Superman (1978)

Już w ten piątek do kin pojawi się nowa inkarnacja Supermana od Jamesa Gunna i uznałem, że to będzie świetna okazja by zapoznać się (lub przypomnieć) filmowe wcielenia Człowieka ze Stali. Pomijam wersję Zacka Snydera, bo też już u mnie są zrecenzowane – dawno, ale jednak. Więc zacznijmy od samego początku, czyli roku 1978.

Droga do realizacji była dość wyboista, a pomysł na ekranizację ikonicznej postaci z komiksów DC pojawił się w głowie producenta Ilyi Salkinda pod koniec 1973 roku. Niecały rok później udało się nabyć prawa od DC Comics, jednak proces poszukiwania reżysera, scenarzysty oraz aktorów był bardzo żmudny. Plus plan był taki, by od razu nakręcić pierwszą i drugą część, dystrybuowane przez Warner Bros. Planowano zatrudnić Williama Goldmana (znany ze scenariusza m. in. do „Butch Cassidy i Sundance’a Kida”) czy Leigh Brackett, jednak ostatecznie za sumę 600 tysięcy dolarów namówiono samego Mario Puzo. Autor „Ojca chrzestnego” napisał ogromny (ponad 500 stron) scenariusz i choć producenci uważali samą historię za solidną, to jednak była zbyt duża, więc wynajęto Roberta Bentona oraz Davida Newmana do przepisania tekstu. Benton w tym czasie pracował jako reżyser nad filmem „Ostatni seans”, więc Newman ściągnął swoją żonę Leslie do pomocy. Jednocześnie cały czas szukano reżysera i pod uwagę brano same mocne nazwiska pokroju Francisa Forda Coppoli, Williama Friedkina, Petera Yatesa, Sama Peckinpaha czy nawet… George’a Lucasa. Bliski podpisania umowy był znany z paru filmów o Bondzie Guy Hamilton, jednak kiedy produkcja została przeniesiona z Włoch do Wielkiej Brytanii zrezygnował. Powód? Problemy zdrowotne oraz… podatki.

To skomplikowało sprawę, ale Salkindowie zobaczyli „Omen” Richarda Donnera i będąc pod sporym wrażeniem, postanowili zatrudnić jego. Reżyser nie był fanem stworzonego scenariusz, uznając go za zbyt campowy, więc sięgnął po pomoc Toma Mankiewicza. W końcu udało się dopasować scenariusz, po długich poszukiwaniach dobrać obsadę (w tym już wcześniej zatrudnionych Marlona Brando i Gene’a Hackmana) zaczęto prace. Udało się nakręcić cały pierwszy film i 75% drugiego, kiedy prace nad „dwójką” wstrzymano, by skupić się na post-produkcji „Supermana”. Wskutek konfliktu między reżyserem a producentami Donner został zwolniony, a drugą część dokończył (i niejako nakręcił od nowa) Richard Lester.

To tyle tego baaaaaaaaaaaaaaaaaaaardzo długiego wstępu i wprowadzenia, więc skupmy się na samym filmie. Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa. Najpierw trafiamy na Krypton, gdzie zesłani z planety zostaje trójka spiskowców pod wodzą generała Zoda (Terence Stamp). Sam Krypton zmierza ku zagładzie, co stwierdza Jor-El (Marlon Brando), lecz zostaje zignorowany przez rządzącą Radę. Decyduje się umieścić swojego syna, Kal-Ela w specjalne kapsule razem z całą zgromadzoną wiedzą o Wszechświecie. Tuż po jej wystrzeleniu planeta zostaje zniszczona, zaś malec uderza w okolice amerykańskiej farmy Kentów. Przebywa tam aż do wieku 17 i po śmierci „ojca” opuszcza farmę, by trafić na biegun. Dzięki zielonemu kryształowi buduje tam twierdzę samotności, gdzie razem z duchem Jor-Ela przez lata kształci się i jako Superman przybywa do Metropolis. Resztę znacie, zatrudnia się jako Clark Kent w gazecie Daily Planet, robiąc z siebie kompletną pierdołę. No i jeszcze Lex Luther (Gene Hackman) kombinuje, bruździ, chcąc doprowadzić do zniszczeń dla własnych korzyści.

Reżyser Richard Donner robi wszystko, byśmy uwierzyli w ten świat i widać, że szanuje materiał źródłowy. Już czołówka, w której mamy pokazany na ekranie pierwszy komiks Supermana (wszystko na ekranie filmowym), pokazuje tą miłość. Nadal wrażenie robi tutaj zarówno sam wygląd planety (scenografia i design), a także kolejnych lokacji: farma Kentów (łany zboża ładniejsze niż w „Gladiatorze”), Forteca Samotności, siedziba Daily Planet czy ukryta kryjówka Luthora. Scenografia, kolorystyka, kostiumy – tutaj wydaje się wszystko namacalne. O dziwo, jest tu całkiem sporo humoru, który nie wydaje się wymuszony i naprawdę bawi (Superman rozprawiający się z drobnymi złodziejaszkami). A jednocześnie film ma w sobie sporo uroku, mimo pewnej naiwności.

Jedyne słabsze momenty pojawiają się w finale oraz w kilku scenach z użyciem efektów specjalnych. Zakończenie, gdzie Superman zmienia bieg historii jest pozbawione logiki i sensu, a on sam nie ponosi żadnych konsekwencji. A przecież wyraźnie mu mówiono, że nie ma ingerować w historię ludzkiej rasy i robi to. Z drugiej strony parę scen z użyciem projektora nie zestarzało się zbyt dobrze, co wybijało z seansu (kilka momentów z latającym Supermanem czy wystrzelonymi rakietami).

