Towarzysz

Są takie filmy, o których ciężko się mówi. Nie dlatego, że podejmują ciężkie tematy, są nieprzystępne formalnie czy wywołują kompletną konsternację. Chodzi raczej o to, że zdradzając zbyt wiele z fabuły można popsuć wiele niespodzianek oraz zaskoczeń. Takimi produkcjami pełnymi twistów w ostatnim czasie byli „Barbarzyńcy” oraz „Strange Darling”, a do tego grona dołącza „Towarzysz”.

Sam początek zapowiada historię miłosną. Widzimy dziewczynę żywcem wziętą z lat 60. Iris (Sophie Thatcher), która chodzi po supermarkecie. Tam poznaje niejakiego Josha (Jack Quaid), który ma zabójczy uśmiech i jest bardzo nieporadny, ale w uroczy sposób (pomarańcze ze stoiska wypadają). To jest miłość od pierwszego wejrzenia. Potem widzimy nasza parkę jadącą do chatki poza miastem, we wielkim lesie. Tylko, że chatka to cholernie wypasione domostwo, które należy do Siergieja (Rupert Friend) i jego dziewczyny Kat (Megan Suri). Poza nimi jest jeszcze para chłopaków, mocno przy kości Eli (Harvey Guillen) oraz Patrick (Lukas Gage). Imprezka się rozkręca, alkohol leci i wskutek pewnych okoliczności Siergiej zostaje zabity.

Reżyser Drew Hancock ewidentnie idzie drogą „Barbarzyńców” (reżyser tego filmu Zach Gregger pełni rolę producentem wykonawczym), czyli filmu pełnego twistów, zaskoczeń i gatunkowych hybryd. Coś, co zaczyna się jak historia miłosna, zaczyna skręcać w rewiry thrillera, krwawej jatki, a nawet elementy SF. Sama historia zaczyna mieć kolejne warstwy, dialogi są pełne drobnych podtekstów, zaś kolejne wolty nie sprawiają wrażenia przestrzelonych czy przekombinowanych. Kameralność opowieści i poczucie izolacji działają na plus, widzimy też toksyczność relacji damsko-męskich, gdzie istotną rolę odgrywa kontrola, manipulacja i dominacja. „Towarzysz” jednak bardziej skupia się na aspektach dreszczowca oraz trzymania w napięciu, co robi bardzo dobrze. Poczucie niepokoju i zagrożenia jest bardzo intensywne, próbując do samego końca kibicować naszej bohaterce.

A ta świetnie jest grana przez Sophie Thatcher, która tu błyszczy. Nie tylko wygląda zjawiskowo, ale bardzo przekonująco pokazuje przemianę od bardzo nieśmiałej i zagubionej do pewnej siebie kobiety, znającą swoją wartość. Brzmi może schematycznie, ale nie czuć tutaj sztuczności czy drogi na łatwiznę. Równie dobrze wypada Jack Quaid, początkowo sprawiając wrażenie sympatycznego faceta. Ale to tylko fasada, skrywająca kogoś bardziej niebezpiecznego. Reszta postaci też ma swoje pięć minut, choć całość skradł Friend jako Siergiej. Z ruskim akcentem, wąsem i fryzurą na czeskiego piłkarza kradnie każdą scenę.

Chyba udało mi się uniknąć spojelerów, ale jedno mogę powiedzieć: „Towarzysz” to kolejny stylowy dreszczowiec, który skręca w inne rejony niż się początkowo wydaje. Powiedziałbym, że to idealny film dla Walentynki i nie ma w tym żadnej ironii. Po seansie pary spojrzą na siebie zupełnie inaczej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dog Man

Studio DreamWorks w ostatnich latach zaczyna odzyskiwać dawną formę. „Pan Wilk i spółka”, drugi „Kot w butach” czy zeszłoroczny „Dziki robot” spotkały się z bardzo pozytywnym odbiorem. Teraz pojawia się ich najnowsze dziecko, czyli „Dog Man”. Choć raczej będzie w cieniu w/w tytułów, to jednak nie jest w ogóle od nich gorszy.

