Freestyle

Po obejrzeniu „Zadry” straciłem jakąkolwiek nadzieję na dobry polski film o rapie lub z rapem w tle. Wcześniej było „Jestem bogiem” o Paktofonice czy „Inni ludzie” Terpińskiej, ale to trochę niewiele. Teraz niczym młody, zdolny chłopak w dresiku przybył – niczym rycerz na białym koniu – Netflix ze swoim nowym dziełem. Czyli „Freestyle”, co w slangu rapowym oznacza improwizowaną nawijkę na zadany temat.

Naszym głównym bohaterem jest Darek zwany Diego (zaskakujący Maciej Musiałowski) – młody chłopak z Krakowa, syn znanego ojca w półświatku. Razem z kumplem „Mąką” (Michał Sikorski) szykują się do nagrania rapowej płyty. Ale, niestety, jego kumpel to totalny patafian i tępy piździelec, co go ciągnie ze sobą na dno. Bydlak nawet podczas sesji nagraniowej ukradł mikrofon. Jednak jest szansa na naprostowanie sprawy i zarobienie – trzeba zawieść towar na słowacką stronę. Tam lokalny gangster Martin (Jakub Nosiadek) proponuje kolejny dil, czyli sprzedaż dwóch kilo koksu. Coś, czym kiedyś -nasz heros się zajmował, lecz już wypadł z gry. Razem z dawnym kumplem „Batonem” oraz braćmi Stary przygotowuje towar i rusza. Co może pójść nie tak? Ano pojawia się psiarnia, Mąka zostaje zatrzymany, zaś Diego z towarem udaje się uciec. No i się zaczyna się wyścig z czasem.

Za „Freestyle” odpowiada Maciej Bochniak, czyli reżyser znany głównie z filmu „Disco polo”. Nawet jeśli początkowo można było odnieść wrażenie, że dostaniemy coś w klimacie „8. mili”, to jest tylko złudzenie. Bliżej jest tutaj do klimatów kina braci Safdie zmieszanego ze… „Ślepnąc od świateł”. Mimo że akcja toczy się w Krakowie, a nie stolicy. Gdzieś jest tutaj podobne poczucie ciągłego pośpiechu, ruchu i zaciskającej się pętli, zaś Diego desperacko sięga po kolejne brzytwy, by utrzymać się na powierzchni. A każda próba jedynie komplikuje całą – i tak niełatwą – sytuację. I ja czekałem na ten moment, gdy ta nakręcająca się spirala w końcu huknie w spektakularny sposób.

Nawet jeśli zbiegi okoliczności wydają się absurdalne jakby Kraków nagle zmienił się w bardzo małe miasteczko, zaś zachowanie niektórych postaci (bracia Stary, co niby są twardzi i bezwzględni, ale tak naprawdę to chcą pomóc naszemu Diego wyjść z tarapatów) budzi pewne wątpliwości, to ogląda się to całkiem nieźle. Kamera niemal cały czas jest skupiona na protagoniście, czy to filmując go zza pleców, czy w dużych zbliżeniach; w tle przygrywa bardzo pulsująca muzyka, zaś wszystko spowite jest szarzyzną i mrokiem. Niemniej czasem zgrzytają dialogi, gdzie za bardzo próbujemy rzucać slangiem i w dużej ilości bywa to niezbyt strawne. Także otwarte zakończenie mnie akurat rozczarowało.

Aktorsko jest całkiem nieźle, głównie dzięki obsadzeniu raczej mniej znanych i ogranych twarzy. Poza Maciejem Musiałowskim, który od mniej więcej trzech lat magnetyzuje swoją obecnością. Tutaj wypada dobrze i jest przekonujący. Tak samo jak znany z „Sonaty” Michał Sikorski w roli robiącego coraz większe przypały „Mąki”, który okazuje się większym cwaniakiem niż się wydaje. Za to sporym zaskoczeniem była obecność kompozytora Pawła Mykietyna, wcielającego się w „Tumana” oraz całkiem niezły Artur Krajewski (lichwiarz Zbigniew) czy świetny duet Roman Gancarczyk/Olek Krupa (bracia Jacek i Józef Stary). Za to słabiej wypadają panie, czyli Nel Kaczmarek (influencerka Miki) i Hanna Nobis (Kira), które nie mają zbyt wiele do zagrania.

Więc jak podejść do tego „Freestyle’u”? Bochniak czerpie dobre wzorce i nawet jeśli jest to zbyt znajome, nie wywołuje poczucia znużenia czy zażenowania. Czuć dobrą rękę reżysera, ale także nie do końca wykorzystano potencjał tego dzieła.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sergio Leone – Włoch, który wynalazł Amerykę

Dokumenty o ludziach kina są ciekawe nie tylko z powodu osoby, będącej tematem filmu. Drugim kluczem jest też podejście samego twórcy dokumentu. Włoski reżyser Francesco Zippel zdecydował się zmierzyć z opowieścią o Sergio Leone. Czy jest jakiś kinoman, który nie zna tego nazwiska? Mam nadzieję, że nie, a jeśli tacy się pojawią, powinni koniecznie zobaczyć ten dokument.

Sama forma jest klasyczna jak na dokument – gadające głowy, archiwalne materiały, fragmenty filmów czy kadry z realizacji filmów. Plus jeszcze drobne retrospekcje w formie małych miniatur, które stanowią fajny dodatek. A kim są nasi rozmówcy? To zarówno grający u Leone aktorzy (Robert De Niro, Jennifer Connelly i obowiązkowo Clint Eastwood), współpracownicy (m. in. dźwiękowcy, Ennio Morricone czy współodpowiedzialny za scenariusz „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” Dario Argento), dzieci reżysera, historyk kina, autor biografii (sir Christopher Frayling) oraz reżyserzy zainspirowani jego dziełami i/lub będący jego fanami jak Quentin Tarantino, Steven Spielberg, Martin Scorsese czy Darren Aronofsky. Ale jest też sam Leone – z wywiadów, masy archiwalnych materiałów oraz wypowiedzi.

Pytanie jednak na ile jest to prawdziwy portret, a na ile pewne wyobrażenie samego Leone. Każdy z rozmówców widzi inne elementy i cechy tego twórcy. Dla Spielberga to chłopak zakochany w filmie, co bawi się kinem; dla Quentina Tarantino człowiekiem skupiającym się na gatunku i archetypach, który doprowadza do ewolucji oraz dekonstrukcji; Darren Aronofsky oczarowany jest skupieniem na dźwięku; Clint Eastwood widzi w nim ryzykanta, co podejmuje niebezpieczne akcje i pozwala na odrobinę szaleństwa (cudna opowieść o wysadzeniu mostu przy „Dobrym, złym i brzydkim”); Damien Chazelle dostrzega epicką skalę i rozmach; a Scorsese dostrzega w Leone człowieka łączącego stare hollywoodzkie produkcje z ironicznym humorem.

Te wszystkie różne obserwacje pokazują jedno: to był człowiek pełen pasji, zaangażowania i dzikiej energii. Człowiek kochający kino, podążający za swoją i gotów nawet odrzucić wyreżyserowanie „Ojca chrzestnego” dla swojego opus magnum. Czyli gangsterskiego „Dawno temu w Ameryce”, którego realizacja trwała długo, zaś odbiór w USA… rozczarował i szefostwo wytwórni przemontowało to dzieło. A to w jakimś sensie zabiło samego reżysera, pozbawionego jakiegokolwiek wpływu na tą decyzję. Z masą anegdot, drobiazgów i kapitalnych scen z filmów.

„Sergio Leone” jest w dużej części laurką, ale jednocześnie jest też czymś w rodzaju filmowego testu Rorschacha. Szczególnie w przypadku reżyserów opowiadających o Leone widać to najmocniej. Można się czepiać, że Zippel nie skupia się na prywatnym życiu reżysera, ale chyba nie to było celem. Bo sam tytuł to ewidentny hołd złożony jednemu z największych reżyserów XX wieku i pokazuje jak nadal stanowi silną inspirację. Dla fanów kina to pozycja obowiązkowa.

8/10

Radosław Ostrowski

The Mandalorian – seria 3

Trzecie spotkanie z Din Djarinem było przeze mnie zwlekane, bo… tak naprawdę to nie wiem. Mam masę seriali zaczętych, niedokończonych oraz na coraz dłuższej liście tytułów do nadrobienia. Jak zwykle sprawy mocno się komplikują, co pokazała… „Księga Boby Feeta”. Nasz Mando z powodu zdjęcia hełmu zostaje uznany za apostatę i wykluczony z klanu. By zmazać tą hańbę musi wyruszyć na Mandalore i zmyć się w wodach pod kopalniami. Problem w tym, że sama planeta została zniszczona przez Imperium, nie nadając się do życia. Jakby tego było mało nasz główny złol – Moff Gideon ucieka, zaś wyszkolony przez Ashokę Grogu wraca do Dina.

By jeszcze bardziej pogmatwać całą układankę, wraca kolejna istotna postać – Bo-Katan. Po ostatnich wydarzeniach została osamotniona w swoim zamku, niczym księżniczka. Dawna grupa najemników odeszła, zaś Mroczny Miecz nadal ma w rękach Din. Ale podczas eksploracji planety nasz Mando odkrywa, że niektóre przekonania mocno mijają się z rzeczywistością.

Co dość mocno mnie zaskoczyło to fakt, że trzeci „Mandalorian” skupia się na… Mandalorianinach. A konkretnie zjednoczeniu całej rasy pod jednym przywództwem oraz powrotu do ojczyzny. Dlatego postać granej przez Katee Sackhoff Katan odgrywa bardzo istotną rolę. W drodze do osiągnięcia tego celu – jak w poprzednich sezonach – trzeba będzie wykonać parę zadań. A to obronić miasto przed atakiem piratów, odbudować robota IG-11, zbadać psujące się roboty na pewnej planecie itd. Ma to swój rytm, a co zaskakujące nie mamy tutaj fan service’u i odniesień do poprzednich filmów sagi. Dzięki Bogu, bo w drugiej serii troszkę z tym przegięto. Wszystko z dobrymi dialogi, ikonicznym tematem przewodnim oraz świetną techniczną jakością.