Nadrabia to wszystko bardzo dobrze poprowadzona obsada. Christopher Reeve w roli Supermana i Clarka Kenta jest po prostu idealny. Ma zarówno świetną prezencję, gdy nosi kostium Człowieka ze Stali, nawet jak się wzbija w powietrze czy lata wypada bardzo przekonująco. Także zgrywając kompletnie bezradnego, wręcz pierdołowatego i lekko ekscentrycznego Clarka Kenta nie popada w fałsz. Nic dziwnego, że nikt nie zorientował się, że Superman oraz Clark Kent to ta sama osoba. Równie świetna jest Margot Kidder, czyli ambitna, sprytna Lois Lane (choć ma pewne problemy z poprawnym pisaniem słów) oraz bardzo ekscentryczny Gene Hackman w roli egoistycznego geniusza zbrodni Lexa Luthora. W ogóle drugi plan jest przebogaty, choć chciałoby się parę postaci na dłużej (zwłaszcza Marlona Brando w roli Jor-Ela czy Glenna Forda jako Jonathana Kenta), bo wypadają tak dobrze.

Miałem spore obawy czy po tylu latach i bez żadnych efektów komputerów film Richarda Donnera zniesie próbę czasu. I choć widać ówczesne ograniczenia technologiczne, czasami fabuła jest skondensowana i lekko chaotyczna, ale jednocześnie jest tu dużo miłości do materiału źródłowego, sporo wyobraźni oraz zaskakującej lekkości. Reżyser pokazał, że człowiek jest w stanie latać i wygląda to bardzo przekonująco, mimo ponad 45 lat na karku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nieugięci

Kino noir i neo-noir może czasy świetności ma za sobą, jednak gliniarze i detektywi w prochowcach, femme fatale oraz tajemnice związane z morderstwem, korupcją nadal potrafią wciągnąć. Pokazał to pewien krótki renesans gatunku pod koniec lat 90., kiedy pojawiły się „Tajemnice Los Angeles”. Ale rok przed dziełem Curtisa Hansona pojawiła się całkiem niezła kryminalna historia retro, która dzisiaj wydaje się zapomniana. Mowa o „Nieugiętych” nowozelandzkiego reżysera Lee Tamahori.

Akcje dzieje się (jak w większości tego typu opowieści) w Los Angeles lat 50., gdzie działa czteroosobowy oddział policjantów. Wszyscy noszą kapelusze, są nieprzekupni, mają twarde pięści, ale skuteczność mają większą niż polskie służby specjalne. Max Hoover (Nick Nolte), Elleroy Coolidge (Chazz Palminteri), Eddie Hall (Michael Madsen) i Arthur Reylea (Chris Penn) – bardzo zgrana paczka, działająca niczym brutalna siła sprawiedliwości. Teraz jednak prowadzą sprawę morderstwa prostytutki, Allison Pond (Jennifer Connelly). Ciało znaleziono na terenie budowy gdzieś na pustyni, dosłownie wbite w ziemię. Jednak dla Hoovera sprawa jest o wiele trudniejsza, bo nasz twardziel znał ofiarę. Trop prowadzi do bazy wojskowej, gdzie przeprowadzane są testy broni nuklearnej.

„Nieugięci” są zdecydowanie stylowym kinem czerpiącym ze znajomych klisz czarnego kryminału. Cyniczni twardziele oraz (pozornie) skomplikowaną intrygę, gdzie mamy morderstwo, szantaż, filmowany seks plus jeszcze wojskowych. Niby standard, niepozbawiony krótkich dialogów, odrobiny przepychu oraz odrobinki akcji. Reżyser próbuje zachować proporcje, skupiając się bardziej na dochodzeniu niż strzelaninach, co jest bronią obosieczną. Trudno nie odmówić atmosfery oraz klimatu, jednak nie byłem w stanie się zaangażować w to dochodzenie. Niby mamy urywanie tropów, podejrzanych jegomościów (łatwo można się domyślić, kto stoi za morderstwem), a to wszystko letnie. Nawet poboczne wątki sprawiają wrażenie troszkę niedogotowanych (relacja Hoovera z żoną oraz jak śledztwo mocno na tą relację rzutuje; kompletnie zbędny agent FBI). Ale muszę przyznać, że rozwiązanie oraz finałowa konfrontacja były satysfakcjonujące.

Estetyka jest tu trafiona w punkt, od eleganckich garniturów i kapeluszy przez auta aż po dekoracje oraz rekwizyty (zasłony do okien, projektor, broń). Do tego w tle mamy mocno jazzową muzykę oraz cudne zdjęcia Haskela Wexlera. Wszystko sprawia wrażenie znajomego świata, choć odświeżająca była tutaj baza wojskowa. Nawet w oczywistych miejscach jak biuro policji czy siedziba prokuratora jest sporo detali, czyniących cały ten świat żywym i namacalnym.

Także aktorzy odnajdują się w tym jak ryba w wodzie. Nolte urodził się do grania takich małomównych (czasem mamroczących) twardzieli, tłumiących w sobie agresję i tutaj też się sprawdza. Podobnie solidni są na drugim planie Madsen i Penn, choć chciałoby się ich więcej na ekranie. Najbardziej z tego planu wybija się wygadany Chazz Palminteri, którego Coolidge dodaje odrobiny humoru oraz wydaje się najbardziej przyziemny. Choć silną więź kwartetu, przez co ich obecność na ekranie to czysta frajda. Swoje dają też drobne role zjawiskowej Jennifer Connelly, wyjątkowo stonowanego Johna Malkovicha (generał Timms) oraz bardziej grającego wprost Treata Williamsa (pułkownik Fitzgerald).