Akcja toczy się w mieście OK City, które terroryzuje zły kot Pitey. W pościg za nim rusza policjant Nać i jego pies Gary. Pierwszy jest niezbyt lotnym pakerem, drugi wręcz przeciwnie: bardzo inteligentny kurdupel. Obaj padają ofiarą bomby, lecz lekarze dokonują szalonego cudu: głowa psa zostaje sklejona z ciałem policjanta. Wskutek tego połączenia powstanie Dog Man, czyli super-gliniarz, który mógłby być nieślubnym synem RoboCopa i Nicholasa Angela z „Hot Fuzz”. Innymi słowy, jest bardzo skuteczny, zna sztuki walki, przestępczość przy nim wynosi 0% i ciągle spada. Pitey wydaje się nie mieć z nim szans, ale skubaniec cały czas ucieka z więzienia. Pani burmistrz jest tak wkurzona sytuacją, że Dog Man… zostaje odsunięty od sprawy. Tymczasem Pitey szykuje kolejny szalony plan pozbycia się Dog Mana przy pomocy swojego klona.

Jeśli stylistyka wydaje wam się dziwnie znajoma, to nie jest to kwestia przypadku. „Dog Man” oparty jest na cyklu komiksów Dava Pilkeya, którego inne dzieło już zostało przeniesione przez rysowników z DreamWorks. Chodzi rzecz jasna o… „Kapitana Majtasa”, którego „Dog Man” jest spin-offem. Dlatego obydwa te tytuły są utrzymane w podobnej, lekko komiksowej estetyce. Reżyser Peter Hastings, który wcześniej pracował m. in. przy serialach „Animaniacy”, „Pinky i Mózg” czy „Wielkie przygody Kapitana Majtasa” odnajduje się w tym szalonym świecie. Z jednej strony film jest bardzo przerysowaną parodią kina superbohaterskiego, bawiącą się schematami antagonistów. Z drugiej to historia… familijna, o szukaniu swojego miejsca i sprawach ważniejszych niż praca. Wszystko z powodu niejakiego Kocio-Pecio, który mocno namiesza zarówno w życiu Dog Mana, jak i Piteya.

Sama animacja jest taka, jak w przypadku „Kapitana Majtasa”. Nie brakuje komiksowych onomatopei, łamania kadru (rozmowa między burmistrzynią a komendantem), a wszystko wygląda jakby rysowana przez dziecko. Wszystko polane jest masa absurdalnego humoru: od psiego zachowania Dog Mana (ślinienie wszystkiego, aportowanie zmemłanej gazety, gonienie wiewiórek) przez bardzo widoczną kryjówkę Piteya, odwołania popkulturalne (finałowa rozpierducha niczym w „Godzilli”, jest nawet… „Czas Apokalipsy”) po tak głupawe teksty jak możecie sobie wyobrazić („Masz go złapać, nawet jeśli ma to zająć cały montaż”) czy infolinia informująca, że… „Życie nie ma sensu”. Parskałem ze śmiechu więcej razy niż się spodziewałem, ale jednocześnie jest to zdumiewająco poruszające dzieło.

Swoje robi też polski dubbing (film jest u nas tylko w tej wersji), za który odpowiadał TRANSPERFECT MEDIA POLAND oraz reżyser Michał Podsiadło. Głosy są dobrane świetnie (absolutnie błyszczy Michał Piela jako szef policji i Monika Pikuła jako dziennikarka Sara), tłumaczenie nie wywołuje zgrzytów ani żenady. I w ogóle nie byłem zainteresowany oryginalną wersją językową.

„Dog Man” to dziecięca wersja „RoboCopa”, którą mogłoby nakręcić trio Zucker-Abrahams-Zucker, tylko bardziej szalona i absurdalna. Dzieciaki na pewno będą się bawić rewelacyjnie, co do dorosłych – nie wszystkim podejdzie to tempo czy humor. Mnie trafiło, zaskakiwało i wyszedłem z seansu w dobrym samopoczuciu. Kolejna mocna pozycja w katalogu DreamWorks.

8/10

Radosław Ostrowski

Światłoczuła

Polski melodramat – kolejna nietypowa zbitka słów, która wydaje się brzmieć niepoważnie. Niemniej w ostatnim czasie był przebłysk powrotu tego gatunku do naszego podwórka dzięki uroczym „Piosenkom o miłości”. Teraz po ten gatunek postanowił sięgnąć Tadeusz Śliwa, czyli reżyser „Nieznajomych”. I efekt końcowy mnie bardzo zaskoczył.

