Heretic

Jeszcze parę lat temu chodzenie do kina na horror byłoby dla mnie totalną abstrakcją. Ale przełamałem się dzięki „Czarnemu telefonowi” i coraz chętnie skręcam w kierunki grozy. Dlatego zaintrygował mnie „Heretic”, czyli nowe dzieło duet Scott Beck/Bryan Woods (scenarzyści „Cichego miejsca”).

Wszystko zaczyna się od dwóch dziewczyn z kościoła mormonów, które próbują zwerbować nowych członków swojej wiary. Siostra Paxton (Chloe East) i siostra Barnes (Sophie Thatcher) nie mają w tej kwestii zbyt dużo szczęścia, bo albo są ignorowane, albo ośmieszane. Jednak w końcu jest jeden człowiek, który chciałby poznać ich religię – pan Reed (Hugh Grant). Mężczyzna wydaje się bardzo uprzejmy, budzący sympatię i zainteresowany tematem. Ale im dalej trwa rozmowa, tym bardziej okazuje się to wszystko pułapką. Zaś nasz dżentelmen prowadzi swój wykład, że religia to pierdololo. Daje im wyjście, a dokładniej wybór drzwi: przy jednych jest napis WIARA, przy drugich NIEWIARA.

Teraz jest to o wiele bardziej kameralnych opowieści, gdzie mamy zderzenie wiary z rozumem. Jakbym był złośliwy, nazwałbym ten film rozszerzoną wersją monologu George’a Carlina Religion is bullshit. Dialogi (i monologi) są niepozbawione ostrych niczym brzytwa ripost (porównanie religii do… Monopoly czy coverowania piosenek – perełka), ale napięcie jest tutaj budowanie bardzo prosto i oszczędnie. Do tego sama piwnica i podziemne labirynty są jednym z najbardziej przerażających siedlisk od dawna – oszczędnie sfotografowana oraz świetnie oświetlona. Sam finał (w sensie ostatnie 3 minuty temu) jednak był dość rozczarowujący, co jest pewną drobną skazą.

Całość na barkach trzyma świetna trójka: Hugh Grant, Sophie Thatcher i Chloe East. Pierwszy absolutnie błyszczy ze swoim opanowanym głosem, elokwencją oraz sensownymi argumentami. Widać, że bawi się tą rolą i ma z tego masę frajdy. Thatcher i East wydają się pozornie sprzeczne: pierwsza wydaje się mądrzejsza i pewna siebie, zaś druga bardziej wycofana oraz niepewna. Jednak w pewnym momencie to ta druga przejmuje inicjatywę i okazuje się o wiele mądrzejsza niż się wydaje. Ale to musicie się sami przekonać.

„Heretic” to powrót duetu do formy i przykład jak ograniczenia mogą być siłą oraz sprawnie napisanego straszaka. Jedna przestrzeń, trójka aktorów oraz dyskusja o religii – co może być ciekawszego? Takiego wykładu nikt się nie spodziewał.

7/10

Radosław Ostrowski

Anora

Mówi się, że miłość potrafi pojawić się w najmniej spodziewanej sytuacji i miejscu. Na pewno takim miejscem można by nazwać klub ze striptizem. Tutaj raczej nikt nie udaje, że to jest tylko transakcja, chociaż może tym razem będzie inaczej. O takiej nietypowej sytuacji opowiada Sean Baker w swoim nowym filmie „Anora”.

Tytułowa Anora (Mikey Madison) nie przepada za swoim imieniem i raczej używa zdrobnienia Ani. Jest właśnie taką dziewczyną, co tańczy na rurze (i nie tylko) w jednym z klubów na Brooklynie. 23-letnia imigrantka wydaje się być dobra w swoim zawodzie, choć wielkich profitów z tego nie ma. Aż pewnego dnia jej szef przedstawia ją jednemu z klientów, Iwanowi Zacharawowi (Mark Eydelshteyn), gdyż ten chce być „obsłużony” przez dziewczynę płynnie mówiącą po rosyjsku. Chłopak niby jest studentem, ale tak naprawdę większość czasu spędza na imprezowaniu i graniu w gry. W koniu proponuje Ani 15 tysięcy dolarów za spędzenie tygodnia u niego na chacie. Potem zabiera ją do Las Vegas, gdzie… oświadcza się jej, a ona – nie bez wątpliwości – się zgadza. „A potem żyli długo i szczęśliwie”? No, niekoniecznie.

Już sam początek „Anory” elektryzuje. Ale skoro widzimy dziewczyny tańczące przy dzianych facetach w remixie Robina Schultza, nie może być inaczej. Całość jest bardzo przyziemna, pokazująca życie tych z dołów społecznych, próbujących przeżyć. A potem nagle całość wydaje się skręcać w kierunku komedii romantycznej i kolejnej wariacji bajki o Kopciuszku. Jednak w głowie cały czas leżało pytanie: czy to naprawdę była miłość czy bardziej interes, dający szansę na nowe, lepsze życie?

