Air Force One

Chyba żaden film akcji nie miał aż takiego wpływu na ten gatunek jak „Szklana pułapka” w reżyserii Johna McTiernana. Osadzenie akcji w jednej, zamkniętej przestrzeni, kompetentny protagonista z twardymi pięściami, inteligentny przeciwnik ze swoją armią. Mieli już klony tego filmu dziejące się na statku („Liberator”), w autobusie („Speed”), a nawet w Białym Domu („Olimp w ogniu”). A co byście powiedzieli na „Szklaną pułapkę” w samolocie prezydenckim? To zaproponował w 1997 roku niemiecki reżyser Wolfgang Petersen.

Bohaterem jest prezydent USA James Marshall (Harrison Ford), przebywający z gościnną wizytą w Rosji. Trzy tygodnie wcześniej wspólne siły komandosów obydwu krajów schwytały dyktatora Kazachstanu, generała Ivana Radka (Jurgen Prochnow). Jankeski prezydent wygłasza przemówienie, gdzie serwuje jasny przekaz: nie będziemy negocjować z nikim, sami wywołując u innych strach. Problem jednak w tym, że do środka wchodzi grupa terrorystów, podszywając się pod dziennikarzy telewizji. Ich cel jest prosty: albo zostanie wypuszczony Radek z więzienia, albo zaczną zabijać zakładników. O czym grupa Iwana Korszunowa (Gary Oldman) nie wie to, że prezydent nie uciekł z kapsułą ratunkową, lecz pozostał w samolocie. No i zacznie mieszać w planach.

Fabuła nie jest jakoś zaskakująca czy oryginalna („Szklana pułapka” w samolocie, próbująca troszkę być w klimacie powieści Toma Clancy’ego), ale Petersen jest kompetentnym reżyserem. Nie będzie tutaj zbyt wiele niespodzianek, wręcz idąc po sznurku (włącznie z eliminacją załogi złoli), niemniej film działa jako thriller. Pewnym dodatkiem są działania w Białym Domu, gdzie zebrany sztab pod wodzą viceprezydent (Glenn Close) próbuje ogarnąć całą sytuację. I jest to dodatkowa podbudowa pod suspens, dodająca odrobinę świeżości.

Ale skoro samym herosem jest Prezydent USA, to film wjeżdża z patosem, amerykańskim patriotyzmem na pełnej kurtyzanie. Od podniosło-heroicznej muzyki Jerry’ego Goldsmitha (bardzo dobrej swoją drogą), po łopoczące flagi i podniosłe zdania, jaka to Ameryka jest zajebista, zaś rosyjski sen o potędze niczym w ZSRR jest złyyyyyyyyyyyyyyyyyyy. Dla reszty świata to podejście może być dość ciężkostrawne i czasem wymyka się spod kontroli, popadając w śmieszność. Nie zmienia to faktu, że film nadal dostarcza frajdy.

Wszystko na swoich barkach trzyma z jednej strony Ford jako prezydent, jakiego Amerykanie chcieliby w rzeczywistości (twardziel z twardym kręgosłupem moralnym, twardymi pięściami i nie idący na kompromisy), z drugiej niezawodzący Oldman w roli radykalnego terrorysty. Ich gra w kotka i myszkę działa, trzyma w napięciu i angażuje. Jest jeszcze Glenn Close jako viceprezydent, próbująca zachować zimną krew i ogarniać wszelkie opcje działania. Jej relacje z zebranym sztabem to jedne z lepszych scen tego filmu.

„Air Force One” pozostaje solidnym dziełem w dorobku Petersena, który operuje sporym budżetem z bardzo pewną ręką. Może niektóre efekty specjalne się postarzały, zaś amerykanocentryzm może czynić całość mniej zjadliwą, to potrafi parę razy złapać oraz zaangażować do końca. Całkiem niezły lot.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Civil War

„Wojna domowa od wielu wieków trwa” – ten cytat tutaj wrzuciłem, bo mi się w tak dziwny sposób skojarzyło. Tylko nie będziemy mieli do czynienia z konfliktem rodzinnym, lecz czymś o wiele, wiele gorszym. O rozpadzie Stanów (nie)Zjednoczonych Ameryki, gdzie prezydent (Nick Offerman) pełni trzecią kadencję i stany podzieliły się na różne koalicje, prowadzące ze sobą wojnę. Wojnę domową lub secesyjną – jak zwał, tak zwał, zaś naszym przewodnikiem jest Alex Garland.

Czas jest bliżej nieokreślony, raczej bliższa przyszłość niż dalsza. USA są podzielone i w stanie wojny, gdzie panuje chaos, anarchia, zaś służby porządkowe są mocno osłabione. Przynajmniej w mieście Nowy Jork, gdzie przebywa Lee Smith (Kirsten Dunst) – legendarna fotoreporterka, co widziała niejedną wojnę, niejedną rzeź i masakrę. Jej towarzyszy reporter Joel (Wagner Moura) i oboje planują przeprowadzić bardzo trudną akcję: przebić się do Waszyngtonu, by zrobić wywiad z Miłościwie Panującym Panem Prezydentem. Może to być dla niego ostatni wywiad w jego życiu, więc gra wydaje się być tego warta. Do naszej parki dołącza jeszcze dwójka – weteran dziennikarstwa Sammy (Stephen McKenley Henderson) oraz aspirująca do zawodu fotoreporterki Jessie (Cailee Spaeny).

Nowy film Garlanda to hybryda dramatu wojennego z kinem drogi, gdzie razem z naszą czwórką obserwujemy kolejne przystanki krajobrazu po bitwach. Autostrada pełna opuszczonych samochodów, palące się nocą drzewa w lesie, nieugryzione wojną małe miasteczko, wreszcie finałowy szturm na Waszyngton – krajobraz niemal cały czas się zmienia. A jednocześnie reżyser podskórnie buduje cały czas napięcie i oczekiwanie, że nie wiadomo skąd może pojawić się strzał, żołnierze czy leżące trupy. O samym konflikcie nie wiemy za dużo – ani kto, dlaczego zaczął i o co tu chodzi. Oprócz tego, że Amerykanie strzelają do Amerykanów, bo… Amerykanie strzelają do Amerykanów. Sami ludzie (czytaj: nie-żołnierze) albo nie rozumieją całego konfliktu, albo nie angażują się w niego, licząc na przeczekanie. Po drodze pada cały czas pytanie o sens zawodu fotoreportera. Z jednej strony mają to być osoby nieopowiadające się po żadnej ze stron konfliktu, tylko „chwytające moment” i wydają się przez to niezależni. Problem jednak w tym, iż by móc tą pracę wykonywać trzeba się emocjonalnie „wyłączyć”, wyzbyć z siebie jakąkolwiek empatię. Tylko czy jest sens dalej robić zdjęcia, skoro nie ma to żadnego wpływu na rzeczywistość?

Technicznie „Civil War” jest bardzo imponujący, co w przypadku tego reżysera nie jest zaskoczeniem. Zdjęcia z jednej strony pokazują skalę tego konfliktu (szczególnie w trzecim akcie), ale przez większość czasu jest bardzo intymnie, wręcz blisko postaci. Potrafi wyglądać niesamowicie pięknie (nocna przejażdżka przez las), ale jednocześnie niepokojąco i mrocznie. Ale najbardziej immersyjną rzeczą w tym filmie jest DŹWIĘK. Nie tylko chodzi o strzały, świszczące kule czy eksplozje, lecz o jeden szczególik – migawka aparatu fotograficznego. Gdy słyszymy ten dźwięk, na chwilę pojawia się czarno-białe zdjęcie i cisza. Reżyser jeszcze bawi się zarówno dźwiękiem, jak także oprawą muzyczną, by wywołać poczucie dysonansu. Kiedy dzieje się coś dramatycznego, a Garland albo pozbywa się kompletnie dźwięku, albo dodaje skoczną piosenkę.

A wszystko to także dźwiga fantastyczne aktorstwo. Kompletną niespodzianką była dla mnie Kirsten Dunst, tworząc najbardziej wycofaną i wyciszoną kreację w swojej karierze. Jej postać jest bardzo zmęczona, wręcz wypalona swoją pracą, lecz wiele pokazuje ona mową ciała oraz oczami. Być może jest to zbyt wycofana kreacja, przez co kompletnie może wydawać się nieciekawa, lecz to tylko pozory. Równie zjawiskowa jest Cailee Spaeny jako Jessie – młoda, aspirująca fotograf, niejako na początku swojej drogi zawodowej. Razem z Dunst tworzy mocny duet mistrzyni/uczennica, elektryzując do samego końca. Świetnie skład uzupełniają Wagner Moura (uzależniony od adrenaliny Joel, niemal dziwnie podobny do Pedro Pascala) oraz Stephen McKenley Henderson (Sammy, będący wręcz mentorem całej grupy), tworząc bardzo zgraną paczkę. Nie można też zapomnieć o kapitalnym epizodzie Jesse’ego Plemonsa w roli żołnierza z krwiście czerwonymi okularami.

Dla mnie „Civil War” to powrót Garlanda do formy po rozczarowującym „Men”. Wielu może rozczarować ledwo zarysowane tło polityczne czy bardzo chłodne podejście w pokazaniu całej tej sytuacji. Ale to bardzo intensywne, trzymające w napięciu kino, pełne niepokojących scen, obrazów niczym ze zbliżającego się końca świata.

8/10

Radosław Ostrowski

Czerwone maki

Dla wielu hasło „polskie kino historyczno-wojenne” wywołuje bardzo traumatyczne doświadczenia. Mimo wykorzystania sporego budżetu (20 mln złotych lub więcej) dzieła te sprawiają wrażenie tanich, chaotycznie zmontowanych, pozbawionych wyrazistych postaci, niezbyt dobrze zagrane, nudne, patetyczno-podniosłe gnioty. Dzieła te bardziej pasowałyby do telewizji, ale takiej sprzed 30-40 lat. Problem w tym, że one cały czas powstają i od czasu „Miasta 44” nic wartego uwagi nie powstało. Jednak nasi filmowcy są jak karaluchy: odporni na krytykę i skłonni do ataku w najmniej spodziewanym momencie.

Jednym z tych konsekwentnie tworzących tego typu produkcje jest Krzysztof Łukaszewicz. Zwrócił swoją uwagę debiutanckim „Linczem” i wojenną „Karbalą”, ale potem się zaczęło. „Orlęta. Grodno ‘39”, „Raport Pileckiego”, wcześniej scenariusz do „Generała Nila”. A teraz postanowił opowiedzieć o bitwie pod Monte Cassino. I jeśli liczycie na to, że zrobił pewien progres, to nie mam zbyt dobrych wiadomości. „Czerwone maki” może nie są aż tak tragicznie jak można się było spodziewać, ale do miana dobrego czy niezłego brakuje mu wiele.

Akcja skupia się wokół Jędrka Zahorskiego (Nicolas Przygoda) – młodego chłopaka z armii generała Andersa, co wcześniej był w sowieckim łagrze. Krnąbrny, niezdyscyplinowany złodziejaszek, pakujący się zawsze w tarapaty. Oraz beznadziejnie zakochany w pielęgniarce, ale ta jest albo zbyt zajęta rannymi, albo pewnym oficerem, co nie poprawia jego sytuacji. Jednak zamiast trafić przed sąd, zostaje wzięty pod kuratelę redaktora (Leszek Lichota), szkolącego go na swojego asystenta. Wkrótce polscy żołnierze ruszą do boju, by zdobyć klasztor na wzgórzu Monte Cassino – misji wręcz samobójczej.

Sam początek filmu (ucieczka ze skradzionymi lekami przez uliczki Iraku) przypominał mi podobną chwilę w „Poszukiwaczach zaginionej Arki”, ze świetną pracą kamery oraz sporą skalą. Patrząc na to myślisz: „To może być całkiem dobre, skoro tak zaczynamy”. Są i czołgi, jeepy, więcej niż tylko pięciu chłopa w mundurkach z giwerami, jest nawet trochę strzelania. Problem w tym, ze główny wątek, czyli niby-romans jest równie interesujący jak oglądanie kopulujących owadów pod mikroskopem. Coś tam się dzieje, ale w ostateczności zmierza donikąd i nikogo to nie obchodzi, nawet grających tą parę Nicolasa Przygodę oraz Magdalenę Żak. Do aktorstwa jednak dojdę później. Fabuła przeskakuje od sztabu wojskowego generała Andersa (Michał Żurawski) przez lazaret aż do pola bitwy w postaci… wzgórza do zdobycia. Oraz zaminowanej, wąskiej drogi. Na więcej nie było nas stać, sorry. Brakuje jakiegoś silnego spoiwa i emocjonalnego ciężaru, by zaangażować się. Rzeczy się dzieją, a większość istotnych rzeczy dzieje się w zasadzie poza kadrem.

Technicznie starano się tu jak najwięcej wycisnąć. Efekt jest dość połowiczny. Scenografia, kostiumy czy wypożyczone z muzeum pojazdy prezentują się solidnie, o tyle zdjęcia i montaż są bardzo nierówne. Nie brakuje ładnych kadrów, jednak sceny batalistyczne to festiwal chaosu, shaky-camu oraz ukrywanie niedostatków budżetowych. Nie brakuje tu popisów pirotechnicznych (całkiem znośnych), zmasakrowanych ciał i flaków, a nawet odrobiny slow-motion.

A co mogę powiedzieć o aktorstwie w „Czerwonych makach”? No cóż, istnieje, jest widoczne, ale nie wybija się za bardzo z tłumu. Nikt tu nie ma szansy się wykazać, nikt nie wyróżnia się specjalnie z tłumu, w czym nie pomagają średnie dialogi. Choć są tutaj dwa wyjątki od reguły: Leszek Lichota i Michał Żurawski. Pierwszy jako redaktor (wzorowany na Melchiorze Wańkowiczu), który staje się mentorem dla Jędrka i odgrywa dość istotną rolę w jego przemianie, z kolei Żurawski w roli generała Andersa jest bardzo wycofany, pokazując jak silną presję czuje wobec otoczenia oraz dźwigany przez niego ciężar odpowiedzialności. Reszta radzi sobie albo poprawnie (szczerzący swoje białe ząbki Mateusz Banasiuk czy najbardziej poważny ze stawki Szymon Piotr Warszawski), albo robi w zasadzie za ogon (Bartłomiej Topa, Dariusz Toczek czy Cezary Łukaszewicz). A jak radzi sobie w roli głównej Nicolas Przygoda? Sam pomysł na niego był ciekawy – trzymający się ziemi anty-bohater, co nie wierzy w poświęcenie, patriotyzm itp. Tylko aktor wydaje się strasznie sztuczny, irytujący, zaś jego przemiana niewiarygodna.

Zawsze przy takich produkcjach jak „Czerwone maki” pada jedno fundamentalne pytanie: Jeśli nie ma się budżetu na takie produkcje, czy w ogóle jest sens je robić? Jako film fabularny, a nie np. dokumentu? Trudno odmówić Krzysztofowi Łukaszewiczowi pasji do historii, jednak do realizacji dobrego i spełnionego filmu historyczno-wojennego. Być może należy tą pasję inaczej wykorzystać oraz przewartościować swoje cele.

5/10

Radosław Ostrowski

Życie

Zawsze pojawiają się takie małe, skromne filmy z Wielkiej Brytanii, które niekoniecznie podbijają listy box office. Ale dla tych, co widzieli było to doświadczenie. Czy taki będzie też przypadek filmu „Życie” w reżyserii Olivera Hermanusa?

Akcja filmu toczy się w Londynie na początku lat 50., gdzie poznajemy niejakiego pana Williamsa (Bill Nighy). To mężczyzna w średnim wieku, pracujący jako miejski urzędnik, gdzie sprawy raczej się przedłuża niż wprawia w ruch. Mieszka z dorosłym synem i jego żoną, w zasadzie prowadzi dość monotonne, spokojne życie. Spokój jednak zostaje zaburzony, a wszystko przez wieści od lekarza. W dużym skrócie: zostało mu już bardzo niewiele czasu i czas zrobić życiowy bilans. Ten jednak nie wypada zbyt dobrze i pozostaje jedno pytanie: co dalej?

living1

Film jest remakiem filmu „Piętno śmierci” Akiry Kurosawy z 1951 roku, która ma status klasyka kina. Zarówno film i reżyser. Czy tak będzie w przypadku wersji pana Hermanusa? Ciężko mi powiedzieć, jednak ma na to zadatki. Sam film ma w sobie wiele melancholijno-refleksyjnego klimatu, gdzie na pierwszy plan wybija się poczucie zmarnowanego czasu. Bezsilność wobec przekazania najbliższym najgorszej wiadomości, porzucenie na pewien czas pracy, dostrzeganie drobnych detali. Ku mojemu zaskoczeniu, mimo sporej powagi i ciężkiego tematu, film jest zaskakująco lekki i niepozbawiony humoru. Jest to także zasługa dobrych dialogów, tempa oraz momentów wyciszenia, pozwalających lepiej poznać naszego bohatera.

living2

Jeszcze bardziej zaskakująca jest realizacja. Zdjęcia w formacie 4:3, mocno skupione na zbliżeniach twarzy podkreślają kameralność historii. Jednocześnie wszystko jest stylizowane na kino z lat 50. – kolorystyka, statyczna praca kamery, czcionka napisów w czołówce czy elegancka, symfoniczna muzyka. Jedyny twist ma miejsce w ostatnich 30 minutach, ale nie zamierzam go zdradzić. Powiem tylko, że to jedna z najbardziej poruszających scen w ostatnich latach.

living3

A wszystko trzyma to na swoich barkach trzyma Bill Nighy w roli Williamsa. Ten aktor znany jest ze świetnych ról drugoplanowych i bardzo rzadko pojawia się w głównej roli. Powinien to robić częściej, tworząc jedną ze swoich najlepszych ról. Na pozór bardzo flegmatyczna i powściągliwa jak (stereo)typowy Brytyjczyk, ze zmęczonym głosem niepodobnym do siebie. Ale w środku przez pewne mikrospojrzenia, drobne gesty powoli ta skorupa zaczyna pękać i dostrzegalna jest przemiana tej postaci. Bez popadania w patos czy górnolotność. Nighy’ego wspierają na drugim planie Aimee Lou Wood i Alex Sharp. Ona jest młodą urzędniczką, co zmienia pracę i tworzy zadziwiająco przyjacielską relację, z kolei on jest młodym, początkującym urzędasem, wchodzącym w całą tą procedurę. Nie można nie wspomnieć o świetnym Tomie Burke’u, czyli poszukującym weny pisarzu Sutherlanda, próbującego pomóc Williamsowi w dość hedonistyczny sposób.

living4

„Życie” to ten typ małego filmu, który może nie ma kosmicznego budżetu, efektów specjalnych, strzelania, pogoni i rozpierduchy, ale za to jest sporo serca oraz emocji. To bardziej kameralna, refleksyjna, elegancka i cicha historia o znajdowaniu sensu życia, nawet w ostatnim jego etapie.

7/10

Radosław Ostrowski

Kobieta z…

Mój stosunek do Małgorzaty Szumowskiej przez lata można określić jako… skomplikowany. Najbardziej w jej filmografii spodobały mi się tylko dwa tytuły: „33 sceny z życia” i „Śniegu już nigdy nie będzie”. Szczególnie ten drugi tytuł okazał się dla mnie ogromnym zaskoczeniem, dając reżyserce u mnie kredyt zaufania. Zaprocentowało to solidnym „Infinite Storm”, a teraz wspólnie z Michałem Englertem stworzyli pierwszy polski film fabularny o postaci transpłciowej.

Wszystko zaczyna się jeszcze w PRL-u roku, kiedy Andrzej jeszcze jako dziecko mocno wyróżniał się z otoczenia. Od uciekania z welonem na głowie, odrzucenie przez komisję wojskową z powodu… pomalowanych paznokci. W tajemnicy zaczął wykradać matce hormony, przebierać się w damskie ubrania i czuć się innym od reszty otoczenia. Nikt z jego rodziny (wliczają w to żonę) nie zna jego tajemnicy, do tego jeszcze jesteśmy w małym miasteczku, gdzie plotki rozchodzą się szybciej. Czyżby Andrzej/Aniela nie miałby jakiejkolwiek szansy na życie w zgodzie ze sobą?

kobieta z1

Szumowska z Englertem skupiają się cały czas na głównym bohaterze i towarzyszymy mu przez ponad 40 (!!!) lat. Z oczywistych powodów narracja jest skokowa, pełna syntez oraz wielu wątków pobocznych. Ale zawsze w centrum tego wszystkiego znajduje się Andrzej – czyli kobieta urodzona w ciele mężczyzny. Próby pomocy lekarskiej na przestrzeni lat (od endokrynologa w lat 80., przez psychiatrę w latach 90. aż po psychologa w latach 2000.), szukania wsparcia i informacji, próba dopasowania się do życia rodzinnego. A im dalej w las, tym dziwniejsze sytuacje są potrzebne do przeprowadzenia operacji zmiany płci (scena u adwokata, tłumaczącego procedury – mocna). Wszystko to pokazane bez szukania na siłę sensacji czy kontrowersji, co należy pochwalić.

kobieta z2

Co mnie najbardziej zaskoczyło to jak wiele wsparcia dostaje nasza bohaterka z najmniej spodziewanych grup: kolegów z pracy, sióstr zakonnych (u nich zamieszkuje przez pewien czas) czy – choć bardzo powoli i nie od razu – rodziny. „Kobieta z…” pod tym względem może stanowić materiał edukacyjny dla osób, co próbują zrozumieć osoby transpłciowe. Nieważne, czy mówimy o rozmowach podczas grupy wsparcia (tutaj wypowiada się m.in. Anna Grodzka) czy wizycie o doktora Bardo (solidna rola Mikołaja Grabowskiego). Nie brakuje pięknych momentów (zakochanie się Andrzeja w Izie – cudownie sfilmowana i zmontowana), czy delikatnych momentów intymnych. Problem w tym, że czasami duet reżyserski gubi rytm i tempo, parę wątków jest zbędnych (kiedy dorosły Andrzej/Aniela trafia do więzienia) czy jest zbyt wiele uproszczeń.

kobieta z4

Wszystko to jednak ratują zarówno świetne zdjęcia Michała Englerta jak też świetne aktorstwo. Główną rolę grają Mateusz Więcławek (młody Andrzej) i Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, tworząc absolutnie rewelacyjną kreację. Bez popadania w przerysowanie, bardzo delikatnie, opierając się na spojrzeniach oraz mowie ciała. Równie świetna jest Joanna Kulig oraz Bogumiła Bajor, wcielające się w postać żony Andrzeja, Izy. Dynamika tej pary to były dla mnie jedne z mocniejszych scen tego filmu. Na drugim i trzecim planie jest masa znajomych twarzy (m. in. Jacek Braciak, Wojciech Mecwaldowski, Jerzy Bończak czy Tomasz Schuchardt), zaś każdy tworzy co najmniej solidną rolę.

kobieta z3

Kobieta z…” dla mnie jest potwierdzeniem formy reżyserskiej Szumowskiej, skupiającej się na człowieku i szanując go zamiast eksploatować. Jest szczerze, uczciwie, kapitalnie zagrane i – co mnie zaskoczyło – emocjonalnie angażujące do samego końca.

7/10

Radosław Ostrowski

Za duży na bajki 2

Pamiętacie Waldiego Mocarnego I? Chłopak razem z dwójką przyjaciół stworzył team graczy, choć łatwo nie było. Ale o tym pewnie wiecie, jeśli oglądaliście film „Za duży na bajki”. Dzieło Kristoffera Rusa z 2022 roku okazało się sporą niespodzianką oraz ciepło odebranym przez krytyków i publiczność filmem familijnym. Nie powinno być więc zaskoczeniem, że powstała część druga.

Tym razem Waldek razem ze swoją drużyną wyrusza do Zakopanego odwiedzić ciotkę Mariolę (Dorota Kolak). Grupę tworzą: Staszek i Delfina, matka (Karolina Gruszka) oraz… jej nowy chłopak, Piotr (Paweł Domagała). Ten ostatni próbuje być taki spoko i kumający współczesny slang młodzieżowy, lecz nie za bardzo mu to idzie. Tak samo jak zdobycie sympatii pozostałych członków rodziny. Chłopiec przypadkowo dowiaduje się, że w okolicy znajduje się jego ojciec, który porzucił ich. Więc Waldek razem ze Staszkiem decydują się nocą wymknąć i spotkać się z nieobecnym w jego życiu mężczyzną. Co może pójść nie tak?

Druga część kontynuuje drogę dojrzewania Waldka z chłopca w młodego mężczyznę. Tym razem mierzy się z dziurą po nieobecności ojca i zastąpieniu go przez nowego partnera matki. A wszystko ciągle mieszając tony: od powagi (i nawet grozy) po humor i przygodę. Reżyserowi udaje się cały czas zachować balans i (jak w pierwszej części) nie traktuje widza jak dziecko. Humoru jest tu całkiem sporo, nawet jeśli nie wywołuje aż takich ataków śmiechu jak poprzednio. Przeniesienie akcji z miasta do Zakopanego i górskich krajobrazów oraz rozbicie ekipy na mniejsze grupki daje odrobinę świeżości, zmieniając dynamikę. Z drugiej strony te przeskoki osłabiają tempo, czasami dialogi brzmią nie za dobrze i brakuje jakiś zaskoczeń. Niemniej jest tu parę fajnych scen (ucieczka przed niedźwiedziem) oraz dwie postacie drugoplanowe, co kradną ten film: góral z miasta (Grzegorz Małecki) oraz ojciec Waldka, Krzysiek (Michał Żurawski).

Technicznie trudno się do czegoś przyczepić. Ładnie te krajobrazy wyglądają, w tle gra bardzo sympatyczna muzyka z lekko góralską nutą, nawet dialogi brzmią wyraźnie. Jest to zrobione kompetentnie i naprawdę dobrze zagrane. Nadal fason trzyma Maciej Karaś w roli Waldka, tak samo Patryk Siemek i Amelia Fijałkowska jako reszta e-sportowej drużyny. Choć więcej czasu ze sobą spędzają chłopaki, czuć cały czas chemię między grupą. Szoł kradnie dla siebie jak zawsze energiczna Dorota Kolak, której przez sporą cześć czasu partneruje Paweł Domagała. A on radzi sobie naprawdę solidnie, dodając odrobinę iskier i humoru. Swoją cegiełkę dodają też Małecki i Żurawski – pierwszy jest nieporadnie uroczy jako samotny góral, drugi wydaje się takim bardzo zafascynowanym Japonią gamerem i taki cool. ALE jest w nim coś jeszcze, lecz tego nie zdradzę.

Więc czy druga część „Za dużego na bajki” jest warta obejrzenia? Choć nie jest tak dobra jak poprzednik, nadal ma w sobie wiele uroku, szczerości i pasji. Jestem więcej niż pewny, że wielu dzieciakom spodoba się i ma też dobre przesłanie, które będzie rezonować.

6/10

Radosław Ostrowski

Pokój nauczycielski

Kolejny film o szkole i nauczycielach – co jeszcze można nowego opowiedzieć na ten temat? O tej dość trudnej relacji między tymi dwoma różnymi „plemionami”. Jak się okazuje można, co pokazuje przykład naszych sąsiadów zza Odry. Czyli nominowany do Oscara za film międzynarodowy „Pokój nauczycielski” w reżyserii Ilkera Cataka.

Akcja dzieje się w szkole podstawowej, a wszystko widzimy z perspektywy Carli Nowak (Leonie Benesch) – nauczycielki matematyki. Nauczyciele mają pewien poważny problem: w szkole dochodzi do kradzieży i nie wiadomo kto za tym stoi. Ciało pedagogiczne próbuje wybadać uczniów, jednak brakuje jakiś jednoznacznych dowodów. Pani Nowak w końcu próbuje ustalić na własną rękę i to doprowadza do bardzo poważnych reperkusji.

Więcej wam nie chcę zdradzać, bo to może zepsuć to jak ten film działa. Albowiem „Pokój nauczycielski” wręcz jest thrillerem, gdzie bardzo powoli, lecz konsekwentnie budowane jest napięcie. Razem z nauczycielką próbujemy ogarnąć tą sytuację, lawirując między nauczycielami, rodzicami i uczniami. Zaś odpowiedź na pytanie „kto za tym stoi” przestaje mieć znaczenie. Bliżej temu filmowi klimatem do… „Wątpliwości” Johna Patricka Shanleya czy niedawno widzianej „Anatomii upadku”, nie dając jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: jak zareagować w tej sytuacji? Tu nie ma łatwych odpowiedzi, a jedno działanie może doprowadzić do brutalnych konsekwencji: ostracyzmu, wrogości, frustracji, nawet przemocy. Poczucie tej atmosfery oraz klaustrofobii jeszcze potęguje bardzo oszczędna muzyka oraz zdjęcia w formacie 4:3.

Wszystko na swoich barkach trzyma Leonie Benesch, grająca bardzo stonowanie, a jednocześnie cały czas napięta jak struna. Bardzo drobnymi spojrzeniami wyraża bardzo skrajne emocji: od empatii przez wątpliwości (kapitalna scena na korytarzu) po silną, nie dającą wejść dzieciakom na głowę nauczycielką. Świetnie wypada także Leonard Stettnisch w roli jednego z uczniów, Oscara. Uczeń bardzo inteligentny, jednak wskutek pewnych wydarzeń zmienia się na gorsze. Wspólne sceny tej dwójki są mocne i intensywne w najbardziej zaskakujący sposób.

Dawno nie było tak mocnego i prowokującego do myślenia dramatu z Niemiec. Catak bardzo pewną ręką buduje poczucie niepokoju oraz napięcia godnego rasowego dreszczowca, pozostawiając z masą pytań po seansie. A to nie pozwala go tak łatwo wymazać z pamięci.

8/10

Radosław Ostrowski

Bękart

Duński film kostiumowy może nie brzmieć jak coś zachęcającego. Jednak gdy główną rolę gra sam Mads Mikkelsen, sprawa staje się bardzo interesująca. Do tego jeśli współscenarzystą jest absolutnie szalony Anders Thomas Jensen (reżyser m.in. „Jabłek Adama” czy „Jeźdźców sprawiedliwości”), seans „Bękarta” dla mnie stał się wręcz obowiązkową. Ale o co tu naprawdę chodzi?

Jest druga połowa XVIII wieku i jesteśmy w Kopenhadze, gdzie poznajemy weterana wojennego, kapitana Ludwiga Kahlena (Mikkelsen). Mężczyzna postanawia podjąć się szalonej misji, czyli osiedlenia Jutlandii w zamian za otrzymanie tytułu szlacheckiego. W czym jest problem? Po pierwsze, Jutlandia to wrzosowiska i ta ziemia nie nadaje się do uprawy czegokolwiek. Po drugie, na terenie krążą różne bandy. I po trzecie, najważniejsze, okolicę zamieszkuje lokalny magnat, baron de Schinkel (Simon Bennebjerg), który traktuje tą ziemię jako własną. I robi wszystko, by Kahlena wykurzyć z tamtej ziemi. Konfrontacja wydaje się nieunikniona.

Reżyser Nikolaj Arcel pozornie wydaje się kinem kostiumowym, bo osadzony jest w przeszłości. Tylko że większość czasu spędzamy na tych nieurodzajnych wrzosowiskach, gdzie Kahlen ma przeciwko sobie wszystko i wszystkich. Naturę, wędrownych Cyganów, przekonanego o swojej sile barona, deszcz, śnieg, wilki jakieś. Aż chce się zadać pytanie: czy w ogóle warto podjąć to zadanie? Po swojej stronie nasz bohater ma tylko pastora (Gustav Lindh), zbiegłego z majątku barona zarządcy Johannesa (Morten Hee Andersen) i jego żonę, Ann Barbarę (Amanda Collin). Szanse nie są zbyt wyrównane, ale nasz bohater ma swoją wunderwaffe. Jaką? To jednak zostaje zdradzone dopiero w połowie filmu, a ja wam nie chcę tego psuć. Wszystko jest takie powolne, a jednocześnie bardzo namacalne, brutalne i bezwzględne, jakby Kahlen cały czas był poddawany próbom. Zmuszony jest do podejmowania decyzji, co najmniej wątpliwych moralnie, zmuszając do najważniejszych pytań o to, co jest w życiu najważniejsze. Odpowiedź nie jest jednak rzucona wprost, zaś finał okazał się dla mnie ogromną i satysfakcjonującą niespodzianką.

Wizualnie „Bękart” wygląda pięknie. Imponujące wizualnie krajobrazy umieszczają film Arcela jako… western. Choć scen zbiorowych jest tutaj jak na lekarstwo, a scenografia i kostiumy nie wydają się być najważniejszym elementem, reżyser nie robi tutaj taniego teatrzyku. Wszystko wygląda wiarygodnie, budując realia epoki. Jednak zaskakujący jest fakt, że historia „Bękarta” wydaje się o wiele bardziej uniwersalna niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Do tego jest to świetnie napisane oraz zagrane. Mads Mikkelsen kolejny raz potwierdza jak wiele jest w stanie pokazać samą mimiką: od pogardy, nienawiści i gniewu po wręcz ośli upór oraz… zaskakujące momenty wrażliwości. Na zewnątrz szorstki, bardziej pragmatyczny, jednak w środku gotuje się masa skrajnych emocji. Kolejna fenomenalna kreacja warta uwagi. Równie znakomita jest Amanda Collin, też operująca na sprzecznych emocjach co Mikkelsen. Jej Ann Barbara też potrafi być szorstką, twardą kobietą, co życie dobrze zna i bardziej pragmatyczna. Razem tworzą zadziwiająco mocny duet, pełen silnej chemii. W kontrze do nich stoi balansujący na granicy przerysowania Simon Bennebjerg jako pyszałkowaty baron de Schinkel. Rozkapryszony, pełen władzy i jednocześnie sadystycznych bydlak, którego będziecie nienawidzić z całego serca, chcąc od niego brutalnej kary. Tylko to są takie czasy, że tacy ludzie decydowali o życiu i śmierci wszystkich, sami wychodząc bez żadnego zadrapania. Reszta mniej znanych twarzy wypada bardzo solidnie, ze szczególnym wskazaniem na Laurę Bilgrau Eskild-Jensen w roli cygańskiej dziewczyny, Anmai Mus.

„Bękart” kolejny raz potwierdza, że kino skandynawskie w Europie jest najbardziej interesujące do obserwowania i potrafiące cały czas zaskoczyć. Idziesz na film kostiumowy, a dostajesz western z pełnokrwistymi postaciami, charyzmatycznym Mikkelsenem na czele oraz pięknymi zdjęciami. Nie dziwię się, że Dania wystawiła ten film do wyścigu po Oscara za film międzynarodowy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gdy rodzi się zło

Argentyna może kojarzyć się z wieloma rzeczami – z Leo Messim, z ukrywaniem nazistów po wojnie (trochę wstyd), z Evitą Perron. A jak filmowo? Cóż, nie wiele filmów z tego kraju trafia do nas („Dziewięć królowych”, „Dzikie historie”). Jednak jak już się pojawia, to jest to interesujące kino. Nie inaczej jest w przypadku filmu „Gdy rodzi się zło” – niskobudżetowego horroru od debiutanta Demiana Rugny.

Akcja toczy się gdzieś na dalekim zadupiu, poza cywilizacją, gdzie diabeł mówi dobranoc. Tutaj właśnie mieszka dwóch braci – Pablo (Ezequiel Rodriguez) i Jaime (Demian Salomon), próbując spokojnie żyć. Wszystko jednak się komplikuje, kiedy panowie znajdują coś, co kiedyś było człowiekiem – przynajmniej w połowie. Na podstawie znalezionych koło ciała przedmiotów udaje im się ustalić, że ofiara jest „sprzątaczem”, czyli wysłanym przez ministerstwo urzędnikiem, mającym zabić tzw. gnijącego. Kim on jest? Człowiekiem opętanym przez demona, którego ciało zaczyna umierać od środka. Sprawy komplikują się, kiedy bracia za namową właściciela ziemi, Ruiza (Luiz Ziembrowski) pozbywają się zgniłka z domu.

Historia na pierwszy rzut oka nie brzmi jakoś oryginalnie, jednak wszystko zależy od sposobu podejścia. Reżyser dość szybko pokazuje świat, gdzie od pewnego czasu panuje ta dziwna epidemia, zaś pozbycie się „złego” wymaga pewnych konkretnych zasad (niczym w „Coś za mną chodzi”). Problem w tym, że ludzie albo uznają to za totalną bujdę, albo są bardzo łatwo podatni na manipulację. Tutaj walka wydaje się być z góry skazana na przegraną, bo każda próba ogarnięcia sytuacji doprowadza do eskalacji. I tutaj zło się nie patyczkuje z nikim i niczym: to opętanie może dosięgnąć dzieci, zwierzęta oraz zaraża całe otoczenie. Znikają zwierzęta (nawet te mogą być opętane), a wszystko zdradzane jest bardzo powoli, bez walenia ekspozycją w twarz.

Jest krwawo, brutalnie, wręcz szokująco (praktyczne efekty specjalne robią piorunujące wrażenie!!!), z konsekwentnie budowaną atmosferą grozy. Ten film naprawdę przeraża: od pierwszego zobaczenia zgniłka przez atak psa na dziecko aż po bardzo nerwową scenę w szkole. Tu dzieciaki mogą być ofiarami, a także same zabijają. Wszystko bez stosowania jump-scare’ów, żadnych zabaw w egzorcyzmy czy głupich zachowań ludzi. I broń Boże nie oglądajcie tego przy jedzeniu. Cały czas Rugna trzyma w napięciu aż do bardzo mocnego, brutalnego zakończenia.

Czy ten film ma wady? Parę drobnych, które wynikają ze skromnego budżetu. Niewiele lokacji, miejscami nadekspresyjne aktorstwo czy kilkusekundowe ujęcia z samochodu, gdzie widać, że tło było robione na green screanie. Nie zmienia to jednak faktu, że to jeden ze świeższych i ciekawszych horrorów ostatnich lat. Intensywny, makabryczny i bezkompromisowy w pokazaniu świata, gdzie Bóg dawno umarł, zaś zło czeka na swoją chwilę.

8/10

Radosław Ostrowski

Przyznaj się, Fletch

Finansowa i artystyczna porażka „Fletch żyje” spowodowała, że plany na trzecią część zostały zawieszone. Dopiero w połowie lat 90., gdy prawa do książek McDonalda kupiło Miramax. Chevy Chase miał wrócić, zaś reżyserem miał zostać Kevin Smith. Prace się jednak przedłużały, aktor zrezygnował i zaczęły pojawiać się plany rebootu. Zmieniali się aktorzy, mający zagrać głównego bohatera, reżyserzy i trwało to kilkanaście lat. Dopiero w 2020 roku wszystko zaczęło ruszać z kopyta, kiedy obsadzono w roli Fletcha Jona Hamma, zaś reżyserem został Greg Mottola, czyli twórca „Supersamca”. I ku mojemu zaskoczeniu powstała najlepsza filmowa odsłona cyklu o Irwinie Fletcherze.

Nasz bohater teraz przebywa w Bostonie i gdy go poznajemy, wraca z Rzymu do wynajmowanego mieszkania. Na miejscu w środku znajduje się trup młodej kobiety. Fletch wzywa policję i… staje się głównym podejrzanym w sprawie. Tylko dlaczego Fletch miałby ją zabijać? Tylko, że bohater tak naprawdę ma o wiele poważniejszą sprawę na głowie. Otóż nasz bohater (niezależny dziennikarz) został zatrudniony przez Angelę (Lorenza Izzo), by rozwiązać sprawę kradzieży cennych obrazów z kolekcji włoskiego hrabiego de Grassi. Arystokrata został porwany, zaś sprawcy tego czynu chcą w zamian za wolność… obraz Pablo Picassa. Nawet będąc pod okiem policji Fletcher ma kilka tropów, z których najbardziej obiecujący jest Ronald Horan (Kyle MacLachlan) – handlarz dzieł sztuki, co niedawno sprzedał dwa zaginione obrazy.

„Przyznaj się, Fletch” ma wiele z komedii kryminalnej w starym stylu. Choć akcja jest osadzona współcześnie (tuż po pandemii), bardziej klimatem przypomina poprzednie filmy z Fletchem. Tylko bez elementu charakteryzacji i przebieranek, za to z bardzo piętrową intrygą. Reżyser bardzo powoli odkrywa całą historię, podrzuca kolejne tropy oraz galerię bardzo wyrazistych postaci. A kiedy wydaje się, że sprawa wydaje się jasna, pojawia się kolejna poszlaka i wszystko staje się jeszcze bardziej mętne, pokręcone. Nadal jest tu sporo sarkastycznego humoru oraz ciętych ripost czy sprytnego kombinowania Fletcha, próbującego ogarnąć różne sytuacje (jak choćby pozbycie się nadajnika GPS, śledzenie czy włamanie się do łódki). Cały czas mamy różne niespodzianki, a najlepszą dostajemy na sam koniec. Więcej nie zdradzę, bo to była by większa zbrodnia niż brak oceny dla kierowcy Ubera.

To pomówmy troszkę o obsadzie. Jon Hamm wszedł w rolę Fletcha jak masełko w chlebek, cały czas balansując między powagą a zgrywą. Taki uroczy i zaradny cwaniak, któremu nawijką dorównuje chyba tylko Saul Goodman. Godne zastępstwo za Chase’a, który wydawał się nie do zastąpienia. Wyrazista jest Lorenza Izzo jako Angela de Grassi – jak na Włoszkę jest temperamentna, pełna pasji i jednocześnie skrywa parę tajemnic. Dobrze też wypada duet Roy Wood Jr./Ayden Mayeri, czyli prowadzący śledztwo inspektor policji oraz młoda praktykantka. Dla mnie jednak film skradli Marcia Gay Harden jako bardzo elegancka hrabina de Grassi, co jest mocno przywiązana do luksusu (jak wypowiada „Fletch” – perełka!) oraz John Slattery w roli byłego szefa Fletcha, czyli naczelny z nastawieniem (podkreśla je bardzo często rzucane słowo na „k”).

Jeśli ten film ma być początkiem nowej serii przygód Irwina Maurice’a Fletchera, to jestem jak najbardziej za. Wszyscy tęskniący za sarkastycznym, ale dociekliwym i inteligentnym dziennikarzem powinni sięgnąć po „Przyznaj się, Fletch”. Bardzo elegancka, zgrabna oraz dowcipna rozrywka, na którą warto było czekać ponad 30 lat.

8/10

Radosław Ostrowski