Przyznaj się, Fletch

Finansowa i artystyczna porażka „Fletch żyje” spowodowała, że plany na trzecią część zostały zawieszone. Dopiero w połowie lat 90., gdy prawa do książek McDonalda kupiło Miramax. Chevy Chase miał wrócić, zaś reżyserem miał zostać Kevin Smith. Prace się jednak przedłużały, aktor zrezygnował i zaczęły pojawiać się plany rebootu. Zmieniali się aktorzy, mający zagrać głównego bohatera, reżyserzy i trwało to kilkanaście lat. Dopiero w 2020 roku wszystko zaczęło ruszać z kopyta, kiedy obsadzono w roli Fletcha Jona Hamma, zaś reżyserem został Greg Mottola, czyli twórca „Supersamca”. I ku mojemu zaskoczeniu powstała najlepsza filmowa odsłona cyklu o Irwinie Fletcherze.

Nasz bohater teraz przebywa w Bostonie i gdy go poznajemy, wraca z Rzymu do wynajmowanego mieszkania. Na miejscu w środku znajduje się trup młodej kobiety. Fletch wzywa policję i… staje się głównym podejrzanym w sprawie. Tylko dlaczego Fletch miałby ją zabijać? Tylko, że bohater tak naprawdę ma o wiele poważniejszą sprawę na głowie. Otóż nasz bohater (niezależny dziennikarz) został zatrudniony przez Angelę (Lorenza Izzo), by rozwiązać sprawę kradzieży cennych obrazów z kolekcji włoskiego hrabiego de Grassi. Arystokrata został porwany, zaś sprawcy tego czynu chcą w zamian za wolność… obraz Pablo Picassa. Nawet będąc pod okiem policji Fletcher ma kilka tropów, z których najbardziej obiecujący jest Ronald Horan (Kyle MacLachlan) – handlarz dzieł sztuki, co niedawno sprzedał dwa zaginione obrazy.

„Przyznaj się, Fletch” ma wiele z komedii kryminalnej w starym stylu. Choć akcja jest osadzona współcześnie (tuż po pandemii), bardziej klimatem przypomina poprzednie filmy z Fletchem. Tylko bez elementu charakteryzacji i przebieranek, za to z bardzo piętrową intrygą. Reżyser bardzo powoli odkrywa całą historię, podrzuca kolejne tropy oraz galerię bardzo wyrazistych postaci. A kiedy wydaje się, że sprawa wydaje się jasna, pojawia się kolejna poszlaka i wszystko staje się jeszcze bardziej mętne, pokręcone. Nadal jest tu sporo sarkastycznego humoru oraz ciętych ripost czy sprytnego kombinowania Fletcha, próbującego ogarnąć różne sytuacje (jak choćby pozbycie się nadajnika GPS, śledzenie czy włamanie się do łódki). Cały czas mamy różne niespodzianki, a najlepszą dostajemy na sam koniec. Więcej nie zdradzę, bo to była by większa zbrodnia niż brak oceny dla kierowcy Ubera.

To pomówmy troszkę o obsadzie. Jon Hamm wszedł w rolę Fletcha jak masełko w chlebek, cały czas balansując między powagą a zgrywą. Taki uroczy i zaradny cwaniak, któremu nawijką dorównuje chyba tylko Saul Goodman. Godne zastępstwo za Chase’a, który wydawał się nie do zastąpienia. Wyrazista jest Lorenza Izzo jako Angela de Grassi – jak na Włoszkę jest temperamentna, pełna pasji i jednocześnie skrywa parę tajemnic. Dobrze też wypada duet Roy Wood Jr./Ayden Mayeri, czyli prowadzący śledztwo inspektor policji oraz młoda praktykantka. Dla mnie jednak film skradli Marcia Gay Harden jako bardzo elegancka hrabina de Grassi, co jest mocno przywiązana do luksusu (jak wypowiada „Fletch” – perełka!) oraz John Slattery w roli byłego szefa Fletcha, czyli naczelny z nastawieniem (podkreśla je bardzo często rzucane słowo na „k”).

Jeśli ten film ma być początkiem nowej serii przygód Irwina Maurice’a Fletchera, to jestem jak najbardziej za. Wszyscy tęskniący za sarkastycznym, ale dociekliwym i inteligentnym dziennikarzem powinni sięgnąć po „Przyznaj się, Fletch”. Bardzo elegancka, zgrabna oraz dowcipna rozrywka, na którą warto było czekać ponad 30 lat.

8/10

Radosław Ostrowski

Fletch żyje

Sukces kinowego „Fletcha” spowodował, że kontynuacja wydawała się nieunikniona. Ta pojawiła się po czterech latach i – ku zaskoczeniu wielu – nie był oparty na żadnej powieści z cyklu Gregory’ego McDonalda. Nie musiało to oznaczać totalnej katastrofy, bo jest niemal ta sama ekipa realizująca (poza scenarzystą). To sprawdźmy, czy Fletch naprawdę żyje.

Irwin Fletcher (Chevy Chase) nadal pracuje jako dziennikarz brukowca w Los Angeles. Jednak sytuacja może się zmienić, kiedy dowiaduje się o śmierci ciotki z Luizjany. W spadku ma posiadłość Belle Isle i decyduje się… rzucić swoją pracę, zamieszkać tam na stałe. Nowy, wspaniały świat, prawda? Rzeczywistość okazuje się o wiele bardziej paskudna i nieprzyjemna. Domostwo jest mocno wyniszczone, mieszka tam tylko czarnoskóry sprzątacz (Cleavon Little). I jest nie za ciekawie. Do tego stopnia, że zajmująca się testamentem prawniczka zostaje zamordowana, zaś Fletch staje się głównym podejrzanym. Jakby tego było mało, ktoś jest bardzo chętny na tą ziemię. Baaaaaaaardzo.

Reżyser Michael Ritchie próbuje zachować świeżość oryginału, gdzie sarkastyczny humor Fletcha mieszał się z nieźle poprowadzoną i opowiedzianą intrygą. Problem dla mnie w tym, że to wszystko wydawało mi się aż za bardzo znajome. Dziennikarz (w kamuflażu) wchodzi w niedostępne miejsca, by znaleźć potrzebne informacje i wchodzi w interakcje z lokalsami. Nieważne, czy jest to gang bikerów, członkowie Ku Klux Klanu (jeszcze bardziej niezdarni niż ci z „Django”), lokalny adwokat czy pewien wpływowy teleewangelista. Tło niby jest inne, ale wiele gagów i sytuacji jest aż zbyt znajoma. Pościg na motorach, aresztowanie przez policję, upokarzanie prawnika w sprawie alimentów, jest nawet scena snu (lecz mniej zabawna) – brakowało mi tu pewnej klasy i elegancji poprzednika. Nawet muzyka wydaje się powtórką z rozrywki, co było dla mnie męczące.

Nie oznacza to, że „Fletch żyje” jest nieoglądalny czy słaby. Chase nadal jest w dobrej dyspozycji, na drugim planie błyszczy świetny R. Lee Emrey jako teleewangelista Jimmy Lee Farnsworth i trzymający klasę Hal Holbrook w roli adwokata Hamiltona, zaś kilka scen nadal potrafi rozbawić. To nadal zabawna i lekka komedia kryminalna, choć poprzednik stał na wyższym poziomie. Ale wstydu tutaj nie ma, więc seans nie powinien sprawiać przykrości czy bólu.

6/10

Radosław Ostrowski

Biała odwaga

Dotykanie tematów przemilczanych czy niewygodnych nigdy nie jest łatwe. W konsekwencji może on albo doprowadzić do kontrowersji czy skandalu albo oskarżeń o wykorzystywanie tematu do eksploatacji w najbardziej prostacki sposób. Były pewne obawy wobec nowego filmu Marcina Koszałki, gdyż dotyczył on kolaboracji górali z Niemcami podczas II wojny światowej. Kwestia niewygodna, do tej pory stanowiąca spore tabu i mogłaby stanowić mocny akt oskarżenia. Jednak reżyser idzie inną ścieżką.

Jesteśmy w samiuśkich Tatrach, gdzie mieszkają dwie rodziny: Zawratów i Wetulów. Jeden z synów, Jędrek (Filip Pławiak) to taternik i alpinista, kochający się w Bronce (Sandra Drzymalska). Niestety, jej rodzicom nie bardzo to odpowiada, bo jest dla nich bardziej miastowy niż gazda. Dlatego chcą, by ich córkę poślubił Maciej (Julian Świeżewski) albo ślubu nie będzie. Ślub jednak musi się odbyć, bo inaczej ziemia Zawratów zostanie zabrana przez wierzycieli. W końcu nasz góral porzuca swoje strony i zamieszkuje w Krakowie. Tam poznaje niemieckiego alpinistę Wolframa von Kamitza (Jakub Gierszał), który chce wziąć Jędrka jako przewodnika po górach. Jednocześnie Niemiec wierzy, że górale pochodzą ze starogermańskiego plemienia Gotów. Wkrótce wybucha wojna, a Niemcy chcą pozyskać górali jako sojuszników, proponując im wiele korzyści.