Jednak reżyser cały czas podpuszcza i potrafi zmienić ton w najmniej spodziewanym momencie. Wszystko się zmienia, gdy przyszli teściowie dowiadują się o tym, co zrobił ich synalek. Wtedy pojawia się jego chrześniak, para silnorękich, zaś Anora nie ma w zasadzie nic tutaj do gadania. Ślub ma być unieważniony, ona dostaje za to rekompensatę, ale na więcej nie ma co liczyć. Choć nieporadność osiłków może początkowo wydawać się śmieszna, to nie ma tu miejsca na żarty. Zamiast tego jest walka o swoją godność z o wiele potężniejszymi (także finansowo) siłami. Walka z góry skazana na przegraną, choć niemal do końca liczyłem na inny rozwój wypadków.

To wszystko by nie zadziałało, gdyby nie absolutnie żywiołowa Mikey Madison. Jej Ani to ten typ postaci, które nazywam „silna-słaba”. Sprawia wrażenie bardzo pewnej siebie i o wiele dojrzalszej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Bywa naiwna, ale jednocześnie walczy jak lwica. Nie odpuszcza, niemal do samego końca znaleźć dla siebie najlepsze wyjście. Zostaje jednak zderzona z brutalnym światem, gdzie jej „mąż” (świetny Eydelshteyn) jest mniej dojrzałym, nieodpowiedzialnym gówniarzem, zaś Ruscy magnaci (nie bójmy się tego słowa) nie przejmują się życiem innych. Absolutnie niezapomniany występ, o którym już się mówi w kontekście nagród. Poza nią wyróżnia się fantastyczny Karras Karragulian jako próbujący ogarnąć sytuację Toros (czy tylko mi z twarzy aktor przypominał Jana Peszka?) oraz Yura Borisow w roli jednego z silnorękich, Igora (niekoniecznie taki brutal jak się wydaje).

Po „Florida Project” Sean Baker znowu to zrobił. Pełna empatii i sympatii historia walki o lepsze życie, ale beż żadnego upiększania, słodzenia i lukrowania. Ale jednocześnie dość brutalnie przypomina, że bajki w stylu „Pretty Woman” zdarzają się tylko w kinie i pewnych barier społecznych przeskoczyć się nie da. Smutne, ale bardzo prawdziwe.

8/10

Radosław Ostrowski

Gladiator II

Ridley Scott od lat straszył, że zrobi drugiego „Gladiatora”. Problem w tym, że postać grana przez Russella Crowe’a zginęła i nie bardzo było pole do pojawienia się. Koncepcje i pomysły zmieniały się na przestrzeni wielu, wielu lat, lecz wszystko zaczęło się materializować pod koniec 2023 roku. Jeszcze bardziej zmroziło mi krew, gdy za scenariusz miał odpowiadać David Scarpa, który współpracował ze Scottem przy m. in. absolutnie fatalnym „Napoleonie”. Entuzjazm w tym momencie zrobił sobie wolne, a ja poszedłem na seans niczym na ścięcie. I co z tego finalnie wyszło?

Akcja toczy się wiele, wiele lat po części pierwszej. Rzym zamiast zmienić się oraz podążać wizją Marka Aureliusza coraz bardziej pogrąża się w korupcji, zgniliźnie, wojnach i degeneracji. Być może dlatego Imperium rządzone jest przez dwóch Cezarów: Pojebusa i Pojebanusa. Ok, te imiona zmyśliłem, tak naprawdę to Geta (Joseph Quinn) i Karakalla (Fred Hechinger). Nic dobrego z tego nie wynika, o czym przekonuje się Hanno (Paul Mescal) z królestwa Numibii w Afryce Północnej. Rzymskie wojska pod wodzą generała Akacjusza (Pedro Pascal) atakują stolicę, masakrując wielu żołnierzy, w tym żonę Hanno. Mężczyzna trafia do niewoli i – ku niczyjemu zaskoczeniu – zostaje gladiatorem, przykuwając uwagę niejakiego Makrynusa (Denzel Washington). Ten handlarz niewolników chce wykorzystać wojownika do swoich planów i pomóc mu w zemście.