Sam film to kawałek przyzwoitego kina noir, choć nie zapadającego w pamięć jak klasycy gatunku czy powstałe rok później „Tajemnice Los Angeles”. Scenariusz może nie zaskakuje, jednak trudno odmówić „Nieugiętym” stylu, elegancji, świetnego aktorstwa oraz słodko-gorzkiego zakończenia.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Chip i Dale: Brygada RR

Czy w dzisiejszych czasach można zrobić reboot/sequel, ale taki z jajem i biglem? Jak się okazuje, można i da się, tylko trzeba pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Tak jak zrobiono z pełnometrażową wersją „Chipa i Dale’a”. Film Akivy Schaffera to najbardziej szalone połączenie filmu aktorskiego z animacją od czasu „Kto wrobił królika Rogera” i fan serwisem oraz odniesieniami do popkultury godne „Deadpoola” oraz o niebo lepiej wykonane niż w nowym „Kosmicznym meczu”.

Jak sam tytuł mówi, pokazuje nasze wiewiórki po ponad 30 latach od emisji serialu „Brygada RR”. Dale nadal żyje przeszłością, przeszedł komputerową operację plastyczną (w sensie jest trójwymiarowy i w CGI), pojawia się na konwentach oraz jest niezbyt lotny. Z kolei Chip przebranżowił się na agenta ubezpieczeniowego w korpo, radzi sobie świetnie, lecz mieszka z psem. Odkąd ten mniej mądry chciał pójść własną drogą, co doprowadziło do końca serialu. Teraz jednak będą zmuszeni działać razem. Wszystko z powodu zaginięcia ich kolegi, Jacka „Rocky’ego” Roqueforta. I nie jest to pierwsze zaginięcie dawnego celebryty ze świata kreskówek, zaś policja jest kompletnie bezradna.

Reżyser w zasadzie robi współczesną wersję „Królika Rogera”. Czyli z jednej strony mamy kryminalną zagadkę do rozwiązania przez niedopasowany duet. Niczym w klasycznym buddy movie, gdzie skontrastowany duet zaczyna docierać i świetnie się uzupełniać. Ale z drugiej strony to komedia pełną gębą, będąca jednocześnie pastiszem konwencji oraz masą odwołań do popkultury. Głównie amerykańskiej animacji, gdzie czasem coś zabawnego może pojawić się w tle (plakat, postać), a nawet do konkretnej sceny (jak choćby do „Parku Jurajskiego” czy „Terminatora 2”), tylko trzeba uważnie wypatrywać. Jakim cudem Disneyowi udało się, by wcisnąć do temu filmu m.in…. „South Park” czy Sonica (tą pierwotną wersję z ludzkimi zębami)? Nie mam pojęcia, ale to cholerstwo strasznie działa. Całość jest bardzo w oparach absurdu, zabaw klisz oraz nieoczywistych postaci (główny zły, czyli Słodki Pete).

Także technicznie jest to pokręcone połączenie. Nie ma tutaj tylko animacji ręcznie rysowanej, ale także lalki, CGI, animację poklatkową. Razem z żywymi ludźmi (oraz psem), bez wywoływania zgrzytu i jest to totalny oczopląs. Wygląda to niesamowicie, przy okazji serwując kolejne żarty. Aż musiałem sobie robić pauzy, by wyłapać różne smaczki i japa cały czas się zamykała. Do tego jeszcze wszystko błyszczy dzięki rolom głosowym. Fantastycznie wypada tytułowy duet, czyli John Mulaney/Andy Samberg, zaś ich chemia oraz energia to prawdziwe paliwo. Spokojny i racjonalny Chip w połączeniu z rozgadanym, wręcz chaotycznym Dalem jest niemal idealnym połączeniem. Równie świetnie się prezentuje Will Arnett w roli głównego złola, zaś poza nim jeszcze usłyszymy także choćby J.K. Simmonsa (komendant policji), Setha Rogena, a nawet Erica Banę.

Nie sądziłem, że jeszcze Disney może zrobić coś ciekawego z dawno zapomnianymi postaciami. „Chip i Dale: Brygada RR” nie jest tylko bezczelnym żerowaniem na nostalgii (choć o tym też mówi), ale totalnie szaloną komedią. Nie dziwię się, że reżyser Schaffer robi także nową „Nagą broń” i o jej poziom jestem dziwnie spokojny.

8/10

Radosław Ostrowski

Wojownicze żółwie ninja

Chyba nie ma wracającej w tą i z powrotem franczyzy jak Wojownicze żółwie ninja. Dzieło stworzone jako komiks przez Kevina Eastmana oraz Petera Lairda, zaczęło podbijać świat najpierw zabawek, potem telewizji aż w końcu musiał powstać film fabularny. A potem jeszcze były gry komputerowe, kolejne seriale, animacje, a nawet filmy aktorskie. Najbardziej znanym i lubianym filmem z tej franczyzy jest produkcja z 1990 roku od doświadczonego reżysera teledysków, Steve’a Barrona.