Na pierwszy rzut oka „Biała odwaga” jest melodramatem z historią w tle. Bo niejako kośćcem głównego wątku jest skomplikowany trójkąt miłosny. Teoretycznie, bo im dalej w las, tym bardziej Koszałka próbuje złapać kilka srok za ogon. Kolaboracja górali z Niemcami, przyjaźń Jędrka z von Kamitzem, zwerbowanie (siłą) górali do Wehrmachtu, partyzanci zabijający kolaborantów, wreszcie wkroczenie Armii Czerwonej. Dużo się tu dzieje, oj dużo. Jak na dwie godziny, wręcz za dużo, przez co reżyser bardzo gubi się w tej narracji. Przeskakuje z postaci na postać, a także w czasie, przez co film wydaje się rwany i chaotyczny. Muszę przyznać, że twórcy próbują zrozumieć motywacje postaci, tylko ci bohaterowie są strasznie jednowymiarowi. Choć nie brakuje dramatycznych i mocnych scen (atak partyzantów, rozmowa majora UB czy przywitanie gubernatora), nie mówiąc o zachwycających zdjęciach górskich, „Biała odwaga” wywołała we mnie jedno uczucie: obojętność.

Technicznie nie jestem w stanie się do czegokolwiek przyczepić. Zdjęcia są świetne, co akurat nie dziwi – Koszałka jest przede wszystkim operatorem filmowym. I to widać, nie tylko w pokazywaniu krajobrazów. Scenografia, kostiumy i wszelkie sceny, gdzie wykorzystane są góralskie tradycje, przyśpiewki itp. stoją na wysokim poziomie. Tak samo dialogi pełne gwary (dla takich ceprów jak ja użyto napisów) sprawiają wrażenie wiarygodnych. Tylko sposób przedstawienia tej historii kompletnie mnie nie porwał.

Chciałbym móc wam polecić „Białą odwagę”, bo film ma coś ciekawego do opowiedzenia na temat kwestii przemilczanej przez lata. Problem jednak w tym, że reżyser próbuje upchnąć tyle rzeczy w tej opowieści, że z czasem rozwadnia się i traci jakikolwiek emocjonalny ciężar. Nie mogę pozbyć się wrażenia niewykorzystanego potencjału, co jest szczególnie bolesne. Wielka szkoda.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Fletch

Irwin Maurice Fletcher – bohater cyklu powieści kryminałów autorstwa Gregory’ego McDonalda, czyli pisarza niezbyt znanego w naszym kraju (do tej pory wydano tylko jedną powieść i to bardzo dawno temu). Dziennikarz pracujący w gazecie Los Angeles, gdzie pisze pod pseudonimem Jane Doe. Jeśli jest u nas kojarzony, to dzięki dwóm filmom w reżyserii Michaela Ritchie. Więc pora o jednym z nich opowiedzieć.

fletch1-1

We „Fletchu” z 1985 roku Fletcher (Chevy Chase) pracuje nad tekstem w sprawie handlu narkotyków na plaży, podszywając się pod jednego z lokalsów. Wtedy zostaje zauważony przez lotniczego potentata, Alana Stanwycka (Tim Mathieson), który ma dla niego dość nietypową propozycję: da mu 50 tysięcy dolarów w zamian za… zabicie go. Ale dlaczego miałby to zrobić? Jak zapewnia sam zainteresowany, jest śmiertelnie chory na raka kości i chce oszczędzić sobie cierpienia. Poza tym, w przypadku morderstwa została wypłacona spora polisa ubezpieczeniowa. Fletch niechętnie się zgadza na to, ale podejrzewa, że sprawa ma drugie dno. Powoli zaczyna badać swojego zleceniodawcę i odkrywa tajemnicę. Jak się potem okaże, zarówno sprawa narkotyków oraz „morderstwa” są powiązane.

fletch1-2

Reżyser musi lawirować między kryminalną intrygą a sarkastyczno-absurdalnym humorem. Pomaga mu w tym będący w szczytowej formie Chevy Chase. Jego Fletcher z jednej strony to bardzo dociekliwy i inteligentny dziennikarz, potrafiący podszyć się praktycznie pod każdego, by znaleźć istotne informacje. Ale z drugiej jest bardzo sarkastycznym, nie traktującym do końca wszystkiego poważnie luzakiem. Jego największym marzeniem jest zostać… koszykarzem Lakersów. Nawet w sytuacjach zagrażających życiu nigdy nie traci opanowania oraz ciętego dowcipu. Nieważne jakie kocopoły opowiada i pod kogo się podszywa (bo jest bardzo kreatywny w nazwiskach: od agenta ubezpieczeniowego Harry’ego Trumana po rzekomego kuzyna, niejakiego… Don Corleone), humor leci ponad poziom sufitu.

fletch1-3

Do tego jeszcze nie brakuje scen pościgu (cudowna ucieczka przed radiowozami), włamywania i pogoni przed psem rasy doberman oraz bardzo powoli odkrywana intryga. Ritchie sprawnie opowiada historię, ale cały czas jest prowadzona lekko, nawet w bardzo dramatycznym finale. I co najważniejsze, cała ta fabuła ma sens, choć pod koniec zacząłem szybko łączyć elementy układanki. Niemniej zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące, a o to tu chodzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Guillermo del Toro: Pinokio

Historia stworzona przez Carlo Collodiego opowieść o Pinokiu jest dość znana. Przenoszona na ekran też była wielokrotnie, więc co można jeszcze pokazać w tej kwestii? Był Disney, były wersje aktorskie, a nawet aktorsko-animowany remake Disneya. Aż tu cały na biało wjechał Guillermo del Toro do spółki z Markiem Gustafsonem, wsparci przez The Jim Henson Company. Po co? By stworzyć „Pinokia” w formie animacji poklatkowej.