„Światłoczuła” skupia się wokół dwójki młodych ludzi. Robert (Ignacy Liss) to młody fotograf, który pracuje dla agencji reklamowej. Agata (Matylda Giegżno) prowadzi zajęcia w poprawczaku dla młodych podopiecznych. Oboje poznają się podczas sesji fotograficznej, gdzie ona pojawia się jako jedna z modelek. Chłopakowi udaje się zdobyć jej numer i szykuje kolejną sesję, specjalnie na konkurs do Berlina. O czym Robert nie wie, to fakt, że Agata jest niewidoma. Jednak powoli zaczyna coś między nimi iskrzyć, co może mocno skomplikować ich życie.

Sama historia może wydawać się prosta, ale reżyser opowiada ją w sposób bardzo, bardzo delikatny. Ku mojemu zaskoczeniu udaje się uniknąć ckliwości oraz – o co byłoby bardzo łatwo – emocjonalnego szantażu. Śliwa o wiele bardziej trzyma się ziemi, całość w żadnych wypadku nie wygląda jak produkcja made by TVN, pełne bogactwa, blichtru i kiczu. Szczególnie w przypadku pokazania życia osoby niewidomej, pokazane w sposób bardzo immersyjny (fantastyczny moment na rynku, gdzie kamera kręcąca dookoła głowy przy jednoczesnym podbiciu dźwięku). Te momenty chwytały mnie najmocniej, tak jak cała dynamika między nasza główną parą – bez słodko-pierdzącego obrazowania, z paroma poważnymi decyzjami, niezbyt łatwą reakcją otoczenia czy pewną dramatyczną sytuacją.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepiać (a nie chcę) to czasami „Światłoczuła” bywa dość teledyskowa w formie oraz wątek przeszłości Roberta wydaje się – nomen omen – kliszowy, ale to są jedyne poważne skazy. Prawdziwą siłą jest tutaj absolutnie cudowny duet Ignacy Liss/Matylda Giegżno. On świetnie wypada jako świadomy swojego talentu, ale bardzo niepewny siebie twórca; jednak to ona zawłaszcza ekran swoją energią. Jej Agata to bardzo pewna siebie, pełna energii, dowcipna i charyzmatyczna postać, czerpiąca garściami z życia. Razem są wręcz elektryzujący, przez co chce im się kibicować. Na drugim planie też dzieje się sporo, choć najbardziej wybija się Bartłomiej Deklawa (Igor, przyjaciel Agaty) oraz Aleksandra Pisula (Matylda, siostra Roberta).

„Światłoczuła” jest dla mnie sporą niespodzianką i idealnym przykładem kina prostego, ale nie prostackiego. Pełen uroku, angażujący emocjonalnie oraz bardzo cudownym duetem aktorskim w głównej roli. Zróbcie sobie przysługę i pójdźcie na to małe cudo, a nie będziecie żałowali.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Flow

W ostatnich czasach wśród nominowanych do Oscara filmów animowanych bardziej przebijają się produkcje spoza Stanów Zjednoczonych. I nie chodzi tylko o produkcje japońskie, ale także z dość egzotycznych – dla Amerykanina – krajów jak… Hiszpania czy Belgia. Teraz do tego grona trafia „Flow”, czyli koprodukcja łotewsko-francusko-belgijska od Gintsa Zilbalodisa, odpowiedzialnego za reżyserię, scenariusz, zdjęcia, scenografię, muzykę i montaż. Sporo roboty jak na jednego człowieka, ale czy wysiłek się opłacił?

Sama akcja toczy się w bliżej nieokreślonym czasie, gdzie kompletnie nie ma ludzi. Jest za to spory las i pusty dom, gdzie mieszka czarny kot. W sumie jego dzień jest bardzo powtarzalny: spacerek po okolica, ucieczka przed psami i bardzo długi sen. Rutyna zostaje przełamana przez inne czynniki, mianowicie zbliża się wielka woda – nie wiadomo skąd, jak ani dlaczego. Wszystkie zwierzęta zaczynają przed nią uciekać, byle by nie paść jej ofiarą. Nasz kocur, co fanem wody nie jest, ma szczęście – zauważa samotnie płynącą łódkę. Z czasem jednak do czworonoga dołącza dziwaczna mieszanka zwierząt: pies, lemur, kapibara (cały czas myślałem, że to bóbr, znany też w Polsce jako bober) i pewien dziki ptak. Jak ta mieszanka będzie razem działać? O ile się wcześniej nie pożrą?

