Shaft

John Shaft dla czarnoskórej społeczności był tym kim dla osób o wiele jaśniejszej karnacji był Brudny Harry. Choć lepszym porównaniem byłoby do Philipa Marlowe’a czy innego prywatnego detektywa z czarnego kryminału. Tego bohatera stworzył pisarz i scenarzysta filmowy Ernest Tidyman w 1970 roku. A rok później prawa do ekranizacji kupiło Metro-Goldwyn-Meyer, zaś za kamerą stanął znany fotograf Gordon Parks.

Akcja toczy się w Nowym Jorku na początku 1971 roku, a głównym bohaterem jest prywatny detektyw John Shaft (Richard Roundtree). Facet to mieszanka inteligencji, uroku działającego na kobiety, pewności siebie oraz nie daje sobie w kaszę dmuchać. Nawet gdy do jego biura wchodzi dwóch ludzi gangstera z Harlemu, Bumpy’ego Jonasa (Moses Gunn), detektywowi udaje się ich zneutralizować, a nawet jednego wyrzucić z okna. W efekcie to mafiozo przychodzi do niego i ma zadanie. Jego córka została uprowadzona – nie wiadomo przez kogo i dlaczego. Bumpy chce, żeby Shaft ją odnalazł i odbił z rąk porywaczy. Być może w sprawę zamieszani są aktywiści pod wodzą Bena Buforda (Christopher St. John), ale trzeba to sprawdzić.

Reżyser miesza konwencję czarnego kryminału, gdzie Shaft jest męczony zarówno przez swoich ziomków, gangsterów oraz policję z barwnym portretem Harlemu. Parks potrafi być zarówno stylowy i elegancki, a jednocześnie niemal dokumentalny. Sama fabuła brzmi jak coś prostego, ale im dalej w las, tym więcej odkrywamy nitek intrygi. Pomagają w tym cięte, niepozbawione ironii dialogi (włącznie z ulicznym slangiem), barwne postacie (nawet jeśli są stereotypowe jak porucznik policji) oraz pełen napięcia finał. Wszystko podbite mocno funkową muzyką i sprawnym montażem. Mocno czuć klimat epoki: od muzyki przez kostiumy i fryzury aż do scenografii (siedziba Bumpy’ego).

Aczkolwiek pojawia się tu parę drobnych niedoróbek, które mogą przeszkadzać. Pierwsza scena akcji jest nie za dobrze zmontowana i chaotyczna, jest parę nieostrych kadrów (raptem dwa), ale najdziwniejsze rzeczy dzieją się z dźwiękiem. Zdarza się tutaj często sytuacja, że w jednej scenie dialog jednego aktora brzmi normalnie, zaś u drugiego słychać coś jakby echo. Albo wypowiadane słowa niektóre brzmią ciszej, by parę sekund były głośniejsze. Ta nierówność jest najbardziej irytująca.

Jednak nawet to nie jest w stanie zepsuć „Shafta”. Wszystko trzyma na swoich barkach charyzmatyczny Richard Roundtree, który wydaje się być idealny do tej roli. Jest odpowiednio sprytny, inteligentny i zachowujący spory dystans do wszystkiego. Ale jednocześnie jest pełen dumy, sekapilu oraz pewności siebie, która czasem pozwala mu wykaraskać się z paru podbramkowych sytuacji. Trudno nie polubić tego gościa, co ma klasę, styl i luz. Reszta aktorów też wypada bardzo dobrze, ze szczególnym wskazaniem na Mosesa Gunna (opanowany i nie do końca szczery Bumpy Jonas), Charlesa Cioffiego (porucznik Vic Androzzi) oraz Christophera St. Johna (idealistyczny Ben Buford).

„Shaft” uważany jest za jeden z najważniejszych filmów nurtu blaxploitation i nie jest to przesada. Z jednej czerpie mocno z kryminałów, z drugiej zbudował stereotyp czarnoskórego protagonisty równie inteligentnego jak biali odpowiednicy plus bardziej jurny. Nadal pozostaje inteligentnie napisany, bardzo klimatyczny i angażujący.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Castlevania: Nocturne – seria 1

Serialowa „Castlevania” stworzona przez amerykańskie Powerhouse Animation okazała się największą niespodzianką dla fanów gier komputerowych. 4 sezony losów Trevora Belmonta i walki z Draculą oraz jego bestiami były świetnymi, z bardzo brutalnymi scenami akcji, obrzydliwymi monstrami, wyrazistymi postaciami, a także kreską w stylu anime. I w zasadzie na tym los tej ekranizacji mógłby się skończyć, ALE postanowiono zrobić spin-off o potomku rodu Belmont na wojnie z bestiami nocy.

„Nokturn” przenosi nas do XVIII-wiecznej Francji ogarniętej rewolucją, gdzie trafia Richter Belmont. Chłopak mieszka u ciotki Tery i jej córki Marie w jakimś małym miasteczku. Jako dziecko był świadkiem śmierci matki z ręki wampira. Ale w okolicy dzieją się niepokojące rzeczy – wampirza arystokracja próbuje zdławić rewolucję. Do tego pojawiają się pogłoski o planowanym przybyciu wampirzej Zbawicielki. Kimkolwiek ona jest, nie zwiastuje to niczego dobrego. Do Belmonta dołącza czarownica Annette, które uciekła z plantacji na francuskiej kolonii oraz Edouard – śpiewak operowy.

„Nokturn” składa się z ośmiu odcinków po niecałe pół godziny, czyli ma więcej niż pierwszy sezon i zdecydowanie daje więcej czasu na poznanie bohaterów. Nowy scenarzysta Clive Bradley miał trudne zadanie wejść w historię wojny Belmontów i ich sojuszników z wampirami. Lawirowanie między stronami konfliktu, zarysowanie nowych bohaterów i powolne odkrywanie kolejnych tajemnic. O dziwo więcej czasu poświęcamy tutaj sojusznikom Belmonta (Tera, Marie, Annette), poznając ich przeszłość – niepozbawionej brutalności i przemocy – a także szykując się do zebrania szyków oraz ostatecznej konfrontacji. Tutaj wampiry jak zwykle są arystokratami z dużymi wpływami, ale z tego grona najbardziej wybijają się trzy postacie: tajemniczy hrabia Orlox (zabójca matki Belmonta), bezwzględna Drolta oraz Zbawicielka, czyli reinkarnacja egipskiej bogini wojny.

Ta ostatnia jest brutalna, pełna charyzmy i ma plan wprowadzenia do świata wiecznej nocy. Niemniej nie jest ona aż tak wyrazista jak Dracula, Camilla czy Varney. To jest jednak wprowadzenie do większej historii, co mocno sugeruje zakończenie. A że niedawno ogłoszono, że powstanie drugi sezon. Trochę mnie zdziwiła za to jak od niechcenia są tutaj rzucane (rzadko) bluzgi. Jasne, one były już w oryginalnej serii, jednak to wywołało jakiś dziwny zgrzyt. O dziwo dobra jest nowa obsada głosowa, której najbardziej znana jest czwórka aktorów: Nastassja Kinski (ciotka Tera), Richard Dormer (opat Emmanuel), Zahn McClarnon (enigmatyczny hrabia Orlox) oraz Franka Potente („Wampirza Zbawicielka”). Reszta wypada bardzo przyzwoicie, choć troszkę odstaje Edward Bluemel w roli Richtera. Aktor jest strasznie nierówny i próbuje być bardziej wyluzowany, jednak ten dystans mnie nie przekonał. O wiele lepiej wychodzą mu sceny bardziej dramatyczne, gdzie mierzy się (dosłownie i przenośnie) ze swoimi demonami.

„Castlevania: Nokturn” to nadal krwawa młócka, z bardzo dynamicznymi scenami akcji, groteskowo-obrzydliwymi nocnymi stworzeniami oraz mocno w duchu japońskich anime. Niby tylko wprowadzenie do większej opowieści, ale już nie mogę się doczekać kolejnej serii niczym wampir kolejnej dawki krwi.