Na pierwszy rzut oka opowieść jest znajoma, opowiedziana przez narrację Sebastiana J. Świerszcza (Ewan McGregor). Akcja dzieje się w małym miasteczku we Włoszech w okresie międzywojennym. Geppetto (David Bradley) – tak jak pamiętamy – jest stolarzem, potrafiącym z drewna zrobić wszystko. Ciągle rozpacza po śmierci syna, zabitego przez spadającą bombę. Coraz bardziej marnieje i pod wpływem pijackiego amoku decyduje się stworzyć drewnianego chłopca. Ten zostaje ożywiony przez Strażniczkę Lasu (Tilda Swinton), która prosi Świerszcza o bycie moralnym przewodnikiem. Tylko jest jedno ALE – jesteśmy w czasach Benito Mussoliniego, gdzie obowiązuje posłuszeństwo władzy, ideologii i Partii.

I ta drobna zmiana historyczna zmienia wszystko w kontekście tej opowieści. Del Toro z Gustafsonem inaczej akcentują opowieść o drewnianym chłopcu, który – jak na dziecko – odkrywa świat. Wszystko jest dla niego nowe, ciekawe i fantastyczne. Tylko czasy faszyzmu, gdzie obowiązuje dyscyplina, posłuszeństwo (wobec władzy) oraz służba dla kraju są najważniejsze. A każde odchylenie od tej normy jest traktowane z dużą nieufnością. Tutaj niejako każdy ma swój pomysł na Pinokia: dla Gepetta ma być kopią zmarłego syna, dla burmistrza (Ron Perlman) superżołnierzem, dla prowadzącego festyn hrabiego Volpi (Christoph Waltz) szansą na duży zarobek. A nasz bohater chłonie wszystko, co widzi jak gąbka. Nawet jak wszystko podąża w znajomym kierunku, twórcy cały czas inaczej kładą akcenty, czyniąc nawet znajome momenty bardzo świeżym.

„Pinokio” bardzo mi się podobał także stylistycznie, bo animacja poklatkowa jest tutaj świetna. Zarówno wygląd Pinokia wypada naprawdę dobrze (choć sam proces tworzenia go ma w sobie coś z horroru), jak i lekko przerysowane postacie antagonistów. Na mnie jednak największe wrażenie robiły dwie postacie fantastyczne: Strażniczka Lasu oraz Śmierć (w kształcie lwa z masą oczu na skrzydłach). Obie też – tak jak Świerszcz – nie ruszają ustami, co tylko podkreśla ich magiczność. Ale najlepsze wizualnie były momenty, gdy Pinokio występował na scenie lub rozmawiał z innymi marionetkami, co wymagało sporego wysiłku. Tak samo imponująca jest (pozornie prosta) scenografia i delikatna przygrywająca muzyka w tle.

Więc czy warto zobaczyć „Pinokio” od Guillermo del Toro? To zdecydowanie najkreatywniejsza inkarnacja klasycznej opowieści Coldoniego, imponujący technicznie i świetnie zagrany. Z chwytliwymi piosenkami, prostym przesłaniem i wieloma niezapomnianymi ujęciami.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tyle co nic

Kolejny obraz polskiej wsi? Ten temat wydaje się tak samo przeżarty jak komedie sensacyjne z naszego podwórka na przełomie wieków pełne gangsterów i drobnych cwaniaczków. Więc co można nowego w tym temacie pokazać? Zadania tego postanowił podjąć się debiutujący reżyser Grzegorz Dębowski w filmie „Tyle co nic”.

Głównym bohaterem jest rolnik Jarek Martyniuk (Artur Paczesny) – lokalny przywódca społeczności. Próbuje pomóc rodzinie swojego przyjaciela, która zamieszkuje u niego w domu po pożarze. Próbuje dla nich zebrać pieniądze i załatwiać różne rzeczy. Jednak na wieść o tym, że lokalny poseł Lesław Kołodziej (Artur Steranko) zagłosował przeciw nim, bardzo szybko organizuje akcję. Czyli wjazd do jego chaty i wrzucenie gnojówki w środku z pomocą kumpli. Ale następnego dnia Jarka zgarnia policja na przesłuchanie. Okazuje się, że w kupie gnoju znajduje się… ciało zaginionego kolegi. Mężczyzna próbuje na własną rękę ustalić, co się stało.

Sądząc po opisie można byłoby się spodziewać, debiut Dębowskiego mógłby być kryminałem. I poniekąd nim jest, gdzie nasz bohater prowadzi własne dochodzenie. Ale im bardziej próbuje dotrzeć do prawdy, sprawa nie wydaje się zbyt oczywista. Niby społeczność wydaje się zwarta, lecz tak naprawdę każdy wydaje się żyć własnym życiem, z obojętnością wobec innych. Nawet najważniejsi ludzie na wsi: proboszcz i poseł kierują się swoimi interesami. A jednocześnie w okolicy ostatnimi czasy dochodzi do pożarów z powodu awarii instalacji elektrycznej. Zbieg okoliczności czy niekoniecznie? Im dalej w las, z każdą rozmową obraz nie jest zbyt jasny. A sama opowieść służy do pokazania życia we współczesnej wsi.

Jednak reżyser nie próbuje ani romantyzować tego obrazka, ani pokazywać go w skrajnie depresyjny sposób. Dębowski ogranicza się do roli obserwatora niczym w filmie dokumentalnym, z kamerą bardzo blisko twarzy, wieloma ujęciami z ręki oraz kompletnym brakiem ilustracji muzycznej. W „Tyle, co nic” wieś bardziej przypomina umieralnię, gdzie nie ma tutaj specjalnie przyszłości. Ani dla młodych ludzi, którzy nie chcą tu zamieszkać i prowadzić życia rolnika, ani dla samych rolników, wykorzystywanych cały czas przez innych. Nie ma tutaj jakiejkolwiek nadziei, co najmocniej wybrzmiewa w rozmowie między Jarkiem a posłem pod koniec filmu.

Szorstkość i realizm filmu potęguje także obsadzenie mniej rozpoznawalnych twarzy, bez wielkich nazwisk. Jedyną znaną mi twarzą był Steranko, który świetnie sobie radzi jako śliski polityk, jednak nie ma w tej roli niczego przerysowanego czy demonicznego. Widać w tej twarzy pewne rozgoryczenie z powodu nieodwracalnych zmian tego świata. Ale wszystko na swoich barkach trzyma fantastyczny Artur Paczesny. Jego Jarek to z jednej strony człowiek przywiązany do tradycji i dawnych wartości, jednak cały czas przebija się na tej twarzy smutek, przygnębienie i poczucie bezsilności. A to ostatnie doprowadza do gniewu, wyrażanego bardzo ostrymi wiązankami słów powszechnie uznanych za wulgarne. Niesamowita kreacja, która zostanie w pamięci na długo.

Smutny i gorzki film, któremu bardzo blisko jest do kina moralnego niepokoju. Bardzo naturalny i bez jakichkolwiek upiększeń pokazywany portret polskiej wsi, z soczystymi dialogami oraz świetnym aktorstwem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kolor purpury

Już sama koncepcja wydawała się mocno absurdalna. Adaptacja powieści Alice Walker zrobiona w konwencji… musicalu? Historia o kobiecie, której życie pełne jest psychicznej i fizycznej przemocy (w tym kazirodztwo!) posklejana piosenkami oraz tańcami? Brzmiało jak koncepcja jakiegoś nawiedzonego gościa, tylko że… wcześniej powstał musical i to dość popularny na Broadwayu (grany 3 lata, a potem wznowiony). Do tego jako producenci film wsparli Steven Spielberg (reżyser poprzedniego „Koloru purpury”), autorka pierwowzoru Alice Walker, kompozytor Quincy Jones (autor muzyki do filmu 1985 roku) oraz grająca jedną z głównych ról w poprzedniku Orpah Winfrey. Więc teoretycznie powinno być dobrze, prawda?

Sama historia w zasadzie jest bardzo zbliżona. Podążamy za Celie (Fantasia Barrino), co mieszka na południu USA w Georgii razem z siostrą Nettie (Halle Bailey) oraz ojcem. Matka zmarła wcześniej, zaś ojciec zaczyna dobierać się do swoich córek. Do tego stopnia, że Celie dwukrotnie zachodzi w ciążę i zawsze dziecko zostało jej zabrane. I kiedy wydawało się, że nie może być gorzej, zostaje wydana za mąż. Przyszłym partnerem jest niejaki „Pan” (Colman Domingo), co posiada spory kawałek ziemi. Kiedy jednak ojciec kobiet chce się dobrać do Nettie, ta ucieka do siostry, lecz nie na długo.

Tym razem za kamerą stanął reżyser i raper Blitz Bazawule, bardziej znany jako Blitz the Ambassador. W zasadzie (z tego, co pamiętam) historia nowej wersji w zasadzie trzyma się oryginału. Jeśli spodziewacie się złagodzenia tonu i uniknięcia mrocznych tematów, zapomnijcie o tym. W końcu mamy psychiczną i fizyczną przemoc, upokarzania, ograniczanie woli kobiety, picie oraz coraz większe poczucie izolacji. Wszystko na przestrzeni ponad 40 lat, co widać (nie tylko przez informację na planszy). Wszystko płynie swoim zaskakująco wolnym rytmem, dając czas wybrzmieć tym mocniejszym scenom. Reżyser nie epatuje (wprost) okrucieństwem, ale nie unika tego tematu.