Najbardziej rzucającą się rzeczą we „Flow” jest kompletny brak dialogów. Zwierzęta wyrażają się jedynie poprzez swoje odgłosy i zachowania, co nie jest takie łatwe do wyegzekwowania. A jednak ta opowieść angażuje, powoli budują się relacje między zwierząt za pomocą drobnych scen (dziki ptak wręcz kotu rybę czy stanie w jego obronie przed przywódcą swojego stada albo pies naśladujący zachowanie kota). Reżyser opowiada historię w sposób bardzo wizualny, a obraz jest zaprawdę imponujący. Tła i otoczenie wyglądają jakby były malowane farbami, zwierzęta są bardzo płynne i zaskakująco szczegółowe, zaś całości towarzyszy przepiękna muzyka. Jest parę kapitalnych kadrów oraz sytuacji: każde pojawienie się morskiej bestii, statek wpływający do zalanego miasta czy nasz kot otoczony przez masę rybek. To tylko parę niezapomnianych momentów, z kilkoma skrętami w bardziej oniryczne sytuacje.

„Flow” niczym „Pies i Robot” jest odświeżającą animacją z europejskiego podwórka, z potężną dawką uroku. To bardzo poruszająca i oszałamiająca opowieść o dojrzewaniu do odpowiedzialności oraz wychodzeniu poza strefę komfortu. Cudowna perełka, której nie należy przegapić.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Better Man: Niesamowity Robbie Williams

Już jedna muzyczna biografia wskoczyła do kin („Kompletnie nieznany” o Bobie Dylanie), a tu już wskakuje kolejny portret gwiazdy muzyki. Tym razem jest nią Robbie Williams – kiedyś członek boysbandu Take That, imprezowicz i solista z mocno wyboistą karierą. Za kamerą stanął reżyser „Króla rozrywki” Michael Gracey, zaś w artystę wcieliła się… komputerowo wygenerowana małpa. Brzmi jak zwykła sztuczka, która ma odwrócić uwagę od sztampowego i standardowego biopica?

Jakby tego było mało, sam Williams pełni tu rolę narratora, opowiadającego z offu całą historię. Jednak jego komentarz, niepozbawiony złośliwości i ironii jest bardzo mile widzianym dodatkiem. Bo sama historia jest troszkę konwencjonalna: od dzieciaka, traktowanego niemal przez wszystkich jako nieudacznika przez casting do boysbandu Take That aż po solową działalność. Po drodze jego ojciec Peter (Steve Pemberton), szuka swojej szansy jako komik i odchodzi od rodziny, zaś Robbie’ego wspiera mocno babcia (Alison Steadman). W końcu jako nastolatek trafia do boysbandu i tu się zaczyna kariera.

Nie spodziewajcie się mocnego trzymania się faktów oraz odhaczania kolejnych wydarzeń z Wikipedii. Reżyser bardziej skupia się na energii oraz impresyjnego tworzenia portretu artysty. Tutaj sukces z porażką idą ręka w rękę, zaś coraz większa sława mocno odbija się na jego zachowaniu. Zagubiony człowiek, nad którym kontrolę przejmuje ego, co doprowadza do ostrego chlania i ćpania. Ale nawet wtedy „Better Man” wygląda imponująco: od szybkich montażowych zbitek, imponujących scen tanecznych (fantastyczna sekwencja pod utwór „Rock DJ”) oraz znanych hitów Williamsa, pełniących rolę dodatkowego łącznika emocjonalnego. Wszystko zrobione w bardzo kreatywny i nieszablonowy moment (upadek Robbiego z klatki schodowej, gdzie nagle pojawiają się rewiowe pióra czy zderzenie z samochodem).