Jeśli czytając ten opis nie macie wrażenia lekkiego deja vu, to nie jesteście osamotnieni. Drugi „Gladiator” to w zasadzie… pierwszy „Gladiator”. Niby wpompowano więcej pieniędzy, ale skala wydaje się jakby mniejsza. Sama historia powtarza znajome elementy: walki gladiatorów, polityczny spisek, zemsta za śmierć żony, zdegenerowany oraz zgniły Rzym. Ale najgorsze jest to, że nad tym wszystkim unosi się duch Maksimusa. Jest nawet więcej razy powtarzane niż w pierwszej części, nawet wraca jego zbroja (że po tylu latach nie zardzewiała, to jakiś cud) oraz… ręka głaszcząca zboże. W zasadzie jedyna poważniejsza zmiana dotyczy tutaj wątku politycznego i wszelkie machinacje Makrynusa, którego motywacja w zasadzie pozostaje tajemnicą. Jednak wszystko dzieje się tak chaotycznie, zaś motywacje postaci są tak zmienne (szczególnie Hanno, który okazuje się… Lucjuszem, prawowitym następcą tronu oraz synem Maksimusa), że aż nie chciało mi się wierzyć. I jeszcze ta końcówka w Koloseum, gdzie brakowało tylko słów: Talk to me, Goose! Technicznie niby wszystko wydaje się być w porządku. Scott zbliżający się do 90-tki nadal ma świetne oko i wie, jak zrobić oszałamiający obraz. Sama akcja jest bardzo dynamiczna, aczkolwiek efekty specjalnie potrafią przerazić (walczące małpy i ich otwierające paszczy – o fak). Muzyka odnosi się do poprzednika, ale nie wnosi niczego nowego. Złego słowa nie powiem o kostiumach czy scenografii.

Także aktorsko jest dość nierówno. Paul Mescal w roli Hanno/Lucjusza wypada co najmniej dziwnie. Kiedy walczy i wykazuje się fizycznie wypada bardzo dobrze, jednak dialogi przez niego wypowiadane brzmią niczym zjarał za dużo zioła. Niby ma być Maksimusem 2.0, ale nie ma charyzmy Russella Crowe’a nawet w 1/10. Podobnie zmarnowany jest Pedro Pascal w roli generała, co jest zmęczony wojną i szaleństwem swoich władców oraz (wracająca) Connie Nielsen. Ale całość kradnie absolutnie świetny Denzel Washington wcielający się w Makrynusa. Absolutnie czarujący, diablo inteligentny i cwany manipulator, którego motywacja przez większość czasu pozostaje niejasna. Wielka szkoda, że to nie o nim jest ten film, bo zyskalibyśmy coś ciekawszego.

Jakbym miał podsumować drugiego „Gladiatora” najlepiej pasowałoby zdanie z serialu „Czarnobyl”: not great but not terrible. Spodziewałem się kompletnie nieoglądalnego barachła, a dostałem całkiem niezły blockbuster. Niedorównujący poprzednikowi i zbytnio się do niego odnoszący, przez co potrafi być nudny. Niemniej ma parę momentów, które zapadną w pamięć.

6/10

Radosław Ostrowski

Prawdziwy ból

Zagraniczne produkcje kręcone częściowo lub całkowicie w Polsce zawsze są wydarzeniem. Ale kiedy realizacja takiej produkcji jest trzymana w tajemnicy, tym bardziej jest się ciekawym efektu końcowego. To jest właśnie przypadek „Prawdziwego bólu” – drugiego filmu w reżyserskim dorobku Jesse’ego Eisenberga, mocno czerpiącym z jego życiorysu.

Historia skupia się wokół dwóch kuzynów, czyli Davida (Jesse Eisenberg) i Benji (Kieran Culkin). Kiedy byli ze sobą bardzo blisko, ale życie mocno rozluźniło te relacje. Pierwszy ma żonę, dziecko oraz pracę w agencji reklamowej, drugi był bardzo zżyty ze swoją babcią. Kobieta niedawno zmarła i by uczcić jej pamięć panowie ruszają do Polski, skąd pochodziła. Mężczyźni wyruszają razem z wycieczką, prowadzoną przez Brytyjczyka Jamesa (Will Sharpe) zacznie się w Warszawie, a skończy w obozie koncentracyjnym Majdanek.

Muszę przyznać, że nie wiedziałem nic o pracy Eisenberga jako reżysera i zakładałem, że jest to jego debiut reżyserski. Ale „Prawdziwy ból” to tak naprawdę historia ludzi nie tylko poznających swoje dziedzictwo, ale także zderzonych ze sobą. Pierwszy bardzo poważny, niepewny siebie neurotyk, drugi zaś pełen energii, słowotoku i czasem bywa bezpośredni. Choć film dotyka bólu i cierpienia, pojawia się tak naprawdę między słowami. W tle Polska (ładnie wyglądająca, ale nie kręcona w „pocztówkowy” sposób) – Warszawa, Kielce, Majdanek – robiąca spore wrażenie oraz mocarna muzyka mistrza Chopina. Udaje się przekuć balonik powagi (robienie zdjęć przy pomniku powstańców warszawskich), humor nie przekracza granicy dobrego smaku, a drobne momenty wyciszenia mają swój ciężar.

To wszystko by nie działało, gdyby nie fantastyczny duet aktorski. Eisenberg jest bardzo stonowany, wyciszony, neurotyczny. Ma swój mocny moment, gdy wypowiada się o swoim kuzynie czy konfrontując się z Benjim o pewnym wydarzeniu. Ale tak naprawdę to Culkin rozsadza ekran swoją energią. Bywa bardzo bezpośredni i ma masę uroku, nawet jeśli czasami może wywołać zażenowanie. Pod tym wszystkim jednak skrywa się maska smutnego klauna, skrywającego swoje cierpienie. Z czego może ono wynikać, nie jest opowiedziane wprost, ale jest ono odczuwalne.

Zaskakująco delikatne, wyciszone kino drogi, pełne empatii oraz szczerości. Eisenberg zaskakuje swoją bardzo spokojną reżyserią oraz cholernie dobrym scenariuszem. Czy to jest nowa ścieżka w karierze Nowojorczyka? Przekonamy się za parę lat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna z igłą

Mieszkający w Polsce szwedzki reżyser Magnus von Horn stał się jednym z najciekawszych i najoryginalniejszych głosów naszego kina. Dlatego bardzo wyczekiwałem jego nowego dzieła, powstałego w koprodukcji z Danią i dziejącego się w tym kraju. Sam reżyser nazwał „Dziewczynę z igłą” baśnią dla dorosłych, co mnie zaintrygowało.

dziewczyna-z-igla1

Akcja dzieje się w Kopenhadze pod koniec I wojny światowej i skupia się na Karoline (bardzo dobra Vic Carmen Sonne). Dziewczyna pracuje jako szwaczka w fabryce, szyjąc mundury, mąż poszedł walczyć za kraj i tak marnie zarabia, że zostaje wyrzucona z domu. Do tego jeszcze zakochuje się w swoim szefie (Joachim Fjelstrup), co kończy się ciążą kobiety. Powinno już być lepiej, prawda? Nieprawda, gdyż przyszła teściowa do tego mezaliansu nie dopuści, co kończy się rozstaniem i zwolnieniem z pracy. Jeszcze wraca mąż, z mocno zdeformowaną twarzą, jednak Karoline wyrzuca go z klitki. Próbuje pozbyć się dziecka w łaźni przy użyciu igły, jednak wtedy poznaje Dagmar (rewelacyjna Trine Dyrholm). Ta nie tylko nie dopuszcza do amatorsko robionej aborcji, ale oferuje pomoc w oddaniu dziecka do adopcji. Mniej legalnymi kanałami, na co Karoline się zgadza. Mało tego, zamieszkuje u niej w domu pod sklepem ze słodyczami, stając się jej asystentką. Wtedy poznaje szokującą prawdę o swojej „przyjaciółce”.

dziewczyna-z-igla2

Jak można wywnioskować po tym opisie fabuły, nie jest to łatwy, lekki i przyjemny film. Von Horn pokazuje świat tak mroczny, ciężki i depresyjny, że chce się od niego odwrócić oczy. Wszystko wydaje się mniejszą lub większą pułapką, z której nie ma żadnej ucieczki, każda próba wyrwania się skazana jest na porażkę. To poczucie beznadziei potęgują absolutnie oszałamiające, czarno-białe zdjęcia Michała Dymka, które mocno czerpią z niemieckiego ekspresjonizmu. Sam miejski krajobraz z widokiem fabryk czy początkowa sekwencja z nakładającymi się twarzami zostają w pamięci na długo. Tak samo poznana tajemnica Dagmar i bardzo toksyczna relacja obydwu pań są emocjonalnymi bombami. Ta gorzka wyprawa ku otchłani ma pewne momenty światła, zaś zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące i oczyszczające.

dziewczyna-z-igla3

Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli nazwę „Dziewczynę z igłą” najlepszym filmem w dorobku Von Horna. Rewelacyjnie zagrany, bardzo silny emocjonalnie oraz niesamowity wizualnie obraz najciemniejszej strony człowieka. Obok „Strefy interesów” to było najbardziej porażające doświadczenie filmowe tego roku.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Konklawe

Konklawe to zlot kardynałów, odbywający się po śmierci papieża w celu wybrania jego następcy. Wszystko dzieje się poza murami Watykanu spowite jest mgłą tajemnicy, do której zewnętrzny świat nie ma dostępu. To budzi pewną fascynację, która działa na wyobraźni twórców. Jednym z nich jest specjalizujący się w thrillerach Robert Harris. Jego powieść postanowił przenieść nie, tak jak ostatnio Roman Polański, tylko opromieniony sukcesem „Na Zachodzie bez zmian” Edward Berger.

Cała historia zaczyna się w momencie śmierci papieża. Zadania przeprowadzenia konklawe otrzymuje sekretarz Kolegium Kardynalskiego, kardynał Lawrence (Ralph Fiennes). Duchowny przechodzi kryzys wiary i wcześniej prosił papieża o rezygnację ze stanowiska, jednak nie została przyjęta. Duchowni są odizolowani od świata zewnętrznego, dzielą się (jak każde duże skupisko ludzi) na dwa różne obozy i czuć, że wybór nie będzie taki łatwy. Ale – ku zaskoczeniu wszystkich – pojawia się nowy kardynał Benitez (Carlos Dietz), którego nominację papież (na co wygląda) trzymał w tajemnicy. To jednak nie jest jedyna niespodzianka podczas tego konklawe.

„Konklawe” chce być nazywane thrillerem politycznym i taką kościelna „Grą o tron”, tylko że nie do końca. Wszystko widzimy tak naprawdę z perspektywy Lawrence’a, przez co wiele rzeczy dzieje się poza kulisami. I jest to broń obosieczna. Z jednej strony razem z nim odkrywamy kolejne tajemnice oraz brudy kilku istotnych „graczy”, co pokazuje sporą sprzeczność. Kościół powinni tworzyć ludzie dążący do doskonałości, tworzą osoby słabe i grzeszne. Niby nic niezwykłego, ale nie myśli się o tym zbyt często. Z drugiej jednak strony, ta intymna perspektywa czyni całość bardziej kontemplacją niż stricte thrillerem. Bardziej jest to zderzenie światopoglądów: bardziej liberalnego i otwartego, który reprezentuje kardynał Bellini (świetny Stanley Tucci) oraz konserwatywnego o twarzy kardynała Tedesco (fantastyczny Sergio Castelitto, który kradnie ekran). Zaś nasz kardynał znajduje się w środku tego konfliktu, próbując się w tym odnaleźć.

Jest tu zaskakująco sporo momentów kontemplacji i wyciszenia, których wielu się nie spodziewałem. Co nie znaczy, że Berger zapomina o napięciu. Niemal pod koniec mamy – dosłownie i w przenośni – bombę, która zmienia wiele. Jednak największą niespodziankę dostajemy pod sam koniec, ale nie zamierzam jej zdradzać. A wszystko jest fantastycznie zagrane. Bardzo stonowany i wyciszony Ralph Fiennes w roli Lawrence’a jest znakomity, pokazując jego zagubienie oraz jednocześnie determinację, silną wolę. Równie wyraziści są Stanley Tucci jako Bellini, wspomniany wcześniej Castelitto i John Lithgow (śliski kardynał Tremblay).

Muszę przyznać, że „Konklawe” było zupełnie innym filmem niż myślałem, ale nadal trafia w punkt. Bardziej skupia się na kwestiach wiary niż polityki, co wielu może odrzucić, lecz pozostaje angażującym i skłaniającym do myślenia dziełem.

8/10

Radosław Ostrowski

Wybraniec

Kto w ogóle chciałby oglądać film o tak kontrowersyjnej postaci jak Donald Trump? Do tego jeszcze w czasie trwającej kampanii prezydenckiej, co może naprowadzać na to, jaki portret możemy dostać – demonizujący albo hagiograficzny. Więc do jakiej z tych szufladek będzie pasował „Wybraniec”? A czemu w ogóle musi być zaszufladkowany?

Za film odpowiada duński reżyser irańskiego pochodzenia Ali Abbasi oraz scenarzysta Gabriel Sherman, wcześniej pracujący jako dziennikarz polityczny. Całość nie jest biografią, opisującą całe życie Trumpa, tylko początki jego działalności. Witajcie w latach 70., kiedy Richard Nixon zmuszony zostaje do rezygnacji. Sam Trump (Sebastian Stan) jest aspirującym biznesmenem, próbujący prowadzić swój Commodore Hotel. Jednak rodzinny interes jest zagrożony pod Departament Sprawiedliwości. Właśnie wtedy poznaje bardzo wpływowego adwokata, Roya Cohna (Jeremy Strong). Ten nie tylko pomaga mu w rozwiązaniu procesu, ale staje się dla ambitnego biznesmena mentorem.

„Wybraniec” skupia się na Trumpie zanim stał się sławnym celebrytą i człowiekiem interesów, co jest bardzo odświeżającym doświadczeniem. Abbasi próbuje poznać głównego bohatera z bardziej ludzkiej strony i zrozumieć to, skąd się wziął oraz dlaczego był taki, jaki jest. Syn idący w ślady ojca-biznesmena, gdzie pieniądz był najwyższą wartością, ambicja oraz sukces. Co najdobitniej pokazuje jak traktowany był syn Freddy (Charlie Carrick), będący… pilotem samolotów pasażerskich. To powinien być powód do dumy, lecz nie w oczach ojca, uważając go za największe rozczarowanie. To już mówi nam wszystko o systemie wartości. A im dalej w las, tym bardziej zaczynamy widzieć przemianę Trumpa z niepewnego siebie, cichego gościa w bardzo brutalnego i bezwzględnego gracza, napędzanego przez swoje ambicje oraz ego, dążąc do celu wbrew zdrowemu rozsądkowi. Jak najmniejszym kosztem zarobić jak najwięcej i budować swój wizerunek jako człowieka sukcesu.

Sam film ma bardzo dynamiczne tempo, mocno czasem przypominając „Sukcesję”. Niemal dokumentalne ujęcia z ręki, bardzo imitujące lata 70. i 80. Lekko żółtawe kolory w scenach nocnych przy świetle, z czasem zaczyna nabierać kolorów mocnych oraz ujęć niczym z kamery video. Nawet w spokojnych momentach kamera jest niemal cały czas w ruchu, zaś w tle przygrywa mocno elektroniczna muzyka. Oraz wiele znanych piosenek, pozwalających wejść w epokę.

To wszystko nie działałoby, gdyby nie absolutnie świetne aktorstwo. Bardzo pozytywnie zaskakuje Sebastian Stan w roli Trumpa. Trudno grać kogoś z tak charakterystycznym sposobem mówienia i nie popaść w parodię, ale aktorowi udaje się to świetnie. Widać jak zmienia się oraz tworzy swój wizerunek przed całym światem. Do tego stopnia, że zaczyna kłamać, manipulować oraz upokarzać. Niesamowicie złożona, ale zaskakująco autentyczna kreacja. Jeszcze lepszy jest Jeremy Strong, którego Roy Cohn jest jedną z najbardziej śliskich postaci w historii. Właściwie monstrum, będący prawdziwym paliwem i tworzącym Trumpa na swój kształt, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Swoją energią, opanowaniem oraz temperamentem dominuje ekran, zaś kiedy w drugiej połowie pojawia się rzadziej, czuć tą nieobecność. Oglądanie tej dwójki razem działa niczym uderzenie pioruna. Równie świetna jest Maria Bakalova w roli Melanii, czyli pierwszej żony Trumpa.

Wiem, że wielu może odrzucić sam pomysł robienia filmu o Trumpie, lecz „Wybraniec” wydaje się uczciwie podchodzić do postaci Trumpa. Bez słodzenia, ale bez unikania mroczniejszych kwestii, tworząc uczciwy i złożony portret człowieka swoich czasów. Czyli dostajemy więcej niż mieliśmy prawo dostać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Joker: folie a deux

Pierwszy „Joker” to była jedna z największych niespodzianek roku 2019, który wykorzystał świat kina superbohaterskiego do stworzenia dramatu psychologicznego z fenomenalną kreacją Joaquina Phoenixa. Ponieważ zarobił on kupę kasę (ponad miliard dolców), były naciski na stworzenie ciągu dalszego. I po kilku latach reżyser Todd Phillips uległ, Joaquin Phoenix zgodził się wrócić, co oznaczało materializację kontynuacji. Tym razem miał to być… musical, co wywołało zaciekawienie oraz konsternację. Co ostatecznie z tego wyszło?

Wracamy do Gotham, gdzie Arthur Fleck (Joaquin Phoenix) czeka na proces sądowy za wielokrotne morderstwo, które popełnił jako Joker. Jego adwokat (Catherine Keener) liczy, że zamiast do więzienia trafi do szpitala psychiatrycznego na leczenie. Jednak prokurator Harvey Dent widzi to inaczej. W więzieniu mężczyzna nie jest traktowany zbyt dobrze, cela jest więcej niż ciasna, a strażnicy i współwięźniowie raczej go nie szanują. Wszystko się jednak zmienia, gdy poznaje ją – Harleen Quinzell (Lady Gaga). Wydaje się ona widzieć w nim coś więcej niż reszta, a to mocno zaczyna komplikować życie Flecka.

Drugi „Joker” to dziwna bestia i hybryda, która spolaryzowała wszystkich. Już sam początek w formie klasycznej kreskówki Warnera o Jokerze i jego cieniu pokazuje jedno: będzie równie poważnie jak poprzednio. Nie brakuje odniesień do poprzednika (co jest zrozumiałe – w końcu mamy proces), ale czy jest coś ponadto? Są tutaj wstawki musicalowe. Nie chodzi mi tylko o momenty, gdy Fleck nagle zaczyna śpiewać (podczas oglądania telewizji w więzieniu), ale przede wszystkim te dziejące się niejako w jego głowie. Bardzo kolorowe, ze scenografią niczym z klasycznych musicali oraz znanymi szlagierami. Problem z nimi miałem taki, że one wybijały mnie z filmu i burzyły atmosferę. Phillips bardziej interesuje się zderzeniem między Fleckiem a Jokerem (szczególnie jego odbiorem przez osoby z zewnątrz) oraz jak wpływa to na psychikę bohatera. Reżyser jednak ledwo ślizga się po powierzchni nie wchodząc do głębin, czyniąc „Folie a deux” strasznie przewidywalnym i pozbawionym zaangażowania.

Sytuacji nie jest w stanie uratować nawet porządne aktorstwo. Phoenix jako Fleck odnajduje się jak ryba w wodzie, do tego jeszcze tańcząc i śpiewając, co wychodzi mu zaskakująco lekko. On w zasadzie dźwiga ten film na swoich barkach, po raz kolejny nie zawodząc. Z kolei Gaga jako Quinzell jest dla niewykorzystana w pełni. W partiach śpiewanych oraz na początku filmu potrafi intrygować, jak łatwo obraca sobie naszego bohatera wokół palca. Można domyślić się, że to sprytna manipulantka z obsesją na punkcie Jokera, jednak w drugiej części filmu jej rola ogranicza się do siedzenia na sali i… tyle. Choć drugi plan jest spory, dla mnie najbardziej wybijał się świetny Brendan Gleeson (szorstki strażnik Jackie Sullivan), niezawodna Catherine Keener (mecenas Maryanne Stewart) oraz kradnący scenę Steve Coogan (cyniczny dziennikarz Paddy Meyers).

„Joker 2” nie jest filmem tak złym jak wielu mówi, ale nie jest też tak dobry jak bym chciał. Szanuję Phillipsa za podjęcie ryzykownego miksu gatunkowego oraz szukania nowych środków wyrazu. Nie zawsze ma równe tempo, a parę numerów musicalowych jest zwyczajnie zbędnych, jednak ma w sobie wiele dobrego. Intrygujące kino, nie pozwalające sobie na nudę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Substancja

Chyba wobec żadnego filmu nie miałem takich sprzecznych emocji jak w przypadku „Substancji”. Z jednej strony zdobyta Złota Palma za najlepszy scenariusz w Cannes, z drugiej jest to… body horror. Czyli należało spodziewać się deformacji, zniekształceń ciała i innego obrzydlistwa na widoku. Mimo to postanowiłem zaufać nowemu dziełu Coralie Fargeat.

„Substancja” dzieje się w Los Angeles – mieście bogactwa, prestiżu i wielkiej sławy, o której marzą wszyscy. To tutaj żyje Elisabeth Sparkle (wielki powrót Demi Moore) – kiedyś bardzo popularna aktorka, zdobywczyni Oscara i posiadaczka gwiazdy w Alei Sław. Obecnie pracuje w telewizji, pokazując… ćwiczenia aerobiku. Samo w sobie nie jest niczym złym, ale kobieta popełnia jeden niewybaczalny błąd w szołbiznesie: starzeje się. Jako 50-latka staje się dla telewizji balastem i zostaje zwolniona. Czy może być gorzej? Wypadek samochodowy i krótkie badanie lekarskie, ale od jednego z lekarzy otrzymuje pendrive z wiadomością: „To odmieniło moje życie”. A na samym nośniku jest reklama tytułowej substancji, pozwalającej stworzyć młodszą wersję samej siebie. Cały myk polega na tym, że obie wersje muszą „zamieniać się” przez tydzień, podtrzymując i karmiąc tą drugą (Margaret Qualley). W końcu „obie są jednością” i by tak trwało, muszą zachować równowagę. Co może pójść nie tak?

Fargeat inspiruje się wieloma rzeczami, ale tworzy z nich własną rzecz. Punkt wyjścia może budzić skojarzenia z „Portretem Doriana Graya” czy „Doktora Jekylla i pana Hyde’a”, mieszając konwencję i style. Z jednej strony to body horror (horror cielesny), mocno inspirujący się dorobkiem Davida Cronenberga. Z drugiej jest to ostra satyra na szołbiznes, zdominowany przez kult młodości i „szczucie cycem”. Starość jest traktowana tutaj niczym trąd, chowana z dala od widoku wszystkich i nieakceptowana przez „środowisko”. To także zaczyna odbijać się na innych, doprowadzając do niechęci wobec samej siebie. I to wszystko reżyserka pokazuje to bez zbędnych ozdobników, niejako waląc prosto w twarz oraz szokując.

Bo jest tu sporo nagości oraz krwawej makabry, a sama transformacja (pierwszy raz) pokazana jest w bardzo bezpośredni sposób. Z masą zbliżeń, bardzo dynamicznym, wręcz pulsującym montażem i świdrującym dźwiękiem. Fargeat też fantastycznie operuje kontrastem: sama Elisabeth pokazywana jest pod prostymi kątami (głównie zza pleców), nie specjalnie zwracając uwagę. Ale jej młodsza wersja Sue fotografowana jest bardzo blisko, niemal czyniąc z niej seksualną fantazję (nawet przy scenach aerobiku). Tylko nie wywołuje to podniecenia, lecz dyskomfort. Bardzo graficzne i krwawe obrazy przeplatają się z bardzo sterylnymi przestrzeniami jak łazienka, korytarze czy kryjówka z paczkomatem. Zaś finał to jest taka jazda bez trzymanki oraz jatka niczym z „Carrie”, że wywołało to we mnie gwałtowny śmiech. Czy dlatego, że to było zabawne, czy to była moja reakcja na to szaleństwo.

Chciałbym wam mocno polecić „Substancję”, ale to nie jest film dla wszystkich. Bezkompromisowa wizja, która albo wprawi was w ekstazę, albo odrzuci swoją bezpośredniością. Jeszcze nigdy Hollywood nie było tak obrzydliwe w swoim pięknie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Strange Darling

Czy w ogóle dzisiaj da się zrobić thriller, które jest w stanie czymkolwiek zaskoczyć? Zdarzały się pewne niespodzianki jak „Barbarzyńcy”, ale zazwyczaj wszystko idzie w mniej lub bardziej oczywistym kierunku. Teraz też trafiłem na coś, co mnie zaskoczyło i parę razy zagrało na nosie. A stoi za mną nieznany mi reżyser J.T. Mollner.

„Strange Darling” rozpisane jest na sześć rozdziałów i – jak na klasyka kina przystało – zaczynamy od… samego środka. Widzimy biegnącą przed siebie kobietę we krwi (Willa Fitzgerald). Za nią pędzi wozem facet z wąsem (Kyle Gallner) oraz strzelbą. Ewidentnie chce ją zabić i nie ma zamiaru odpuścić. A potem zaczynamy skakać po rozdziałach, odkrywając o co tutaj tak naprawdę chodzi. Była pewna randka w podrzędnym pokoju hotelowym i coś tam poszło nie tak.

To jest ten typ filmu, gdzie należy wejść z jak najmniejszą wiedzą i oczekiwaniami. Mollner w zasadzie od samego początku prowadzi grę z widzem i to jeszcze w trakcie czołówki. Nie tylko mamy tekst, inspirowany „Teksańską masakrą piłą mechaniczną”, ale główni bohaterowie są przedstawieni jako Dama i Diabeł. Już to sugeruje pewne kierunki, w które może zmierzać cała narracja. Jednak nawet znając (lub podejrzewając pewne rzeczy), film nadal trzyma w napięciu. A to jest sztuka, która zdarza się rzadko komu. Wszystko tutaj jest oparte na świetnych dialogach oraz montażu, który cały czas wodzi za nos (rozmowa w samochodzie i to, co dzieje się bezpośrednio). Wrażenie robią bardzo stylowe zdjęcia – kręcone na taśmie 35 mm – autorstwa… Giovanniego Ribisi (aktor debiutuje jako autor zdjęć), mocno czerpiąc z kina lat 70. m. in. Tobe’ego Hoopera czy Briana De Palmy, ze sporą ilością mastershotów. Oglądałem z dużą ekscytacją, wyczekiwaniem na kolejne sytuacje i wydarzenia, nawet momenty wyciszenia (przygotowanie śniadania) też zapadały w pamięć.

Jak dodamy do tego absolutnie świetne główne role, to dostajemy prawdziwą petardę. Witzgerald z Gallnerem elektryzują, niemal w każdej scenie prezentując się z zupełnie innej strony. Niczym kolejne warstwy cebuli, ale to trzeba zobaczyć samemu. Ale nawet na drugim planie też jest wiele wyrazistych postaci, z których mi się najbardziej podoba duet hipisów w wykonaniu Eda Begleya Jra i Barbary Hershey.

„Strange Darling” jest tym typem kina, które bardzo mogłoby się spodobać… Quentinowi Tarantino. Czysta i bardzo stylowa zabawa gatunkiem, niejako wywracająca znajome klisze do góry nogami. Nie znałem wcześniej żadnych filmów Mollnera, ale teraz będę go obserwował i wyczekiwał kolejnych dzieł.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski