Czarny ptak

Kiedy wydaje ci się, że już nie da się niczego nowego powiedzieć w danym temacie, pojawia się coś obalającego tą tezę. Bo znowu mamy więzienie, seryjnego mordercę i próbę udowodnienia jego winy. Oraz wszystko oparte jest na faktach. ALE jeśli scenarzystą serialu jest pisarz Dennis Lehane sprawa staje jest interesująca. Po kolei jednak.

czarny ptak1

Głównym bohaterem „Czarnego ptaka” jest Jimmy Keene (Taron Egerton) – młody chłopak, co mógł zrobić karierę jako futbolista. Ostatecznie poszedł w dilerkę i żyje sobie więcej niż dobrze. Niemniej nic nie trwa wiecznie i chłopak zostaje aresztowany. Dostaje 10 lat więzienia, a po paru miesiącach szansę za skrócenie wyroku. Jaką? Musi się podjąć niebezpiecznego zadania: trafi do więzienia o zaostrzonym rygorze, by wyciągnąć informacje od podejrzanego o seryjne morderstwo Larry’ego Hilla (Paul Walter Hauser). Brakuje tu jednoznacznych dowodów i przede wszystkim ciał ofiar. Do tego podejrzany ma reputację notorycznego kłamcy, który przyznaje się do wszystkiego. Być może w celu zdobyciu rozgłosu i zwróceniu dla siebie uwagi. Jednocześnie prowadzone jest policyjne śledztwo, by móc dać Keene’owi czas na zebranie dowodów.

czarny ptak4

Jeśli teraz przyszło wam do głowy, że nowy mini-serial od Apple Tv+ kojarzy się z „Mindhunterem”, jest to poniekąd właściwy trop. Bo też mamy więzienie, seryjnego mordercę oraz rozmowy z nim, by wejść w jego duszę. Jednocześnie (niejako równolegle) do głównego wątku wątku mamy lokalnego detektywa z biura szeryfa (Greg Kinnear) i agentkę FBI (Sepideh Moafi), próbujący znaleźć jakieś punkty zaczepienia. Ta narracja tylko pozwala pokazać zarówno bezradność systemu wobec braku mocnych poszlak i dowodów, z drugiej jest więzienna izolacja i paranoja. Oraz poczucie, że przykrywka może zostać spalona.

czarny ptak2

Powolne docieranie oraz odkrywanie umysłu… kogo tak naprawdę? Mordercy, dziwaka, mitomana, człowieka pełnego mroku w sobie? To powolne budowanie „więzi” wywołuje podskórny niepokój, gdzie poznajemy mroczne myśli, które budzą o wiele większe przerażenie niż pokazanie zmasakrowanych ciał. I to wystarczy, a gdy dodamy do tego bardzo sterylne więzienie, gdzie mamy najgorszych z najgorszych to psychika może tego nie unieść. Jak choćby w scenie, gdy Jimmy idzie, patrzy na więźniów i ma poczucie, że patrzą na niego, a tak naprawdę… rozmawiają. Im dalej w las, tym atmosfera robi się coraz bardziej gęsta i niepokojąca, przez co ciężko przewidzieć rozwój wypadków. Tak samo mocny jest odcinek, z przeplatanymi retrospekcjami… jednej z ofiar i jej narracją z offu.

czarny ptak3

Jeszcze bardziej jest to podbite fenomenalnym aktorstwem. Kolejny raz klasę potwierdza Taron Egerton, którego Keene początkowo jest bardzo pewny siebie i opanowany, co zszedł na złą stronę dla wygody oraz łatwej kasy. Jednak z czasem zaczyna coraz bardziej lęk i budowana relacja z Hallem mocno odbija się na nim. Niejako wchodząc w najmroczniejsze wspomnienia, wyparte emocje i demony. Ale prawdziwą perłą jest fenomenalny Paul Walter Hauser w roli Larry’ego Hilla. Mówiący bardzo delikatnym głosem, wolno ruchliwy i z bokobrodami sprawia wrażenie niegroźnego, może nawet rodzić współczucie. Do momentu jak zaczniemy wsłuchiwać się w jego słowa, zwłaszcza w kwestii kobiet i tu się robi niepokojąco. Wspólne momenty obydwu panów są najbardziej elektryzującymi momentami. Nawet drugi plan, choć zawiera dość znajome typy (zmęczony życiem policyjny wyga, ambitna agentka FBI czy schorowany ojciec z wyrzutami sumienia) zagrany jest co najmniej bardzo dobrze i każdy ma swoje przysłowiowe pięć minut.

czarny ptak5

Skoro nie dostaniemy (raczej) trzeciego sezonu „Mindhuntera” – muszę w końcu nadrobić drugi – „Czarny ptak” stanowi bardzo solidne zastępstwo. Świetnie napisane, wyreżyserowane i zrealizowany dramat o najmroczniejszych stronach człowieka. Bez jakichś dużych ozdobników oraz fajerwerków, za to z bardzo nieprzyjazną atmosferą.

8,5/10

Radosław Ostrowski

F/X 2

Pamiętacie naszego speca od efektów specjalnych, Ronnie’ego Tylera (Bryan Brown)? Po tych pięciu latach od wydarzeń z „jedynki” skupia się na robieniu zabawek i bardziej mechanicznych cudów. Poznał także nową dziewczynę – nauczycielkę Kim (Rachel Ticotin) oraz prowadzi o wiele spokojniejsze życie. Ale nic co dobre, nie trwa wiecznie. O pomoc prosi go kumpel z policji, Mike Brandon. Chodzi o przygotowanie zasadzki na psychola, co chce zabić młodą kobietę. Niestety, akcja kończy się śmiercią Mike’a przez innego zabójcę i Tyler pakuje się w kolejną poważną intrygę. Tym razem jednak ma wsparcie prywatnego detektywa Leo McCarthy’ego (Brian Dennehy).

Czy nakręcony w 1986 roku film „F/X” potrzebował sequela? Właściwie to nie, choć zostawił pewną otwartą furtkę. Tym razem za kamerą stanął Australijczyk Richard Franklin znany wówczas z „Psychozy II”, zaś scenariusz stworzył stawiający swoje pierwsze kroki w branży Bill Condon. Co powstało z tego połączenia? Znajoma opowieść, które może konstrukcyjnie nie przypomina oryginału, jednak ma swoje momenty. W sensie znajomy jest szkielet, gdzie prosta akcja okazuje się częścią o wiele bardziej skomplikowanego planu. Od razu domyślamy się kto za tym stoi, ale nie wiemy o co tak naprawdę tu chodzi. I odkrywanie kolejnych tropów dla mnie działało najmocniej.

Tak samo jak kumpelska relacja Tylera z McCarthym, której w poprzednim filmie nie było. Wspólne sceny Bryan Browna z Brianem Dennehy iskrzą humorem, ale też jak obaj próbują rozwiązać tajemnicę. Rozwiązanie i odkrycie o co tak naprawdę tu chodzi było zaskakująco satysfakcjonujące, ALE… „dwójka” za bardzo idzie w stronę akcji. Samych sztuczek z użyciem efektów specjalnych jest o wiele mniej (poza sterowanym przez specjalne ubranie… klownem), zaś sama akcja wydaje się jakby z innej bajki. Tyler jeszcze bardziej przypomina MacGyvera, który pokonuje przeciwników sprytem niż siłą. Jednak sceny ze ścigającym go zabójcą (poza sekwencją w sklepie) były pozbawione napięcia, zaś postacie pobocznie bywają ledwo zarysowane. No i w finale złole trochę mają nie za wysoki poziom IQ, ale to w zasadzie drobna pierdoła.

I to jest dziwny paradoks: „F/X 2”, choć nie ma tak dobrego scenariusza, to jednak bawiłem się całkiem dobrze. Paliwem była tu chemia między Brownem a Dennehym, zgrabnie dodany humor oraz angażująca intryga. O wiele lepszy sequel niż miałem prawo podejrzewać.

7/10

Radosław Ostrowski

F/X

Sam skrót f/x oznacza efekty specjalne – takie bardziej praktycznie (sztuczna krew, ślepaki, charakteryzacja), jaki i dzisiaj chętnie używane komputerowe sztuczki. Jednak w momencie realizacji filmu „F/X” te drugie jeszcze nie były tak dostępne i popularne jak dzisiaj. To jednak tylko wabik, który ma przekonać do obejrzenia dzieła Roberta Mandela z 1986 roku.

fx1-1

Bohaterem filmu jest Rolland „Rollie” Tyler (Bryan Brown) – pochodzący z Australii specjalista od efektów specjalnych. I już na samym początku widzimy jaki dobry jest w tej profesji. Otóż pierwsza scena to wejście mężczyzny do klubu. Po otwarciu drzwi sięga po karabin maszynowy i zaczyna strzelać do wszystkiego, co widzi. Ostatecznie trafia do kobiety, co go zdradziła z innym. I dopiero po usłyszeniu „Cięcie” wiemy, że to jest plan filmowy. Po scenie do Tylera zgłasza się niejaki Lipton (Cliff De Young) z propozycją pracy. I to dość nietypowej – zleceniodawca jest z Departamentu Sprawiedliwości, zaś chodzi o upozorowanie zabójstwa gangstera DeFranco objętego programem obrony światków. Bo jest wystawiony na niego kontrakt – przynajmniej tak twierdzi Lipton. Mało tego, to sam Tyler ma pociągnąć za spust. Więc co może pójść nie tak? Na przykład ślepaki zostają podmienione na ostrą amunicję, zaś Ronnie staje się dla swoich zleceniodawców celem do likwidacji.

fx1-2

Robert Mandel na pierwszy rzut oka wydaje się niczym nie zaskakiwać – opowiada prosto, powoli, ale w taki bardziej elegancki sposób. Same sceny z pokazaniem jakich tricków używają filmowcy na planie to tak naprawdę dodatek do kryminalnej opowieści. Opowieści prowadzonej dwutorowo, bo poza Tylerem kluczową postacią jest porucznik policji Leo McCarthy (cudowny Brian Dennehy). Gliniarz wcześniej aresztował DeFranco i bardzo chciałby prowadzić sprawę jego śmierci, ale pakuje się w inne morderstwo. Które – pośrednio – powiązane jest z Tylerem i bardzo zagmatwaną intrygą, w którą się wpakował. Zdany na siebie Tyler musi wykorzystać swój spryt oraz swoje filmowe tricki, by się móc wykaraskać z tej sytuacji.

fx1-3

I muszę przyznać, że „F/X” godnie znosi próbę czasu, oszczędnie dawkując informacje. Dwutorowa narracja tylko uatrakcyjnia odkrywanie całej układanki (śledztwo McCarthy’ego), serwując kolejne zakręty i niespodzianki. Nie oznacza to jednak, że zabrakło tu miejsca na pościgi czy strzelaniny, ale one są tak naprawdę tylko dodatkiem, taką przyprawą do podkręcania napięcia. Zaskoczyła mnie za to dość spora ilość humoru (głównie interakcje detektywa z Velez – archiwistką komputerową), niepozbawiona ironii czy lekkiego sarkazmu.

fx1-4

Ale prawdziwym paliwem są tutaj dwie role, czyli Bryan Brown oraz Brian Dennehy. Pierwszy lawiruje między sprytem, paranoją a nieufnością, co zmusza go do ciągłego kombinowania i robi to absolutnie świetnie. Z kolei Dennehy niejako wpisuje się w archetyp twardego, nieustępliwego gliniarza, który nie jest specjalnie lubiany przez kolegów i przełożonych, ale ma intuicję. Brzmi znajomo, ale aktor ożywia ten ograny schemat, bez popadanie w przerysowanie.