Ale w drugiej połowie coraz bardziej zaczynają przebijać się klisze: od trudnej relacji z poznaną Nicole Appleton (cudowna Raechelle Banno), całkowity upadek i zniszczenie mieszkania, odwyk oraz triumf sceniczny, ze specjalnym koncertem. Nawet w tych chwilach Gracey potrafi pobawić się znajomymi schematami (ostatnie zdanie Robbiego – idealna puenta), będąc bliżej „Rocketmena” niż „Bohemian Rhapsody”. Aczkolwiek daleko mu do zeszłorocznego „Kneecap”, będącego totalną jazdą bez trzymanki.

A co w przypadku komputerowej małpy w roli głównej? To nie jest tylko sztuczka wizualna, ale dodaje pewnych dodatkowych warstw: Williamsa jako niedojrzałego człowieka, zderzonego i niegotowego na sławę; wytresowanego przez szołbiznes zwierza czy oglądanego i kochanego przez miliony, widzianego przez media oraz szołbiznes niczym w klatce. Uwielbiany, ale nienawidzący samego siebie.

Choć w drugiej połowie są pewne momenty przestoju i klisze zaczynają się przebijać, to „Better Man” jest jedną z lepszych oraz bardziej kreatywnych biografii muzycznych. Bardzo dobrze napisany, świetnie zagrany, pełen dzikiej energii i chwytliwych numerów. Czyli da się zrobić mniej standardową biografię muzyczną – idźcie i bawcie się dobrze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sztuka pięknego życia

Niby mamy styczeń, a już dostaliśmy film wręcz skrojony pod Walentynki. Film o miłości dwojga młodych ludzi, z poważną chorobą w tle, powinien dostarczyć masę emocji oraz spore zyski dla producentów chusteczek. Ale czy reżyser John Crowley był w stanie wycisnąć (nomen omen) emocjonalną opowieść?

Sama historia skupia się na dwojgu ludzi po przejściach. Tobias (Andrew Garfield) jest w trakcie rozwodu, pracując w IT w firmie produkującej… płatki śniadaniowe; Almut (Florence Pugh) jest właścicielką restauracji po rozstaniu. Poznają się w najbardziej nietypowy sposób, jaki możecie sobie wyobrazić – on zostaje potrącony przez nią autem. Jakże romantycznie! Powoli zaczynają do siebie zbliżać, nawet zaczynają mieszkać razem, ale – jak wszyscy wiemy – ten stan nie może trwać zbyt długo. Pojawia się paskudny nowotwór jajników. Choć początkowo udaje się go pokonać, to bydlak jest wredny i powraca po paru latach.

Reżyser bawi się chronologią i miesza w czasie, co początkowo może wywoływać pewną konsternację. Jednak łatwo można wskoczyć w ten pociąg, zaś przeplatanka chwil radości i celebracji z bardziej dramatycznymi momentami budzi skojarzenia z „500 dni miłości”. Oboje zaczynają dojrzewać do pewnych zmian (kwestia posiadania dziecka), w zasadzie jest jeden poważny konflikt z mocną kłótnią, dobrymi dialogami oraz bardzo delikatną muzyką. Sporo jest tutaj ciepła i zderzenia powagi z humorem w jednej chwili (poród na stacji benzynowej), jest odrobina napięcia (przygotowania oraz przebieg kucharskiej olimpiady), ale ogromna ilość uroku.

To wszystko by nie zadziałało bez grającego główne role duetu Andrew Garfield/Florence Pugh. Chemia między nimi jest tak namacalna i silna, że nie można od nich oderwać oczu. Te postacie budzą całkowitą sympatię, rozumiemy ich działanie (nawet jeśli nie do końca akceptujemy) i ożywiają cały ten film. Ich energia (zarówno jak są razem, jak i osobno) jest wręcz zaraźliwa, udzielając się także widzom.

John Crowley tym filmem zaskoczył i udaje mu się unikać stosowania emocjonalnego szantażu, głównie dzięki obsadzie. Może i ostatecznie jest to prosta, choć nie prosto opowiedziana, historia, jednak potrafi skłonić do pewnych refleksji. Nie tylko do oglądania we dwójkę.

7/10

Radosław Ostrowski

Wolf Man

Wilkołaki to obok wampirów najbardziej popularne potwory kina grozy. Zmieniające się nocą w żądne krwi zwierzęta pokazywano jako kierujące się instynktem oraz bardzo brutalne i bezwzględne. Na przestrzeni dekad pojawiło się kilka wariacji tej postaci, z której najbardziej znane to klasyczny „Wilkołak” z 1941 roku, komedio-horror „Amerykański wilkołak w Londynie” z 1981 roku czy uwspółcześniony „Wilk” z 1994. Teraz z nową inkarnacją wilkołaka postanowił się zmierzyć Leigh Whannell, który udanie odnowił innego klasyka Universala – „Niewidzialnego człowieka”. Czy tym razem też można odtrąbić sukces?

Fabuła „Wolf Mana” skupia się na rodzinie Blake’a (Christopher Abbott). Mężczyzna nie ma stałej pracy, skupiając się na wychowywaniu córki Ginger (Matilda Firth), zaś żona Charlotte (Julia Garner) jest dziennikarką niemal non stop w pracy. Małżeństwo jeszcze się trzyma, ale o wiele mocniej zbudowana jest więź ojca z córką niż między małżonkami. Wtedy Blake dostaje wiadomość o śmierci swojego ojca, z którym nie utrzymywał przez lata kontaktu. Mężczyzna decyduje się zebrać swoją familię do dawnego domu, by zebrać rzeczy oraz wzmocnić więzi. Jednak po drodze ciężarówka wypada z drogi, zaś Blake zostaje podrapany przez dziwne zwierzę.

Reszty historii możecie się domyślać. „Wolf Man” jest prostą historią rodzinną, która zmienia się w walkę w oblężonym domu. Sam początek, kiedy poznajemy naszego bohatera w wieku dziecięcym i jego relacji z ojcem, jest świetny. Polowanie w lesie trzyma w napięciu, poczucie izolacji jest namacalne. Kiedy jednak Blake z rodziną trafia do domu, zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Z jednej strony mamy zagrożenie z zewnątrz, z drugiej ojciec czuć się coraz bardziej nieswojo: przestaje rozumieć słowa, ma wyostrzone zmysły (zapach i słuch) i zaczyna zmieniać się fizycznie (niczym w body horrorze). Wiemy, co oznaczają te zmiany i tatuś sam zmienia się w lykantropa. Problem w tym, że wszystko ogranicza się do uciekania oraz ganiania po okolicy, co z czasem staje się bardzo powtarzalne i monotonne. Widać tutaj ograniczenia budżetowe (jeden dom, stodoła, las), które nie pomagają za bardzo, zaś potencjalne pomysły (skupienie się na psychologicznym aspekcie przemiany) są całkowicie niewykorzystane.

Nie oznacza to jednak, że bawiłem się źle. Kilka razy podskoczyłem i czuć atmosferę, ale czułem dość spory niedosyt. Aktorzy próbują, co mogą (szczególnie Christopher Abbott w scenach przemiany), jednak w połowie filmowi brakuje iskry i staje się staroświecki w najgorszym tego słowa znaczeniu. Zbyt wiele tu starych klisz i za mało nowego spojrzenia na temat wilkołactwa.

6/10

Radosław Ostrowski

Bezdroża

Pewną inicjatywą w znajdującym się w mojej okolicy Multikinie są poniedziałkowe seanse z serii Kultowe kino. Czyli klasyka kina polskiego oraz światowego, zaś w styczniu postanowiono pokazywać produkcje związane ze studiem (Fox) Searchlight Pictures. Dlaczego? Bo studio świętowało w zeszłym roku 30 lat działalności. Wśród pokazywanych filmów („Birdman”, „Grand Budapest Hotel” i „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”) był jeden tytuł pominięty przeze mnie, czyli nakręcone w 2004 roku „Bezdroża”.

bezdroza1

Akcja filmu Alexandra Payne’a skupia się na dwójce przyjaciół tak różnych jak tylko jest to możliwe. Miles (Paul Giamatti) to nauczyciel angielskiego i koneser wina nie mogący sobie poradzić po rozwodzie. Próbuje swoich sił jako pisarz, lecz jego książka była odrzucona przez dwa wydawnictwa. Jest potencjalnie trzecie, ale mężczyzna nie robi sobie żadnych nadziei. Z kolei Jack (Thomas Haden Church) to podstarzały, ale cholernie przystojny aktor, co potrafi wyrwać niemal każdą kobietę. W końcu postanawia się ustatkować i wziąć ślub, zaś Miles ma być drużbą. Nim jednak do niego dojdzie, panowie ruszają na tydzień kawalerski przez Kalifornię, gdzie będą pić (wino), grać w golfa i może pomóc Milesowi poznać jakąś dziewczynę. Sytuacja zmienia się, gdy panowie trafiają najpierw na Mayę (Virginia Madsen) – kelnerkę w jednym z barów, gdzie nasz smakosz eleganckich alkoholi lubi wpadać oraz Stephanie (Sandra Oh) – pracownicę jednej z winnic.

bezdroza2

Reżyser Alexander Payne wykorzystuje konwencję kina drogi do opowiedzenia słodko-gorzkiej opowieści o – jak mówi jeden z tytułów filmu Woody’ego Allena – o życiu i całej reszcie. Poza sporą ilością wina i winnic, mamy tutaj zderzenie dwóch bohaterów, przechodzących kryzys wieku średniego. Obaj panowie czują, że coś zatracili bezpowrotnie i chcą zapomnieć o ich obecnej sytuacji, zatracić się ostatni raz. Dużo jest tutaj cierpkiego humoru, odrobiny slapsticku oraz bardziej refleksyjnego tonu. Jak ciągle liczymy, że następny dzień będzie lepszy od poprzedniego i łatwiej będzie nam znieść kolejne porażki, rozczarowania, poczucie frustracji oraz niespełnienia. Ale „Bezdroża” pozostają zaskakująco lekkie, bez popadania w depresyjno-mroczne tony, zostawiając odrobinę światła i nadziei, z niedopowiedzianym finałem.

bezdroza3

Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie rewelacyjna obsada. Absolutnie fenomenalny jest Paul Giamatti w roli Milesa. Z jednej strony, depresyjno-sfrustrowany facet, potrafiący nagle eksplodować (na wieść o odrzuceniu powieści), lecz pod tą fasadą kryje się złamany, bardzo wrażliwy i inteligentny człowiek. Widać to zarówno jak opowiada o winie z pasją niczym Bogusław Wołoszański o historii XX wieku (choć jest to na granicy obsesji), ale też w bardziej delikatnych momentach z przeuroczą Virginią Madsen (nie mogłem oderwać od niej oczu). I jak wiele ten aktor pokazuje samymi oczami, to jest magnetyzujące. Równie fantastyczny jest Thomas Haden Church. Niby popularny aktor, choć okres sławy ma za sobą i jest strasznym psem na baby – niby chce się ustatkować, jednak z jego zachowania raczej to nie wynika. Kolejna chodząca sprzeczność, która przykuwa uwagę.

Zaczynam rozumieć czemu „Bezdroża” uważane są za najlepszy film Alexandra Payne’a. Świetnie napisane, zagrane oraz potrafiące poprawić samopoczucie. Coś czuję, że z wiekiem ten film zacznie rosnąć w moich oczach. Nawet jeśli nie będę pił pieprzonego merlota.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy roku 2024

Rok 2024 był jednym z najlepszych doświadczeń filmowych. Rozczarowań i zawodów było o wiele mniej, ale z drugiej strony oglądałem zaskakująco niewiele rzeczy w domu. A także zaniedbałem bloga oraz recenzowanie, z przyczyn nie do końca zależnych ode mnie. Mam nadzieję, że moje wahania nastrojów ustabilizują się oraz nieobecne tu recenzje wypłyną niedługo (jak je rozkopię i podszlifuje). A było co oglądać, głównie z trójkąta: Europa-USA-Polska (bo Polska to osobny kontynent, prawda?), śmielej otwierając się na inne gatunki (głównie horror und groza, co mnie bardzo zaskoczyło) oraz dając sporo szans mniej znanym reżyserom. A także pojawiły się dwa filmy ocenione maksymalną notą, co nie zdarzyło mi się dawno oraz kilka mocnych uderzeń prosto w twarz. Nie dosłownie.

Obecne poniżej tytuły ułożone są w kolejności chronologicznej od stycznia do grudnia tego roku i otrzymały co najmniej 8/10.

1. Kos, reż. Paweł Maślona
2. Znachor, reż. Michał Gazda
3. Bunt przed sądem wojennym, reż. William Friedkin
4. Biedne istoty, reż. Yorgos Lanthimos
5. Pies i Robot, reż. Pablo Berger
6. Nimona, reż. Nick Bruno, Troy Quane
7. Amerykańska fikcja, reż. Cord Jefferson
8. Bracia ze stali, reż. Sean Durkin
9. Szczurołap, reż. Wes Anderson
10. Diuna: część druga, reż. Denis Villeneuve
11. Strefa interesów, reż. Jonathan Glazer
12. Przyznaj się, Fletch, reż. Greg Mottola
13. Gdy rodzi się zło, reż. Demian Rugna
14. Bękart, reż. Nikolaj Arcel
15. Pokój nauczycielski, reż. Ilker Catak
16. Civil War, reż. Alex Garland
17. Challengers, reż. Luca Guadagnino
18. Pigułki dla Aurelii, reż. Stanisław Lenartowicz
19. Furiosa: Saga Mad Max, reż. George Miller
20. W głowie się nie mieści 2, reż. Kelsey Mann
21. Hrabia Monte Christo, reż. Alexandre de La Patelliere, Matthew Delaporte
22. Bulion i inne namiętności, reż. Anh Hung Tran
23. Obcy: Romulus, reż. Fede Alvarez
24. Czas Apokalipsy: wersja ostateczna, reż. Francis Ford Coppola
25. Strange Darling, reż. J.T. Mollner
26. Pod wulkanem, reż. Damian Kocur
27. Substancja, reż. Coralie Fargeat
28. Dziki robot, reż. Chris Sanders
29. Konklawe, reż. Edward Berger
30. Dziewczyna z igłą, reż. Magnus von Horn
31. Anora, reż. Sean Baker
32. Kneecap. Hip-hopowa rewolucja, reż. Rich Peppiatt
33. Kompletnie nieznany, reż. James Mangold

A jaki będzie rok 2025?? Nie mam żadnych, na które wyczekuje ogromnie niczym fan metalu na nową płytę Slayera, ale zawsze coś może się pojawić. W końcu mają trafić do kin nowe dzieła Luki Guadagnino, Paolo Sorrentino, Bong Joon-Ho, Mike’a Flanagana, Władysława Pasikowskiego, Michała Kwiecińskiego czy Wojciecha Smarzowskiego. Więc jest na co czekać, a co z tego będzie warte uwagi – przekonamy się.

Radosław Ostrowski

Filmowe rozczarowania roku 2024

Jak co roku zawsze obiecuję sobie, że będzie mniej rozczarowań i zawodów niż w poprzednim roku. Ale nigdy nie można być pewnym kto może sprawić zawód. Konsekwentnie pojawia się sporo filmów polskich (nie są to jednak paździerze pokroju filmów Patryka Vegety czy inna polska „komedia”), ale też potrafiły się zawody od twórców raczej solidnych czy pewnych. Te bolały najmocniej, choć ilość jest zbliżona do zeszłorocznego zestawienia. Innymi słowy – całkiem nieźle omijałem niewypały.

Tak jak w przypadku najlepszych filmów tytuły są umieszczone chronologicznie od stycznia do grudnia. Każdy z tych filmów otrzymał ocenę 5,5/10 lub mniej.

1. Maestro, reż. Bradley Cooper
2. Meg 2: Głębia, reż. Ben Wheatley
3. Bob Marley: One Love, reż. Reinaldo Marcus Green
4. Żegnajcie, laleczki, reż. Ethan Coen
5. Czerwone maki, reż. Krzysztof Łukaszewicz
6. Balerina, reż. Chung-hyun Lee
7. Mocny temat, reż. Philip Martin
8. Święty, reż. Sebastian Buttny
9. Matecznik, reż. Grzegorz Mołda
10. Wrobiony, reż. Piotr Śmigasiewicz
11. Supersiostry, reż. Maciej Barczewski
12. Horyzont. Rozdział 1, reż. Kevin Costner
13. Lee. Na własne oczy, reż. Ellen Kuras

Pozostaje mieć nadzieję i życzyć sobie oraz Wam jak najmniejszych filmowych rozczarowań w roku 2025.

Radosław Ostrowski