Bob Marley: One Love

Nie trzeba być wielkim fanem reggae, by znać nazwisko Boba Marleya. To ten człowiek spopularyzował ten gatunek muzyczny, gdzie śpiewało się o miłości, wolności i pokoju. Dlatego jego fani byli mocno podekscytowani powstaniem filmu biograficznego o tym artyście. Ale czy warto było czekać?

one love2

„Bob Marley: One Love” zaczyna się w roku 1977 na Jamajce, gdzie sytuacja jest napięta. Kraj od niedawna wyzwolił się spod panowania Wielkiej Brytanii, ale spokój i stabilność wydają się coraz bardziej odległy. Konflikty polityków powiązanych z gangami, strzelaniny, wojskowe punkty kontrolne – wyspa bardziej przypominała beczkę z prochem, który w każdym momencie może eksplodować. I właśnie wtedy Marley (Kingsley Ben-Adir) postanowił zagrać koncert, mający jeden główny cel: zjednoczenie całego kraju. Dzień przed tym wydarzeniem dom muzyka zostaje zaatakowany przez bandytów, zaś Marley, jego żona i chórzystka zespołu Rita (Laswana Lynch) oraz menadżer Don Taylor (Anthony Welsh) postrzeleni. Niemniej koncert się odbywa, lecz Bob wyjeżdża do Londynu. Po co? By nagrać nową płytę, co dotrze do szerszej widowni. Tak powstaje „Exodus”.

one love4

Brzmi to bardzo zachęcająco, prawda? Dodajmy jeszcze fakt, że za film odpowiada reżyser Reinaldo Marcus Green, scenariusz pisały cztery osoby, z których najbardziej znany to Terrence Winter („Zakazane imperium”, „Wilk z Wall Street”), zaś producentami są m. in. wdowa po Marleyu, Rita i kilku członków rodziny. Co mogło pójść nie tak? Ku zaskoczeniu (chyba wielu) sporo rzeczy. Reżyser wybiera dwa lata z życia Marleya, gdzie pozornie dzieje się dużo. Tworzenie piosenek, nagrywanie ich w studiu, trasa koncertowa, werbunek nowego gitarzysty, menadżer robiący na lewo. Jakby tego było mało, jeszcze drobne retrospekcje z czasów młodości, gdzie poznał swoją przyszłą żonę, odkrył nauki rastafarian i oniryczne – jak na nieco ponad półtorej godziny jest gęściej niż w ludzkim mózgu po wielokrotnym odsłuchu „Doskozzy” Stachurskiego. Masa potencjalnych wątków (rak skóry, niewierność Boba) albo jest ledwo liźnięta/wspomniana, albo w ogóle się nie pojawia.

one love3

W efekcie tego scenariuszowego burdelu dostajemy film… mdły, strasznie nudny i płytki niczym basen po spuszczeniu wody. Marley pokazany jest w tym filmie jako postać zbyt bierna, naiwna, wręcz głupia (brak decyzji w kwestii leczenia – nie rozumiem tego!!!). To jest w zasadzie laurka, omijająca w zasadzie najpoważniejsze kwestie, gdzie w zasadzie jedyne, bardziej angażujące momenty są raptem dwa. Kiedy w tle grają piosenki Marleya albo podczas rozmów Boba ze swoją żoną. Co z tego, że Kingsley Ben-Adir oraz Lysalla Lynch dają z siebie wszystko, by zaangażować w tą całą opowieść, skoro scenariusz podcina im skrzydła. A reżyser kompletnie nie jest w stanie wykrzesać z siebie jakiejkolwiek energii.

one love1

Dawno, ale to naprawdę dawno nie widziałem filmu tak bezczelnie marnującego swój potencjał. „Bob Marley: One Love” jest nudny, nie ma na siebie żadnego pomysłu, płytki, w zasadzie pozbawiony duszy. Jeśli chcecie lepiej poznać Boba Marleya, polecam absolutnie świetny dokument Kevina Macdonalda z 2012 roku „Marley”. Odradzam nawet jeśli jesteście zatwardziałymi fanami reggae.

4/10

Radosław Ostrowski

Amerykańska fikcja

Ileż to było filmów, gdzie głównym bohaterem był pisarz. Ale samego środowiska literacko-wydawniczego rzadko pokazywane jest na ekranie. Mi do głowy przychodzi „Geniusz” Michaela Grandage’a o relacji pisarz-redaktor czy (bardziej pobocznie) „Przypadek Harolda Cricka”. Do tego grona dołącza satyryczna „Amerykańska fikcja”, czyli reżyserski debiut Corda Jeffersona.

american fiction1

Bohaterem jest Theleonius „Monk” Ellison (Jeffrey Wright) – pisarz i wykładowca akademicki, wywodzący się z rodziny lekarzy miasta Boston. Mieszka we wielkim mieście, pisze wysoko oceniane powieści, lecz niezbyt dochodowe. Do tego czasem ma dość ostre opinie na kilka tematów, co doprowadza do przymusowego urlopu z uczelni. Wraca do Bostonu, gdzie ma odbyć się festiwal literacki, jednak zostaje on zignorowany przez jedno wydarzenie – wysoko ocenianą powieść Sintary Golden (Issa Rae). Monk jest wkurzony i to z dwóch powodów: a) znowu popularna i realna jest powieść pełna stereotypów o życiu czarnoskórych (getto, bieda, gangsterka, dilerka itp.) b) Monk próbuje wydać swoją powieść, ale jest „zbyt mało czarna”. Czy może być gorzej? Jak się okazuje tak, kiedy nasz bohater odwiedza rodzinę, z którą ma dość luźne kontakty. U matki pojawiają się pierwsze objawy Alzheimera, brat-gej pojawia się jeszcze rzadziej, do tego dbająca o matkę siostra… umiera. Ktoś musi zająć się matką, zaś opieka wymaga kasiory. W końcu Monk nie wytrzymuje i dla żartu piszę najbardziej „czarną” powieść jaką tylko może wyciągnąć jego wyobraźnia. Tak powstaje „Moja patola” i przesyła ją agentowi, Arthurowi (John Ortiz). Następne wydarzenia wywołają ogromne zawirowania niczym tornado.