„F/X” jest jak dawne efekty specjalne – może i nie pasuje do dzisiejszych czasów, ale nadal ma w sobie masę uroku oraz pewnej elegancji. Chciałoby się rzec nawet klasy, która jest coraz mniej obecna i może wydawać się nudna. Ale jak nie raz się przekonaliśmy: pozory mylą.

8/10

Radosław Ostrowski

Doppelgänger. Sobowtór

Dla każdego młodego reżysera jego drugi film fabularny to prawdziwy test, co ma pokazać z kim mamy do czynienia. Oraz udowodnienie, że sukces debiutu nie był tylko jednorazowym strzałem czy kwestią szczęścia, co podnosi o wiele wyżej oczekiwania. Po „25 latach niewinności” reżyser Jan Holoubek i scenarzysta Andrzej Gołda znowu połączyli siły, by opowiedzieć historię szpiegowską w czasach PRL-u. Czy tym razem też odniosło się sukces?

Wszystko zaczyna się w 1977 w Stuttgardzie, gdzie trafia niejaki Hans Steiner (Jakub Gierszał). Jak się okazuje młody mężczyzna z Polski został pozostawiony w kraju przez matkę Niemkę tuż po zakończeniu II wojny światowej. I dopiero teraz udało mu się znaleźć biologiczną matkę oraz szansę na pojednanie. Poznaje wujka Helmuta (Joachim Raaf) i zaczyna pracę jako urzędnik w Stuttgardzie. Drugim bohaterem jest Jan Bitner (Tomasz Schuchardt) – pracownik stoczni, któremu właśnie zmarła matka. Poza tym ma żonę, dwójkę dzieci i nie jest zaangażowany w żadną działalność polityczno-opozycyjną. Ale przypadkowo odnajduje teczkę z dokumentami, z których wynika, iż… był adoptowany. Próbując odnaleźć swoją biologiczną matkę znajduje się na celowniku bezpieki i trafia na masę przeszkód.

Sam tytuł już wiele zdradza, sugerując jaki będzie łącznik naszych bohaterów. Bo co oznacza to niemieckie słowo „doppelgänger”? Najczęściej to sobowtór albo, jak podaje Wikipedia, „czarny charakter, mający zdolność do pojawienia się w dwóch miejscach jednocześnie”, ale w wielu wierzeniach jest to zły brat bliźniak. Takie postacie w (pop)kulturze pojawiały się zarówno w powieści Fiodora Dostojewskiego, literaturze SF czy choćby w kultowym „Miasteczku Twin Peaks” Davida Lyncha. Holoubek z Gołdą wykorzystują ten motyw do konwencji szpiegowskiego thrillera, gdzie skradzioną tożsamość wykorzystuje się do budowania „legendy”. Obaj bohaterowie niejako żyją nieswoim życiem, co staje się powodem obsesji i poczucia bycia pozbawionym niejako własnej woli, siły sprawczej.

Przez sporą część czasu twórcy zgrabnie lawirują niedopowiedzeniami, przekazując bardzo oszczędnie kolejne informacje oraz szczegóły. I to się ogląda z dużym zainteresowaniem, ALE kiedy zostaje wszystko wyłożone na stół, emocje biorą sobie wolne. Zaś kolejne wydarzenia wydają się zarówno prowadzone mechanicznie oraz przewidywalnie. Do tego kompletnie więcej czasu skupiamy się na wątku szpiegowskiej działalności Steinera niż walce o odkrycie przeszłości przez Jana. O dziwo, to ten drugi wątek jest o wiele ciekawszy, jednak prowadzony jest w bardziej rwany i skokowy sposób. I to mnie strasznie boli, tak samo jak nieprzekonująca (dla mnie) pewna przemiana oraz próba buntu szpiega.

Trudno jednak nie być zachwycony technikaliami. Po pierwsze i najważniejsze: WYRAŹNE, dobrze udźwiękowione dialogi, co jest bardzo rzadkie. Ale największą robotę w budowaniu klimatu pomagają fantastyczna scenografia oraz zdjęcia. Holoubek stał się specjalistą od tworzenia dzieł osadzonych w przyszłości i to nadal działa. Przywiązanie do szczegółów, rekwizytów czy kostiumów jest ogromne, zaś wiele „płynących” ujęć oraz oświetlenie bardzo przypominało produkcje z lat 70. czy produkcje takie jak „Monachium” lub „Szpieg”. Tutaj absolutnie nie ma żadnego wstydu.

Tak samo świetnie wypadają aktorzy, którzy kolejni raz potwierdzają klasę. Świetny jest Jakub Gierszał jako Steiner, czyli szpiega ciągle tłumiącego swoje emocje. Widać, że coś się w tej głowie gotuje i zbiera, ale cały czas musi się pilnować. W tych rzadkich momentach otwarcia się błyszczy najmocniej. Jednak dla mnie o wiele ciekawszy jest Tomasz Schuchardt jako Bitner, który próbuje oświetlić mgłę tajemnicy wokół swojej przeszłości. Kolejne odbijanie się od ściany, poczucie bezsilności oraz jak odbija się to na jego rodzinie o wiele bardziej mnie ciekawiło niż dylematy młodego szpiega. Tym większa szkoda, że ten wątek nie jest bardziej wyeksploatowany i pogłębiony. Ogromna szkoda. Równie świetny jest drugi plan, gdzie najbardziej wybija się czarująca Emily Kusche (kuzynka Inga), tajemnicza Katarzyna Herman (oficer prowadząca) i wyciszony Andrzej Seweryn (Roman Wieczorek).

Więc jak podsumować „Sobowtóra”? Świetny technicznie i aktorsko film, który jest bardzo interesujący wizualnie oraz klimatem epoki. Niemniej nie mogę pozbyć się wrażenia, że twórców przerosły ambicje tego dzieła, przez co nie angażuje tak bardzo jak mógł. Nadal jednak kibicuję Holoubkowi i mam nadzieję, że kolejny film będzie po prostu lepszy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Chleb i sól

Czy znacie taki rodzaj filmu zwany snujem? To tego typu dzieło, gdzie w zasadzie fabuła to ciąg luźno (nawet bardzo) powiązanych scen, których łączącym elementem jest główny bohater lub bohaterowie. Przez co zazwyczaj wywołują we mnie (oraz paru osobach) poczucie znużenia i monotonii, a jednocześnie takie poczucie, iż twórcy kompletnie nie mieli pomysłu na tą historię. Jest to – najczęściej, choć nie zawsze – domena debiutantów oraz reżyserów z ambicjami „artystycznymi”.

chleb i sol1

Takie miałem wrażenie podczas oglądania debiutu reżyserskiego Damiana Kocura „Chleb i sól”. Bohaterem tego snuja jest niejaki Tymek (Tymoteusz Bies) – młody chłopak, co jest cholernie uzdolnionym pianistą. Tak dobrym, że uczy się w Akademii Muzycznej w Warszawie i dostał stypendium do Dusseldorfu. Na dwa lata, więc brzmi to super. Przed wyjazdem do miasta wraca do rodzinnego miasteczka na wakacje. A tam – zapracowani rodzice, równie uzdolniony muzycznie brat (Jacek Bies), co się do szkoły muzycznej nie dostał, starzy kumple z blokowiska, była dziewczyna. No i jest nowo zbudowana knajpa, gdzie kebab sprzedają, co prowadzi go dwóch imigrantów ze Wschodu.

chleb i sol2

Więc elementy fabuły mamy wyłożone na wierzchu i tak naprawdę tylko obserwujemy ludzi dookoła. Jest spokojnie, bujamy się z ekipą podczas zwykłych młodzików, co może nie są Bóg wie jak rozmowni i wygadani, ale wydają się naturalni. Dość zaskakujący jest format obrazu w kształcie kwadratu ze sporymi czarnymi paskami po boku. To wszystko buduje pewne poczucie izolacji czy wyalienowania, pasując do głównego bohatera. Niby z tych stron, ale jednocześnie czuje się bardzo inny, obcy i nie widzi tu dla siebie miejsca. I jest to ubrane w dokumentalnym stylu, z masą bardzo statycznych kadrów, ograniczając się do bycia obserwatora. Bez żadnego osądu, komentarza i analizy.

chleb i sol3

Bo gdzieś tutaj czai się pewne napięcie oraz nerwowość, co może doprowadzić do konfrontacji. Bo nasi lokalsi nie zawsze potrafią zachować się wobec prowadzących kebabowy biznes. Gdzieś tam rzucony jakiś tekścik, wygłupy, wyzwiska. Jednak tragedia tutaj wisi w powietrzu, zaś nikt nie jest tutaj jednoznacznie zły czy dobry. Nawet nasz Tymek patrzy na wszystkich z góry i w momentach, gdzie dzieje się coś nie tak nie reaguje. Choć może powinien. A wszystko zagrane przez kompletnych naturszczyków oraz naprawdę mocnym finałem.

chleb i sol4

„Chleb i sól” to jeden z tych lepszych polskich snujów, który przynajmniej wizualnie jest interesujący. Dialogi czasem są niewyraźne, zaś paradokumentalna stylistyka pozwala oczarować. Jednak trzeba głęboko wyłuskać sens tej luźnej historii, co wymaga sporego wysiłku. Czy warto go podjąć? Na to już musicie sami odpowiedzieć.

7/10

Radosław Ostrowski

Twórca

Wielu krytyków i widzów narzeka na potężna falę sequeli, remake’ów, prequeli, adaptacji innych dzieł kultury w kinie. Dlatego coraz ciężej jest znaleźć coś nowego, bo jeszcze filmowcy lubią (bardziej lub mniej) inspirować się znajomymi tytułami. W przypadku filmów niezależnych łatwiej jest to osiągnąć, ale blockbustery muszą podeprzeć się czymś znajomym. Inaczej nikt by nie zainwestował w nie. Taki jest chyba właśnie przypadek „Twórcy” – nowego dzieła Garetha Edwardsa, który wraca po 7 latach przerwy.

tworca1

Akcja toczy się w połowie XXI wieku, kiedy to udało się rozwinąć Sztuczną Inteligencję. Do tego stopnia, że została samoświadoma i kontrolowała niemal wszystkie aspekty życia. Powstawały roboty różnego rodzaju – od prostych maszyn pełniących role w służbach porządkowych po symulanty, czyli machinerię z ludzkimi twarzami i niemal ludzkim ciałem. Ludzie i AI żyli sobie w symbiozie – komu to przeszkadzało? Ale do czasu, kiedy w Los Angeles dochodzi do nuklearnej eksplozji, co doprowadza do zakazania rozwoju Sztucznej Inteligencji. Poza jednym rejonem zwanym Nową Azją, więc Ameryka w imię demokracji, pokoju oraz pokazania swojej siły chcą rozpieprzyć całą AI aż nie zostanie żadna sprawna maszyna.

tworca2

Jest rok 2065. I poznajemy niejakiego Joshuę (John David Washington) – faceta z mechanicznym ramieniem oraz nogą. Ma ciężarną żonę Mayę (Gemma Chan), która jest córką niejakiego Nirmaty (specjalistę odpowiedzialnego za ciągłe modyfikacje AI), będącego ściganym przez amerykańskie wojsko. O czym nie wiemy to fakt, że Joshua jest tak naprawdę… agentem pod przykrywką, zaś jego zadaniem było namierzenie amerykańskiego wroga publicznego. Niestety, przykrywka zostaje spalona wskutek wcześniejszego ataku przy użyciu niejakiego NOMAD. To taka o wiele brutalniejsza Gwiazda Śmierci z rakietami nuklearnymi, przez co ginie kobieta. A pięć lat później przychodzą ludzie z Ju Es Armi, czyli pułkownik Howell (Allison Janney) i generał Andrews (Ralph Ineson) z zadaniem. Podobno Nirmata skonstruował broń, która może odmienić oblicze wojny, zaś Maya… żyje. Oddział wyrusza do laboratorium, a tam znajduje się… robot-dziecko. No jak można coś takiego zabić?

tworca3

Wybaczcie ten dość długi opis, ale to wszystko pokazuje jak dziwną hybrydą jest „Twórca”. Klasyczny motyw wojny z AI, kino drogi/misja eskortowa dziecka przez dorosłego, „Blade Runner”, „Avatar”, a nawet… „Czas apokalipsy”. Jeśli jednak obawiacie się potwora Frankensteina, pozbawionej duszy kalki znajomych tematów i motywów, spokojnie. Edwards z tego miksu klei znajomy, ale bardzo inny świat – kameralny i jednocześnie bardzo spektakularny, bogaty. Ale bardzo żywy, nie będący tylko scenografią ze statystami. Sam design robotów wygląda niesamowicie (szczególnie symulantów), zaś sceny batalistyczne robią duże wrażenie, tak jak świetne efekty specjalne. Jest jednak jedno poważne ALE: sama historia pełna jest (zbyt znajomych) schematów, które aż prosiły o ogranie ich inaczej.

tworca4

Bo dość łatwo można się domyślić kto jest tytułowym Twórcą czy przewidzieć jak podąży relacja oschłego Joshuy z dziecięcym robotem z mocami. Szczególnie, że ma taką sympatyczną twarz oraz naiwne spojrzenie na świat. Może za bardzo to przypominało mi „Logana” czy „The Last of Us”, zaś John David Washington wypada zaledwie poprawnie, bym się jego losem obchodził. Także obiecujące koncepty związane z tym światem (roboty wierzące w Boga) w zasadzie są tylko rzucone, bez specjalnego zagłębiania i ograniczone do pytań o człowieczeństwo i co czyni nas ludźmi. Bardziej ten film działa jako przygodowe kino akcji z pięknymi zdjęciami, świetnymi scenami akcji oraz sprawnie budowanym napięciem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Urodzeni mordercy

To, że Oliver Stone jest bardzo wyrazistym i kontrowersyjnym reżyserem wiedzą wszyscy. Potrafi uderzyć mocnymi obrazami oraz niewygodnymi tematami jak w „Plutonie” czy „JFK”. Ale nawet to nie było w stanie mnie przygotować na to, co też twórca zrobił w 1994 roku. A wszystko w oparciu o (mocno przerobiony) scenariusz Quentina Tarantino.

A wszystko skupia się wokół dwójki bohaterów – młodych, zakochanych na zabój ludziach. Podobno to przeznaczenie ich do siebie przyciągnęło. Oboje mieli na imię M – Mickey (Woody Harrelson) oraz Mallory (Juliette Lewis), a miłość to była od pierwszego wejrzenia. Poznali się przed drzwiami w domu jej ojca (Rodney Daggerfield), gdy on przywiózł mięso. I oboje uciekli, a potem połączyło ich jeszcze coś, co zawsze cementuje taką miłość – morderstwo jej rodziców. A to tak naprawdę był początek krwawej trasy, rozpoczętej na drodze 666 (sataniści mieliby tu coś do powiedzenia) i zakończonej w aptece. Oboje trafiają do więzienia, gdzie – jak się wydaje – nastąpi koniec.

Ja widziałem wiele pokręconych, dziwnych i zwariowanych rzeczy, ale nawet to mnie nie przygotowało na „Urodzonych morderców”. Już sam początek to totalna psychodelia, która robi w głowie sieczkę. No bo masa dziwnych kątów (dutch angles), kolor przechodzi w czerń i biel, wiele zbliżeń na detale oraz frapująca ścieżka dźwiękowa. Zwykła wizyta w barze kończy się brutalną, ale bardzo przerysowaną i przejaskrawioną – nawet kreskówkowo. Dziwnie? To co powiecie na historię rodzinę Mallory, gdzie ojciec jest przemocowy i jeszcze swoją córkę po pijaku przeleciał. Wskutek czego przyszedł na świat syn. I to wszystko zrobione w konwencji… sitcomu, co wywołuje dezorientację.

Mało wam? Stone jeszcze do tego wrzuci fragment programu telewizyjnego „Amerykańscy Maniacy” niejakiego Wayne’a Gale’a (Robert Downey Jr. w najbardziej diabolicznym wcieleniu), w którym mamy zarówno co pikantniejsze opisy zbrodni, jak i rekonstrukcję wydarzeń. A jakby tego było mało parę razy obraz zmienia się jakbyśmy oglądali nie film, tylko… telewizję. Reżyser pokazuje masowe ogłupienie wywoływane przez telewizję za pomocą jej języka. Stąd taki bardzo szybki, wręcz teledyskowy montaż, nakładane kolorowe filtry oraz bardzo krótko obecne przebitki. We mnie wywoływało to poczucie przeładowania bodźcami. Do tego jeszcze wiele scen (głównie jazdy samochodem) celowo wygląda sztucznie. Widać, że tło jest na projektorze pokazywane, pojawiające się tornado w tle to jest jakiś żart, a za oknem mamy… obraz z telewizji. Ta pokręcona mieszanka Stone’a, Tarantino i… Lyncha (pod wpływem ostrych narkotyków) poza efektem szoku oraz niedowierzania zwyczajnie NIE pozwala o sobie.

Wszystko wymierzone w telewizję i popkulturę, która gloryfikuje przemoc oraz z takich osób jak Mickey i Mallory czyni idoli. To jest tak prosto w twarz, ze chyba się już bardziej nie da. Wypowiedzi młodych ludzi, dla których ci zwyrodnialcy oraz psychopaci są wzorcem do naśladowania wywołało we mnie śmiech oraz niepokój. Zresztą nasza parka to nie jedyni szaleńcy w tym zdegenerowanym świecie. No bo jest nasz żądny sławy, blasku kamer dziennikarz Gale, ścigający naszą parkę gliniarz-celebryta z fetyszem duszenia oraz upokarzania kobiet (Tom Sizemore) czy mocno prawicowy i trzymający twardą ręką więzienie naczelnik Dwight McClusky (demoniczny Tommy Lee Jones).

Ten film mimo 30 lat na karku pozostaje totalnie szalonym, dzikim, psychodelicznym i zrobionym po bandzie. Wymykający się jakiejkolwiek szufladce, brutalny, szokujący, postmodernistyczny zjazd jakiego nie widziałem nigdy. Brawurowo wyreżyserowany, genialnie zmontowany, kapitalnie zagrany oraz napisany. Jednak nie jest to przyjemna eskapada, więc uważajcie.

10/10+ znak jakości

Radosław Ostrowski

Pełne koło

Nie ma chyba bardziej specyficznego reżysera od Stevena Soderbergha. Filmowiec cały czas bawi się formą, nawet realizując kino bardziej mainstreamowe, czuć autorski sznyt. Nie inaczej było też w przypadku reżyserowanych przez niego seriali jak „The Knick” czy „Mosaic”. Teraz wraca z nowym mini-serialem dla Max (kiedyś HBO Max) do spółki ze scenarzystą Edem Solomonem. I jest to kryminalno-obyczajowa opowieść.

Akcja skupia się na nowojorskiej rodzinie Browne – Sam (Claire Danes), Dereku (Timothy Olyphant) oraz ich synu Jaredzie (Ethan Stoddard). Familia jest znana głównie dzięki dziadkowi, czyli mistrzowi kuchni chefowi Jeffowi (Dennis Quaid), co przyniosło im spory majątek. Ale to tak naprawdę tylko jedna warstwa całej tej układanki, której prawdziwą centralą jest szefowa mafii karaibskiej, Savitri Mahabir (CCH Pounder). Zostaje zamordowany jej mąż Quincy i to staje się impulsem do wykonania zemsty na wrogach. ALE kobieta jednocześnie chce wykorzystać tą śmierć jako okazję do zdjęcia rodzinnej klątwy. By tego dokonać wymaga on przeprowadzenia skomplikowanego rytuału i planu, gdzie każdy członek realizujący plan ma tylko część informacji. Do tego całego tygla zostaje wplątana rodzina Browne, której syn Jared ma zostać porwany; dwójka młodych imigrantów z Gujany, co została ściągnięta do Nowego Jorku oraz inspektor policji pocztowej Melody Harmony (Zazie Beats), która tak bardzo szuka szansy na awans, iż może się do wielu rzeczy posunąć.

Od razu to wyjaśnię: „Pełne koło” Soderbergha i Solomona to bardzo skomplikowana układanka z wieloma graczami, co mocno odbija się na wszystkie inne elementy. Już sam pierwszy odcinek wymaga wiele cierpliwości oraz uwagi. Bo postacie, wątki i zdarzenia są tak gęsto oraz szybko rzucane, że bardzo łatwo zgubić się w gąszczu informacji, detalach oraz wydarzeniach. Co wiele osób może odrzucić, chociaż pod koniec drugiego odcinka dochodzi do mocnego uderzenia. I w tym momencie serial zaczyna się rozkręcać, zaś cała sytuacja tak się dynamizuje, że dopiero w finale rozplątują się wszystkie sznurki. Poznajemy rodzinne tajemnice, nielegalnych imigrantów zmuszonych do brudnej roboty w zamian za „spłatę dojazdu”, mafijną walkę, zdeterminowaną policjantkę z zaburzeniem borderline, zamieszanego w coś jej szefa – można od tego wszystkiego dostać bólu głowy.

A jednak Soderbergh z Solomonem bardzo zgrabnie i cierpliwie prowadzi tą całą kombinację, nitki powiązań, znajomości, gdzie nawet członkowie familii mają swoje własne motywacje. Reżyser filmuje w bardzo typowy dla siebie sposób: masa nietypowej perspektywy, dużo mroku, kamera w wielu miejscach blisko twarzy, długie kadry. To bardzo pomaga w budowaniu napięcia, poczuciu zagrożenia oraz kryminalnej intrygi. Do tego jeszcze klimat buduje bardzo klimatyczna, niemal „hitchcockowa” w duchu muzyka oraz solidny montaż.

„Pełne koło” też jest podparte bardzo mocne aktorstwo. Mocnym paliwem emocjonalnym dla mnie była para Claire Denis/Timothy Olyphant, który zostają wplątani w pokręconą sytuację. On jest zadziwiająco wycofany i coś ukrywa, ona bardziej opanowana, wręcz zadaniowa. Skontrastowana para, która zaczyna pokazywać inne oblicze oraz kolejne tajemnice. Równie świetny jest Jharrel Jerome jako młody, trochę rwany Aked – niby chce być władczy, silny oraz szanowany, a także Phaldut Sharma w roli Garmana Harry’ego. Ten ma tu siłę, władzę oraz przywiązany do kwestii lojalności, o wiele przebieglejszy niż prawdziwa szefowa (mocna CCH Pounder), co większą wagę przykłada do religii oraz nadnaturalnych zjawisk. Młoda krew w postaci Sheyi Cole’a (obrotny Xavier), Geralda Jonesa (naiwny Louis) i Adii (Natalia) równie wypada bardzo przyzwoicie oraz wiarygodnie. Nie mogę jednak w pełni przekonać się do Zazie Beats, czyli inspektor Harmony. Ja rozumiem, że ona ma być osobą z obsesją, determinacją za wszelką cenę oraz balansującą na granicy prawa. Ale jest tak antypatyczna, iż nie byłem w stanie za nią podążać i chętnie bym się jej pozbył.

Wszelkie pogłoski o słabej formie Soderbergha są absolutnie przedwczesne, bo „Pełne koło” to bardzo solidny kawałek kryminału/thrillera. Początek potrafi zniechęcić swoją niezbyt dużą przystępnością, ale po dwóch odcinkach wszystko zaczyna nabierać barw oraz trzyma w napięciu. Warto dać szansę i wskoczyć w tą krótką (6 odcinków) historię zemsty, gdzie głównym graczem jest… przypadek.

7/10

Radosław Ostrowski

Święto ognia

Kinga Dębska to jedna z tych reżyserek, która znalazła swoją niszę i od lat konsekwentnie w niej przebywa. Czyli słodko-gorzkich komediodramatów, elegancko balansującymi między powagą a humorem. Tak było z jej najlepszymi filmami, czyli „Moimi córkami krowami” oraz „Zupą nic”. Ale tym razem reżyserka zmierzyła się z powieścią Jakuba Małeckiego. Czy oznacza to zmianę w stylistyce czy klimacie? Absolutnie nie.

Historia skupia się na rodzinie i poznajemy ją z perspektywy 20-letniej Anastazji (Paulina Pytlak). Dziewczyna ma porażenie mózgowe, czyli jest z nią dość ograniczony kontakt i w zasadzie nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. Dlatego zajmuje się nią ojciec Poldek (Tomasz Sapryk) oraz starsza siostra Łucja (Joanna Drabik) – uzdolniona baletnica Teatru Wielkiego, która dostaje szansę zagrania głównej roli. Problem w tym, że zaczyna odczuwać silny ból kręgosłupa i zamiast odpuścić będzie próbowała to ukryć. Była jeszcze matka (Karolina Gruszka), lecz zniknęła z tego obrazka. W życie całej familii pojawia się sąsiadka, pani Józefina (Kinga Preis) i już ich świat nigdy nie będzie taki jak przedtem.

„Święto ognia” jest na pierwszy rzut oka historią obyczajową o rodzinie, życiu i całej reszcie. Wydaje się, że w kwestii pokazania porażenia mózgowego po „Chce się żyć” Pieprzycy nie da się nic nowego powiedzieć. Tak samo jak w tamtym filmie nasza bohaterka pełni rolę narratora, który widzi i wie więcej niż się wydaje, co potwierdza jej narracja z offu. Tutaj łatwo można było doprowadzić do karykatury i zwyczajnie przedobrzyć z tą bohaterką, jednak ta granica nigdy nie zostaje przekroczona. Tutaj każdy z bohaterów budzi sympatię i można się z nim łatwo identyfikować, nawet jeśli sama historia potrafi być przewidywalna. Drugim sporym wątkiem jest walka Łucji o rolę w spektaklu baletowym, mimo nagłych problemów zdrowotnych. Bo to nie jest już młoda kobieta, więc druga taka szansa może się nie powtórzyć. Ale czy cena za te pięć minut sławy i pogoń za marzeniami nie będzie zbyt wysoka?

Technicznie nie ma tutaj żadnych fajerwerków, oprócz dwóch wyjątków. Po pierwsze, jest parę ujęć z oczu Nastki jak choćby podczas obserwowania świata z balkonu. Pojawiają się rzadko, ale ich obecność zawsze zaskakuje. Po drugie, sceny baletowe. W tych momentach nie brakuje długich ujęć, skupieniu na detalach, co pozwala mocniej wejść w ten aspekt filmu (swoje też robi świetna muzyka Bartosza Chajdeckiego). W zasadzie najpoważniejszym problemem jest dla mnie wyjaśnienie wątku matki i jej śmierci, które dla mnie próbowało być dramatyczne, a wywołało we mnie frustrację. Czułem tutaj emocjonalny szantaż, przez niemal cały film nieobecny.

Prawdziwym paliwem tego filmu, który czyni go o wiele ciekawszym jest fantastyczne aktorstwo. Szczególnie trzeba wyróżnić grające siostry Paulinę Pytlak i Joannę Drabik – ich więź wygląda bardzo naturalnie, obie mają wiele scen wymagających fizycznie (pierwsza przypomina sposobem Dawida Ogrodnika i Kamila Tkacza z „Chce się żyć”; druga jest zawodową tancerką Opery Narodowej). Szczególnie Drabik podczas scen tańca nie pozwala oderwać wzroku. Kolejny raz zaskakuje Tomasz Sapryk jako sympatyczny, choć czasem nieporadny ojciec. Ale prawdziwym wulkanem, huraganem i tornadem w jednym jest kradnąca szoł Kinga Preis. Pani Józefina w jej wykonaniu jest pełna pasji, energii, wnosząc masę lekkości potrzebnej do tego typu kina. Taka dobra ciotka, co czyni wszystko bardziej znośnym i bardzo pomaga scalić te więzi mocniej.

W dorobku Kingi Dębskiej „Święto ognia” to kolejny feel-good movie, który pozwala zapomnieć o szarzyźnie dnia codziennego i wnieść wiele barw. Jednocześnie pozwala łatwo identyfikować się z postaciami i jest na tyle kompetentnie wykonany, że nie pozwala o sobie szybko zapomnieć po seansie. Sympatyczne a szczere kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Zielona granica

Chyba od czasu „Kleru” nie było filmu, który na naszym podwórku tak polaryzował, że swoje zdanie zaczęli wypowiadać ludzie najmniej kompetentni – politycy. Ostre i bardzo agresywne opinie wobec nowego filmu Agnieszki Holland padły jeszcze zanim tytuł trafił do kin, więc nie mieli jakiejkolwiek szansy (poza międzynarodowymi festiwalami). Co ewidentnie pokazuje jak gówno warte są ich słowa. A propos rzekomego spotu MSWiA przed seansem, to oglądałem film w kinie Helios, którzy stwierdzili (razem z siecią Multikino oraz Nowe Horyzonty), że urzędnicy mogą sobie ten materiał wsadzić i za ch***a go pokażą.

A o czym opowiada sama „Zielona granica”? O pograniczu polsko-białoruskim, gdzie Łukaszenka „podrzuca” imigrantów między innymi z pogrążonej wojną Syrii najpierw do swojego kraju, by potem podesłać pod granicę z Polską. Dlaczego? By sparaliżować Unię Europejską i zalać nią uchodźcami, których nikt nie chce przyjąć. Więc kiedy oni trafiają do naszego kraju (a to było ze 2-3 lata temu, gdy zaatakował… wirus nieznanego pochodzenia z Chin) Straż Graniczna wysyła z powrotem na Białoruś. I tak trwa ten pograniczny ping-pong do momentu, gdy uda się wymknąć pilnującym oraz się przedrzeć. Albo umrzeć od pałek, psów i kopniaków pograniczników z obu stron.

To jest jedna z części składowych tej historii, gdzie ważną rolę odgrywają jeszcze dwie postacie. Niedawno mieszkająca w okolicy psycholożka Julia (Maja Ostaszewska) oraz nowy pogranicznik Jan (Tomasz Włosok). Oboje z różnych środowisk – ona bardziej doświadczona i owdowiała, on wyczekujący dziecka i świeżo wysłany na teren. Jest jeszcze w tym miksie grupa wolontariuszy zwana Granicą, którzy pomagają tym, co się przedarli przez granicę i ukrywają w lesie (czyli strefie zamkniętej).

Holland prowadzi te różne nitki fabularne, by pokazać bezradność, obojętność i brak odpowiedzialności osób u władzy. I w to wszystko zostają wrzuceni ludzie oszukani, wiedzeni snami o lepszy życiu w bardziej „pokojowej” Europie, która ich nie chce i ma ich głęboko w dupie (pamiętacie, co się działo na włoskiej Lampeduzie?). Ale z drugiej strony są pewne oddolne inicjatywy jak Granica, którzy pomóc i upubliczniać wszystkie podłości robione przez Straż Graniczną. A ci goście nie są zbyt dobrze sportretowani, choć najbardziej pogłębionym reprezentantem jest Jan. W dość (niestety) rzadkich scenach widać jak czuje się z tym niewygodnie i jakie wywołuje to frustracje. Wszystko w czarno-białych zdjęciach, które tylko podkreślają beznadzieję tej sytuacji.

Jednak mam problem z tą polifoniczną narracją, bo przeskoki między wątkami wywoływały dezorientację. Z tego powodu nie wszystko ma aż taką siłę rażenia jak mogłoby być, bo zbyt często mamy tu syntezę oraz spore przeskoki. Co powoduje, że pewne wątki poboczne (pacjent Bogdan, pogranicznicy) wydają się zapychaczami. Problemem może też być walenie wprost pewnych kwestii o charakterze społeczno-politycznym, ale dla mnie ta „toporność” działa. Bo są takie sytuacje, gdzie trzeba coś powiedzieć otwartym tekstem i to mi nie przeszkadzało. W przeciwieństwie do bardzo monotonnej muzyki, która w zasadzie jest tym samym smęceniem wiolonczeli.

A także jest to bardzo dobrze zagrane. W uchodźców wcielają się mniej znane twarze i bardzo dobrze, bo to kompletnie nie rozprasza, choć na mnie największe wrażenie zrobił Mohamad Al Rashi (dziadek) oraz Jawal Altawir (Bashir). Z naszego podwórka kolejny raz błyszczy Maja Ostaszewska, tworząc mieszankę spokoju, empatii oraz determinacji. Spokojna Julia zaczyna powoli zmieniać się w aktywistkę, co jest zasługą poznanych ludzi z Granicy (mocna Monika Frajczyk, solidny Piotr Stramowski i kradnąca ekran Jaśmina Polak) oraz obserwowanych wydarzeń. Po drugiej stronie jest także świetny Tomasz Włosok, choć chciałbym więcej czasu spędzić z tą postacią i mocniej pokazać jego doświadczenia z pracy. Nie brakuje znajomych twarzy w drobnych epizodach (Maciej Stuhr, Agata Kulesza, Magdalena Popławska, Sandra Korzeniak), a te są w najgorszym wypadku przyzwoite.

Od razu to powiem: „Zielona granica” to najlepszy film Agnieszki Holland nakręcony w tej dekadzie. Mocne, walące między oczy i pokazujące różne oblicza ludzi – od tych bardziej empatycznych po najpodlejsze instynkty oraz wszystko pomiędzy. I jeszcze jest epilog, który jest takim ironicznym komentarzem do całej sytuacji, ale o tym się przekonacie sami. Kino powstałe z wściekłości i poczucia bezsilności, które ma dotrzeć do sumień ludzi u władzy. Tylko czy kogoś z nich to obejdzie? Chciałbym powiedzieć, że tak. Bardzo chciałbym powiedzieć, że tak.

7,5/10

Radosław Ostrowski