Biedne istoty

Idąc na film Yorgosa Lanthimosa należy spodziewać się czegoś szalonego, surrealistycznego i całkowicie oryginalnego. Nawet jeśli jest to adaptacja dzieła literackiego – tutaj użyto powieści Alasdaira Graya. Jednak nadal czuć tutaj ten styl reżysera znany choćby z „Faworyty”. Oraz jak w większości dorobku Greka nie jest to kino dla wszystkich.

Akcja zaczyna się w wiktoriańskiej, steampunkowej Anglii i skupia się wokół Belli Baxter (Emma Stone). Kobieta jest dość… osobliwa. Może i wygląda na dorosłą, ale bardziej przypomina dziecko. Chodzi jak dziecko (powoli i niepewnie), mówi jak dziecko (pojedynczymi słowami, nie zawsze poprawnie), zachowuje się jak dziecko (rzucanie talerzami itp). Zamieszkuje domostwo ekscentrycznego lekarza, Godwina Baxtera (Willem Dafoe), którego czasem nazywa God i jest jej opiekunem. Zaskakująco szybko rozwijają się jej umiejętności werbalno-motoryczne, które obserwuje jego asystent Max McCandless (Ramy Youssef). Lecz kobieta zaczyna chcieć więcej. Jak choćby wychodzić na zewnątrz czy poznawać innych ludzi. Wtedy na jej drodze pojawia się Duncan Wedderburna (Mark Ruffalo) – bawidamek i uwodziciel, który zabiera ją ze sobą do Lisbony.

Lanthimos kolejny raz tworzy świat pozornie znajomy, ale jednocześnie bardzo odrealniony. Niby jest to XIX wiek, gdzie nadal dominują dorożki, pojawiają się idee socjalizmu i feminizmu, zaś nauka cały czas osiąga postępy. Z drugiej jednak strony ta nauka doprowadza do stworzenia takiej Belli (niemal żywcem w stylu „Frankensteina”) oraz emocjonalnej oschłości. A także różnych genetycznych mieszanek jakich nie stworzyłby sam doktor Moreau, tylko bardziej pokręcone. Jednak w „Biednych istotach” to jest tylko tło, fasada do wyjścia naszej protagonistki na świat zewnętrzny. Kompletnie naiwnej, trzymanej pod kloszem, odkrywającej nowy świat, ludzi oraz… samą siebie. Jak w „Barbie”, prawda? Jest bardzo bezpośrednia w rozmowach, co wywołuje czasem konsternację, łatwo podatna na manipulację i niesamowicie pobudzona seksualnie, a czasem wypowiada się w sposób bardzo analityczny. Ta dychotomia dla mnie była najciekawsza. Zresztą jest tu masą pokręconego humoru, mocno idącego w absurd. Wiele scen (taniec Belli z Duncanem, sceny w paryskim burdelu) zostaną w pamięci na długo. Wierzcie mi.

Sam film wygląda po prostu zjawiskowo. Najbardziej widać to w sposobie filmowania, gdzie chętnie korzysta się z żabiego oka oraz zbliżeń. Czyni to całość jeszcze bardziej odrealnioną, choć sam początek niemal w całości jest czarno-biały. Ale kiedy Belle trafia na zewnątrz, Lanthimos wali w oczy kolorami tak intensywnymi, że aż sztucznymi. Tak samo wnętrza, scenografię i kostiumy wydają się z epoki, tylko jakby większe. I nie ważne, czy jesteśmy na statku, Lizbonie czy w Paryżu, ciężko oderwać tu od czegokolwiek oczy. Do tego wszystkiego wpisuje się pokręcona, dziwaczna muzyka z tematem przewodnim na rozstrojonych instrumentach.

To wszystko robiło piorunujące wrażenie, ale jeszcze zostaje to podbite rewelacyjnym aktorstwem. Świetny jest Willem Dafoe jako mocno oszpecony naukowiec, niejako będący odpowiednikiem dra Frankensteina. Ciągle badający i podchodzący do wszystkiego w sposób racjonalny (wręcz aż do przesady), jednak pod tym wszystkim skrywa się (pokręcona) ojcowska miłość. Kompletnie zaskoczył mnie Mark Ruffalo, który gra takiego czarusia, podrywacza i cwaniaka. Wydaje się, że znalazł kolejną ofiarę, ale nawet on nie wiedział na co się pisze. Od szerokiego uśmiechu i radości aż po stan załamania nerwowego, wręcz obłędu. Jednak to wszystko blednie przy Emmie Stone. W długich, czarnych włosach jest nie do poznania, tworząc najbardziej złożoną oraz najlepszą rolę w jej karierze. Bezbłędnie ogrywa wszystkie emocje: naiwność, szczerość, gniew, samotność i odnalezienie swojego miejsca na świecie. Jej droga do bycia sobą była dla mnie o wiele bardziej wciągająca oraz angażująca niż w „Barbie”.

Wszelkie podobieństwa do „Barbie” i „Frankensteina” są zamierzone oraz nieprzypadkowe, ale Lanthimos miesza to w swoim nieskrępowanym, dzikim stylu. Dawno nie widziałem filmu, podczas którego jednocześnie śmiałem się do rozpuku, byłem oszołomiony warstwą wizualną i czasem nie wierzyłem w to, co widzę. Nie wszystkim się spodoba, ale to zdecydowanie NIEZAPOMNIANE przeżycie.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bunt przed sądem wojennym

7 sierpnia 2023 roku zmarł amerykański reżyser William Friedkin. Twórca „Egzorcysty” przypomniał o sobie w 2011 zaskakująco dobrym „Zabójczym Joe” – kryminalną opowieścią w klimacie filmów braci Coen, gdyby oni opowiadali o patologii i byli bardziej ekstremalni w formie. Ale przed śmiercią 86-letni filmowiec zdążył zrealizować film dla stacji Showtime, jednak premiery już nie dożył. Jak sam tytuł wskazuje jest to dramat sądowy.

Podstawą była sztuka teatralna Hermana Wouka oparta na jego powieści z 1953 roku. Reżyser uwspółcześnił realia z czasów II wojny światowej do bardziej nam współczesnych w Zatoce Perskiej. Ale punkt wyjścia jest taki: oskarżenie pierwszego oficera niszczyciela min USS Caine, porucznika Maryka (Jake Lacy) o wszczęcie buntu i odsunięcie kapitana statku od dowództwa. Dlatego, że komandor podporucznik Queeg (Kiefer Sutherland) miał przejść załamanie nerwowe kiedy statek uciekał przed sztormem. Obrony oficera podejmuje się wyznaczony przez sędziego porucznik Greenwald (Jason Clarke), zaś oskarża komandor porucznik Challee (Monica Raymund).

W zasadzie można nazwać „Bunt przed sądem wojennym” produkcją, która bardziej pasowałaby do Teatru Telewizji. Dla wielu może to zabrzmieć jakby to była wada, jakby to było coś gorszej jakości. Ale ta teatralność, osadzenie wszystkiego (prawie) na sali sądowej. Nie ma tutaj żadnych scen retrospekcji (które można byłoby tu spokojnie wstawić), przebitek czy eksperymentów formalnych. Reżyser używa zarówno paru długich ujęć, zbliżeń czy szybkich cięć montażowych. To ma służyć jednemu celowi i jednemu celowi tylko służyć to ma: budowaniu ciągłego poczucia napięcia oraz presji. By móc dotrzeć do prawdy lub czegoś, co za prawdę możemy uznać. Co mam na myśli? Bo nasza sympatia lub antypatia zależeć będzie od tego komu uwierzymy (czytać: czyją prawdę uznamy), o co toczy się cała stawka.

Czy bardziej zaufamy młodym oficerom, czy może bardziej doświadczonemu dowódcy? Czy Queeg naprawdę jest mściwym tyranem, karzącym w dość ostry sposób swoich podwładnych (zakaz korzystania z prysznica, szukanie winnych podjadania truskawek)? A może jego podoficerowie spanikowali i wykazali się zwykłą niesubordynacją? Kolejni świadkowie – zarówno oficerowie, jeden mat, biegli psychiatrzy oraz ekspert wojskowy – podsuwają różne możliwości, hipotezy, teorie. Więcej jest tutaj odcieni szarości niż jednoznacznego wskazania granicy, co budzi wątpliwości. Dopiero w samym finale dostajemy wyjaśnienie w bardzo mocnym monologu, który jest tak kropka rzucona w ostatnim zdaniu.

Tak mięsiste kino potrzebuje też krwistych ról, a Friedkin zazwyczaj miał dobrą rękę do aktorów. Nie inaczej jest w „Buncie…”, gdzie są co najmniej dwie genialne kreacje. Po pierwsze – absolutnie zaskakujący Kiefer Sutherland w roli kapitana Queega. To bardzo neurotyczny oficer, który ma za sobą bardzo silne i poważne przejścia. Co bardzo czuć w sposobie mówienia, chwilach zacięcia, powtarzania się czy nagłego „zapominania”. Aktor pojawia się w dwóch scenach przesłuchania i całkowicie dominuje ekran swoją obecnością, zaś ostatnie momenty w jego wykonaniu to majstersztyk. Takiego Sutherlanda nie widziałem nigdy. Równie rewelacyjny jest Jason Clarke w roli obrońcy Greenwalda, który początkowo sprawia wrażenie niechętnego obrony (do czego sam się przyznaje). Ale im dalej w las, w tym bardziej opanowany, wręcz metodyczny sposób podchodzi do sprawy. Zadaje bardzo zasadne i sensowne pytania, nabierając coraz większej siły, ale najmocniejszą rzecz rzuca w samym finale, już po procesie. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to jego najlepsza rola w karierze i ogląda go sprawia czystą przyjemność. Tak samo fantastyczny jest Jake Lacy (porucznik Maryk), energiczna Monica Raymund (prokurator Challee) czy pełen siły oraz charyzmy Lance Reddick (kapitan Blakely, przewodniczący składu sędziowskiego) w swojej ostatniej roli.

Nie wiem, czy William Friedkin kręcąc „Bunt przed sądem wojennym” wiedział, że to będzie jego ostatni film, ale jedno mogę powiedzieć na pewno. Reżyser dał z siebie wszystko, wyciskając ze scenariusza i aktorów maksimum możliwości, a ci to odwzajemnili. To ciągle aktualny dramat o odpowiedzialności dowódcy pod wpływem presji i stresu, a także o roli dyscypliny w armii. Absolutnie godne pożegnanie Mistrza z kinem w wielkim stylu.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Informacja zwrotna

Dla fanów literatury nazwisko Jakuba Żulczyka jest wyznacznikiem wysokiej jakości w literaturze popularnej. Szczególnie po serialowej ekranizacji „Ślepnąc od świateł” wzrosło zainteresowanie filmowców dorobkiem pisarza. Już jest w trakcie realizacji „Wzgórze psów” przez Piotra Domalewskiego, ale już wcześniej Netflix zmierzył się z innym tekstem – „Informacją zwrotną”. A dokładniej reżyser Leszek Dawid i scenarzysta Kacper Wysocki.

Głównym bohaterem jest Marcin Kania (Arkadiusz Jakubik) – były muzyk rockowy, obecnie właściciel kilku wynajmowanych mieszkań oraz niepijący alkoholik. Uczęszcza na terapię AA, od dwóch lat jest trzeźwy, ale rodzina trzyma się od niego z daleka. W końcu lata życia z mocno podchmieloną głową rodziny nie należało do najłatwiejszych. Ale pewnego dnia mężczyzna budzi się podpity w swoim mieszkaniu, z pobitą głową oraz śladami krwi. Co bardziej niepokojące, umówił się tego wieczora ze swoim synem. Z którym nie ma żadnego kontaktu. Z niewyraźnych przebitek Marcina wydaje się, że chłopak został porwany. Tylko przez kogo i dlaczego?

Na pierwszy rzut oka serial wydaje się być kryminałem, gdzie główny bohater próbuje rozwikłać tajemnicę. Jednak twórców nie interesuje do końca łamigłówka, choć pojawiają się kolejne tropy, poszlaki oraz możliwości. W samym centrum jest Kania oraz jego zmagania z alkoholem, pełne wewnętrznych monologów i retrospekcji z mrocznych czasów chlania. Dla mnie to były najmocniejsze fragmenty, które pokazywały jak bardzo silny wpływ ma na całą rodzinę alkohol. Nawet jeśli mijają lata, strach najbliższych jest mocno odczuwalny. Bo oni nie nabiorą się na kolejne obietnice, przyrzeczenia – zbyt wiele ich słyszeli. Zbyt wiele razy widzieli ich łamanie, wiedzą o ukrywanych butelkach w różnych kątach i spodziewają się najgorszego. Zresztą nawet sami twórcy w paru scenach (słyszane głosy, zwidy, te same wydarzenia pokazane inaczej) poddają w wątpliwość narrację naszego bohatera. Wiarygodność podważają też pojawiające się dziury fabularne, jednak to wszystko jest całkowicie celowym celem.

Bo finał to bardzo mocny strzał z liścia, gdzie wszystko układa się w sensowną całość, a bohater poznaje prawdę o sobie samym. A prawda ta nie jest ani łatwa, ani przyjemna, lecz pozwala zdjąć zasłonę kłamstw. Poznać kto jest prawdziwym przyjacielem, kto tylko wykorzystywał i manipulował, a kto wspierał. Tylko czy nie jest już na to za późno? Czy jeszcze można się zmienić oraz wyjść z nałogu? Ta kwestia pozostaje otwarta i zależy to od nas.

Niejako przy okazji twórcy dotykają istotnego dla fabuły wątku reprywatyzacji kamienic, na którym nasz bohater trochę zyskał. To jak brutalnymi i bezwzględnymi metodami wykurza się lokatorów z kupionych domostw jest mocne, choć jest ten wątek w zasadzie tłem wydarzeń.

Ale najmocniejszym punktem tego serialu jest rewelacyjny Arkadiusz Jakubik, który przechodzi tu samego siebie. Kania z jednej strony potrafi być złamanym przez życie alkoholikiem, z drugiej totalny paranoik zdolny do agresji, wręcz wybuchowy. W retrospekcji też pokazuje dwie sprzeczności: pozorną wesołość i nagłą wściekłość, a także zażenowanie, smutek, ból, frustrację. To wszystko aktor ogrywa bezbłędnie, tworząc bardzo złożony i nie idący na łatwiznę portret alkoholika. Równie mocny jest Jakub Sierenberg w roli Piotrka – bardzo wycofany, zamknięty w sobie, ale próbujący się postawić ojcu. Najmocniejszą sceną w jego wykonaniu pozostaje finał, który wręcz szarpie za gardło. Poza tą dwójką jest tu masa wyrazistych ról drugoplanowych: od Andrzeja Konopki (śliski Zbyszek, dawny kumpel z zespołu) przez Przemysława Bluszcza (komisarz Cezary Karłowicz) po Nel Kaczmarek (Ula, córka Kanii).

Informacja zwrotna” może wydawać się kolejnym thrillerem/kryminałem jakich było wiele, ale to przede wszystkim bardzo mocny portret psychologiczny człowieka mierzącego się z demonami przeszłości. Miejscami oniryczny, ale bardzo naturalistyczny i do bólu szczery. Z życiową rolą Jakubika, która zostanie z wami na bardzo długo po seansie.

8/10

Radosław Ostrowski

Znachor

Dla wielu realizowanie kolejny raz tej samej historii wydaje się stratą czasu i prostym sposobem na łatwy zarobek tanim kosztem. Zwłaszcza jak poprzednik był hit oraz osiągnął status kultowy. Bo nie trzeba niczego nowego wymyślać, tylko znaleźć odpowiednią ekipę, aktorów, a potem liczymy hajs. Prawda? Ale gdyby wszystkie reinterpretacje były takie, mielibyśmy same hity.

Dlatego jak pojawiły się wieści o nowej adaptacji „Znachora” Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, pojawiło się święte oburzenie. Jak można, skoro jest już ta SŁUSZNA I JEDYNA wersja mistrza Hoffmana z 1981 roku? Prawda jest taka, że w sztuce (a kino sztuką potrafi być) każdy twórca może jedno dzieło interpretować na setki lub tysiące sposobów. To nie jest matematyka, że zawsze 2+2 równa się 4. Więc jak sobie ze „Znachorem” poradził reżyser Michał Gazda oraz duet scenarzystów Marcin Baczyński/Mariusz Kuszewski?

Sama historia w ogólnym zarysie jest bez zmian i skupia się wokół profesora Rafała Wilczura (Leszek Lichota) – lekarza jednej z młodych klinik w Warszawie. Właśnie zostaje wybrany szefem nowo powołanego oddziału dla pacjentów z uboższych rodzin, by móc walczyć z ciemnotą, zabobonami i znachorstwem. Ale życie prywatne w jednej chwili kompletnie się sypie. Żona zostawia go z innym facetem, zabierając ze sobą córkę, Marysia. Doktor się załamuje, a próbując znaleźć połowicę zostaje pobity i traci pamięć. 15 lat później włóczy się po prowincji szukając dla siebie miejsca, aż trafia do Radoliszek. Tam trafia do prowadzącej młyn owdowiałej Zośki (Anna Szymańczyk). Do tego samego miasteczka także przybywa już dorosła Marysia (Maria Kowalska), która wpada w oko młodemu hrabiemu Leszkowi Czyńskiemu (Ignacy Liss).

Na pierwszy rzut oka „Znachor” wydaje się trzymać pierwowzoru, ale szczegóły są zgoła inne. Reżyser inaczej rozkłada akcenty, przez co cała historia może bardziej rezonować ze współczesnym widzem. Nadal mamy tutaj człowieka bez pamięci (ale nie zapomniał swoich umiejętności), wątek romantyczny osób z różnych klas społecznych, wreszcie dramatyczną walkę o życie. Jednocześnie wiele istotnych postaci (młynarka Zośka, Marysia, hrabia Czyński) są głębiej zarysowane, dodając większy ciężar emocjonalny. Szczególnie widać to w przypadku naszej młodej parki – Marysi i Leszka, gdzie ona ma o wiele silniejszy charakter, jasno określony cel, nie dając sobie w kaszę dmuchać. Z kolei on początkowo wydaje się lekkoduchem, nie traktującym wszystkiego poważnie, ale do czasu.

Co bardzo mnie zaskoczyło to skala oraz przepych. Widać tutaj, że Netflix nie oszczędzał pieniędzy, bo wrażenie robią zarówno pojazdy (automobile, motocykl, nawet pociąg), scenografia czy kostiumy, a także przepięknie sfilmowane krajobrazy prowincji. Wszystko przyjemnie wygląda oraz brzmi, zarówno w warstwie muzyczne (szczególnie folkowe piosenki w wykonaniu Svahy) oraz bardzo dobrze słyszalnych dialogów. Wszystko płynie tutaj równym tempem, wciągając mimo wiadomego finału. Jedynym dla mnie poważnym zgrzytem był zbyt przyspieszone zakończenie, czyli sceny procesu. Nie miało to aż tak mocnego wydźwięku jak powinno.

Trzeba za to pochwalić obsadę, która w większości radzi sobie bardzo dobrze. Fantastyczny jest zwłaszcza Leszek Lichota, którego Wilczur jest dla mnie najlepszą rolą w jego karierze. Lekarz przede wszystkim z powołania, bardzo utalentowany chirurg, jednak jako znachor jest równie wyrazisty. Szczególnie w oczach widać tą tęsknotą za czymś utraconym, ale w bardzo wyciszony i stonowany. Absolutnie świetna jest Anna Szymańczyk w roli młynarki Zośki – bardzo żywiołowej, energicznej wdowy, zaś duet Maria Kowalska/Ignacy Liss jest absolutnie uroczy. Pewną niespodzianką może być sportretowanie przez Mirosława Haniszewskiego postaci Dobranieckiego. Tutaj jest ukazany jako równie uzdolniony lekarz jak Wilczur, ale jest bardzo mocno skupionym na sobie karierowiczem. A kiedy pojawia się u niego Wilczur jako znachor, wyczuwa w nim zagrożenie dla swojej pozycji. To wielu się nie spodoba i podzieli.

„Znachor” jest przykładem jak zrobić nową wersję znanej opowieści, zachowując także ducha oryginału. Świetnie wykonany technicznie, bardzo dobrze zagrany i napisany. To zdecydowanie jeden z najlepszych polskich filmów zrobionych przez Netflixa oraz przykładem udanego remake’u.

8/10

Radosław Ostrowski

Kos

Jakoś polscy filmowcy w kwestii produkcji historycznych wyrobili sobie pewien z góry określony schemat. Hektolitry patosu, bohaterowie historyczni pokazani w bardzo pomnikowy, wręcz jednowymiarowy, cierpiętnictwo, dramat, dramat i… nuda. Nie oznacza to, że nie próbowano podejść do tego tematu inaczej jak pokręcona (oraz bardzo ambitna) „Hiszpanka”, ubrany w sensacyjną konwencję „Piłsudski” czy komediowi „Niebezpieczni dżentelmeni”. Teraz do tego trendu dołącza nowe dzieło Pawła Maślony „Kos”.

Tytułowym bohaterem jest Tadeusz Kościuszko (Jacek Braciak), co w 1794 roku chciał rozkręcić powstanie po II rozbiorze Polski. Towarzyszy mu towarzysz z wojny o niepodległość USA – czarnoskóry Domingo (Jason Mitchell), który wydaje się bardziej stąpać po ziemi. I ma ku temu powody, bo może zapał do walki jest, ale szansę na walkę szlachty z chłopstwem ramię w ramie są żadne. Nie tylko z powodu wzajemnej wrogości między klasami społecznymi, ale kompletnego braku organizacji, broni oraz dewizy „szlachta na przedzie i jakoś to będzie”. Kos wyrusza na spotkanie z hetmanem w dworku u pułkownikowej Giżyńskiej (Agnieszka Grochowska).

To w rzeczywistości NIE JEST główny wątek opowieści, bo prawdziwym bohaterem tego filmu jest Ignac Sikora (Bartosz Bielenia) – bękarci syn szlachcica. Traktowany jak chłop, czyli jak niewolnik i nienawidzony przez resztę rodziny. Aczkolwiek jego ojciec, niejaki Duchnowski (Andrzej Seweryn z epickim wąsem) uwzględnia go w testamencie. Tylko, że powracający z Warszawy brat, Stanisław (Piotr Pacek ubrany na Francuza) nie jest z tego zadowolony. Ignacowi udaje się wykraść testament i musi ruszyć do krakowskiego sądu, by uprawomocnić zapis. Co może pójść nie tak? Trafia na Domingo oraz Kościuszkę, którzy biorą go ze sobą do dworu. Jakby było mało tarapatów, do dworu przybywa oddział Rosjan pod wodzą rotmistrza Iwana Dunina (Robert Więckiewicz) na nocną kwaterę. Co gorsza oficer próbuje schwytać „Kosa”, czyniąc sytuację bardzo nerwową.

Reżyser absolutnie nie tworzy filmowej wersji podręcznika do historii, za to ewidentnie bawi się gatunkami. „Kos” ma w sobie coś z westernu (sam początek z przepięknym krajobrazem), kina awanturniczo-przygodowego w mikro skali czy nawet dramatu. Jednak Maślona najmocniej tutaj inspiruje się… Quentinem Tarantino. I nie chodzi o czasem pojawiające się bluzgi, masę krwi czy sceny zbliżone klimatem do „Django”, „Nienawistnej ósemki” czy „Bękartów wojny”, lecz o mieszankę zabawy realiami historycznymi z poważnymi obserwacjami. Nawet jeśli przez większość czasu jesteśmy zamknięci w dworku z paroma postaciami (Kościuszko, Domingo, Giżyńska, Dunin) atmosfera z każdą minutą robi się coraz gęstsza i gęstsza. Szczególnie z pojawieniem się Dunina, którego bardzo ciężko jest rozgryźć. Czy rozpozna Kościuszkę podszywającego się jako… Tadeusz Bieda, tłumacz Domingo? Czy on wie i tylko czeka na odpowiednią chwilę? Czy zdąży przybyć odsiecz? Maślona bardzo precyzyjnie buduje napięcie, by w ostatnich kilkunastu minutach doprowadzić do mocarnej eksplozji oraz rozpierduchy.

Wszystko to z masą świetnych dialogów, które napisane są bardziej współczesnym językiem niż staropolszczyzną. I chyba dobrze, bo inaczej mogłoby być to dla nas niezrozumiałe. Ale nie brakuje tu zarówno brutalnej władzy panów szlachciców, mogący z chłopami robić praktycznie wszystko (mocna scena traktowania zbiegłego chłopa jak psa i próba powieszenia go), docinków w stronę pieniactwa, słomianego zapału czy – chyba najmocniejszy tekst – dlaczego Bóg i Honor są przed Ojczyzną. A wszystko jeszcze okraszone błotem, krwią, ogniem i mieczem. Widać też, że budżet był, bo kostiumy i scenografia są wykonane pierwszorzędnie.

Do tego aktorsko wszyscy tu błyszczą. Świetny jest Bielenia w roli bohatera mimo woli, co chce załatwić swoją prywatną sprawę. Tylko świat i okoliczności mają dla niego inny plan, przez co będzie musiał dokonać ważkiego wyboru. Zaskakująco stonowany jest Jacek Braciak jako Kościuszko, o wiele bardziej przyziemny, z każdą chwilą zderzony z niezbyt przyjazną rzeczywistością. Tworzy bardzo interesujący duet z Jasonem Mitchellem (Domingo), z którym rozumie się bardzo dobrze. Czuć tą silną więź zaprawioną w boju oraz przyjaźń. Drobne, choć wyraziste role tworzą niezawodni Andrzej Seweryn (Duchnowski) oraz Łukasz Simlat (Wąsowski). Ale prawdziwym złodziejem scen jest absolutnie genialny Robert Więckiewicz. Jego Dunin bardzo i to BARDZO przypomina Hansa Landę z „Bękartów wojny”. Bardzo opanowany, inteligentny, mogący pozornie sprawiać wrażenie dżentelmena. Jednocześnie kryje się tutaj pełen dumy, zdeterminowany brutal, czujący się jak u siebie. Tak wyrazistego antagonisty nie było u nas od czasu Dario ze „Ślepnąc od świateł”.

„Kos” kolejny raz pokazuje jak można robić u nas kino historyczno-kostiumowe, które nie jest zero-jedynkową wizją świata. Może Maślona miejscami aż za bardzo naśladuje Tarantino, jednak ze wszystkich polskich reżyserów robi to najlepiej. Soczyste dialogi, fantastyczne aktorstwo, surowy klimat oraz czysta zabawa, choć nie pozbawiona gorzkich refleksji na temat naszej mentalności.

8/10

Radosław Ostrowski

Filmowe rozczarowania roku 2023

Pewnie zaskoczyła was zmiana nazwy, bo ja bardzo rzadko trafiam na najgorsze filmy roku.  Bo niektóre tytuły świadomie omijam jak polskie komedie (niby)romantyczne, produkcje Patryka Vegi (akurat w tym roku żadnej nie było) i jego naśladowców, slashery czy amerykańskie „śmieszne” komedie. Czas każdego z nas jest bardziej cenny i nie warto marnować go na takie ścierwa. Niemniej nie da się takich rzeczy całkowicie ominąć. Na szczęście takie są dość krótkie z paro powodów. Jednym z nich jest albo to, że seanse takich filmów (na moim laptopie) przerywam, jeśli nie jestem w stanie wejść w dany tytuł. Albo nie jestem w stanie nic o nich napisać, co raczej nie świadczy o mnie za dobrze. Będę musiał nad tym popracować albo zacząć dostawać za pisanie o paździerzach hajs.

Tak jak w przypadku najlepszych filmów tytuły są umieszczone chronologicznie od stycznia do grudnia. Każdy z tych filmów otrzymał ocenę 5,5/10 lub mniej. Nie wszystkie zostały zrecenzowane, więc nie będzie do nich linków. W przypadku wyróżnień pojawiają się moje osobiste rozczarowania, choć same tytuły były „zaledwie” niezłe (z jednym wyjątkiem).

1. Ojciec Stu, reż. Rosalind Ross
2. Zadra, reż. Grzegorz Mołda
3. Republika dzieci, reż. Jan Jakub Kolski
4. Imperium światła, reż. Sam Mendes
5. 65, reż. Scott Beck, Bryan Woods
6. W trójkącie, reż. Ruben Ostlund
7. Krew i złoto, reż. Peter Thorwardt – nieudolna, niemiecka próba zrobienia filmu wojennego w stylu Tarantino
8. Operacja: Soulcatcher, reż. Daniel Markowicz
9. Teściowie 2, reż. Kalina Alabrudzińska
10. Poroże, reż. Scott Cooper
11. Kajtek Czarodziej, reż. Magdalena Łazarkiewicz

Wyróżnienie (czyli moje największe zawody):
Duchy Inisherin, reż. Martin McDonagh – przekombinowany dramat, który za bardzo skupia się na symbolice oraz „głębokich” dialogach, przez co kompletnie mnie to nie obchodziło
Indiana Jones i artefakt przeznaczenia, reż. James Mangold – pożegnanie niegodne takiej legendy jak Indy
Doppelganger: Sobowtór, reż. Jan Holoubek – sam jestem zdziwiony, że ten film tu trafił. W połowie ten film traci napięcie, serwując zbyt wiele znajomych klisz kina szpiegowskiego. Poza tym dla mnie wątek człowieka, którego tożsamość została skradziona przez wywiad była o wiele ciekawsza niż szpiegowska działalność.
Napoleon, reż. Ridley Scott – totalny burdel, który chce opowiedzieć o Napoleonie wszystko, a opowiada… nic. Plus kompletnie rozczarowujący Joaquin Phoenix, który jest bardziej zagubiony niż nasz rząd.

Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że w nadchodzącym roku ta lista nie będzie dłuższa niż ta. Ale czy tak się uda – przekonamy się za rok.

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy roku 2023

Rok 2023 filmowo był strasznie… nierówny. Z jednej strony więcej czasu spędziłem w kinie, co mnie bardzo cieszyło. Z drugiej jednak wiele oczekiwanych przeze mnie filmów bardziej lub mniej zawiodło. Do tego stopnia, że myślałem o rzuceniu tego bloga i pizdu. Jednak po drodze pojawiła się masa niespodzianek, głównie spośród kameralnych, bardziej niezależnych produkcji. Nie wszystko jednak udało mi się zobaczyć, czy to z powodu braku premiery w moim mieście, niezgrania z terminami, choróbska itp. Tak samo nie obejrzałem zbyt wielu seriali, a kupka wstydu z kolejnymi tytułami tylko się powiększa. Będę musiał sobie jakoś z tym poradzić, ale to już inna sprawa.
Obecne poniżej tytuły ułożone są w kolejności chronologicznej od stycznia do grudnia tego roku i otrzymały co najmniej 8/10 lub wyżej. 

1. Trzy dni Kondora, reż. Sydney Pollack
2. Pele, reż. Ben Nicholas & David Tryhorn
3. Fabelmanowie, reż. Steven Spielberg
4. Kot w butach: Ostatnie życzenie, reż. Joel Crawford, Januel Mercado
5. Na Zachodzie bez zmian, reż. Edward Berger
6. Niebezpieczni dżentelmeni, reż. Maciej Kawalski
7. Babilon, reż. Damien Chazelle
8. Dzień świstaka, reż. Harold Ramis
9. Aftersun, reż. Charlotte Wells
10. Filipreż. Michał Kwieciński
11. Robin Hood: Faceci w rajtuzach, reż. Mel Brooks
12. Włoska robota, reż. Peter Collinson
13. John Wick 4, reż. Chad Stahelski
14. Sundown, reż. Michel Franco
15. Jestem otchłanią, reż. Donato Carrisi
16. Sisu, reż. Jarmali Helander
17. Strażnicy Galaktyki: Volume 3, reż. James Gunn
18. Aida, reż. Jasmila Zbanić
19. De Palma, reż. Noah Baumbach, Jake Paltrow
20. Niezwykła wędrówka Harolda Fry, reż. Hettie Macdonald
21. Dziwny świat, reż. Don Hall, Qui Nguyen
22. Tyler Rake II, reż. Sam Hargrave
23. Mission: Impossible – Dead Reckoning Part One, reż. Christopher McQuarrie
24. Oppenheimer, reż. Christopher Nolan
25. Barbie, reż. Greta Gerwig
26. Wojownicze Żółwie Ninja: Zmutowany chaos, reż. Jeff Rowe, Kyler Spears
27. Francuski łącznik, reż. William Friedkin
28. Reality, reż. Tina Satter
29. Gran Turismo, reż. Neill Blomkamp
30. Patton, reż. Franklin J. Schaffner
31. Śubuk, reż. Jacek Lusiński
32. Poprzednie życie, reż. Celine Song
33. Sergio Leone – Włoch, który wynalazł Amerykę, reż. Francesco Zippel
34. Urodzeni mordercy, reż. Oliver Stone
35. Chłopi, reż. Dorota Kobiela, Hugh Weelcham
36. F/X, reż. Robert Mandel
37. Zabójca, reż. David Fincher
38. Królestwo niebieskie – wersja reżyserska, reż. Ridley Scott

Sporo tego, prawda? Choć jednak mam wrażenie, że rok temu było tego więcej. Czego życzyłbym sobie i wam w nowym 2024 roku? O wiele więcej spokoju w tym zwariowanym chaosie jaki trwa już od 3 lat, zdrowia, szczęścia, pomyślności oraz znakomitych filmów i seriali do obejrzenia. 

Radosław Ostrowski

Ferrari

Nie trzeba być fanem motoryzacji, żeby znać nazwę Ferrari. Szybkie, sportowe fury w mocnej czerwieni, jednoznacznie kojarzone z wyścigami. Szybkość, adrenalina i ekscytacja. A kim był ich konstruktor, czyli Enzo Ferrari? O nim postanowił stworzyć swój najnowszy film weteran kina – Michael Mann.

Akcja toczy się w roku 1957 – dziesięć lat po tym jak Enzo (Adam Driver) skonstruował swoje pierwsze auto. Potem były różne wyścigi, rajdy, na których zwycięstwa pomagały w sprzedaży samochodów. Jednak w tym roku wszystko się komplikuje. Finanse się wykruszają, auta psują się, a kierowcy giną w wypadkach. Wszyscy z otoczenia (poza pilnującej pieniędzy żony) radzą mu szukania inwestorów lub sprzedania większej ilości aut. Jedyną szansą dla niego jest wygranie wyścigu Milla Miglia, czyli rajdu z Bresci do Rzymu i z powrotem. Wygranie, nie zajęcie przez jego kierowcę miejsca drugiego czy trzeciego. Zwłaszcza, że równie zdeterminowany jest Maserati, które ma podobne problemy.

Ale to nie jedyny problem z jakim musi się zmierzyć Enzo, bo życie prywatne „Dowódcy” jest skomplikowane. Delikatnie mówiąc. Mężczyzna ma żonę Laurę (Penelope Cruz), jednak ich relacje posypały się po śmierci starszego syna Dino. Poza tym jeszcze jest ta trzecia – Lina Lardi (Shailene Woodley), z którą ma syna. Oboje mieszkają w kupionej przez Enzo posiadłości w tajemnicy przed żoną. I to jest poważny dylemat.

Mann miał bardzo pod górkę przy pracy nad tym filmem, przygotowując się 20 lat. Po drodze zmieniali się odtwórcy głównej roli (Robert De Niro, Christian Bale, Hugh Jackman), zmarł autor scenariusza (Troy Kennedy Martin), wybuchła pandemia. Dopiero w 2021 roku udało się zebrać odpowiednie fundusze, znaleźć aktorów i ruszyć z tym. To świadczy o determinacji i uporze reżysera, tak jak Ferrariego idącego ku wyznaczonej drodze. Jednak w przypadku włoskiego konstruktora i byłego rajdowca droga była bardziej wyboista, w zasadzie pozbawiona jakiegokolwiek dobrego wyjścia. Reżyser lawiruje między życiem prywatnym a zawodowym Włocha, zachowując równowagę.

Ale jeśli spodziewacie się sporych ilości wyścigów czy samochodów, będziecie srodze zawiedzeni. Tego jest za mało, jednak jak już się pojawiają, potrafią dać satysfakcję. Mimo tego, że są zrobione w bardziej staroszkolny sposób. Nie ma tu aż takiej dynamiki i intensywności jak w „Wyścigu” czy „Ford vs Ferrari”, jednak finałowy wyścig Milla Miglia trzyma za gardło. Co jest zasługą szybkiego montażu oraz paru nietypowych kadrów jakby żywcem wziętych z lat 80., a także zgrabnie wplecionych efektów specjalnych. Czuć to ryzyko w czasach, kiedy wyścigi odbywały się na publicznych drogach i bez obecnych zabezpieczeń.

A jak sobie poradził Adam Driver w roli tytułowej? Moim skromnym zdaniem, radzi sobie bardzo dobrze tworząc portret człowieka upartego, bezkompromisowego i przekonanego o swoich racjach. Nie bez powodu nazywany jest Dowódcą, pokazując charyzmę mówcy jak podczas rozmowy z kierowcami po przegranym rajdzie. Bardziej przypomina wycofaną, kalkulującą maszynę niż człowieka przez co trudno go polubić. Zwłaszcza, że nie prywatnie sprawia wrażenie wycofanego, niepewnego i nie odnajdującego się poza torem i wyścigami. Kontrastem dla niego jest Penelope Cruz jako żona Laura – mająca więcej energii, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać. W jej oczach maluje pojawia się poczucie odrzucenia, ból, szczególnie po odkryciu kochanki i dziecka. Bardzo mocna, intensywna kreacja. Wspólne sceny tej dwójki to jedne z lepszych momentów tego filmu. Trochę w cieniu wydaje się być Woodley, której postać wydaje się bardzo stonowana, nie awanturująca się, niejako pogodzona z byciem tą drugą.

Czy „Ferrari” jest powrotem Michaela Manna po 8 latach niebytu do dobrej formy? Zdecydowanie tak, z paroma mocnymi dialogami i scenami oraz bardzo porządnymi scenami wyścigów. Na pewno fani motoryzacji chcieliby większego skupienia na samochodach i wyścigach niż dramacie obyczajowych. Niemniej to kawał solidnie przygotowanej biografii.

7/10

Radosław Ostrowski

Akademia pana Kleksa

„Akademia pana Kleksa” wydana w 1946 roku autorstwa Jana Brzechwy stała się bardzo popularną powieścią. A nawet przez bardzo długi czas szkolną lekturą. Jednak do naszej popkultury Kleks wszedł dzięki filmowi Krzysztofa Gradowskiego z 1983 roku oraz ikonicznej roli Piotra Fronczewskiego. Więc kiedy pojawiły się wieści o nowej adaptacji, większość była nastawiona bardzo sceptycznie. Zarówno z powodu osoby reżysera (Maciej Kawulski), jak i wprowadzanych zmian w scenariuszu. Czy najgorsze obawy się potwierdziły?

Historia skupia się na Adzie Niezgódce (debiutująca Antonina Litwiniak) – 12-letniej dziewczyny, co zawsze sobie wszystko planuje i przygotowuje. Mieszka razem z matką, zaś ojciec wyszedł z domu i nie wrócił. Przez 6 lat, a wszelki ślad zaginął. Jej spokojne życie zmienia się, kiedy pojawia się ptak Mateusz (Sebastian Stankiewicz) i zaprasza ją do Akademii pana Kleksa. Nie bez problemów, ale udaje się ją przekonać do tego przedsięwzięcia. Na miejscu poznaje dzieci z różnych części świata, a także bardzo ekscentrycznego Kleksa (Tomasz Kot), uczącego… siły wyobraźni. Tylko zbliża się bardzo poważne zagrożenie – Wilkunami chcą schwytać oraz zabić Mateusza. Dlaczego? By się zemścić za śmierć ich króla.

Poprzeczka zawieszona była bardzo wysoko, a oczekiwania wystrzeliły jak rakieta. To nie miało prawa się udać, prawda? Początek nie zapowiada WIELKIEJ katastrofy, gdzie powoli poznajemy naszą bohaterkę i jej otoczenie. Po drodze jeszcze jest product placement (na szczęście nie zbyt nachalny), ekspozycję oraz jeszcze szybsze poznanie reszty dzieciaków. A że potem nie odgrywają zbyt dużej roli w dalszej części filmu, to już inna sprawa. Kiedy trafiamy do bajkowego świata oraz Akademii, wszystko powinno się rozkręcić oraz oczarować. Kawulski robi to, ale głównie w kwestii technicznej. Wrażenie robią efekty specjalne oraz scenografia Akademii – każde pomieszczenie, korytarz wygląda niesamowicie i pieści oczy. Tak jak wiele scen, gdzie Kleks pokazuje różne niezwykłości jak tworzenie jedzenia z… kolorów czy manipulowanie otoczeniem.

I w tym momencie coś w „Akademii” zaczyna się psuć, zaś Kawulski zaczyna gubić się w tej układance. Podobnie jak w „Kajtku Czarodzieju” brakuje skupienia, gdzie wątki mieszają się ze sobą w mętną mieszankę. Jakby chciano złapać kilka srok za ogon – nauka w Akademii, budowana relacja Ady z Kleksem, osamotniony uczeń Albert, przeszłość Mateusza, wreszcie wisząca wizja wojny z Wilkunami. Nie wspominając jeszcze o tajemnicy wokół ojca Ady, która jest tu ledwo liźnięta. Do tego parę nietrafionych żartów oraz muzyka MOCNO próbująca naśladować styl a’la „Stranger Things”. A także trzeci akt wyglądający jakby nakręcił go Zack Snyder. Dlaczego? Wjeżdża na pełnej slow-motion, patos oraz efekciarstwo.

Ja tak narzekam, marudzę i wymieniam te wady, ale jest tu troszkę dobra. Poza warstwą wizualną jest tutaj kilka wyrazistych ról. Absolutnie świetny jest Tomasz Kot, którego Kleks sprawia wrażenie dziecka w ciele dorosłego. Lubi robić efektowne wejście (oj, wejście z muzyką – perełka), z pokręconymi strojami, ale jednocześnie ma w sobie coś z mędrca. Zaskakująca jest Danuta Stenka w roli przywódczyni Wilkusów, bo jest odpowiednio demoniczna, przerażająca i zła. Nie można nie wspomnieć o Piotrze Fronczewskim, który zawsze trzyma poziom czy dość nietypowo obsadzonym Sebastianie Stankiewiczu jako Mateuszu (tutaj wiele robi charakteryzacja). A jak poradziła sobie Litwiniak w roli głównej? Gra bardzo przyzwoicie bez wywoływania irytacji, a w wielu bardziej dramatycznych momentach wypada przekonująco. Reszta w zasadzie jest troszkę tłem dla reszty.

Ta inkarnacja „Akademii pana Kleksa” ma wiele, wiele wad i problemów. Można by rzec, że film Kawulskiego padł ofiarą swoich ambicji oraz oczekiwań. Niemniej nie jest to aż tak wielka katastrofa jak wieszczą krytycy. Do satysfakcji jednak jest daleko, niestety.

6/10

Radosław Ostrowski

Hrabia

Jeszcze nie miałem okazji obejrzenia filmu z Chile, choć trafiłem na reżysera Pablo Larraina dzięki „Jackie”. Filmowiec z Ameryki Południowej w tym roku postanowił zmierzyć z historią swojego kraju w najbardziej nieoczywisty sposób. A można się o tym przekonać, oglądając „Hrabiego” na Netflixie. I jest to jeden z lepszych oryginalnych filmów platformy streamingowej.

hrabia1

Tytułowym hrabią jest mieszkający na odludziu… Augusto Pinochet (świetny Jaime Vadell), były dyktator Chile. Uznany za zmarłego przebywa gdzieś w domku na pustyni. I nie sam, bo z bardzo starą żoną (równie podłą jak on) oraz rosyjskim lokajem Fiodorem (Alfredo Castro). Otoczony starymi księgami, rekwizytami, unikając kontaktu ze światem zewnętrznym. Ale jakim cudem on jeszcze żyje? Bo jest… wampirem, żyjącym od ponad 250 lat i nie bardzo chce mu się żyć. Czy może być coś gorszego? Zjazd pięciorga dzieci, które nie są wampirami oraz bardzo czekają na śmierć, by położyć łapę na ogromnym majątku. Rzekomo gdzieś schowanymi w ukryciu. Dlatego zostaje wysłana księgowa Carmen (wielkooka Paula Lushsinger), by wyliczyć, zbadać i odnaleźć. Ale mało kto wie, że kobieta jest tak naprawdę… zakonnicą. A jej celem jest odprawienie egzorcyzmów na dyktatorze.

hrabia2

Co to za misz-masz gatunkowy? Niby mamy wampira, quasi-biografia, polana czarnym humorem oraz satyrą na dyktatorów i ich rządy. Co jest zasługą tajemniczej Narratorki, pozwalającej sobie zarówno na ironiczny komentarz, jak i poznania historii samego Pinocheta. Cały czas tutaj lawiruje gatunkami, gdzie humor, napięcie oraz powoli skrywana tajemnica. Niby wszystko toczy się bardzo powolnym, niespiesznym tempem, co może spolaryzować. Bo osoby czekające na krwawą jatkę i lejącą się posoką, będą rozczarowani.

hrabia3

„Hrabia” jest o wiele bardziej wyrafinowany formalnie – absolutnie świetne, czarno-białe Edwarda Lachmanna budują klimat jakiejś odrealnienia, pewnej niesamowitości. Gdzie fikcja miesza się z historią, zaś demonizm Pinocheta zmieszany jest ze znużeniem, groteską. Facetem nie dostrzegającym swoich wad, okrucieństw i podłości, co wywołało we mnie bardzo gorzki śmiech. Jeszcze jak dodamy do tego dzieci dyktatora, dla których celem jest przejęcie majątku (bo to same nieroby – jak na rodzinę dyktatora przystało), absurd osiąga wyżyny.

hrabia4

Reżyser pokazuje i ubiera w bardzo zgrabną metaforę długowieczność dyktatury oraz ogromny wpływ na całe otoczenie. Nie chodzi tu tylko o pasożytujące dzieci czy ciągle niezaspokojonej chuci żony, co chciałaby także być wampirem. Takim mocnym przypadkiem jest Fiodor – lokaj z Rosji, dawniej mordujący wszystkich komunistów. Napięty jak struna, przemieniony w wampira za lojalność staje się niejako gorszą kopią swojego pana. Larrain nie ogranicza się tylko do krytyki i szyderstwa z dyktatury, lecz zderza ją z Kościołem katolickim, reprezentowanym przez Carmen. Pozornie delikatna, naiwna i silna wiarą, ale to tak naprawdę fasada skrywająca mniej przyjemne oblicze. Jak to się wszystko skończy, nie zdradzę. Niemniej jest to bardzo satysfakcjonujący finał.

hrabia5

„Hrabia” to absolutnie szalona, ale i bardzo gorzka komedia, będąca rozliczeniem się z mroczną przeszłością Chile. Larrain ubiera w gatunkowy sztafaż horroru, polewając to groteską i absurdem, jednak to wszystko skrywa bardzo poważne ostrzeżenie przed władzą absolutną. Bez względu na to, czy nosi mundur czy habit.

7,5/10

Radosław Ostrowski