american fiction4

„Amerykańska fikcja” to tak naprawdę dwa filmy sklejone w jeden. Pierwszy to obyczajowa historia, gdzie bohater próbuje ogarnąć swoje rodzinne życie. Zająć się coraz bardziej chorującą matką, naprawić relacje z bratem i zmierzyć się z paroma demonami przeszłości. Przy okazji pojawia się całkiem interesująca sąsiadka Coraline (Erika Alexander) – jak się okazuje fanka jego powieści. Coś tam się powoli kiełkuje i jest między nimi chemia, ale… czy to zakiełkuje w coś poważniejszego? Ten wątek jest w zasadzie solidny, ma kilka mocnych scen (głównie każda scena z matką) oraz uroczych chwil (poboczny wątek służącej oraz zakochanego w niej gliniarza), potrafiący zaangażować.

american fiction3

Ale najciekawsze były dla mnie wątki satyry na środowisko literackie oraz szeroko spotykanej głupoty. Bo cała ta książka napisana „dla jaj” (nawet ksywa Stagge R. Lee to żart) okazuje się „gorącym towarem”. Wydawnictwo proponuje kosmiczne pieniądze (jak dla naszego bohatera), co wywołuje lawinę wydarzeń. A ja nie mogłem uwierzyć w to, jak ci wszyscy ludzie (nie tylko wydawnictwo, ale jurorzy festiwalu literackiego – zgadnijcie, kto się wśród nich znajduje czy… producent filmowy) dostrzegają w tym paździerzu „szczery i prawdziwy portret życia Afro-Amerykanów”. Monk chce powstrzymać całe to szaleństwo, ale nic nie może z tym zrobić. Każde kolejne spotkanie doprowadzały mnie do nagłego ataku śmiechu ze skali głupoty. Wydawca nawet zgadza się na zmianę tytuły z „Moja patola” na… „Kurwa” (SERIO!!!), zaś Monk musi udawać „stereotypowego” czarnucha w rozmowach z innymi. A wszystko kończy się szalonym i mocarnym finałem.

american fiction2

Wszyscy tutaj grają świetnie: od cudownego Sterlinga K. Browna (Cliff, brat-gej) przez poruszającą Leslie Uggams (Agnes, matka) po uroczo-zadziorną Erikę Alexander (Coraline). Ale tak naprawdę „American Fiction” to koncert Jeffreya Wrighta. „Monk” Ellison w jego wykonaniu to tak naprawdę kilka osób w jednej: strasznie poważny pisarz, który chce przełamać stereotypowanie portretowanie czarnoskórych w literaturze; zdystansowany ironista, pierwszy raz od dawna biorący odpowiedzialność za rodzinę, a także osoba o bardzo mocnych, stałych przekonaniach. Aktor potrafi być bardzo powściągliwy, pokazując wiele samym spojrzeniem czy ruchem brwi. Ale nawet udając stereotypowego czarnucha z osiedla (od sposobu mówienia i słownictwa po mowę ciała) jest jednocześnie rozbrajająco zabawny, a także zażenowany cała sytuacją. Fantastyczna kreacja, zasługująca na wszelkie wyróżnienia.

american fiction5

Dawno nie widziałem tak ciętej satyry na ludzką głupotę i polityczną poprawność jak „Amerykańska fikcja”. Debiutujący reżyser bardzo pewnie wyśmiewa promowanie dzieł, w których bardziej liczy się tematyka niż sposób opowiadania. Innymi słowy: zderzenie kultury wysokiej z niską, który można dopasować do każdej dziedziny sztuki.

8/10

Radosław Ostrowski

Anatomia upadku

Dawno nie mieliśmy na ekranie dramatu sądowego. Wiemy jak takie historie, gdzie mamy zderzenie dwóch wersji wydarzeń i sąd musi ustalić, co uznaje za prawdę. Jednak nowy film Justine Triet jest o wiele bardziej skomplikowanym przypadkiem.

Jesteśmy w domu gdzieś z dala od wielkiego miasta. Tutaj mieszka niemiecka pisarka Sandra Voyter (Sandra Huller), razem ze swoim mężem oraz niewidomym synem. W zasadzie mąż prowadzi remont domostwa (w tle puszczając „P.I.M.P.” 50 Centa), kiedy żona przeprowadza wywiad z nią. Ale hałas nie bardzo pozwala na przeprowadzenie rozmowy, więc umawiają się na inny termin. Syn Daniel po wykąpaniu psa idzie na spacer, zaś Sandra idzie do siebie. ALE jak chłopak wraca ze spaceru, to koło domu leży zakrwawione ciało ojca. Wypadek, samobójstwo czy… morderstwo? Sprawa nie wydaje się być jasna, a mimo poszlak rok później dochodzi do procesu.

No i zaczyna się absolutna jazda bez trzymanki. Triet jednak nigdzie się nie spieszy w pierwszym akcie, więc trochę na rozpoczęcie całej akcji. Być może za długo, by móc poznać jej wersję wydarzeń oraz wsparcia przyjaciela adwokata. Jeszcze podczas wizji lokalnej (albo jak sami nazywają rekonstrukcją) zaczynają pojawiać się pęknięcia w zeznaniach… syna. Ale sam proces to brutalna oraz bezwzględna walka, gdzie kwestia winy i niewinności zależy od… no właśnie, czego. Bo jeśli – tak jak sędziowie – chcecie poznać obiektywną, oczywistą, bezdyskusyjną prawdę lub reżyserka pokażę TĄ scenę, wyjaśniającą całą tą zagadkę, muszę was rozczarować. To pierwsze NIE istnieje w naszym świecie, to drugie w ogóle się nie pojawia. W zasadzie są tylko słowa, słowa i słowa. Same w sobie mogą nic nie znaczyć, JEDNAK umieszczenie ich w kontekście nabiera bardziej niepokojącego wydźwięku. I to wykorzystują obie strony sporu, zarówno prokurator (wykorzystanie fragmentu powieści oskarżonej sprzed kilku lat, by dopasować parę zdań do obecnej sytuacji), jak i obrońca.

A jeśli dodamy fakt, że oskarżona nie próbuje mizdrzyć się do opinii publicznej, jest bardzo wycofana i zdystansowana, to nie przemawia za bardzo na jej korzyść. Jeszcze musi bronić się w języku francuskim, którym nie posługuje się zbyt płynnie (o wiele lepiej idzie jej w angielskim). Triet powoli pokazuje skomplikowaną relację rodzinną, gdzie nie brakuje zarówno niespełnionych ambicji (mąż próbował pisać, ale porzucił pracę nad powieścią po kilku latach), zdrady, egoizmu oraz frustracji. Nic tu nie jest jednoznaczne, zaś kolejne zeznania (biegłych, psychiatry, policjanta) nie rozwiązują tej sprawy. W tych momentach „Anatomia upadku” staje się gęstym i intensywnym dramatem. Jak podczas sceny odtwarzania nagrania audio (kłótnia zostaje pokazana przez kamerę do momentu dźwięków szamotaniny) czy w chwili zeznań Sandry, kiedy podczas wypowiadanych słów znajdujemy się w samym domu. A jeszcze do tego całego tornada zostaje rzucony syn, który zaczyna poznawać rzeczy o jakich nie miał pojęcia.

Ten film by tak nie zadziałał, gdyby nie świetne dialogi i mocny scenariusz, ale przede wszystkim rewelacyjna Sandra Huller. Bardzo stonowana i wyciszona kreacja, gdzie wydaje się trzymać emocje na wodzy (szczególnie w sądzie). Nie udaje świętej, nie robi z siebie, przez co trudno ją polubić i nie pozwala nam wejść do swojej głowy. W bardzo rzadkich momentach pęknięcia tego obrazka, gdzie za pomocą mikrospojrzeń można coś odczytać. Tylko trzeba bardzo UWAŻNIE oglądać. Równie świetny jest Milo Machader Graner w roli nastoletniego Daniela, przechodzący najbardziej brutalny proces wchodzenia w dorosłość, a także Antoine Reinartz (prokurator) oraz Swann Arlaud (obrońca).

Czy „Anatomia upadku” jest zaskakującym dramatem sądowym? Raczej przypomnieniem, że prawda tak naprawdę zależy od naszej interpretacji i uprzedzeń, a nie samych faktów. A przez to cała ta historia po seansie zostaje mocno w głowie. Mimo dłużyzn i nierównego tempa, pozostaje frapującym oraz prowokującym do ciągłego myślenia tytułem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Priscilla

Nie znam obecnie reżyserki, która ma tak silny zmysł estetyczny jak Sofia Coppola. Większość jej filmów można określić jako wizualną ucztę dla oka, jednak nie zawsze mnie angażowały emocjonalnie. W zasadzie wyjątkiem od tej reguły było „Między słowami”. Czy „Priscilla” zmieni ten stan rzeczy?

Film jest oparty na pamiętniku Priscilli Presley (nagrodzona na MFF w Wenecji Cailee Spaeny) z domu Beaulieu oraz jej związku z gościem o pospolitym imieniu Elvis. Wszystko zaczęło się w połowie lat 50., gdy muzyk pełnił służbę wojskową w Niemczech. Ona miała niecałe 15 lat, kiedy się poznali w Wiesbaden. Wszystko dzięki przyjacielowi Króla oraz rozmowie z jej ojczymem. Od tej pory zahukana dziewczyna jest kompletnie zauroczona, nie jest w stanie o niczym innym myśleć. Początkowo rodzice są bardzo sceptyczni wobec tej znajomości. Dziwicie się? W końcu to Elvis (Jacob Elordi) – facet, za którym laski podążają wzrokiem niczym opętane i mógł mieć praktycznie każdą. Jednak to ONA zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Do tego stopnia, że zabiera ją (za zgodą rodziców i pod presją Priscilli) do Graceland. Tam też ma ukończyć naukę w szkole katolickiej, a potem… dzieją się rzeczy.

Brzmi jak bajka o księżniczce, co trafiła na swojego rycerza na białym koniu i trafiła do zamku. Tam niby wszyscy traktują ją z życzliwością (szczególnie babcia Elvisa), pomagają jej się zaadaptować, ALE… Pod tą całą fasadą pięknych obrazków, niemal pastelowych kolorów, pojawia się mniej sympatyczny obrazek. To wszystko tak naprawdę złota klatka, gdzie młoda i wchodząca w dorosłość kobieta nie ma dla siebie miejsca. Niemal cały czas reżyserka pokazuje nudną monotonię tego życia. Nawet w szkole wydaje się bardzo wycofana i znudzona. Tak samo jak kiedy Elvis wyrusza w trasę koncertową (dosłownie pokazane są migawki) czy kręci filmy, a same wiadomości docierały tylko z gazet. Nawet jeśli pojawiają się wspólne chwile naszej parki, daleko jest do sielanki. W tych momentach „Priscilla” potrafi uderzyć, ale reżyserka nie bawi się w osądzanie.