Najciekawsze jednak były dla mnie odcinki i momenty poboczne – przeszłość Grogu z czasów Rozkazu 66 oraz funkcjonowanie tego świata w czasach Nowej Republiki. Odcinek 3 niemal w całości skupia się na dr Pershingu, który za Imperium prowadził eksperymenty genetyczne. Widzimy wykonywany proces przekształcenia dawnych ludzi Imperium (a także ich maszyn) do służby Nowej Republiki. O wiele bardziej zbiurokratyzowanej, osłabionej, bardzo podatnej na infiltrację. Finał tego wątku okazał się o wiele mocniejszy niż się spodziewałem. Ale sam finał na Mandalore jest fenomenalnym spektaklem, z masą akcji, strzelanin i tak satysfakcjonującego zakończenia jakie można się było spodziewać.

Dla mnie trzeci sezon „Mandalorianina” to (mam nadzieję) bardzo satysfakcjonujący finał całej serii przygód Din Djarina i Grogu. Udaje się mocniej rozszerzyć ten świat, zachowując jego przygodowy klimat. Ostatnie ujęcie dla mnie jest taką kropką nad i, że dla mnie ta historia dobiegła końca. Pora w końcu sięgnąć po inne opowieści z tego uniwersum jak „Andor”.

8/10

Radosław Ostrowski

Teściowie 2

Jak dobrze wiemy, bardzo rzadko zdarzają się udane kontynuacje. Najczęściej to łatwiejszy skok na kasę w imię prastarej zasady „więcej, mocniej, bardziej”, bo skoro coś się dobrze sprzedało raz, można zrobić to znowu. Więc czy był sens dalszej historii „Teściów”, czyli jak (nie doszło) do ślubu młodych przez ich rodziców z dwóch różnych światów.

Teraz mamy drugie podejście, bo młodzi (Łukasz i Weronika) są zdeterminowani, uparci, szaleni. Naprawdę chcą się chajtnąć, a tym razem uroczystość ma mieć miejsce… nad morzem. Na plaży przy hotelu, już za swoje pieniądze. Więcej przyjeżdżają przyszli teściowie, co zwiastuje zderzenie czołowe: prowincjusze Wanda i Tadeusz (Izabela Kuna i Adam Woronowicz) oraz reprezentująca inteligencję Małgorzata (Maja Ostaszewska) z mamusią (Ewa Dałkowska). Na czym polega myk? Kobieta rozstała się z Andrzejem (ten ma się pojawić później) i na ślub przybywa w towarzystwie młodszego Jana (Eryk Kulm) – kolegi z pracy. Wszystko dwa dni przed ceremonią, więc co może pójść nie tak?

Za drugą część tym razem odpowiada Kalina Alabrudzińska i na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło. Nadal siłą humoru jest kontrast między inteligencją a wsią, co daje odrobinę śmiechu. Szczególnie wobec bardzo poczciwego Tadeusza, który pierwszy raz jest w hotelu i widzi osoby z innych krajów oraz… koloru skóry. No i nie byłby sobą, gdyby tego nie skomentował, co czasami wywoływało we mnie ciarki żenady. Tutaj bardziej skręcamy ku komedii stricte, nawet idąc ku farsie (pojawienie się „stalkera”), ALE to nie ma tej siły rażenia jak „jedynka”. Nie czuć tutaj takiego wrzenia oraz coraz nasilającego się napięcia, zaś gagi z czasem stają się powtarzalne. A nawet finałowa mowa Małgorzaty była dla mnie zbyt dosłowna i niekomfortowa w oglądaniu.

Sama lokacja wnosi świeżego powietrza i zahacza klimatem o „Biały Lotos” (te szklane pokoje, masaże), co ładnie wygląda w obrazku. Najbardziej jednak mnie zaskakiwało to skupienie na postaciach, głównie naszych paniach. Obie, choć z różnych środowisk, mają ze sobą więcej wspólnego niż się wydaje. Iza Kuna i Maja Ostaszewska fantastycznie wygrywają (przez większość czasu) swoją tłumioną seksualność, samotność oraz ciągłą potrzebę zaspokajania potrzeb innych niż własne. Co dodaje – ku mojemu własnemu zaskoczeniu – ciężaru emocjonalnego, wybrzmiewając najmocniej. Nadal także błyszczy Adam Woronowicz, czyli bardzo wycofany Tadeusz. Może i ma bardzo archaiczne przekonania (oraz rzuca najbardziej żenujące teksty), ale nadal potrafi wywołać sympatię swoją poczciwością. Niejako w cieniu pozostaje Eryk Kulm jako młody partner Małgorzaty, jednak ma kilka momentów i okazuje się solidnym wsparciem.

Druga część „Teściów” jest dla mnie, niestety, sporym rozczarowaniem. Strasznie wtórny, powtarzalny, choć nadal jego siłą pozostają wyraziści bohaterowie. Aktorstwo ciągnie ten film wyżej, choć balans między humorem a zażenowaniem jest silnie zaburzony. ALE jest bardzo silna sugestia, że będzie część trzecia i może uda się odzyskać moje zaufanie.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Chrzciny

Kolejny film o „polskości”, czyli naszych wadach (hipokryzja, dewocja, kłótliwość, zawiść) siedzących w nas praktycznie od… chyba zawsze. Do tego jeszcze w czasach historycznych, co było wałkowane od dekad. Najlepiej w czasach polaryzujących i wywołujących silne emocje. Jak równie mocno wałkowany stan wojenny – ostatnio obecny choćby w takich filmach jak „Wszystko, co kocham” czy „Żeby nie było śladów”. Równie z tym tematem postanowił się zmierzyć debiutant Jakub Skoczeń w „Chrzcinach”, które toczy się… podczas przygotowań do chrzcin.

chrzciny2

Gdzieś w górskim miasteczku mieszka Marianna (Katarzyna Figura) – nestorka rodziny, której udało się dokonać niemożliwego. Zebrała wszystkich – także tych najbardziej skłóconych – członków rodu na chrzciny swojego wnuka. Jednak obawa skłócenia oraz podziałów nie do pogodzenia jest tak silna, że może dojść do rozejścia się wszystkich. Czemu? Powodów jest kilka: dwóch braci stoi po różnych stronach barykady (jeden partyjny, drugi w Solidarności); do tego nie wiadomo kto jest ojcem dziecka, zaś matka Hania (Marianna Gierszewska) nie zdradza tajemnicy; jest jeszcze rozwiedziona Irena (Marta Chyczewska) otrzymująca prezenty od byłego męża zza granicy. To jednak jest nic przy jednej, brutalnej decyzji, czyli… wprowadzeniu stanu wojennego. Kobieta decyduje się ukryć wszelkimi sposobami tą informację, by doprowadzić uroczystość do końca. Jakby mało było problemów o pomoc prosi ksiądz (Andrzej Konopka). Chodzi o ukrycie siostrzeńca Janka (Tomasz Włosok) przed ścigającą go milicją, co komplikuje sprawy.

chrzciny1

Reżyser w zasadzie nie odkrywa na nowo Ameryki i mamy znajomość historię rodzinną podczas uroczystości. Jak choćby „Cicha noc”, gdzie mamy ciasną przestrzeń domu i sporo postaci. Pojawiają się obowiązkowe animozje, sarkastyczny humor i pretensje, które wydają się dziwnie znajome. Czasy i dekoracje się zmieniają, ale wojna światopoglądowa wydaje się być nieodzownym elementem wielu rodzinnych spotkań. Dlatego bierzemy w nich udział tak rzadko, bo finał wydaje się bardzo łatwy do przewidzenia. Skoczeń wykorzystuje tą historię, żebyśmy wszyscy mogli spojrzeć na siebie jak w zwierciadle.

chrzciny3

Jednak „Chrzciny” nie są ani tak ostrym spojrzeniem jak u Smarzowskiego czy przenikliwe jak u Domalewskiego. Jasne, nie brakuje to kilku zabawnych sytuacji niczym z komedii pomyłek, jednak brakuje tutaj świeższego spojrzenia. Zmiana dekoracji to trochę za mało, kiedy postacie nie wydają się aż tak mocne i wyraziste. Poza Marianną najbardziej się tu wybija barwny Tolo (świetny Maciej Musiałowski), który jest najbardziej ekscentryczny, lekko postrzelony chłopak, co wszystko wygrywa w karty oraz twarda, nie dająca sobie w kaszę dmuchać Teresa (mocarna Agata Bykowska). Choć jest tu masa znanych twarzy jak Michał Żurawski, Tomasz Schuchardt czy w/w Konopka i Włosok, to tak naprawdę ten film trzyma w ryzach świetna Katarzyna Figura. To najbardziej złożona postać, która w szafie trzyma wiele trupów i dla utrzymania rodziny razem jest w stanie posunąć się do kłamstewek oraz manipulacji. Bardzo bogobojna i wspierająca, a jednocześnie mocno żyjąca w kłamstwie. Wszystko to bez demonizowania oraz szarży o jaką było tu bardzo łatwo.

chrzciny4

Trudno mi ten film jednoznacznie ocenić. Z jednej strony jest pewnie sfotografowany, ma kilka dobrych scen i porządne aktorstwo, ale z drugiej jest bardzo wtórny, pozbawiony jakiegoś mocnego uderzenia. Niemniej warto uważnie przyglądać się Jakubowi Skoczniowi, bo widać spory potencjał na ciekawego reżysera. Czy będzie go w stanie wykorzystać? Przekonamy się przy drugim filmie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Egzorcysta papieża

Czy jest w ogóle sens robienia filmów o opętaniu, egzorcyzmach i facetów w czerni, którzy walczą z nadnaturalnym złem? Pod względem finansowym – na pewno. Ale poza „Egzorcystą” Williama Friedkina żaden inny film nie wywołał takiego fermentu ani wrażenia w kwestii tego podgatunku jak horror religijny. A reszta – klisza kliszą pogania. Nie inaczej jest w przypadku „Egzorcysty papieża”, mimo wykorzystania prawdziwej postaci ojca Gabriela Amortha.

Nie znacie go? Był głównym egzorcystą Watykanu, czyli szefem wszystkich egzorcystów i pełnił ta funkcję od 1986 aż do śmierci w 2016. Napisał wiele książek, które były bestsellerami i opisywały wszelkie egzorcyzmy. W tej historii – trochę jak w kryminale – nasz heros ma wyniki, jednak dostaje opieprz od przełożonych (Kongregacja Nowej Wiary). Bo wtedy, czyli w roku 1987, egzorcyzmy wydawały się przeżytkiem dla młodszych duchownych. Na szczęście nasz duchowny ma wsparcie samego szefa, czyli Jana Pawła II (Franco Nero z sexy brodą). Ten niczym komendant policji daje swojemu podwładnemu zadanie – wysyła go do Hiszpanii, gdzie doszło do dziwnego opętania.

Do San Sebastian przybywa rodzina, co w spadku odziedziczyła… klasztor w trakcie remontu. Najmłodszy członek rodziny, chłopiec Henry zostaje opętany. Co w tym dziwnego? Że demon chce księdza Amortha, więc lokalny duchowny dostaje od razu łomot. Dodatkowo samo miejsce ma pewną mroczną tajemnicę, która mocno może rzutować na historię Kościoła.

Brzmi jak kompletne wariactwo i bzdura? Do tego pełna znajomych klisz, więc co może być interesującego w tej historii? Reżyser Julius Avery wydaje się być tego w pełni świadomy, bo mamy masę znajomych klisz. Opętane dziecko, co brzmi demonicznie i klnie jak szewc? Jest. Osoby pod wpływem demona poruszające się w nienaturalny sposób, unoszące się lub wyrzucane na drugi koniec pokoju? Wiadomo. Niszczony pomnik Jezusa w kościele? No ba. Młody asystent księdza z tajemnicą? Jakżeby inaczej. Jeśli chcecie obejrzeć ten film dla fabuły, to raczej nie liczcie na niespodzianki.

Sam film nie jest aż tak straszny jakby się można było spodziewać, ale reżyser bardzo sprawnie buduje klimat. Jest odpowiednio mrocznie i zachowuje cały czas równo tempo. Pewnym miłym dodatkiem jest odkrywana tajemnica tego domostwa o wyglądzie zamku, co skojarzyła mi się z „Kodem da Vinci” czy „Skarbem narodów”. Choć sam finał jest efekciarskim popisem (słabych) efektów komputerowych i jest oczywisty, to jednak potrafił mnie złapać. Innym zaskoczeniem jest… humor, którego w takiej ilości się nie spodziewałem oraz praca kamery, nadająca intensywności.

Ale najmocniejszą rzeczą, która czyni ten film aż tak przyjemnym doświadczeniem jest Russell Crowe. W roli tytułowej cudownie balansuje między powagą a zgrywą, ma masę uroku i w bardziej dramatycznych momentach zwyczajnie błyszczy. Doświadczony duchowny w walce ze złem skrywającym mroczną tajemnicę i zaskakująco bardzo przyziemny, który większość opętań uznaje za chorobę psychiczną. Nawet (całkiem nieźle) mówi po włosku i z akcentem, nie popadając w śmieszność. Równie świetny jest debiutujący Peter DeSouza-Feighoney w roli opętanego Henry’ego, który wyciska z tej postaci masę energii. Bardzo niepokojący i przekonujący w tej roli, bez popadania w niekontrolowaną przesadę.

Jeśli spodziewacie się czegoś nowego w konwencji filmów o opętaniach, „Egzorcysta papieża” nie jest filmem dla was. Niemniej jest to zaskakująco sympatyczny akcyjniak z elementami nadnaturalnymi i solidny kawałek kina, który nie traktuje się do końca zbyt poważnie. Zwiastun zapowiadał o wiele bardziej generyczny horror niż ostatecznie dostaliśmy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Poprzednie życie

Już sam początek zapowiada, że to tylko pozornie znajoma historia. Jesteśmy w jakimś barze nocą, gdzie siedzi troje ludzi: dwoje Azjatów (mężczyzna oraz kobieta) i jeden biały. Widzimy jak dwoje z nich rozmawia, do tego pojawia się narracja z offu. Dwoje postaci spekuluje kim jest ta cała trójka oraz jakie są ich relacje, a jednocześnie kamera coraz bardziej się przybliża do kobiety. I… cofamy się o 24 lata do Korei, aby poznać dwójkę bohaterów jako 12-letnich dzieci (Hae Sung i Na Young) – taka całkiem sympatyczna para. Być może coś by z tego wykiełkowało, lecz rodzice Na opuszczają kraj. Oboje zaczynają żyć swoim życiem, a ich losy przetną się… 12 lat później dzięki Internetowi.

Kolejne nowe dzieło niezależnego hegemona jakim na przestrzeni lat stało się A24 i – znowu – dali szansę debiutantowi. Tym razem jest nią Celine Song – urodzona w Korei Południowej i mieszkająca w Nowym Jorku dramaturg, której także pracowała jako scenarzystka (staff writer) przy serialu „Koło czasu”. Kompletnie mnie to zaskoczyło, bo niemal od pierwszego kadru dałem się wciągnąć w tą historię – bardzo powolną, spokojną i pozornie pozbawioną jakiejkolwiek akcji. Reżyserka tutaj stawia na klimat i nastrój, stąd tutaj bardzo wiele statycznych ujęć, kilka mastershotów oraz bardzo stonowana kolorystycznie. Całość rozbita jest na trzy linie czasowe: czas dzieciństwa, potem pierwszym kontakt po 12 latach w wieku studenckim, wreszcie współcześnie po kolejnych 12 latach już „na żywo”.

A nad wszystkim cały czas pada jedno pytanie: a co by było gdyby? Czy gdyby ona nie wyjechałaby z kraju, ta parka byłaby razem? Jakby się potoczyły ich losy? Zejdą się teraz czy nie? Wielu z nas czasami takie myśli przychodzą po głowie, co pozwala pewnie o wiele łatwiej się identyfikować z tymi postaciami. Bardzo sympatycznymi, złożonymi i szukającymi swojego miejsca. A jednocześnie tak więź między Hae a Na (później używająca imienia Nola) jest tak silna i namacalna, że chciałem wierzyć w jedną, absurdalną rzecz. Iż tych dwoje znowu się razem zejdzie, choć ona już ma męża. Bo przecież takie rzeczy się zdarzają na ekranie, prawda? I że ten jej mąż jest porządnym gościem nie powinno być problemem? Tylko, że… to nie jest ten typ kina, co spełnia sny o sile miłości pokonującej wszystko i przeznaczeniu. Choć pojawia się wiele świetnych, niepozbawionych głębi dialogów, to jednak nie popada w podniosło-melodramatyczno-patetyczne rejony.

Moja melancholijna strona jest bardzo oczarowana tym skromnym i pełnym romantyzmu klimatem „Poprzedniego życia”. Niby jest to debiut, ale film sprawia wrażenie zrobionego przed doświadczonego reżysera, który wie jak opowiedzieć historię pełną emocji, zaangażowania i pasji. A jeśli debiut jest tak fantastyczny, to przyszłość Celine Song jako reżyserki wydaje się świetlana.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Śubuk

Pamiętam jaki ogromny ferment oraz piorunujące wrażenie zrobił na mnie film „Chce się żyć”. Dzieło Macieja Pieprzycy otworzyło wrota dla innych twórców do opowiedzenia historii rodzin z niepełnosprawnymi intelektualnie dziećmi. W zeszłym roku pojawiły się dwa filmy o tej tematyce – „Sonata” oraz „Śubuk”. I z tej dwójki ciekawsze jest dzieło Jacka Lusińskiego, który ostatnio zrealizował fantastyczny serial „Minuta ciszy”.

Akcja zaczyna się gdzieś na przełomie ustrojowym w jakimś dużym mieście, ale nie w Warszawie. Tutaj mieszka Marysia (Małgorzata Gorol), która zaszła w ciążę z milicjantem Darkiem (Filip Pławiak). Problem w tym, że ona nie chce mieć dziecka, lecz ucieka przed rozpoczęciem zabiegu. Wskutek okoliczności, w czym spory wpływ ma starsza siostra Marta, rodzi chłopca. Trochę wbrew sobie, bo nie da sobie rady zająć się nim i jednocześnie studiować. Ale po nagłej śmierci Marty wszystko się komplikuje. Sąsiedzi też nie pomagają, jednak nie to jest najgorsze – w przedszkolu chłopiec (Kubuś), delikatnie mówiąc, się nie odnajduje. Jest bardzo wycofany, nierozmowny i… agresywny. A jedynym wypowiadanym przez niego słowem jest „Śubuk”. Desperacko szukając przyczyny tej sytuacji zapada brutalny wyrok: autyzm.

Na pierwszy rzut oka ten film wydaje się prosty do zrobienia, wręcz samograj. No bo jest dramatyczna sytuacja, więc łatwiej sympatyzować z bohaterką (jeszcze łatwiej stosując emocjonalny szantaż), podkręcając kolejne wyboje na drodze i zderzenie z bezdusznym systemem. Dowalić śrubę beznadziei i dać promyk światła, z patosem i WIELKIMI słowami. No i zajebiście, nie? To by było jednak zbyt łatwe i zbyt proste podejście, czego reżyser wydaje się być świadomy. Dlatego idzie w stronę kina środka, czyli próbując zachować balans między powagą a humorem, bez popadania w stany mroczno-smutno-depresyjne i nie osłabiając emocjonalnego ładunku. Dzięki temu „Śubuk” tak angażuje, bez popadania w patos, moralizatorstwo czy skręcając w publicystykę.

Lusiński opowiada historię Marysi i jej syna od narodzin aż do matury, czyli bardzo spory kawałek. Czasem czuć skrótowość tej narracji, jednak relacja tej dwójki cały czas jest w centrum uwagi. Kolejne zderzenia z systemem, który jest kompletnie nieprzygotowany na takie sytuacje (szukanie przedszkola, interwencja policji czy stworzenie klasy integracyjnej). A mimo lat niewiele się zmieniło i jakoś się kurwa nie zanosi na poprawę. Szczególnie na polu edukacji społecznej czy podejścia urzędników i polityków. Chyba że samemu zdejmie się klapki z oczu, co najbardziej pokazuje przykład sąsiada (bardzo dobry Andrzej Seweryn). Początkowo pisze donosy i nie jest w stanie wytrzymać hałasów, jednak z czasem staje się silnym wsparciem dla dziewczyny.

To wszystko jednak by nie zadziałało, gdyby nie trzymająca na swoich barkach całość Małgorzata Gorol. Aktorka całkowicie zwraca uwagę, tworząc bardzo złożoną postać matki mimo woli. Widzimy jak zaczyna dojrzewać do roli opiekunki, pozostawiając za sobą swoje marzenia i ambicje: od poczucia przytłoczenia (mocna scena, gdy wykrzykuje pełnemu energii synowi, żeby przestał i próbuje go… udusić poduszką) oraz bezsilności aż po desperacki upór, niezłomność. Wszystko bez próby zdobycia na siłę sympatii widowni i pójścia na łatwiznę. Gorol wspierają w/w Seweryn, a także – wcielający się w synów – Wojciech Dolatowski i Wojciech Krupiński plus drobne epizody Aleksandry Koniecznej (dyrektor) oraz Marty Malikowskiej (Marta, siostra Marysi).

Są tu pewne drobne rysy (skokowa narracja, czasem powiedzenie pewnych rzeczy DUŻYMI LITERAMI czy finał z niby-dylematem), ale to w żaden sposób nie osłabia siły „Śubuka”. Reżyser Jacek Lusiński przyznał, że nakręcił ten film z gniewu i frustracji. To czuć od początku do końca, a jednocześnie jest on pełen empatii, wrażliwości oraz czułości. Tylko pozornie wydaje się to sprzeczne.

8/10

Radosław Ostrowski

Wilk – seria 2

Ten mini-serial Canal+ okazał się dla mnie sporym zaskoczeniem. Przynajmniej formalnym, gdzie pokazywane było życie młodych w quasi-alternatywnym świecie. Świecie, gdzie wskutek pandemii zostaje wprowadzony stan wyjątkowy i panuje dyktatura totalitarna. Jednak opowieść była bardzo kameralna, ograniczona do jednej przestrzeni i… bardzo krótka (najdłuższy odcinek nie przekraczał 15 minut). Więc tym większe było moje zaskoczenie, gdy Jan Dybus z Michałem Wojciechowskim zrobili w tym roku drugi sezon.

wilk2-1

Tym razem mamy zupełnie inna historię, która toczy się wokół trzech postaci: wpływowego ministra (Hubert Urbański), jego nastoletniej córki Igi (Waleria Gorobets) oraz mieszkającej z nimi Ani (Jessica Polak). Ta druga jest córką człowieka skazanego za handel bronią i – o czym reszta domowników nie wie – członkiem grupy buntowników, co są przeciw dyktatorskiej władzy. A tej nocy ma się stać coś, co może zmienić życie całej trójki.

wilk2-3

Sama historia jest w zasadzie wycinkiem większej całości, którą poznajemy dzięki narracji z offu oraz wielokrotnemu łamaniu czwartej ściany. Tutaj niemal każdy raz to robi, co wywraca percepcję, zaś zmienna perspektywa tylko uatrakcyjnia skromną i właściwie prostą opowieść. Nie brakuje tu soczystych dialogów czy świetnej pracy kamery (atak na radiowóz z perspektywy policjantów), która była już znakiem tej serii. Tak samo dobrze wypada aktorstwo, gdzie najbardziej znanymi twarzami są raper Bedoes (tatuażysta Janek) oraz Hubert Urbański. I ku zaskoczeniu wszystkich nie ma tutaj słabej roli, gdzie nawet drobne epizody wypadają dobrze. Na mnie wrażenie zrobiły młode dziewczyny, czyli Gorobets i Polak. Ta pierwsza jest niby zbuntowana i niby gardzi swoim ojcem, ale lubi swoje wygodne życie. Z kolei ta druga to idealistka, co wierzy w słuszność sprawy, lecz próbuje patrzeć szerzej.

wilk2-2

Nie mniej może wkurzyć bardzo otwarty finał, sugerujący kolejną część. Obyśmy się jej doczekali, bo ta wizja świata niebezpiecznie przypomina to, co się dzieje za oknem. Bo to zdecydowanie jedna z ciekawszych produkcji w dorobku Canal+.

7/10

Radosław Ostrowski

Kochanica króla Jeanne du Barry

Kino kostiumowe ostatnio dzięki „Faworycie” zaczęło nabierać nowego blasku i witalności. A teraz pojawił się kolejny film z tego gatunku, tym razem z Francji. A jak wskazuje sam tytuł to historia królewskiej faworyty. Ostatniej kochanki króla Ludwika XV.

Więc jesteśmy w XVIII-wiecznej Francji, gdzie towarzyszymy Jeanne Becu – nieślubna córka mnicha i krawcowej. Czyli dziewczyny z nizin społecznych, która nie ma zbyt wielkich perspektyw. Zwłaszcza w przypadku osoby niewykształconej, więc najpierw trafia do klasztoru, potem do kilku różnych możnych. Nigdzie nie jest jednak w stanie pozostać na dłużej, a wszystko z powodu dość szybko odkrytej seksualności i poznanej literaturze. Aż poznaje bardzo bogatego faceta, czyli hrabia du Berry. I dzięki temu zostaje zauważona przez samego króla. Mężczyzna czyni Jeanne swoją faworytą i umieszcza na swoim dworze, co bardzo wielu osobom się nie podoba.

jeanne du barry2

Za film odpowiada aktorka, reżyserka i współscenarzystka Maiwenn, która także obsadziła się w tytułowej roli. Sama historia poprowadzona jest klasyczne, z offowym narratorem, dopowiadającym wiele rzeczy nie pokazywanych na ekranie. Zaskakuje dość spokojny rytm i tempo, gdzie po dość rwanym pierwszym akcie trafiamy na sam dwór. W tym momencie „Kochanica króla…” dla mnie zaczęła nabierać barw, pokazując jej żywot w Wersalu. Gdzie zmuszona jest do zachowania reguł panującej etykiety. ALE ona zaczyna trochę wywracać znany porządek. I nie chodzi tylko o modę (ubierała się jak mężczyzna, nie nosiła peruki, makijażu), lecz także niektóre konwenanse. Te zderzenia iskrzyły, zaś reakcje oburzenia intrygowały, a ja czekałem na rozwój wypadków.

jeanne du barry1

Tylko, że z chwilą pojawienia się Marii Antoniny nagle tempo wyraźnie zwalnia i bardzo rzadko podnosi się na wyższy poziom. Nie do końca kupiłem też związku Jeanne z królem, gdzie więcej się mówi o tej miłości niż ją się widzi. Tej chemii nie było widać. Także lekko rozczarowujące było zakończenie, opowiedziane przez narratora o wydarzeniach po opuszczeniu Wersalu. Wydawało mi się zbyt dużą drogą na łatwiznę.

jeanne du barry3

Za to wielkie wrażenie zrobiła na mnie warstwa wizualna. Scenografia i kostiumy są bardzo barwne oraz wystawne. Kompozycja kadrów też wydaje się przemyślana, krajobrazy wyglądają imponująco, zaś w tle gra bardzo stylizowana muzyka na epokę. Jeśli jednak chodzi o zdjęcia, muszę wspomnieć o bardzo istotnej kwestii. Mianowicie sceny nocne są – albo przynajmniej wyglądają – na kręcone przy naturalnym oświetleniu, czyli na świecach. To budziło we mnie skojarzenia z „Barrym Lyndonem” czy „Faworytą” i być może stanie się nowym trendem w tego typu produkcjach.

jeanne du barry4

Aktorsko jest dość nierówno. Sama Maiwenn w roli tytułowej ma w sobie masę iskry i temperamentu, przez co ogląda się ją z zainteresowaniem. Muszę jednak przyznać, że na początku miałem pewne wątpliwości, lecz z czasem ta postać zaczynała nabierać barw. A jak Johnny Depp, dla którego – przynajmniej według marketingowców – miał zaliczyć wielki powrót? Całkiem nieźle, choć jest mocno wycofany i stonowany. Co trzeba pochwalić, że aktor całą rolę zagrał po francusku i mówi nim dość biegle. Dla mnie najlepszym punktem obsady był Benjamin Lavernhe w roli majordomusa La Borde – zaufanego człowieka króla oraz osobę będącą dla naszej bohaterki przewodnikiem po Wersalu. Nie można było od niego oderwać wzroku.

Trudno mi jednoznacznie polecić ten film. Z jednej strony Maiwenn potrafi ciekawie pokazać dworskie życie, ale gdzieś po drodze zgubiono emocje, zaangażowanie oraz postacie. Wizualia są jednak na tyle interesujące, by dać szansę, lecz nie należy oczekiwać zbyt wiele.

6,5/10

Radosław Ostrowski