Akcja dzieje się w Nowym Jorku, który jest terroryzowany przez tajemniczy gang ninja. Kradną wszystko i wszędzie, zaś policja wydaje się nie mieć zielonego pojęcia. Jednocześnie gdzieś w kanałach miasta działają żółwie ninja pod uważnym okiem mistrza Splintera. Wojownicy z imionami mistrzów sztuki renesansu (Leonardo, Rafaelo, Donatello, Michaelangelo) działają w ukryciu, trzymając się z daleka od świata zewnętrznego. Jednak pewnej nocy naszym przyszłym ninja udaje się zawalczyć z tajemniczym Klanem Stopy, chroniąc dziennikarkę April O’Neil (Judith Hogg). To zwraca ich uwagę przywódcy Klanu, niejakiego Shreddera, co mocno komplikuje ich życie.

Reżyser wydaje się trzymać komiksowego pierwowzoru, gdzie samo miasto pokazane jest jako brudne, niemal opustoszałe nocą i niebezpieczne. Nie jest to jednak hyperealistyczne pokazanie rzeczywistości, lecz podejście bardziej przypominające… „Batmana” Tima Burtona czy legendarnego „Supermana”. Czyli pokazania rzeczywistości na tyle wiarygodnej, by mogły istnieć nastoletnie zmutowane żółwie ninja. Jakkolwiek to idiotycznie brzmi. Bo sama geneza ich powstania jest co najmniej szalona, pokazana z dużym użyciem animatroniki i niepozbawiona humoru. Sama fabuła jest dość prosta, zaś dialogi niezbyt skomplikowane, a humor też nie jest jakiś wysokich lotów (przynajmniej z perspektywy dorosłego), to jednak całość zwyczajnie działa. Może poza (zbyt krótką) finałową konfrontacją między Shredderem a Splinterem.

Barron do ożywienia żółwi oraz ich mistrza sięgnął po samego Jima Hensona i jego ekipę, by stworzyli stroje (dla aktorów oraz kaskaderów), a także narzędzia do wyrażania ekspresji żółwi. Efekt nawet dzisiaj robi wrażenie, zaś bardzo dobrze nakręcone sceny akcji oraz walki ciągle działają. Być może pomógł w tym fakt, że te sceny były kręcone przy użyciu 22 klatek na sekundę, by potem przyspieszyć do 24 klatek. Nie brakuje tutaj dowcipnych interakcji, choć humor jest na poziomie bohaterów – czyli nastoletni. I czasem przez to może wydawać się strasznie suchy. Niemniej więź między żółwikami oraz ich mentorem jest autentyczna, co jest zasługą świetnych ról głosowych (szczególnie Kevina Clasha jako Splintera). Całość, mimo miejscami mrocznej kolorystyki, jest czytelnie oświetlona i nakręcona, z paroma zapadającymi w pamięć momentami jak rozmowa Rafaela ze Splinterem przy świetle świecy czy pierwsze wejście Shreddera.

Ale też żywy aktorzy mają tutaj coś do roboty. Absolutnie wybija się tutaj Judith Hoag oraz Elias Koteas. Pierwsza jako dziennikarka April O’Neil ma w sobie zadziorność i upór w dążeniu do faktów, a także ma świetną dynamikę z żółwiami. Drugi wcielający się w samotnego mściciela Casey Jonesa wnosi sporo humoru, luzu i dzikiej energii. Z kolei James Saito wcielający się Shreddera jest odpowiednio niepokojący, z mrocznym głosem, bez popadania w śmieszność, choć pojawia się bardzo rzadko. Jedynie Michael Turney grający Danny’ego, młodocianego członka Klanu Stopy wypada dość sztywno i odstaje od solidnej reszty.

Pierwsze „Wojownicze żółwie ninja” godnie znoszą próbę czasu, czego się nie spodziewałem. Naturalnie sfotografowany z cudowną muzyką mieszającą syntezator, funk z Orientem, cholernie dobrym aktorstwem oraz fantastycznie użytą animatroniką, pozwalającą ożywić i uwiarygodnić tytułowych bohaterów. Żadne efekty komputerowe tego nie są w stanie zastąpić, o czym dzisiaj wielu twórców zapomina, zaś dzieło Barrona to destylacja lat 90.

7,5/10

Radosław Ostrowski

F1: Film

Coś ostatnio chyba wracają do kin produkcje o sportach motoryzacyjnych jak „Wyścig”, „Le Mans 66” czy „Gran Turismo”. Teraz do grona rajdowych filmów dołącza „F1”, czyli najnowsze dzieło Josepha Kosinskiego o Formule 1. Czy twórca „Top Gun: Maverick” i tym razem dowiózł imponujący spektakl filmowy?

Głównym bohaterem jest Sonny Hayes (Brad Pitt) – kiedyś obiecujący kierowca Formuły 1, jednak jeden wypadek zmienił wszystko. Od tamtej pory przez 30 lat bierze udział w różnych rajdach, przegrywał kasę w kasynach i mieszka w wozie kempingowym. Po wygranym wyścigu Daytona pojawia się jego dawny kolega, Ruben Cervantes (Javier Bardem). Obecnie jest szefem zespołu wyścigowego Apex GP, walczącego w wyścigach Formuły 1 i nie radzi sobie zbyt dobrze. Jest wręcz tragicznie, bez żadnego wygranego wyścigu, bardzo słabym bolidem oraz obiecującym zawodnikiem, Jamesem Piercem (Damson Idris). Ruben chce zatrudnić Sonny’ego jako… drugiego kierowcę w drużynie, wręczając mu bilet do Londynu. Początkowo rajdowiec nie jest zainteresowany udziałem.

Zawiązanie akcji brzmi tak banalnie jak to tylko jest możliwe, ale… to wszystko jest tylko zasłoną dymną. Kosinski ze scenarzystą Ethanem Krugerem wykorzystują znajome schematy oraz klisze, by nimi się zabawić. Mamy stawiającego na jedną kartę szefa firmy, starego i doświadczonego (choć bezczelnego) wilka, młodego (równie bezczelnego) wilczka, szefową inżynierów (z potencjalnym romansem wiszącym w powietrzu) oraz niemal wszechobecne problemy. Od niezbyt dobrego modelu bolida przez bardzo ostrą rywalizację między dwoma kierowcami (bardziej doświadczony i skupiony na wyścigach kontra młody, bardziej zajęty social mediami i menadżerem Pearcem) po wyścigi, gdzie poczucie zagrożenia jest ciągle namacalne. Nieważne, czy mówimy o wyścigu z dużą stawką, czy o treningowej jeździe – każda taka droga może skończyć się kraksą, zderzeniem lub czymś gorszym. Choć pojawiają się pewne oczywiste klisze w rodzaju członka zarządu firmy, próbującego doprowadzić do upadku zespołu czy wątek romansowy (zaczynający się spokojnie, by potem skręcić w oczywistym kierunku), to jednak ta opowieść potrafi złapać.

A propos scen wyścigowych, Kosiński robi „Top Gun” na kółkach, czego akurat się spodziewałem. Sporych ilości scen na kokpit kierowcy, podkręcony do maksimum dźwięk opon i silników oraz bardzo dynamicznego montażu. Do tego dostajemy zaskakująco stonowaną muzykę Hansa Zimmera z paroma świetnymi kawałkami (początek z wyścigiem Daytona oraz hitem Led Zeppelin). Muszę przyznać, że te momenty (razem z momentami testów bolidów, analizowania i symulatorów) podkręcały adrenalinę, przyspieszały mi bicie serducha, zaś ostatni wyścig w Abu Zabi to prawdziwy majstersztyk. Szczególnie moment, gdy w trakcie jazdy Hayesa słyszymy tylko jego oddech, zaś kamera pokazuje jazdę przeskakując z widoku kierowcy na POV od pojazdu. Czysta magia.

Pozornie nie ma tutaj dla aktorów zbyt wiele do zagrania, ale i tak radzą sobie lepiej niż mieli prawo. Brad Pitt wygląda jak ciągle młody bóg i nadal ma charyzmę mierzoną w cysternach. Jego postać to mieszanka brawury, opanowania, błysku w oku oraz ogromnego doświadczenia. Choć początki na torze są niełatwe (delikatnie mówiąc), staje się mocnym sercem ekipy. Równie wyrazisty jest nieznany mi Damson Idris w roli młodego, zdolnego Pearce’a. Bardzo przebojowy, z równie dużym ego i mniej pokorny zawodnik (niczym dowolny piłkarz polskiej reprezentacji w piłkę nożną), zaś dynamika jego postaci z Hayesem daje dodatkowe paliwo. Choć finał tej relacji wydaje się oczywisty, droga do niego już niekoniecznie. Równie mocno film kradną Javier Bardem (Ruben) oraz Kerry Condon (Kate, główna inżynier) – każde z nich tworzy ciekawą więź z postacią graną przez Pitta. To te relacje dają dodatkowy ciężar dla tego dzieła.

Czy „F1” Kosiński to najlepszy film wyścigowy czy najlepszy film o Formule 1? W obu wypadkach odpowiedź brzmi: nie. Nadal „Wyścig” Rona Howarda pozostaje niepokonanym w tej kategorii, jednak reżyser nadal tworzy imponujący technicznie szoł. Może i historia czasami bywa zbyt znajoma, dialogi bywają sztampowe, zaś niektóre wyścigi zbyt efekciarskie, to bawiłem się świetnie niczym młody dzieciak. Jeśli szukacie świetnego blockbustera na początek sezonu letniego, może to być świetny początek tego okresu.

8/10

Radosław Ostrowski

Materialiści

Syndrom drugiego filmu – niebezpieczna choroba spowodowana bardzo udanym debiutem, który następny tytuł obciążony jest oczekiwaniami. Oczekiwania, których przy pierwszym filmie się nie pojawiają i mogą być obciążeniem, które doprowadziły do zatopienia wielu karier. Czy taki będzie przypadek pochodzącej z Korei Południowej reżyserki Celine Song?

„Materialiści” są… powiedzmy, że komedią romantyczną osadzoną w mieście Nowy Jork. Tutaj mieszka i pracuje Lucy (Dakota Johnson) – bardzo doświadczona swatka w dużej firmie. Takiej dla nowobogackich, co szukają partnera/partnerki według swoich preferencji (także finansowych), ale skoro dają dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy dolarów, mogą sobie stawiać warunki. Zwłaszcza, gdy swatce udaje się dzięki swoim działaniom doprowadzić do dziewięciu ślubów. Podczas najnowszego ślubu swojej klientki zwraca ona uwagę brata pana młodego, Harry’ego (Pedro Pascal). Przystojny bankier chce umówić się z Lucy na randkę i całkowicie ufa swojej intuicji. Kobieta nie jest do końca przekonana, ale zgadza się. W tej samej uroczystości pojawia się także jej były chłopak, niespełniony aktor i kelner John (Chris Evans).

Już samo zawiązanie może sugerować czym jest nowe dzieło reżyserki „Poprzedniego życia”. Że będzie kolejny trójkąt z miłością w tle, ale Song trochę gra na nosie. „Materialiści” w kwestiach funkcjonowania swatki potrafi być bardzo cyniczny. Sceny rozmów z klientami o potencjalnych partnerach mają w sobie zarówno ostry humor, jak i gorzką obserwację dotyczącą oczekiwań. Przeliczania czegoś niematerialnego (miłość) na pieniądze, czyniąc z małżeństwa niemal transakcję. Trzeba mieć odpowiedni wzrost, dochód, wagę, wiek itd., a niektórzy dla dopasowania są w stanie zrobić wiele (operacja wydłużenia wzrostu).

Ale jednak w centrum cały czas jest nasza swatka. Z jednej strony ma adoratora, który widzi w niej osobę patrzącą tak samo na świat; z drugiej jest jej były chłopak (nadal gołodupiec), a z trzeciej jest praca i pewien nieprzyjemny incydent (pierwsza randka była… brutalna). Ta ostatnia sytuacja dała dodatkowy ciężar emocjonalny, którego się nie spodziewałem i pokazuje, że nie wszystko można zmieścić do szufladki. Niemniej nie ma tutaj osądzania, a Song przypatruje się temu trójkątowi i wcale nie daje łatwych odpowiedzi. Choć może pod koniec trochę skręca w przewidywalnym kierunku, to nawet tutaj reżyserka potrafi przekuć balonik, serwując bardziej refleksyjny monolog oraz otwarte zakończenie.

Ale jak to też jest cudownie zagrane. Bardzo zaskoczyła mnie Dakota Johnson, pokazując o wiele większy wachlarz niż wielu podejrzewa. Jej Lucy ma w sobie masę uroku, stoi twardo na ziemi i bardzo (ale to bardzo) zależy na szczęściu swoich klientów. Jej pragmatyzm nie czyni z niej antypatycznej, chłodnej pindy (o co było łatwo). W podobnym tonie gra też Pedro Pascal jako równie pragmatyczny Harry, mieszający inteligencję z urokiem. Pewnym kontrastem oraz największą niespodzianką jest zaś Chris Evans. Nieogolony, sprawiający wrażenie nieogarniętego, nie radzącego sobie z życiem, wręcz sfrustrowany. Ale nawet on potrafi pokazać troszkę inne oblicze. Cała trójka ma świetną chemię, czego się nie spodziewałem i nikt tutaj nie jest demonizowany. Z drugiego planu najbardziej zapada w pamięć Zoe Winters wcielającą się w jedną z klientek, Sophie.

„Materialiści” potwierdzają, że warto uważnie przyglądać się Celine Song. Jest bardzo uważną obserwatorką, ze świetnym uchem do dialogów oraz pewnie prowadzoną obsadę, a także bawiącą się znajomymi konwencjami w nieoczywistym kierunku. Może pod koniec troszkę słabnie, ale nadal pozostaje bardzo interesującym dziełem.

8/10

Radosław Ostrowski

Vaiana 2

Sequeloza kontratakuje, choć w przypadku animacji raczej to nie zaskakuje. Kiedy w 2016 roku pojawiła się „Vaiana”, zbierając (głównie) pozytywnie opinie i zgarniając sporo piniądzorów, kontynuacja wydawała się nieunikniona. Bez twórców poprzedniej części, pierwotnie planowana jako serial, jednak ostatecznie powstał z tego film kinowy. No nie tak dobry jak poprzednik, ale czy warty polecenia?

Druga część dalej skupia się na naszej Vaianie, będącą przewodniczką swojego ludu. Dziewczyna próbuje znaleźć ślady innych plemion, jednak bez sukcesów. Do czasu, gdy znajduje na jednej z wypraw pewien dzban z rysunkami. To daje pewną poszlakę, ale – jak zawsze – wplątują się przodkowie i bogowie. Vaiana niejako dostaje zadanie od ducha wielkiego nawigatora. Musi znaleźć wyspą schowaną przez paskudnego boga w wielkiej chmurze burzowej, by zjednoczyć wszystkie ludy oceanu. Jeśli nie, przestaną istnieć, więc stawka jest więcej niż wysoka. Dziewczyna zbiera do wyprawy świnkę oraz kurę, a także trójkę oryginałów: zrzędliwego dziadka, lecz świetnego ogrodnika Kele, budująca statki Lota i mający zajawkę na Mauiego historyk Moni.

Sama historia nie jest jakoś zaskakująca, a znając proces produkcji spodziewałbym się czegoś bardziej chaotycznego, bałaganiarskiego i pozbawionego sensu. „Vaiana 2” nie pasuje do tego obrazka, choć trochę czuć serialowy rodowód. Początek, gdzie mamy przeplatane losy naszej protagonistki i Mauiego (osobno), może być dość dezorientujący, zaś piosenki śpiewane nie mają takiej mocy jak w pierwszej części. Jest tu parę nowych postaci (trójka pomagierów, którzy początkowo się nie dogadują; tajemnicza pani wampirów Matangi), wracają starzy znajomi (w tym wściekli wojownicy Kakamora), zaś pojawiają się kompletnie nowe rejony. O dziwo wygląda to całkiem przyzwoicie, z paroma olśniewającymi momentami wizualnymi (pieśń motywacyjna Maui).

Dla mnie jednak druga część jest całkiem niezłą produkcją, której mi brakowało większego zaskoczenia. Są tu fundamenty pod potencjalną kontynuację, przesłanie jest jasne, lecz produkcja jest ewidentnie skierowana dla młodszego widza ode mnie. Ja parę razy się nudziłem przez parę powtarzalnych gagów i przewidywalny przebieg wydarzeń.

6/10

Radosław Ostrowski

Wonderstruck

Z filmami Todda Haynesa ja mam relację dość niełatwą, bo w większości mnie nie angażują zbyt emocjonalnie. Niemniej trudno nie odmówić im mocnej warstwy wizualnej, przez co sam seans nie jest najgorszym doświadczeniem. Czy tak też jest w przypadku adaptacji powieści Briana Selznicka „Wonderstruck”?

Akcja toczy się w dwóch przestrzeniach czasowych: w 1977 oraz 1927. W pierwszym śledzimy losy Bena (Oakes Fegley) – młodego chłopca, który stracił matkę i mieszka u wujostwa. Swojego ojca nigdy nie poznał, co wywołuje w nim pewną frustrację oraz poczucie braku miejsca na świecie. Jednak wskutek pewnego wypadku traci słuch. Mając pozostawioną książkę poświęconą muzeum i zakładkę księgarni, wyrusza do Nowego Jorku. Druga linia dotyczy głuchej dziewczynki Rose (debiutująca Millicent Simmonds), mieszkającej z ojcem-lekarzem. Ma ona obsesję na punkcie aktorki Lilian Mayhem (Julianne Moore), przez co ucieka z domu i wyrusza do niej. Czy jej się uda? I jak te dwie historie się łączą?

Te dwie opowieści wywołują początkowo konsternację swoimi przypadkowymi wpleceniami, pozbawionymi jakiegoś sensu. Jednak im dalej w las, tym Haynes jednak parę razy wykazuje się kreatywnością w przeplataniu czasem. Obydwie linie czasowe są zróżnicowane stylistyczne: lata 70. mają mocno funkową muzykę w tle oraz mocną zieleń i żółć w scenach nocnych oraz czarno-białe, pozbawione dźwięku kadry z lat 20. W tym drugim przypadku brakowało do szczęścia jeszcze plansz z wypowiadanymi dialogami, ale ponieważ bohaterka jest niesłysząca, brak dźwięku jeszcze bardziej pogłębia poczucie jej samotności oraz izolacji. Sama ta estetyka robi piorunujące wrażenie, zaś cudowna muzyka Cartera Burwella tworzy piorunującą mieszankę (szczególnie w historii Rose). Zaś zakończenie jest szczególnie poruszające i kreatywne.

Problem jednak w tym, że te dwie opowieści emocjonalnie nie angażują zbyt mocno. Bardziej mnie pociągał wątek Rose, ze względu na swoją stylistykę oraz zachwycającą Simmonds. Jej obecność przyciągała jak magnez i samą mową ciała wyrażała bardzo dużo. Nie oznacza to, że Fegley wypadł słabo czy nie dawał rady, wręcz przeciwnie. Ale jakoś ta historia kompletnie mnie nie zaangażowała mnie tak bardzo jak bym chciał.

Nie mogę złego słowa powiedzieć o braku ambicji Haynesa czy wizualnej estetyce, która pieści oczy i uszy. Jednak „Wonderstruck” sprawia wrażenie pustej wydmuszki, nie potrafiącej zaangażować emocjonalnie, a nawet wywołuje zagubienie oraz dezorientację. Chciałbym się polubić bardziej z tym filmem, jednak zwyczajnie nie potrafię, ale będę dawał szansę reżyserowi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Prosta historia

W roku 1999 David Lynch stworzył film kompletnie niepodobny do tego, co robił zazwyczaj. Orbitujące na granicy jawy i snu mroczne opowieści pełne seksu, przemocy, podwójnych tożsamości. Świat pozornie znany, lecz skrywający najciemniejszą, ukrytą stronę człowieka. Taki świat widzieliśmy w „Dzikości serca”, „Blue Velvet” czy „Zagubionej autostradzie”, jednak w „Prostej historii” wszystko zmierza w kompletnie innym kierunku.

Bohaterem filmu jest Alvin Straight (Richard Farnsworth) – 72-letni mieszkaniec Laurens w stanie Iowa. Zajmuje się nim córka Rose (Sissy Spacek) i prowadzi bardzo spokojne życie, choć już ma swoje lata. Chodzi o lasce, ledwo widzi i palić też nie powinien, ale nic sobie z tego nie robi. Pewnego dnia dowiaduje się, że jego brat Lyle, z którym nie utrzymywał kontaktu przez 10 lat, miał udar. W końcu Alvin uznaje, że musi się z nim spotkać i pogodzić. Jest parę problemów: a) brat mieszka w Mount Zion w stanie Wisconsin, czyli ponad 500 km od Laurens; b) Alvin nie widzi zbyt dobrze i nie ma prawa jazdy, c) córka nie jest w stanie go zawieść tak daleko. W końcu mężczyzna decyduje się wyruszyć na… kosiarce, do której dobudowuje przyczepkę. Jednak jego pierwsza próba kończy się zepsuciem kosiarki, lecz to pana Straighta nie zniechęca.

„Prosta historia” – co wielu może zaskoczyć – jest oparta na historii z artykułu napisanego dla New York Timesa z 1994 roku. Scenariusz napisała jedna ze współpracowniczek Davida Lyncha, montażystka Mary Sweeney ze swoim kolegą Johnem Roachem, zaś w USA film dystrybuował… Walt Disney Pictures. I film miał kategorię wiekową G (czyli do oglądania w zasadzie dla wszystkich). To wszystko wydaje się kompletnie abstrakcyjnym połączeniem gwiazd, którego raczej nikt się nie spodziewał. Nie miało to prawa zadziałać, a jednak. Film Lyncha jest taki, jak podaje polski tytuł: prosty, nieskomplikowany, zadziwiająco bliski życia oraz… kontemplacyjny, z braku lepszego określenia. Historia toczy się bardzo powolny rytmem, gdzie akcji (jako takiej) w zasadzie nie ma.

Więcej tutaj widzimy Alvina w drodze, jednak najciekawsze są tutaj interakcje z obcymi ludźmi po drodze. Nie ważne, czy to uciekająca z domu nastolatka, biorący udział w zawodach rowerzyści, kobieta potrącająca jelenia czy ksiądz – te chwile rozmów pozwalają nie tylko na poznanie troszkę bliżej samego Straighta. Pokazują też pewną skrywaną w ludziach dobroć i życzliwość wobec nieznajomych. Tyle ciepła, empatii wyrażanej w tak oszczędny sposób nie zobaczycie nigdzie indziej. Tą historię dopełnia przepiękna warstwa audio-wizualna: zachwycające krajobrazy pól kukurydzianych pokazanych z góry czy lasów z „jesiennymi” liśćmi zostaną na długo. Tak samo jak bardzo oszczędna, idącą w kierunku country muzyka Angelo Badalamenti.

To wszystko jednak daje dodatkową siłę emocjonalną dzięki rewelacyjnemu Richardowi Farnsworthowi w roli Alvina. Od świetnie napisanych i wypowiadanych zdań aż po chwile wyciszenia, kiedy wszystko wyraża sama twarz – chce się na tego aktora patrzeć. Od samego początku do ostatniej sceny zwyczajnie elektryzuje, choć robi tak niewiele, ale jest bardzo naturalnie. Reszta obsady to w zasadzie mniejsze lub większe epizody, ale każdy tutaj wypada co najmniej bardzo dobrze, nawet mając niewiele czasu na ekranie.

Jak sam Lynch przyznał w jednym z wywiadów: „Prosta historia” to mój najbardziej eksperymentalny film w moim karierze. Początkowo może to brzmieć dziwnie, ale po seansie ma to sens. Jest to piękny wizualnie, bardziej stonowany, bardzo ciepły film, a jednocześnie najbardziej zdyscyplinowane dzieło w dorobku twórcy „Twin Peaks”.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ron Usterka

Co jakiś czas pojawia się nowe studio realizujące filmy animowane, próbując się przebić do pierwszej ligi. Do grona takich aspirujących twórców jak Laika czy Aardman dołącza brytyjsko-amerykańska filmy Locksmith Animation. Studio założyła między innymi dwoje współpracowników Aardman: Sarah Smith i Julie Lockhart, jednak na pierwszą animację musieliśmy czekać aż 7 lat, do 2021 roku.

„Ron Usterka” ma intrygujący punkt wyjścia. Wyobraźmy sobie świat, gdzie potężna korporacja stworzyła robota, pełniącego funkcję… przyjaciela. A przy okazji pomagać zebrać przyjaciół w social mediach, przekazywać zdjęcia, filmiki, gry i tym podobne. O zbieraniu danych w celu wciskania wszelkiej maści produktów oraz szpiegowaniu nawet nie wspominam. Jedynym dzieciakiem w szkole w miasteczku Nonsuch nie posiadającym B-bota (tak nazywane są maszyny) jest Barney Budowski. Chłopak jest outsiderem, którego rodzina (ojciec i ekscentryczna babcia) przenieśli się z Bułgarii, zaś jego przyjaciele za bardzo są zajęci relacjami z B-botami. W końcu ojciec wykupuje popsuty model o imieniu Ron, który jest offline oraz nie posiadający żadnych bajerów czy zabezpieczeń. Co może powstać z tego zderzenia?

Dzieło duetu Sarah Smith/Jean-Philippe Vine w zasadzie jest futurystyczną wariacją historii o chłopcu i jego psie. A że tutaj psem jest robot, to jest już inna kwestia. „Ron Usterka” jest o budowaniu więzi oraz przyjaźni w świecie wirtualnym. Początkowo jest to mocno ogrywane w komediowym tonie, bo Ron jest (delikatnie mówiąc) niezbyt ogarnięty, co doprowadza do chaosu, obciachu, a nawet… przemocy. Spokojnie, Ron to nie „Terminator” czy laleczka Chucky, zaś filmowi bliżej jest do „Free Guy”. Sama ewolucja więzi między Barneyem a Ronem pokazana jest bardzo naturalnie, nie bez wybojów, spięć oraz… humoru. Obaj niejako uczą się czym jest przyjaźń, przy okazji odmieniając niejako swoje losy. Przy okazji doprowadzając czasem do potężnego zamieszania (inne roboty pozbywające się zabezpieczeń) oraz punktując konsekwencje życia wirtualnego. Choć w tym ostatnim aspekcie, tak jak obłudnego działania technologicznych korporacji, nie pokazuje niczego nowego (i nawet bywa w tym bardzo bezpośredni).

Również sama animacja prezentuje się naprawdę dobrze. Od prostego wyglądu B-botów po nie realistyczne wyglądy postaci aż po miejscami mocne kolory (siedziba firmy Bubble czy ich konferencje). W tle jeszcze gra okraszona elektroniką muzyka, zaś role głosowe wypadają bardzo solidnie. Od niepewnego Jacka Dylana Glazera (Barney) przez nie do rozpoznania Zacha Galifianakisa (Ron, miejscami bardziej brzmiał jak Ryan Reynoldsa) aż po zaskakującą Olivię Colman (babcia Donka).

Może i „Ron Usterka” nie opowiada niczego nowego w kwestii relacji człowiek/technologia, jednak ma w sobie masę uroku, dynamicznych scen akcji oraz humoru, że nie pozwala przejść obojętnie. Solidny debiut, pokazujący spory potencjał studia.

7/10

Radosław Ostrowski