Niemniej to powolne tempo i pokazywanie nudy dnia codziennego jest bronią obosieczną. Bo w którymś momencie cała ta historia zaczyna nużyć, co może być dość zadziwiające. Coppola między słowami próbuje pokazać całą tą dziwną, niemal toksyczną relację dwojga ludzi, którzy – przynajmniej takie odniosłem wrażenie – nie byli na to przygotowani. Ona o wiele za młoda i niezbyt dobrze znająca życie, on ciągle w trasie, otoczony swoją ekipą, bardzo zdystansowany. Niby uduchowiony, ale cały czas nieobecny. Dlatego zakończenie nie jest żadną niespodzianką.

To, co mnie najmocniej trzymało to świetne główne role. Absolutnie cudowna jest Cailen Spaeny jako nastoletnia Priscilla – odpowiednio miesza niewinność, naiwność z samotnością oraz coraz większym poczuciem bezsilności. Im dalej w las, tym bardziej można odnieść wrażenie, że coraz bardziej zaczyna się czuć przytłoczona i zmęczona. Wszystko jednak pokazane w bardzo stonowany, subtelny sposób. Jacob Elordi pokazuje zupełnie innego Elvisa niż znanego ze sceny. Jest czarujący i przystojny, ALE jednocześnie bywa egoistyczny, faszeruje się lekami. Ale podczas rozmów telefonicznych z Priscillą wydaje się najbardziej niejednoznaczny. Czy naprawdę chce ją chronić przed medialnym tajfunem wokół niego, czy może jednak coś ukrywa? Ta niejasność pozostaje do samego końca.

Ciężko mi jednoznacznie polecić nowe dzieło Sofii Coppoli. „Priscilla” bardzo urzeka warstwą audio-wizualną (o dziwo, nie ma żadnych piosenek Elvisa) oraz aktorstwem. Jednak próba pokazania całej tej dziwnej relacji idola z fanką może wywołać znużenie swoim monotonnym rytmem. Muszę jednak przyznać, że mnie ten film frapował i ma parę mocnych scen, by dać mu szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Śnieżne bractwo

Wiele razy słyszało się, że życie pisze niezwykłe scenariusze. Niektóre są wręcz trudne do uwierzenia, a nawet szokujące czy przerażające. Taka historia wydarzyła się jesienią 1972 roku, kiedy urugwajski samolot pasażerski rozbił się w Andach. Wśród pasażerów byli zawodnicy lokalnej drużyny rugby, którzy mieli rozegrać mecz oraz kilku członków rodzin. Łącznie ponad 40 osób, wliczając w to także członków załogi. Wielu zginęło od razu, a ocalali mieli poważny dylemat. Wokół mróz, żywności tyle, ile się znajduje w plecakach, żadnych leków, dookoła same góry. Jedynym bezpiecznym miejscem wydaje się wrak samolotu. Tylko ile można czekać na pomoc, nie mając też żadnego dostępu do radia. Głód i śmierć zaczynają doskwierać, co zmusi wszystkich do trudnych oraz poważnych decyzji.

Już ta historia była pokazywana przez filmowców. W 1993 roku amerykański producent Frank Marshall nakręcił „Alive, dramat w Andach” z Ethanem Hawkiem w roli głównej na podstawie reportażu Piersa Paula Reida. 30 lat później opierając się na książce non-fiction dziennikarza Pablo Vierzi tą opowieść postanowił przedstawić dla Netflixa hiszpański reżyser Juan Antonio Bayona. Nie będę porównywał obydwu filmów, bo jednego z nich nie widziałem i byłoby to nie fair.

Początek to takie krótkie wprowadzenie i poznanie naszych bohaterów. A po jakiś 15 minutach wsiadamy w samolot i… dostajemy mocny strzał. Sama scena katastrofy jest gwałtowna, nagła oraz brutalna. Dalej jest jeszcze ciężej, mroczniej i wrogo. Można powiedzieć, że to klasyczne kino survivalowe, gdzie śmierć wydaje się tańczyć nad ocalałymi, czekając tylko na złapanie kolejnego partnera. Natura dawno nie była tak nieprzyjazna, choć wygląda majestatycznie pięknie. Stoi to mocno w kontrze do bardzo ciasnej przestrzeni rozbitego samolotu – niby bezpiecznego (względnie), ale także będącego pułapką. Reżyser zmienia nastrój i atmosferę niczym w rollercoasterze: od nadziei i wiary w ocalenie (zauważenie latającego samolotu, dotarcia do uszkodzonego ogona, zbudowanie radiostacji) aż po beznadzieję, smutek oraz bezsilność.

Do tego całego miksu zostaje jeszcze wrzucona kwestia kanibalizmu. A tak, bo by przetrwać katastrofę ocaleni zjadali martwe ciała. Co wywołuje dość mocny podział oraz konsternację – czy to jest moralne (wielu pasażerów to ludzie wierzący), czy w ogóle taki wariant powinien być brany pod uwagę. A jeśli tak, jak to zrobić, by nie doprowadzić do obłędu? Ten dylemat jest najmocniejszym wątkiem tego filmu i pozostaje na dłużej. Od razu może uprzedzę, ze Bayona nie bawi się w tanie szokowanie czy pokazywanie makabrycznego procesu krojenia „mięsa”. Niemniej samo przetrwanie pokazane jest w bardzo sugestywny sposób, ze szczególnym wskazaniem na oszczędną scenografię oraz kapitalną charakteryzację. Widzimy jak mocno zmieniają się twarze od zimna, wszelkiego rodzaju strupy, blizny, wszelkie pokazywanie zmian fizycznych na ciele. Kupuję to bez poważniejszych zastrzeżeń.

Jeszcze bardziej pozwala w tą opowieść wejść zaangażowanie kompletnie nieznanych aktorów, w większości debiutantów. Aczkolwiek tutaj jest to broń obosieczna. Problemem nie są jednak aktorzy, tylko skupienie się reżysera na bohaterze zbiorowym. Niby w centrum znajduje się tutaj Numa Turcatti (Enzo Vongrincic), pełniący tutaj rolę narratora, ale tylko on zostaje najlepiej zarysowaną postacią. Nawet bardziej wyraziści jak Roberto Canessa, Nando Parrado czy Adolfo Strauch pokazywani są poprzez ich działania i czyni niż ich myśli. Ale to być może jest cena tego, że mamy tu aż kilkanaście postaci i nie każdy został przeze mnie zapamiętany.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Śnieżne Bractwo” pozostaje mocnym dramatem survivalowo-katastroficznym. Bardzo namacalny, miejscami naturalistyczny i – jak w najlepszych tego typu produkcjach – zadaje pytanie: co ja bym zrobił/a w takiej sytuacji? A dla mnie to jest dużo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

20 dni w Mariupolu

Takie dokumenty ciężko się ogląda, a jeszcze ciężej się mówi. Już sam tytuł mówi wszystko – mamy sfilmowane 20 dni z życia obleganego miasta Mariupol. Wszystko sfilmowane przez dziennikarzy Associated Press, a dokładniej pod wodzą reżysera Mstislava Chernova.

20 dni w Mariupolu” jest dokładnie tym, o czym mówi. Reżyser, będący jednocześnie narratorem i uczestnikiem całych wydarzeń. Od momentu ogłoszenia wojny przez Rosję na Ukrainę aż do ucieczki z miasta dzięki konwojowi Czerwonego Krzyża. Po drodze dostaniemy wiele rzeczy, o których potem usłyszał cały świat. Kłamliwej, rosyjskiej propagandzie z ust Botoksowego Dyktatora Kremla Władimira „idi na chuj” Putina. Ataki artyleryjskie, ostrzał z samolotów, gdzie tak naprawdę nigdzie nie jest bezpiecznie. Nawet w piwnicach czy szpitalach, do których trafia coraz więcej ofiar. Ranionych odłamkami, ciężko rannych i umierających. Bez względu na wiek. Otoczeni przez coraz bardziej nacierające wojska rosyjskie, z dnia na dzień sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna. Sytuacji nie pomaga izolacja, odcięcie mieszkańców od gazu, wody, energii elektrycznej. Brak Internetu, ludzie opuszczający swoje domy, wreszcie włamywanie się do sklepów – nadzieja miesza się ze strachem, śmiercią i coraz bardziej namacalną beznadzieją.

Film jest bardzo szorstki, wręcz surowy w formie. Bardzo reporterski, filmowany z ręki, z rzadkimi ujęciami z drona na miasto. Do tego jeszcze niektóre ujęcia zostają pokazanie przez masowe media jako komentarz. Ale najcenniejszy był komentarz samego reżysera. Chernov nie tylko opisuje wszystkie wydarzenia z ekranu, lecz także dzieli się swoimi refleksjami i obawami. Tego, co się dzieje oraz może się wydarzyć – jak od lat Ukraina jest osłabiana przez Rosjan, czy jeszcze spotkają się z rodziną albo czy przyjdzie jakaś pomoc. A to wszystko sprawia wrażenie namacalnego, przerażającego dramatu.

Duszne, niemal klaustrofobiczny dokument pokazujących okrucieństwo wojny. Obdarty z jakiejkolwiek ideologicznej otoczki, jest brutalnie szczery, trzyma za gardło, szarpie, dusi.

Radosław Ostrowski

1670 – seria 1

Polskie seriale komediowe (te zabawne) wydają się być reliktem przeszłości. Niemniej w ostatnich latach coś ruszyło, głównie dzięki produkcjom Canal+ jak „The Office PL” i „Emigracja XD”. Obydwa te tytuły jeszcze przede mną, ale pojawiła się ogromna niespodzianka od Netflixa. Powiem szczerze, że byłem dość sceptycznie nastawiony do serialu „1670”. Bo jak to tak – zrobić serial komediowy, do tego jeszcze historyczny, w stylu mockumentary? Przypomina to sen jakiego wariata albo początkującego scenarzysty w trakcie eksperymentowania z narkotykami.

Akcja zaczyna się w roku 1670 we wsi Adamczycha gdzieś na terenie Rzeczypospolitej – największego mocarstwa swoich czasów. Naszym przewodnikiem po tej okolicy będzie Jan Paweł Adamczewski (Bartłomiej Topa) – pełnokrwisty Sarmata, którego życiowym celem jest zostanie najsłynniejszym Janem Pawłem w historii. Szlachcic przebywa w swoim majątku razem z żoną Zofią (Katarzyna Herman) oraz trojgiem dzieci: najstarszym Stanisławem (Michał Balicki), cwanym duchownym Jakubem (Michał Sikorski) i jedyną córką Anielą (Martyna Byczkowska). No i jest jeszcze ten sąsiad, Andrzej (Andrzej Kłak), będący dla bohatera prawdziwym wrzodem na zadzie.

Za ten krótki (8 odcinków po około 40 minut) serial odpowiadają scenarzysta Jakub Różyłło (drugi sezon „Sexify”) oraz reżyserski duet Maciej Buchwald/Kordian Kądziela. Pierwszy z nich to stand-uper oraz członek improwizowanego teatru Klancyk, drugi wcześniej zrobił dla Polsatu serial „Mental”. Każdy odcinek w zasadzie jest oddzielną opowieścią, gdzie Jan Paweł mierzy się z różnymi sytuacjami. A to szykuje się sejmik, gdzie ma dojść do podwyższenia podatków, a to najstarszy syn zaręczył się z mieszczką (tfu!!!) i trzeba poznać przyszłych teściów, a to ma się odbyć marsz innowierców czy ślub i chłopskie wesele. Dzieje się dużo, wielokrotnie łamana jest czwarta ściana, zaś masa dialogów mocno odnosi się do naszej rzeczywistości oraz naszych wad: pieniactwa, chciwości, hipokryzji, egoizmu, głupoty i upokarzania innych. Tu obrywa się wszystkim: szlachcie, chłopom, duchowieństwu oraz mieszczanom. Nawet jest parę dzisiejszych „gadżetów” („smartfon”, łódki jako ówczesny odpowiednik samolotu) czy odniesień w dialogach do współczesności (program wymiany studentów Erazmus lub trzy etapy bitew). Tutaj nawet postacie epizodyczne są bardzo wyraziste i zapadające w pamięć (od lat żyjący w trzeźwości chłop Jędrula, etatowa płaczka – pani Stasia, przesiąknięty francuską modą magnat Lubopolski czy śledczy koronny ojciec, ksiądz Żmija z Sandomierza). Zaś niektóre dowcipy i gagi bardzo mnie zaskoczyły niespodziewaną linijką dialogu czy wstawką muzyczną (XVII-wieczna wersja „The Final Countdown”), doprowadzając do nagłych ataków śmiechu. Nie mówiąc już o niektórych wizualnych żartach w rodzaju mierzenia sobie… kutasów (i nie jest to coś, o czym myślicie).

Do tego „1670” jest bardzo dobrze zrobione pod względem technicznym. Świetnie sfotografowane, z kapitalną muzyką imitującą epokę (absolutne brawa dla Jerzego Rogiewicza!!!!) i bardzo dobrym udźwiękowieniem. Dialogi są tak wyraźne, że nie trzeba oglądać tytułu z napisami. Równie imponująca jest scenografia i kostiumy, mimo pewnej kameralności całej fabuły. Czuć namacalnie to miejsce, bez poczucia takiej „sterylności” (błoto!!!) jaka była w wielu historycznych serialach. Pod tym względem serial bardzo przypominał mi… „Kosa” Pawła Maślony, choć tamten jest bardziej poważny w tonie.

Serial jeszcze jest absolutnie rewelacyjnie zagrany. Kapitalny jest Bartłomiej Topa w roli Jana Pawła Adamczewskiego, tworząc najbardziej wyrazistego szlachcica od dawna. W nim znajdują się wszystkie wady polskiego sarmatyzmy: przekonanie o własnej racji, narcyzm, poczucie wyższej wartości. Mocny jest tylko w gębie i ma więcej szczęścia niż rozumu, ale w dalszych odcinkach potrafi pokazać się z dobrej strony jak choćby odbierając poród. Tak samo znakomity jest Michał Sikorski w roli śliskiego księdza Jakuba. To najbardziej obłudny i diaboliczny członek rodziny, co bardziej skupia się na karierze oraz własnej sakiewce. Wiele zabawnych scen i dialogów pochodzi od niego. Zaskakuje też Katarzyna Herman, czyli dość osobliwa żona Jana Pawła. Bardzo wycofana, niemal non stop modląca się i nosząca czarny strój żałobny, ale nawet ona zostaje pogłębiona w zaskakujący sposób. Szoł wielokrotnie kradnie Martyna Byczkowska, której postać wydaje się bardziej pasować do naszych czasów niż XVII wieku. Najinteligentniejsza z całej rodziny, zbuntowana przeciw ówczesnym konwenansom, próbująca podążać swoją własną drogą i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Niech chcę nawet wspominać o kradnącym ekran Dobromirze Dymeckim (zaprawiony w boju Bogdan), bardzo uroczym Kiryle Pietruczuku (Litwin Maciej, pomocnik kowala) czy trochę zepchniętym do tła Andrzeju Kłaku (sąsiad Andrzej).

Nie wiedziałem czego oczekiwać, a dostałem najlepszy polski serial komediowy od lat. Choć muszę przyznać, że mocno absurdalny humor „1670” i jego satyryczne spojrzenie na historię nie wszystkim się spodoba. Ale to bardzo odświeżające doświadczenie, absolutnie kapitalnie zagrane, napisane i zrealizowane. Niby zakończenie jest zamknięte, ale bardzo chciałbym zobaczyć ciąg dalszy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Argylle – tajny szpieg

Parodie i wszelkiego rodzaju pastisze filmów szpiegowskich są równie stare jak filmy szpiegowskie. W ostatnim czasie takim specem od tego gatunku stał się Matthew Vaughn, dzięki serii filmów „Kingsman”. Reżyser bardzo efekciarskiego, intensywnego i kreatywnego (w formie) kina rozrywkowego wraca z kolejną historią o szpiegach. Tylko, że troszkę inaczej opowiedzianej.

Początek idzie bardzo w stylówę a’la James Bond, który tym razem nazywa się agent Aubrey Argylle (Henry Cavill z „kwadratową” fryzurą). Podczas misji w Grecji ma schwytać niejaką LaGrange (Dua Lipa) i znaleźć główny klucz. Sprawy się komplikują, bo a) Argylle zostaje zdekonspirowany, b) LaGrange ucieka i trzeba ją dopaść. Ale od czego jest sprawdzony kumpel, Wyatt (John Cena). Po krótkim przesłuchaniu okazuje się, że kobieta pracowała dla… dyrektora organizacji, dla której pracuje Argylle. By znaleźć dowody tej zdrady, panowie ruszają do Londynu, by znaleźć hakera i „główny klucz”.

Wciągnęło was? To muszę was rozczarować, bo cała ta historia to… finał czwartego tomu cyklu powieści o Argylle’u autorstwa Elly Conway (Bryce Dallas Howard). Kobieta pracuje już nad piątym tomem, jednak brakuje zakończenia. Chcąc przełamać blokadę twórczą pisarka wyrusza do matki (Catherine O’Hara), by razem popracować nad rozwiązaniem. W pociągu poznaje niejakiego Aidena (Sam Rockwell), który przysiada się obok i… okazuje się być szpiegiem. Choć prawdę mówiąc z długim zarostem i włosami wygląda jak ostatni menel. Do tego wszyscy (prawie) pasażerowie chcą ją zabić. Czy ma to coś wspólnego z książką?

Jak widać „Argylle” ma fabułę tak prostą do zrozumienia jak ustawy sejmowe. I tu nawet nie chodzi o przeplatanie się fikcji literackiej z rzeczywistością czy pastiszowy ton całości. Vaughn – jak na niego przystało – robi efekciarskie, szalone opowieści, gdzie realizm robi sobie wolne. Bardzo dynamicznie sfilmowanie i zmontowane sceny akcji podkręcają adrenalinę (szczególnie jak Aiden zmienia się w Argylle’a), wszystko pędzi na złamanie karku, mieszając brutalną jatkę (choć film ma kategorię PG-13) z humorem, mocno polanym absurdem. Po drodze odkrywamy kolejne twisty i zakręty, których jest sporo. Być może nawet za dużo, przez co gdzieś bliżej końca stawały się łatwe do przewidzenia. Aż już trzeci akt i finałowa konfrontacja to jest czyste szaleństwo, w którym główną rolę odgrywają ropa, granaty dymne, podczerwień i noże jako… łyżwy. Więcej nie powiem, bo to trzeba zobaczyć na własne oczy. Wielu może zmęczyć ten przesyt fajerwerków, jednak ja bawiłem się naprawdę dobrze. Może nie tak jak w serii „Kingsman”, ale Brytyjczyk nie ma się czego wstydzić.

Sytuację wspierają świetni aktorzy. Bardzo pozytywnie zaskakują Bryce Dallas Howard i Sam Rockwell. Ta pierwsza jako pisarka wrzucona w sam środek szpiegowskiej intrygi jest bardzo przekonująca. Szczególnie korzystając z inteligencji i sprytu, unikając siłowej konfrontacji. Im jednak dalej, okazuje się mieć o wiele więcej umiejętności niż się można spodziewać. Z kolei Rockwell nie miał roli tak wymagającej fizycznie jak Aiden. Brutalny, bardziej stąpający po ziemi i miejscami sarkastyczno-zblazowany. Intrygujące duo. Na drugim (oraz trzecim) planie mamy zbieraninę wyrazistych ról: od szorstkiego Bryana Cranstona (dyrektor Ritter, czyli główny antagonista) przez zaskakującą Catherine O’Harę (matka Elly) po drobne epizody Samuela L. Jacksona (Alfie) czy pojawiających się we „fragmentach książek” Henry’ego Cavilla i Johna Cenę.

Zdaję sobie sprawę, że będę raczej w mniejszości, ale… podobał mi się ten „Argylle – Tajny szpieg”. Może nie jest aż tak zaskakująca i szalona jak osadzona w podobnym klimacie seria „Kingsman”, jednak Vaughn jakimś cudem potrafi cały czas wykrzesać swoją szaloną wyobraźnię. Efekciarskie, celowo tandetne i bardzo kreatywne kino akcji z humorkiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Rustin

Amerykańscy filmowcy (głównie czarnoskórzy) bardzo chętnie opowiadają nie tylko o ciężkich czasach, kiedy byli szykanowani i traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Przypominają też zapomniane postacie z historii walki o prawa obywatelskie. Taką osobą bez wątpienia jest Bayard Rustin – współorganizator marszu na Waszyngton z 1963 roku, w którym brało udział 250 tysięcy Afro-Amerykanów z całego USA. O przygotowaniach do tego wydarzenia opowiada film Netflixa „Rustin”.

Jak wspomniałem bohaterem filmu jest Bayard Rustin (Colman Domingo) – zapomniany dziś aktywista społeczny i przyjaciel Martina Luthera Kinga (Ami Ameen). Kiedy go poznajemy, próbuje z Kingiem zorganizować wielką, pokojową manifestację. Nie jest to na rękę ani władzom Krajowego Stowarzyszenia na rzecz Popierania Ludności Kolorowej, ze szczególnym wskazaniem Roya Wilkinsa (Chris Rock z siwymi włosami), ani kongresmena Adama Powella Jra (Jeffrey Wright). To powoduje, że Rustin odchodzi z organizacji (choć tak naprawdę to był blef) i działa na własną rękę. Trzy lata później razem z grupą młodych ludzi decyduje się przygotować marsz na Waszyngton. Do tego jednak potrzebuje wsparcia wszystkich grup, a szczególnie Kinga.

Za film odpowiada reżyser George C. Wolfe – uznany dramaturg oraz reżyser, głównie teatralny. Czasem jednak stworzy coś dla kina czy telewizji. Zawsze jednak dotyka spraw ważnych i poważnych, tak jak w tym przypadku. Historia Rustina służy jako pretekst do pokazania zarówno trudności do przygotowań marszu, jak też podzielenia samego środowiska aktywistów. Młodszych, gotowych do konfrontacji siłowej pod wpływem Malcolma X, weteranów z dużym doświadczeniem oraz bardziej umiarkowanych. Dla nich ostatnich postać Rustina jest problematyczna z dwóch powodów – twardych, wręcz radykalnych postulatów oraz… jego homoseksualizmu. Że jest on zbyt wyrazistą postacią, stanowiącą łatwy cel dla władzy.

Reżyser wszystko to prowadzi dość spokojnie, powoli i bardzo zachowawczo. Wątek homoseksualizmu służy jako podwalina romansu między Rustinem, wspierającym ruch białym Tomem Kahnem (Gus Halper) oraz przyszłym pastorem Eliasem Taylorem (Johnny Ramey). Dla mnie ta relacja była mało angażująca. O wiele bardziej łapały mnie zarówno krótkie (kręcone czarno-białą taśmą) retrospekcje, jak i sceny przygotowań. Pozwalało to wejść za kulisy całej operacji, zaś pasja oraz energia głównego bohatera była bardzo zaraźliwa. Niemniej wyczuwam pewne uproszczenia tej historii, po drodze jeszcze wkrada się lekko nieznośny patos. Muszę jednak przyznać, że kilka scen (przygotowania czarnoskórych policjantów do pilnowania marszu, dzwoniące telefony po rozpoczęciu medialnej nagonki) potrafi mocno uderzyć.

Wszystko jest też dobrze zagrane, ale tak naprawdę „Rustin” to popis jednego aktora – Colmana Domingo. Jego Rustin z jednej strony jest bardzo charyzmatycznym mówcą, pełnym pasji, nonszalancji i brawury, z drugiej pada ofiarą szykan oraz złośliwości. Ta mieszanka sprzeczności (podparta jeszcze drobnymi ruchami ust, które gotowe są coś powiedzieć, lecz… jakby się zatrzymują) czyni go fascynującą postacią, choć twórcy nie robią z niego męczennika, ani ofiary. Magnetyczna i najbardziej wyrazista kreacja tego filmu.

Zaledwie przyzwoitego i zdecydowanie edukacyjnego w przekazie. „Rustin” pozwala wyciągnąć z zapomnienia ważną postać dla amerykańskiej historii XX wieku, jednak nie ma jego energii ani brawury.

6/10

Radosław Ostrowski

Nimona

Netflix coraz bardziej poszerza swój katalog oryginalnych produkcji wszelkich maści. Ale chyba najrówniejsze w ich dorobku są produkcje dokumentalne i animacje. To drugie reprezentuje jedna z przeoczonych przeze mnie dzieł. Stworzona przez poszerzające swoją bibliotekę Annapurnę adaptację komiksu (przepraszam, powieści graficznej) Nate’a Stevensona.

„Nimona” dzieje się w niby-współczesnym mieście, ale gdzie nadal walczą rycerze. Od tysięcy lat miasto było otoczone potężnymi murami, broniącym przed wszelkiej maści zagrożeniem. Miastem rządzą kobiety (królowa oraz dyrektor Instytutu, w którym szkoleni są rycerze), technologia jest bardzo mocno zaawansowana (Internet, „żywe” banery reklamowe, latające samochody) – jednym słowem raj i sielanka. Ma też dojść do precedensu, bo ma dojść do ślubowania pierwszego rycerza pochodzącego z nizin społecznych (a nie potomkowie obrończyni miasta, Gloreth) – Ballister. Niestety, podczas ślubowania królowa zostaje zamordowana, zaś uznany na winnego nowy rycerz musi się ukrywać. Wtedy pojawia się pewna dość energiczna, zbuntowana nastolatka o imieniu Nimona. Proponuje mu pomoc w oczyszczeniu swojego imienia, choć jej metody są dość… ekstremalne.

Sam film w zasadzie jest prostą historią, której największym sercem jest relacja dwójki outsiderów. Ballister mimo woli zostaje oskarżony, ale broni się przed nieczystą walką, pozostaje przez większość akcji idealistą. Nadal wierzy w honor, lojalność oraz siłę systemu. Nimona jest całkowitym kontrastem – zbuntowana nastolatka, z bardzo punkowym nastawieniem, wściekłością, gniewem. I jeszcze jest… zmiennokształtna, co daje animatorom duże pole do popisu. Ta kontrastowa para oraz zmieniająca się ich dynamika jest emocjonalnym paliwem, co także jest zasługą świetnego dubbingu. Przy okazji powoli odkrywamy przeszłość bohaterki i przyczynę jej nastawienia wobec świata. Bardzo kreatywnego świata mieszającego zaawansowaną technologię czasów naszych ze średniowiecznymi rycerzami i ich zasadami. Powinno się to gryźć ze sobą, ale kompletnie tak się nie dzieje.

Równie imponująca jest animacja, której bliżej jest do komiksowej stylistyki. Pozornie prosta, ale pełna szczegółów. Szczególnie wrażenie robi ekspresja tytułowej bohaterki i jej umiejętność przemiany we wszystko: od dziecka przez wieloryba i rekina aż po… Godzillę. Dynamizuje to sceny akcji, których tu nie brakuje – świetna ucieczka z więzienia, wyrwanie się z zasadzki Instytutu czy finałowa konfrontacja wzięta z japońskich filmów o kaiju. Wygląda to świetnie, ale też unikatowo, nie naśladując Disneya, Pixara czy DreamWorks w warstwie wizualnej.

„Nimona” może wydaje się prostą opowieścią o tym jak łatwo można stworzyć z kogoś potwora. Tylko, że im bliżej poznajesz go, przestaje on być potworem. Jednak trzeba chcieć przełamać swoje uprzedzenia i lęki, a nie każdy ma odwagę tego dokonać.

8/10

Radosław Ostrowski