Jednocześnie przebija się tutaj odrobina światła w tym ponurym świecie, co jest zasługą dwóch drugoplanowych postaci: zadziornej i energicznej Sofii (świetna Danielle Brooks) oraz piosenkarki Shug Avery (kradnąca film Taraji P. Henson). Te dwie panie stoją w kontrze do wycofanej, osamotnionej Celie, pokazując jej drogę do samostanowienia o sobie. Więc dramatycznie i emocjonalnie ten film angażuje. Jak więc z partiami muzyczno-wokalnymi? Nie wywołują one zgrzytu jakiego się spodziewałem, bo są zrobione w bardzo eleganckim, starym stylu. Są wystawne w formie (szczególnie wykonywane przez Shug Avery w tancbudzie oraz w jej mieszkaniu), z prostą choreografią i chwytliwymi numerami, a nawet kreatywne wizualnie (czarno-biała scena z big-bandem czy przerobienie sklepu odzieżowego).

Czy była potrzebna ekranizacja musicalowej wersji „Koloru purpury”? Odpowiedź będzie zaskakująca, ale… TAK. Świetnie zaśpiewana i zagrana, nie traci nic ze swojego emocjonalnego ciężaru, zaś piosenki nie są wciśnięte na siłę. Energiczne, oszałamiające i miejscami mocne kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Trucizna

No i została jeszcze ostatnia opowiastka z dorobku Dahla. Tym razem (poniekąd) wracamy do kolonialnych Indii, gdzie poznajemy Timbera Woods (Dev Patel). Mężczyzna wraca do domu, gdzie mieszka ze swoim przyjacielem, Harrym Pope’m (Benedict Cumberbatch). Ten jednak cały czas leży na łóżku z otwartymi oczami, cały spocony i nieruchomy. Dlaczego? Otóż dosłownie między ciałem mężczyzny a pościelą leży… jadowity wąż.

Choć punkt wyjścia wydaje się co najmniej niedorzeczny, to „Trucizna” bardzo dobrze by się sprawdziła jako horror. Bliżej w realizacji jest tutaj do „Zdumiewającej historii Henry’ego Sugara”, gdzie dekoracje lubią się rozkładać (mimo że jesteśmy w jednym budynku), nadal pojawiają się rekwizytorzy, zaś ruch kamery jest o wiele bardziej kreatywny. Jest o wiele więcej więcej zbliżeń, głównie na twarz Cumberbatcha. A to wszystko pomaga w budowaniu napięcia, gdzie czekamy na rozwiązanie tej nerwowej sytuacji. Nawet pojawienie się lekarza (Ben Kingsley) pozornie wydaje się uspokajać całą atmosferę. Ale cały czas coś może pójść nie tak. A wszystko zamyka się w absolutnie zadziwiającym finale. Tutaj nawet kamera dostaje trzęsawki, co bardzo mocno zaskakujące.

Wszystko tak naprawdę trzyma na barkach trio aktorów. Patel mówi z prędkością karabinu maszynowego, cały czas patrząc prosto na kamerę. Nawet w „Henrym Sugarze” nie mówił tak szybko, dodając bardzo wiele dzikiej energii. O wiele bardziej stonowany jest Cumberbatch, który musi grać bardzo oszczędnie (wręcz szeptem), a jednocześnie wyrazić masę (głównie negatywnych) emocji. I nie zawodzi. Tak samo jak trzymający fason Ben Kingley w roli lekarza. Bardzo opanowany, a także władczy, pokazujący go jako kompetentnego fachowca.

Powiem szczerze, że te krótkometrażówki bardzo mocno służą Wesowi Andersonowi. Krótka forma pozwala nabrać nowych barw dla jego charakterystycznego stylu opowiadania, bez poczucia znużenia czy zmęczenia, a także dopasowuje się do różnych gatunków. „Trucizna” tylko to potwierdza.

7,5/10

 

Radosław Ostrowski

Strefa interesów

Czy potrzebujemy kolejnego filmu o Holocauście? Widzieliśmy już tyle historii we wszystkich możliwych formach, że temat ten może wydawać się eksploatowany do granicy możliwości: od perspektywy ofiar, osób próbujących im pomóc aż po samych katów. Można tu wspomnieć takie tytuły jak „Pasażerka”, „Lista Schindlera”, „Wybór Zofii”, „Życie jest piękne” czy „Chłopiec w pasiastej piżamie”. Więc pytanie o sensowność kolejnej historii z Zagładą w tle wydawało się bardzo istotne. Co takiego nowego postanowił zrobić brytyjski reżyser Jonathan Glazer?

„Strefa interesów” oparta jest (dość luźno) na powieści Martina Amisa i już sam początek ustawia całą atmosferę. Tytuł filmu bardzo powoli zanurza się w ciemności i przez parę minut jest mrok, okraszony jedynie dźwiękami oraz muzyką. A potem mamy zwykły obrazek: rodzinę nad rzeką, która spędza ze sobą czas. Dzieci się bawią, pływają, matka zajmuje się świeżo urodzonym dzieckiem, po wszystkim wracają do domu i wieczorem wszyscy kładą się spać. Następna dnia są urodziny głowy rodziny, Rudolfa (Christian Friedel). Dom jest spory, wiele rzeczy robi służba, zaś żona Hedwig (Sandra Huller) wszystko nadzoruje. Przy domku jest ogródek, mocno zadbany i pełen roślinności, otoczony sporym murkiem z drutami kolczastymi na górze. Tylko czemu nad nim widać jakieś budynki, wieżę strażniczą i czasem pojawia się jakiś dym?

Na to ostatnie pytanie odpowiedź jest zaskakująco prosta. Bo wiecie, gdzie jesteśmy i kim jest nasza rodzinka? Proszę Państwa, jesteśmy w roku 1943, rodzina nazywa się Hoss, zaś za murkiem znajduje się… Auschwitz – obóz koncentracyjny, gdzie pan Hoss pracuje jako komendant. Czujecie się… dziwnie? To dobrze, bo tak ma być. Reżyser podchodzi do tego tematu niczym naukowiec obserwujący pod mikroskopem owada czy jakiegoś innego insekta. I ta „normalność” dnia codziennego, ze zwykłymi pogaduszkami, wycieczkami dookoła pięknego lasu i rzeki (gdzie czasem przepływają ludzkie szczątki, co wymusza bardzo dokładną kąpiel) czy wizytą mamusi wydaje się czymś nierealnym. Jak był patrzył na kogoś imitującego człowieka, bardziej przypominającego pozbawioną emocji maszynę. Zupełnie jakby cała ta tragedia za murem, która nigdy nie zostaje nam pokazana, ale co jakiś czas przebija się dźwiękowo (strzał z broni, krzyki, wrzaski) lub pod bardziej schowanymi obrazkami (dym zbliżającego się pociągu czy widoczny nocą ogień z pieca).

Te ostatnie pojawiają się niezbyt często, jednak cały czas wszystko wydaje się takie niebezpiecznie namacalne, bez jakiegokolwiek wentylu bezpieczeństwa. Glazer najbardziej efektywnie na mnie działał, kiedy obraz i dźwięk rozjeżdżają się ze sobą. Gdzie proste czynności skontrastowane są z niepokojącymi odgłosami, gdzie opowiadana dzieciom na dobranoc bajka o Jasiu i Małgosi ilustruje sceny z dziewczynką, co przemyka się do obozu z owocami (ujęcia te kręcono z noktowizorem). Wszystko po to, by przypomnieć prawdę, jaką od dawna wypieramy ze swojej pamięci: ludzkiej strony zła. Bo ci naziści nie byli żadnymi kosmitami, nie wzięli się z powietrza, nie byli jakimś wytworem tajnych eksperymentów naukowych. Byli ludźmi takimi samymi jak my, co w żaden sposób nie uspokaja i jeszcze bardziej szokuje. Tak jak wrzucona pod koniec osadzona współcześnie sekwencja, tak wyrywająca z tego świata.

„Strefa interesów” zrobiła coś, czego nie czułem od bardzo dawna: takiego poczucia dyskomfortu i odrętwienia, że w momencie pojawienia się napisów końcowych NIE MOGŁEM wstać. A po wyjściu z sali nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Niby nic się nie dzieje, a fabuły jest tu jak na lekarstwo, ALE te obrazy, ujęcia i (przede wszystkim) dźwięki będą mnie jeszcze nawiedzać. Niemal dokumentalnie zrobiony horror, gdzie najbardziej przerażające rzeczy zostają ukryte.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Diuna: część druga

Cztery lata – tyle trzeba było czekać na drugą część filmowej adaptacji powieści Franka Herberta z ręki Denisa Villeneuve’a. Oczekiwania były o wiele większe od pierwszej części, która była wprowadzeniem do politycznej gry o władzę nad najbardziej pożądanym i dochodowym specyfikiem (przyprawa zwana melanżem). I tutaj stawka poszła o wiele wyżej, bo w grę jeszcze wchodzi zemsta. Ale nie rozpędzajmy się.

Druga część zaczyna się tam, gdzie skończyliśmy poprzednio: ocaleli z rzezi Harkonnenów na rządzących planetą Arrakis Paul (Timothee Chalamet) i Lady Jessica (Rebecca Ferguson) trafiają do grupy Fremenów pod wodzą Stilgara (Javier Bardem). Plemienni mieszkańcy planety prowadzą partyzancką wojnę z nowymi zarządcami planety, chcącymi wyssać cały melanż. Jednak młody książę musi podjąć najtrudniejszą decyzję, czyli stać się Mesjaszem dla tych ludzi. Obawia się jednak coraz bardziej nachodzących go wizji masy trupów oraz rozpętania świętej wojny po całej galaktyce. Czy jest jednak inny sposób na pomszczenie swojego ojca?

Tu już coraz bardziej wchodzimy w buty politycznego dramatu, gdzie każda strona prowadzi swoją grę, walcząc za wszelką cenę o władzę. Harkonnenowie, Fremeni, zakon Bene Gesserit, wreszcie wspominany wcześniej Imperator (Christopher Walken). Reżyser dokonuje bardzo trudnej sztuki znalezienia balansu między ciągłymi sprzecznościami: kameralnością i epickością, momentami intymności i spektakularnymi scenami akcji, działaniami z ukrycia i na widoku. Całość wciąga jak najlepszy towar twojego dilera na dzielnicy, pełną różnych przewrotek (nawet jeśli znacie źródłowy materiał) oraz zaskoczeń. Villeneuve skupia się zarówno na budowanej relacji między Paulem a Chani, poznawaniem społeczności Fremenów i ich obyczajów oraz kolejnymi planami zakonu Bene Gesserit. Wszystko tu bardzo uważnie poprowadzone, zachowując powolne tempo narracji.

Co najbardziej mnie zaskoczyło to jak bardzo przekonująco pokazano tragedię Paula Atrydy, który z chłopaka musi stać się prawdziwym mężczyzną. Do tego by przetrwać musi wejść w buty, które przygotowywano od dawna i jest świadomy tego ciężaru. Timothee Chalamet sprawdził się w pierwszej części jako inteligentny chłopiec, tutaj musiał swoją drogę do stania się charyzmatycznym liderem grupy Fremenów. I to wyszło mu absolutnie fantastycznie: od drobnych mikroekspresji na twarzy aż po silne przemowy, uwierzyłem mu całkowicie. Zarówno przemawiającego do tłumu Fremenów do finałowego pojedynku – niesamowita robota. Równie świetnie są zrobione sceny akcji, bardzo płynnie zmontowane oraz sfotografowane przez Greiga Frasera. Nie mogę też wspomnieć wizyty na planecie Giedi Prime, gdzie słońce jest tak silne, iż wszystko poza wnętrzami jest monochromatyczne. Nawet fajerwerki tam są czarne. Takich niezapomnianych obrazów jest więcej: opanowanie jazdy na czerwiu przez Paula, pierwsze pojawienie się Feyda-Reuthy, wypicie Wody Życia czy ostateczne starcie z użyciem czerwi.

Nawet nie chcę jeszcze mówić o aktorstwie, bo tu nie ma żadnego słabego ogniwa. O Chalamecie wspomniałem, więc nie będę się powtarzać. Drugą niespodzianką była Zendaya, która ma o wiele więcej do pokazania. Jej Chani to z jednej strony trzymająca się ziemi wojowniczka, nie wierząca w całe to proroctwo, ale zaczyna powoli przełamywać swoje uprzedzenia wobec młodego księcia. Jest o wiele bardziej złożona i wyrazistsza niż mogłoby się wydawać. Nie zawodzi też Rebecca Ferguson (lady Jessica, stająca się wręcz kapłanką nowego kultu), Josh Brolin (Gurney Halleck) i jak zawsze świetny Stellan Skarsgard (baron Vladimir Harkonnen to strzał w 10). Ale jest tutaj dwóch prawdziwych złodziei scen. O wiele bardziej imponujący jest kompletnie nie do poznania Austin Butler jako siostrzeniec barona, Feyd-Rautha. Wyrachowany, kalkulujący psychopata, będący absolutnym brutalem, co czerpie przyjemność z zabijania. Ogolony z łyso, z kompletnie innym głosem niż zwykle fascynuje, szokuje i zapada mocno w pamięć. Drugą niespodzianką jest Javier Bardem. Jego Stilgar, początkowo opanowany i racjonalny, z czasem staje się coraz silniejszym wyznawcą Paula Mesjasza. Kolejna bardzo mocna rola, pozostająca na długo.

Na żaden inny film nie czekałem tak bardzo jak na drugą część „Diuny”, nie bez obaw i z duszą na ramieniu. Ale Villeneuve znowu (po sequelu do „Blade Runnera”) dokonał rzeczy niemożliwej, tworząc totalną ucztę dla miłośników kina SF. Fantastycznie zagrany, bardzo złożony, lecz zaskakująco czytelny w swojej narracji, pełen szczegółów i żywy świat. Mógłbym go nazwać kosmiczną wersją „Gry o tron”, choć nie wiem czy oddaje to w pełni sprawiedliwość. Absolutnie kapitalne kino, do którego (razem z częścią I) będę wielokrotnie wracał, a jeśli powstanie kolejny rozdział tej opowieści, na pewno ją sprawdzę.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski