonego. Przy okazji dociera do niego informacja, że gdzieś tam znajduje się pewien lekarz, dr Kelson (Ralph Fiennes), choć podobno jest szalony. Niemniej dzieciak decyduje się zabrać do niego matkę, wymykając się z miasteczka.

Boyle z Garlandem kreują świat opustoszały i wyglądający niczym po apokalipsie. Ogromne przestrzenie przyrody z niemal opustoszałymi pozostałościami po ludzkiej cywilizacji: wyniszczone domy, stacja benzynowa, wykolejony pociąg. A wszędzie tylko zwierzęta oraz zarażeni zombie: od bardzo grubych oraz powolnych niczym żółw aż po alfy. Te ostatnie są silniejsze, większe i… inteligentne? Skąd to się wzięło? Do tego chodzą kompletnie bez niczego (sama skóra, kości oraz organy rozrodcze), a nawet mogą się… zapładniać? Skąd to się wzięło i jak? Po drodze jeszcze nawiną się żołnierze z rozbitego statku, wściekła alfa zwana Salomonem oraz cały na brązowo Kelson. Niby tempo jest powolne, jednak całość jest bardzo intensywna, z nerwowymi ruchami kamery, wręcz bardzo dzikim montażem (zabijanie zombie, gdzie w chwili trafienia mamy krótką stopklatkę i zmiana perspektywy). Najbardziej kreatywnie zmontowaną sceną jest moment opuszczenia wyspy przez Spike’a i Jamiego, gdzie mamy recytowany w tle wiersz Rudyarda Kiplinga „Buty” przeplatane z archiwaliami i fragmentem filmu ze strzelającymi łucznikami. Aczkolwiek muszę przyznać, że wybijały mnie z filmu sceny nakręcone na czerwonym filtrze.

A to wszystko jest fantastycznie zagrane. Imponujące wrażenie robi debiutujący Alfie Williams w roli Spike’a. Chłopak budzi sympatię od samego początku, przechodząc inicjację i zderzając się z nieznanym, obcym światem. A to, co zobaczy zrobi na nim potężne wrażenie. Wszystkie bardziej emocjonalne momenty wygrywa bezbłędnie, szczególnie razem z Jodie Comer (Isla), stanowiące serce tego filmu. Równie świetny jest Taylor-Johnson, czyli szorstki ojciec, próbujący przygotować syna na nieznane. Tym wielka szkoda, że ta postać pojawia się w zasadzie w pierwszym akcie, po czym znika. Wtedy jednak pojawia się (na krótko) Ralph Fiennes, wyglądający niczym Marlon Brando w „Czasie Apokalipsy”. Jego postać najbardziej fascynuje i stanowi sporą tajemnicę, w końcu to lekarz przebywający na odludziu, który jakimś cudem przetrwał epidemię. Staje się on kolejną ważną postacią dla Spike’a, ucząc go o śmierci.

Sam film jest początkiem nowej trylogii osadzonej w świecie „28 dni”, co tłumaczy pewne niewyjaśnione tajemnice. Boyle z Garlandem są szaleni i mają jaja, choć nie wszystkim to podejdzie. Tak samo jak zakończenie, które wywołało we mnie konsternację. Niemniej ta szalona zabawa formą czyni „28 lat później” jednym z intensywniejszych horrorów ostatnich lat. Wyczekuję ciągu dalszego, który ma nastąpić na początku przyszłego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Młody Frankenstein

Nie ma chyba nikogo na świecie, kto przynajmniej nie słyszał nazwiska Frankenstein. Nawet jeśli nigdy nie miał styczności z powieścią Mary Shelley. Jego powstały z martwych monstrum stał się ikoną popkultury, przewijając się przez różne inkarnacje na przestrzeni stuleci. A już niedługo pojawią się aż dwie nowe inkarnacje: od mistrza grozy Guillermo del Toro (nazwana – bardzo oryginalnie – „Frankenstein”) oraz Maggie Gyllenhaal („Narzeczona Frankensteina”). Zanim jednak zapoznamy się z tymi tytułami, rzućmy okiem na bardziej komediową wariację tej znanej historii.

„Młody Frankenstein” od Mela Brooksa nie jest stricte adaptacją powieści Shelley, choć wykorzystuje jej znane elementy. Jej bohaterem jest wnuk szalonego naukowca, dr Frederick Frankensteen (Gene Wilder) i kompletnie odcina się od swojego przodka. Nie chce bawić się w ożywianie zmarłych, wręcz przeciwnie. Jednak sytuacja komplikuje się, kiedy otrzymuje spadek. Czyli zamek swojego przodka, razem z gdzieś znajdującym się laboratorium. Do tego doktorowi pomaga wnuk asystenta, Ajgor (Marty Feldman) oraz Inga (Teri Garr). No i jeszcze jest pani Blucher (Cloris Leachman), od której wymowy nazwiska płoszą się konie. Czy to oznacza, że Frederick pójdzie w ślady sławnego przodka?

Brooks mocno stylizuje swój film na horror z lat 30. i 40., czyli z czasów świetności potworów Universala. Całość jest nakręcona na czarno-białej taśmie i nawet ma przejścia niczym z epoki, w tle gra bardzo staroświecka, gotycka muzyka. Nawet scenografia sprawia wrażenie żywcem wzięta stamtąd (udało się zdobyć twórcom prawa do użycia oryginalnej scenografii laboratorium), przez co wygląda niemal realistycznie. A wszystko to służy w zaserwowaniu gagów różnej treści: od prostego slapsticku (inspektor policji z mechaniczną ręką czy wizyta monstrum u niewidomego) przez pojawiający się oraz znikający garb Ajgora aż po dialogi (niepozbawione podtekstu). Ku mojemu zaskoczeniu było kilka przezabawnych sytuacji, które przetrwały próbę czasu.

To jednak by nie zadziałało, gdyby nie brawurowe aktorstwo. Sam Gene Wilder (także współautor scenariusza) jest wręcz nadekspresyjny w roli dra Frankensteina. Zarówno próbujący zachować spokój z powodu nazwiska, jak i coraz bardziej popadający w szaleństwo. Bywa wręcz do przesady teatralny, serwując pokręconą postać. Szoł kradł wiele razy Marty Feldman jako Igor/Ajgor: od bardzo ekspresyjnych oczu po zadziwiająco spokojną barwę głosu. I tworzy pokręcony duet z Wilderem, gdzie lecą iskry. Cudnie błyszczą tutaj panie: zwłaszcza Kahn jako narzeczona (ten głos oraz scena na dworcu) oraz teatralna w dobrym znaczeniu tego słowa Leachman, której postać skrywa pewną tajemnicę.

Nie znam zbyt wiele filmów Mela Brooksa, ale „Młody Frankenstein” jest zgrabną zgrywą z klasyki horroru. Czasem tempo jest nierówne, zaś niektóre żarty mogą być niezrozumiałe, niemniej ma w sobie masę uroku oraz miłości do klasyki. Zadziwiające doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rambo III

Trzecia część przygód niejakiego Johna Rambo powstała, bo poprzednia część zarobiła strasznie dużo kasy. Zauważono potencjał na franczyzę i kontynuowano drogę naszego herosa od złamanego przez PTSD żołnierza po jednoosobową maszynę do zabijania. Tylko wojna w Wietnamie się skończyła dawno, więc gdzie tym razem ruszyć? Odpowiedź jest zadziwiająco prosta.

Nasz Rambo (Sylvester Stallone w fizycznej formie godnej olimpijczyka) przebywa gdzieś w Tajlandii. Pomaga buddyjskim mnichom w ich klasztorze, naprawiając różne rzeczy. Żeby jeszcze mieć pieniądze oraz rozładować siedzącą w nim przemoc, bierze udział w walkach na kije za pieniądze. To właśnie po takiej walce odnajduje go stary znajomy, pułkownik Trautman (Richard Crenna). Wyrusza do Afganistanu, gdzie od wielu lat tamtejsi partyzanci walczą z wojskami radzieckimi i chce wziąć Rambo ze sobą. Ten jednak odmawia, więc oficer wyrusza sam dostarczyć broń. Niestety, od razu po przekroczeniu granicy wpadają w zasadzkę przygotowaną przez Sowietów. Na wieść o tym, nasz wojak-pacyfista wyrusza do Afganistanu w towarzystwie Mousa Gannina (Sasson Gabai). Cel: odbić Trautmana z fortecy, gdzie stacjonuje oddział Sowietów pod wodzą pułkownika Zaysena (Marc de Jonge).

Tym razem za kamerą stanął Peter MacDonald – bardzo doświadczony operator oraz drugi reżyser, czyli facet odpowiedzialny za kręcenie sekwencji akcji. Tą ostatnią funkcję pełnił m.in. przy „Imperium kontratakuje”, „Batmanie”, „Tango i Cash”, a nawet pierwszych „Strażnikach Galaktyki”. A także przy „Rambo II”, gdzie odpowiadał za sekwencje lotnicze. I już od pierwszych scen widać, że ta część wygląda lepiej wizualnie. Historia jest nadal prosta jak konstrukcja cepa, gdzie Rambo staje się zbawcą świata. To jest wręcz komiks – Ruscy są źli, dowódca jest przerysowany, zaś żołdacy to idioci (widziałem organizmy jednokomórkowe, które były mądrzejsze), a Afgańczycy są albo ofiarami ataków, albo heroicznymi wojownikami. I w środku tego kotła jest małomówny człowiek czynu Rambo.

Sama akcja jest przewidywalna i bardzo efekciarska, ale ma o większą skalę oraz jest lepiej wykonana. I nie chodzi tylko o ilość eksplozji, ale o samą skalę. Mamy helikoptery, czołgi, mudżahedinów na koniach z karabinami (w sensie mudżahedini mają karabiny, nie konie), forteca niczym ze średniowiecza. Wydaje się to bardziej dopieszczone, o wiele płynniej zmontowane oraz z epicką muzyką Jerry’ego Goldsmitha. Nadal pojawiają się pewne głupoty (gra w cykora między czołgiem a helikopterem zakończona czołówką czy atakujący znikąd Rambo z „szóstym zmysłem”), wjeżdża miejscami patos, a niektóre teksty i żarty są strasznie suche.

W dużym skrócie jest to lepiej wykonana „dwójka”, która dostarczy więcej frajdy fanom rozrywkowego kina akcji. Bo umówmy się, takich produkcji nie ogląda się dla fabuły, głębokich portretów psychologicznych czy złożonego pokazania rzeczywistości. Dzieło MacDonalda to destylat kina akcji lat 80. w stanie czystszym niż jakikolwiek spirytus. I tak samo mocny.

7/10

Radosław Ostrowski

Wojna

Wojna, wojna nigdy się nie zmienia – tak zaczynała się każda część gier z serii „Fallout”. Wielu filmowców próbowało pokazać czym jest wojna oraz jaki może mieć wpływ na innych ludzi. Były mocarne momenty jak lądowanie w Normandii z „Szeregowca Ryana” czy bieg pod ostrzałem  w  „1917”. Tego do tego grona wojennych filmów dołącza nowe dziecko Alexa Garlanda.

„Warfare” jest współreżyserowane i współnapisane przez Ray Mendozę – byłego żołnierza Navy Seals. Panowie poznali się przy „Civil War”, gdzie Garland reżyserował, zaś Mendoza pełni rolę doradcy technicznego w sprawie militariów. Panowie zaczęli razem pracować nad nowym filmem, który oparty był na jednej z akcji żołnierza podczas wojny w Iraku w 2006 roku. A konkretnie to w Ramadi, kiedy grupa żołnierzy zajęła jeden z domów. I zaczął się atak, doprowadzając do zranienia snajpera, Elliotta. Ekipa musi przetrwać do pojawienia się transportu oraz wyniesienia się stąd, zanim większy liczebnie wróg się do nich dobierze.

Sama historia jest bardzo prosta jak konstrukcja cepa. To jest wręcz kino surwiwalowe, dziejące się niemal w czasie rzeczywistym (poza początkiem), zrealizowane w dokumentalnym stylu. Nie ma tutaj wielkich gwiazd, tylko solidny charakterystyczni aktorzy, których część może być znajoma. Dialogi to niemal w zasadzie rozkazy, komendy, komunikacja z dowództwem. Nie ma tu żadnego tła, bliższego poznania bohaterów, ograniczając się do czynów. Garland z Mendozą przypominają naukowców, którzy obserwują insekty pod mikroskopem, skupiając się na samym zachowaniu w sytuacji ekstremalnej. Nie mniej, nie więcej, bez patosu, bez heroizmu, nawet bez ilustracji muzycznej.

Jedyny moment, gdzie panowie pozwalają sobie na szaleństwo stylistyczne jest moment wysadzenia wozu ratunkowego przez bombę improwizowaną. Wszystko ma taki mocno żółty kolor, a jeszcze bardziej wbija tu DŹWIĘK. Wytłumiony, zaś w kilku chwilach w zasadzie nie ma go w ogóle (udzielanie pomocy medycznej ciężko rannemu Elliotowi). To jeszcze bardziej potęguje poczucie zagrożenia, osaczenia oraz napięcia. Zupełnie jakbym był w samy środku tego chaosu (może poza scenami lotniczymi z drona), pozwalając poczuć to, co inni weterani.

Najbardziej surowy z filmów wojennych, jakie powstały w ostatnich latach. Świetnie zagrany, bardzo prosty w formie, ale też najbardziej immersyjny ze wszystkich tego typu filmów, czego się nie spodziewałem. Jedyna szkoda to fakt, że film ten trafił od razu na platformy streamingowe, bo w kinie zrobiłby jeszcze lepsze wrażenie. Jak (prawie) każda produkcja wojenna.

8/10

Radosław Ostrowski

Superman (2025)

Do trzech razy sztuka? – chciałoby się rzec Warner Bros, gdy postanowili znowu stworzyć Kinowe Uniwersum DC. Teraz jednak postanowili wziąć sprawy poważnie. Założyli DC Studios, zaś do prowadzenia go wzięli Jamesa Gunna oraz Peter Safrana. I to ten duet ma odpowiadać za kreatywność i jakość zarówno wszystkich produkcji. A teraz właśnie dostajemy pierwszy film tego nowego świata, czyli „Supermana” – najbardziej ikoniczną postacią komiksów DC. Czy ta inkarnacja godna jest legendarnej wersji Richarda Donnera?

W tym świecie Superman (David Corenswet) na naszej planecie znajduje się już 30 lat. Ujawnił się trzy lata temu, stając się zaskakująco popularnym, a także spotyka się od trzech miesięcy z Lois Lane (Rachel Brosnahan). Jednak sytuacja i popularność Człowieka ze Stali zmienia się, gdy interweniuje w konflikcie zbrojnym między dwoma krajami. Bez konsultacji z rządem, wojskiem, kimkolwiek. A w międzyczasie Lex Luthor (Nicholas Hoult), właściciel korporacji LutherCorp, ma jeden cel i jeden cel tylko ma: zabić Supermana. Już przygotował bardzo dokładny plan działania w celu zdyskredytowania Kal-Ela oraz jego eliminacji.

W tej wersji „Supermana” Gunn nie bawi się w genezę Człowieka ze Stali, tylko od razu rzuca nas w sam wir wydarzeń. Nasz heros dostaje srogi łomot, ląduje gdzieś na Antarktyce i z pomocą psa Krypto (uroczy zwierzak!) wraca do Twierdzy Samotności. Rzadko coś takiego się dostaje na sam początek, a to dopiero początek niespodzianek. Gunn czerpie z komiksów nie tylko kolorystykę (to najbarwniejszy film superbohaterski od bardzo dawna), ocierając się o camp, lecz także zachowując charakter naszego Supka. Jest on bardzo naiwny, wierzący w dobro ludzi i każdą sprawę traktuje jednakowo poważnie (uratuje dziecko, dorosłych, a nawet wiewiórkę), działając odruchowo oraz z potrzeby serca. I to pakuje go w kłopoty, zaś jedno wydarzenie zmusza go do postawienia pytań o swoją tożsamość.

Do tego miksu reżyser wrzuca odrobinę geopolityki, metaludzi w postaci Gangu Sprawiedliwości (Zielona Latarnia, Hawkgirl i Mr. Terrific), intryga Luthora – jest gęsto oraz ciasno. Ale ku mojemu zdziwieniu udaje się tu zachować balans między postaciami, wątkami oraz postaciami w tak krótkim czasie. Sama akcja wygląda imponująco (szczególnie walka z Kaiju), chociaż używa się tu sporo zbliżeń na twarz (szczególnie podczas lotu), nietypowych kątów czy długich ujęć (starcia Mr. Terrific w bazie wojskowej pokazana z perspektywy chronionej polem ochronnym Lois). Niemniej muszę przyznać, że czasem humor nie zawsze trafia, muzyka nie zapada w pamięć, a niektóre postacie nie mają zbyt wiele czasu ekranowego (Perry White, Hawkgirl).

Muszę jednak przyznać, że Gunn ma nosa w kwestii castingu. Bardzo zaskoczył mnie nieznany David Corenswet, który dla mnie jest najbardziej pokornym Supermanem, jakiego widziałem na ekranie. Ma odpowiednią prezencję, charyzmę oraz świetnie oddaje charakter Człowieka ze Stali, bez popadania w śmieszność. Równie fantastyczna jest Rachel Brosnahan i muszę przyznać, że to moja ulubiona interpretacja Lois Lane. Jest bardzo charakterna, zadziorna, twardo dążąca do prawdy i potrafi sobie sama radzić. Chemia między nią z Davidem jest bardzo silna, stanowiąc jeden z najmocniejszych atutów filmu. Ale całość skradł rewelacyjny Nicholas Hoult w roli Luthora – dzianego korposzefa, będącego bardzo chłodnym, zimnym psychopatą, którego nienawiść czuć w każdym wypowiadanym słowie. Facet jest brutalnym narcyzem, stanowiącym godne wyzwanie dla Supka. Odrobinę lekkości wnosi cudowny Nathan Fillion (Guy Gardner aka Zielona Latarnia) oraz Edi Gathegi (Mr. Terrific), parę razy zawłaszczając ekran.

Wielu było sceptycznych i wielu miało wątpliwości, czy nadal jest miejsce dla słynnego herosa z Kryptonu. Jednak James Gunn niczym Richard Donner w filmie z 1978 roku, podchodzi do materiału źródłowego z szacunkiem i bez poczucia wstydu. To zaskakująco dobra rozrywka oraz solidny fundament pod nowe uniwersum, bez wciskania na siłę innych postaci. Chcę zobaczyć kolejną przygodę Supermana, a także uważnie będę się przyglądał kolejnym ruchom DC Studios.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Follemente. W tym szaleństwie jest metoda

Włoska komedia romantyczna o pierwszej randce? Brzmi jak potencjalny samograj, który w swojej prostocie by się sprawdził. Jednak reżyser Paolo Genovese postanowił troszkę skomplikować sprawę w „Follemente”. Albowiem jego najnowszy film to bardziej dorosła wersja… „W głowie się nie mieści”.

Sama historia brzmi jak coś prostego i banalnego – dwoje ludzi umówili się na randkę/kolację w jej mieszkaniu. Piero (Edouardo Leo) jest jeszcze młodym nauczycielem po przejściach, z kolei Lara (Pilar Fogliati) to singielka z przeszłością, zajmująca się odnawianiem oraz sprzedawaniem mebli. Nie widzieli się wcześniej, więc co można czuć w takich sytuacjach? Stres, niepewność siebie, momenty niezręczności. Wszystko to także wywołane przez… cztery osobowości siedzące w ich głowach. Nazywają się różnie, ale temperamentami są takie same: Profesor/Alfa (najmądrzejsi), Romeo/Julia (romantyk), Valium/Scheggia (niepewność) oraz Trilli/Eros (pożądanie).

Niemal cały czas film przeskakuje na dwóch przestrzeniach: w mieszkaniu Lary oraz w głowach ich obojga. Cała ta czwórka próbuje znaleźć jakiś wspólny język oraz jak działać w danej sytuacji. Nieważne, czy mówimy o tym jakie prezerwatywy kupić (i czy kupić), co znaczy każde wypowiadane słowo, gest oraz dlaczego druga strona zrobiła to, co zrobiła. Prowadzi to zarówno do zabawnych dialogów i sytuacji jak choćby ciągłe gaszenie oraz zapalenie światła na początku w mieszkaniu Lary, wspomniany zakup prezerwatyw czy kwestia prezentu od byłego chłopaka. Choć reżyser sięga czasem po stereotypowe klisze (tyrada Lany wobec mężczyzn czy kwestia meczu piłkarskiego), to jednak nie wywołuje to poczucia sztuczności. Tak samo jak fakt, że wszystko jest zintensyfikowane do zaledwie jednego wieczora.

Ale bardzo podobało mi się to odbijanie piłeczki, kiedy przeskakujemy między „głową” a rzeczywistością. Rzuca się tutaj scenografia, gdzie ta przestrzeń wygląda jak przyciemniona rupieciarnia z męskimi inkarnacjami jakby żywcem wyglądającymi sprzed kilkunastu lat (głowa Piero) czy o wiele barwniejszy salon z masą książek oraz świateł (głowa Lary). Wspólne dyskusje tych osobowości były dla mnie prawdziwymi momentami iskier, doprowadzającymi do paru ostrych ataków śmiechu. Niemniej reżyser cały czas panuje nad tonem, potrafi nagle zaskoczyć i poruszyć. Jednocześnie jest bardzo kreatywny, jak choćby w fantastycznym finale, gdzie osobowości obojga bohaterów znajdują się w jednym miejscu.

Chyba rzeczywiście w tym szaleństwie znajduje się metoda, bo „Follemente” jest przeuroczym zaskoczeniem. Film Genovese ma w sobie coś z najlepszych filmów Woody’ego Allena, z masą świetnych dialogów i bon motów, fantastycznym aktorstwem, a także zaskakującą wnikliwe oko jako obserwator. Kolejna kinowa niespodzianka z Włoch, wnosząca sporo świeżości w pozornie ograną, banalną sytuację.

8/10

Radosław Ostrowski

Superman: Powrót

Do zobaczenia za 20 lat – tymi słowami zwrócił się Superman do Lexa Luthora w czwartej części przygód Człowieka ze Stali. Nikt jednak nie spodziewał się, że niemal te słowa okażą się prorocze. Bo niecałe 20 lat od katastrofalnego „Superman IV” największy harcerzyk kina superbohaterskiego wrócił. Po dwóch nieudanych próbach kontynuacji, z błogosławieństwem samego Richarda Donnera oraz znanym z serii „X-Men” reżyserem Bryanem Singerem na pokładzie. Mimo sporego budżetu i całkiem niezłych wyników box office, film wydaje się zapomniany wśród fanów kina superbohaterskiego.

Akcja „Superman: Powrót” zaczyna się pięć lat po wydarzeniach z drugiej części, kompletnie ignorując pozostałe. Superman (debiutujący Brandon Routh) zniknął z Ziemi. Przyczyną były informacje od astronomów o odnalezieniu resztek planety Krypton. Ale naszemu herosowi nie udaje się znaleźć nikogo żywego z jego pobratymców. Teraz wraca na Ziemię, gdzie świat bardzo mocno się posunął do przodu. Lois Lane (Kate Bosworth) zdobyła nagrodę Pulitzera, ożeniła się z siostrzeńcem naczelnego Daily Planet, Richardem Whitem (James Marsden) i ma pięcioletniego syna. Z kolei Lex Luthor (Kevin Spacey) wymknął się sprawiedliwości, a teraz zaczyna znowu knuć. Zgadnijcie kto go może powstrzymać?

Film Singera to dość dziwna bestia. Z jednej strony jest to sequel, w zasadzie można nazwać go „Superman V”, lecz z drugiej jest w pewnym sensie… remakiem klasyka Donnera. Reżyser mocno odnosi się do filmu z 1978 roku, zarówno w kwestii dialogów, inspirowanych scen, jak i głównego planu Luthora (lekko zmodyfikowany, ale ogólny szkielet jest identyczny). Niby próbuje dorzucić coś od siebie, ale w zasadzie jedynym elementem był… syn Supermana, o którego istnieniu przypadkowo odkrywa łysy geniusz zbrodni. Akcji jest zaskakująco niewiele (najbardziej zapada w pamięć ratowanie samolotu pasażerskiego czy ułożenie spadającej kopuły Daily Planet na ziemię), wszystko w szaro-burych, niemal wypranych kolorach (próbuje być na siłę realistyczny wizualnie) i bardzo się wlecze. Nawet scenografia (poza siedzibą Daily Planet i Smallville) nie rzuca się za mocno w oczy. Brakuje tutaj jakiegoś ognia, emocji i zaangażowania. Sytuację częściowo ratuje fantastyczna muzyka Johna Ottmana, wykorzystująca ikoniczny motyw Johna Williamsa oraz niezły montaż.

Sama obsada jest dość nierówna mieszanka. Brandon Routh jako Superman/Kent przypomina fizycznie Christophera Reeve’a, ale scenariusz oraz dialogi ciągną go mocno w dół. Do tego w scenach latania nasz Supek jest zrobiony w CGI i wygląda niczym figura woskowa (szkoda, bo reszta efektów specjalnych jest cholernie dobra). Za to ogromnym rozczarowaniem jest Kate Bosworth w roli Lois Lane – absolutnie sztuczna, egoistyczna, znowu wciśnięta do roli damy w opałach. Co gorsza, między nią a Routhem chemia postanowiła zrobić sobie wolne, przez co kompletnie się nie wierzy w ten związek. Za to absolutnie świetny jest Kevin Spacey w roli Luthora – odpowiednio teatralny, opanowany i jednocześnie ma najwięcej frajdy z grania. Reszta aktorów (Frank Langella, Parker Posey, James Marsden) wypada przyzwoicie, ale nic ponadto.

To nie jest taki powrót na jaki fani Supermana czekali. Singer nie może się zdecydować czy robi kontynuację, czy remake, przez co film stoi w dużym rozkroku. Historia nie powala, dialogi są najwyżej średnie, warstwa wizualna lekko szara, a aktorstwo jest tylko troszkę powyżej średniej. Był rozważany plan kontynuacji, lecz dostaliśmy w zamian reboot od Zacka Snydera. I wiemy jak to się skończyło.

6/10

Radosław Ostrowski

Superman IV

O k******************a!!!!!!Jeśli to są pierwsze słowa po seansie, nie wróży to zbyt wiele. I w zasadzie mógłbym zakończyć na tym recenzję czwartej przygody Człowieka ze Stali o aparycji Christophera Reeve’a. Ale to byłoby zbyt łatwe i zbyt proste, więc czas na zrobienie małej rzeźni nad filmem z 1987 roku.

W nowym filmie Superman tym razem mierzy się z paroma dużymi perturbacjami. Po pierwsze, Daily Planet zostaje wykupiona przez wydawcę brukowców, Warfielda (Sam Wanamaker). Innymi słowa, nie liczy się jakość pisanych tekstów, tylko ilość sprzedanych egzemplarzy. Po drugie, pokojowy szczyt między USA a ZSRR zakończył się klęską i kraje dalej planują się zbroić nuklearnie. Przez co jeden z uczniów, niejaki Jeremy wpada na GENIALNY pomysł, by Superman rozwiązał tą sprawę. I nie uwierzycie, zabiera cały nuklearny arsenał i wysyła prosto w Słońce. Przepraszam, co k****a?? No i jeszcze Lex Luthor (Gene Hackman) ucieka z więzienia, tym razem z pomocą siostrzeńca (Jon Cryer). Cel jest jeden i jeden tylko: zabić Supermana. W tym celu tworzy Nuclear Mana.

Tym razem za kamerą stanął Sidney J. Furie, znany najbardziej ze szpiegowskiego thrillera „Teczka Ipcress” oraz lotniczego akcyjniaka „Żelazny Orzeł”. Tym razem prawa do Supermana wykupiło od Salkindów Cannon Films, czyli specjaliści od kina klasy B. Jednak w połowie lat 80. panowie postanowili wpompować więcej kasy w swoje tytuły, by rywalizować z wielkimi studiami z Hollywood. Ale żadna z nich nie odniosła sukcesu i co gorsza, przed rozpoczęciem zdjęć odcięto połowę budżetu. To jednak nie usprawiedliwia tego pierdolnika, który dostaliśmy. Już od samego początku rzeczy dzieją się bez ładu i składu. Otóż radziecki pojazd z kosmonautami (w tym jeden to śpiewa „My Way” Sinatry w swoim języku) zostaje uderzony przez… jakiś odłamek. Skąd, jak, dlaczego? Nie wiadomo. Tutaj wiele rzeczy dzieje się przypadkowo (gdy Lois Lane wsiada do pociągu metra, to kierowca dostaje zawału), postacie ze sceny na scenę zmieniają swój charakter (córka nowego właściciela, co najpierw chce uwieść i przelecieć Clarka, by potem podążać ku idealizmowi – kiedy do tego doszło?) oraz motywację (Nuclear Man widząc zdjęcie panny Warfield chce ją mieć – bo tak?? i zabiera ją ze sobą… w kosmos – bez żadnego skafandra, butli z tlenem. Ona by tego nie przeżyła!!!). Im dalej, tym rzeczy są bardziej idiotyczne oraz kuriozalne (pokonanie Nuclear Mana przez Człowieka ze Stali przy pomocy… windy – to są jakieś jaja czy podwójna randka, gdzie Clark i Superman muszą być jednocześnie).

Do tego technicznie jest strasznie, strasznie słabo. Wszystko kompletnie wyprane z kolorów, efekty specjalne są specjalnie tragiczne (szczególne sceny latania, które niemal wyglądają tak samo i nasz bohater ma wyprane kolory kostiumu czy naprawa Wielkiego Muru Chińskiego… wzrokiem), modele są wyraziście widoczne. A żeby jeszcze bardziej pokazać taniość tego filmu, ostatnie ujęcie jest ŻYWCEM wzięte z pierwszego Supermana. O dziwnych postsynchronach w wypowiadaniu dialogów nie chce mi się nawet gadać. Cholera jasna, James Cameron rok wcześniej zrobił drugiego „Obcego” na podobnym budżecie, co ten film i wygląda on dużo, DUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUŻO lepiej.

„Superman IV” to totalna katastrofa, która niemal zamordowała kino superbohaterskie i całe szczęście, że dwa lata później pojawił się „Batman” Tima Burtona. Scenariusz jest poszatkowany, chaotyczny, pozbawiony jakiejkolwiek logiki, reżyseria praktycznie nie istnieje, zaś aktorzy (poza Reevem i Hackmanem) są równie zagubieni jak ja. Totalny syf, padaka oraz o jednego Supermana za dużo.

2/10

Radosław Ostrowski

Superman III

Trzeci film o Supermanie był w planach po sukcesie poprzedników, jednak na kontynuację trzeba było czekać trzy lata. Salkindowie mieli różne pomysły, w tym udział wrogów z kosmosu, ale więcej do powiedzenia miało Warner Bros. Wrócił za kamerę Richard Lester oraz poprzedni scenarzyści (David i Leslie Newman), a także Christopher Reeve w roli Człowieka ze Stali. Jednak tutaj ewidentnie coś się tu wykoleiło.

„Trójka” w zasadzie jest osobną opowieścią, nie powiązaną z poprzednimi częściami. Tutaj Clark Kent (Christopher Reeve) wraca do Smallville na zjazd absolwentów, więc spędza o wiele mniej czasu w Metropolis. Wydaje się to całkiem fajnym powrotem na stare śmieci oraz pierwszej miłości, Lany Lang (Annette O’Toole). I ku ich zdumieniu nadal coś między nimi iskrzy. Jednak pojawia się pewien nowy wróg, czyli chciwy biznesmen, Ross Webster (Robert Vaughn). Jak na potentata chce mieć monopol na wszystko: od kawy po ropę naftową. Do tego zmusza szantażem jednego ze swoich pracowników, Gusa Gormana (Richard Pryor), który także zarąbał troszkę kasy z firmy dla siebie.

Lester był bardzo znany ze slapsticku i ten humor uderza niemal od samego początku, gdzie poważne sytuacje (napad na bank) przeplata się z masą pomyłek: wyrwanie się psa-przewodnika niewidomemu, poślizgnięcia, spadająca na głowę farba, zapchany wodą samochód itp. I to wydaje się jakieś takie wybijające, jakby kompletnie przyklejone na siłę. Jak choćby, gdy Gorman próbuje włamuje się do satelity (lekko podchmielony) przy okazji doprowadzając do m. in. zepsucia sygnalizacji świetlnej (symbole ludków zaczynają się bić) czy awarii światła. Co gorsza nawet poważne czy pełne uroku momenty są przez tani żart torpedowane jak choćby piknik Clarka z Laną.

Sama intryga jest dość prosta, jednak Superman w zasadzie jest tu tłem. Twórcy więcej czasu spędzają na postaci granej przez Richarda Pryora i jest to dziwny taniec, w którym motywacja i portret psychologiczny jest co najmniej niespójny. Z jednej strony pozbawiony pracy, nagle okazuje się utalentowanym specem od komputerów, co chce dużo zarobić, jednocześnie jest łatwo podatny na manipulację i szantaż, by w finale pokazać się z dobrej strony. Próbuje się tez z niego robić trochę błazna, lecz to zwyczajnie nie działa. Nawet jak pojawiają się potencjalnie ciekawe pomysły (zbyt duża ufność w komputery oraz coś na kształt AI czy „zły” Superman), zostają one ledwo liźnięte i niewykorzystane. Szczególnie kwestia naszego herosa, przechodzącego na ciemną stronę, dawała duże pole manewru. Ale ponieważ film ma kategorię PG, ta postać nie wywołuje takiego zamieszania oraz chaosu, jaki mógłby zrobić (zamiast przestawić krzywą wierzę w Pizie na prostą czy zdmuchując znicz olimpijski). Muszę jednak przyznać, że walka Kenta ze swoją ciemną stroną na złomowisku jest jednym z nielicznych momentów angażujących emocjonalnie. Tak samo jak finałowa konfrontacja z superkomputerem, gdzie jedna z postaci staje się… cyborgiem (przerażający moment). Jednak poza tym, całość to ogromny krok w tył, jeśli chodzi o historię czy ton.

Aktorsko nadal jest całkiem dobrze. Reeve chyba tutaj wygląda najlepiej fizycznie, zaś granie Człowieka ze Stali weszło mu w krew. I potrafi zaskoczyć, pokazując bardzo przekonująco „złą” inkarnację. Ale prawdziwym odkryciem była dla mnie Annette O’Toole oraz jej bardzo silna chemia z Reevem. Jej Lana ma w sobie zarówno masę uroku (wnosząc troszkę świeżości), ale też odrobina zwyczajności. Uwielbiam zarówno scenę pikniku, jak i nakręcony w jednym ujęciu moment wspólnego sprzątania po zjeździe, gdzie kobieta zaczyna mówić o poczuciu niespełnienia. Chciałbym więcej takich momentów, bo dodają one większego ciężaru oraz zaangażowania. Z kolei Pryor robi, co może, by ożywić swoją postać, lecz scenariusz podcina mu skrzydła. Przyzwoicie wypada Robert Vaughn, ale dla niego granie opanowanych antagonistów to łatwizna.

Trzeci „Superman” jest sporym krokiem wstecz. Nadal jest parę dobrze zrobionych scen akcji (pożar fabryki chemikaliów czy finałowe starcie), sceny latania są solidne, a aktorzy starają się wyciągnąć maksimum z materiału. Jednak Lester na siłę pcha całość w stronę (niezbyt zabawnej) komedii, zaburzając ton i niemal rozsadzając warstwę emocjonalną. Spory zawód, choć najgorsze dopiero przede mną.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Superman II

Druga część „Supermana” powstawała równolegle z pierwszą, jednak zwolnienie reżysera Richarda Donnera mocno namieszało. Jego miejsce zajął współpracujący wcześniej z Salkindami Richard Lester, a jakby było mało problemów w trakcie post-produkcji poprzednika zmarł autor zdjęć Geoffrey Unsworth oraz scenograf John Barry. Do tego, by Lester mógł widnieć jako reżyser w czołówce według ówczesnych przepisów musiał nakręcić minimum 40% filmu, jednak problem by w tym, iż w momencie zwolnienia Donner nakręcił 75% scenariusza. Więc trzeba było nakręcić całość od nowa, zaś część obsady (m. in. Gene Hackman i Marlon Brando) odmówili udziału w dokrętkach. Ale czy drugie spotkanie z Człowiekiem ze Stali jest równie udane jak poprzednik?

Całość zaczyna się parominutowym streszczeniem poprzednika wplecionym w czołówkę, po czym wskakujemy do Paryża. Tam pod Wieżą Eiffla terroryści wzięli zakładników i grożą użyciem bomby wodorowej, zaś Lois Lane (Margot Kidder) próbuje napisać relację z wydarzenia. Superman (Christopher Reeve) powstrzymuje plan, wysyłając bombę w przestrzeń kosmiczną. To jednak doprowadza do uwolnienia wygnanych do Strefy Widmo zbuntowane trio z Kryptonu: generała Zoda (Terence Stamp), Ursę (Sarah Douglas) oraz niemego Nona (Jack O’Halloran). Jakby tego było mało cwany Lex Luther (Gene Hackman) ucieka z więzienia i udaje mu się znaleźć Twierdzę Samotności, zaś Lane zaczyna podejrzewać kto znajduje się pod peleryną herosa.

Ku mojemu zdumieniu Richard Lester odnajduje się przy tym filmie zaskakująco dobrze. Udaje się zachować ton poprzednika, choć nowy reżyser dodaje więcej (na szczęście subtelnego) humoru. Tempo jest może wolniejsze, jednak jest tu sporo przestrzeni na kluczowe wątki oraz postaci. Z jednej strony coraz bardziej kwitnąca relacja Lois z Supermanem, gdzie znowu jest sporo uroku, a także pewnej istotnej decyzji. Mianowicie nasz heros postanawia dla kobiety zrezygnować ze swoich mocy i żyć jak śmiertelnik. Niejako przy okazji pojawiają się (jak na tego typu kino) zadawane mimochodem pytania o sens i cenę poświęcenia swojego powołania dla „normalnego” życia.

Z kolei nowe zagrożenie w postaci Zoda i spółki jest jednocześnie poważne, bo posiadają takie same moce oraz umiejętności jak Kal-El, ale pełnią też (przynajmniej na początku) funkcję fish out of water. Wyglądają groźnie, sieją postrach i zniszczenie jak w małym miasteczku, gdzie nawet wojsko nie jest w stanie sobie poradzić. Oraz dość szybko (zbyt szybko) przejmują władzę nad Białym Domem. Niemniej ta sekwencja jak i walka w Metropolis to najjaśniejsze momenty tego filmu. A jakże mógłbym zapomnieć o finałowej konfrontacji w Twierdzy Samotności, dającej masę satysfakcji i domyka tą dylogię. I a propos nowych postaci najbardziej wybija się tu absolutnie świetny Terence Stamp w roli żadnego władzy oraz zemsty Zoda.

Reszta obsady nadal dowozi i wypada świetnie (całość znowu kradnie niezawodny Gene Hackman, Christopher Reeve pewniej wypada w roli Supermana, mając też troszkę odrobinę poważniejszych scen, zaś Margot Kidder to esencja uroku), muzyka nadal ma w sobie ducha Johna Williamsa i to cholernie dobrze wygląda. Zadziwiająco udana kontynuacja, dorównująca poziomem filmowi Donnera, czego raczej się nie spodziewałem. Jednak pojawia się ostrzeżenie, że powstanie ciąg dalszy.

7/10

Radosław Ostrowski