8/10

Radosław Ostrowski

Zabójca

Killer – wiadomo, co oznacza ten termin. Wynajmowany przez pośredników za duże pieniądze w celu wyeliminowania jednego lub kilku ludzi. A jednocześnie nie może on się wyróżniać z tłumu, bo zostanie rozpoznany. Co oznacza wpadkę, śmierć lub aresztowanie. Było już wiele filmów o specjalistach od eliminowania ludzi spośród żywych jak „Samuraj” Melville’a czy „Leon zawodowiec”. Teraz swoją opowieść o cynglu do wynajęcia postanowił opowiedzieć sam David Fincher, zaś podstawą był francuski komiks.

Tytułowego bohatera, którego imienia i nazwiska nie poznamy nigdy gra Michael Fassbender. Jak go poznajemy jest w Berlinie naprzeciwko bardzo eleganckiego hotelu. Czeka, gimnastykuje się, składa broń i mierzy sobie ciśnienie. To już czwarty czy piąty dzień, a cel nadal się nie pojawia. Wyczekiwanie się dłuży i jest szansa, że zlecenie może w ogóle nie zostać wykonane. Ale w końcu się pojawia delikwent w pokoju, pojawia się kobieta… udzielająca się społecznie, snajperka jest gotowa. Niestety, nasz zabójca trafia prostytutkę i cały misterny plan poszedł w pizdu. Zabójcy udaje się uciec i robi coś, co raczej mało kto się spodziewał – wraca do domu na Dominikanie. A tam zostaje pobita jego kobieta i to bardzo, co dla naszego bohatera daje motywację oraz nowy cel – zemstę.

Sama fabuła jest prosta, wręcz standardowa, czyli klasyczne kino zemsty w wykonaniu zimnego profesjonalisty. A przynajmniej kogoś próbującego zachowywać się niczym bohater gier z cyklu Hitman. Nasz bohater w 95% wypowiada się tylko z offu i powtarza swoje credo jak mantrę, żeby działać w sposób wykalkulowany, zgodnie z planem oraz by mieć to wszystko w dupie. Jakby miał porównać nowy film Finchera, to jest to „Samuraj” Melville’a nakręcony przez… Paula Schradera. Nie brakuje tu pościgów, różnych lokacji czy zmian tożsamości i przygotowań, ALE to nie jest film akcji.

Tu nie ma strzelanin, ciągle podkręcanej adrenaliny czy pędzącej na złamanie karku akcji. „Zabójca” więcej czasu spędza na… czekaniu, szukaniu informacji, przygotowania do roboty. Wszystko o wiele bardziej powolne, wręcz zimne w wykonaniu, bez żadnego dreszczyku adrenaliny. Jednocześnie Fincher potrafi wciągnąć w taką historię, mimo bardzo wycofanego bohatera, którego poznajemy tylko przy pomocy narracji z offu oraz w działaniu. W zasadzie tylko w jednej scenie poznajemy (na krótko) jego dziewczynę, ale ta relacja nie była na tyle mocno zbudowana, by mogła mocniej zadziałać. Nie mniej jednak wciągnąłem się w tą zemstę. Pozbawioną efekciarstwa, lecz nadal bardzo stylowa, ze świetnym montażem oraz pracą kamery. Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła muzyka, jednak jest pewien dość zaskakujący szczegół z tym związany. Kiedy nasz bohater słucha muzyki na słuchawkach (i są to same kawałki The Smiths) brzmi wyraźnie tylko, gdy widzimy akcję z jego oczu. Gdy patrzymy na bohatera z boku, jest ona odpowiednio przytłumiona (bardziej lub mniej) w zależności od tego, gdzie na ekranie znajduje się źródło dźwięku. Niby detal, a mocno się wyróżnia. Tak jak nieoczywisty finał, który bardzo mnie zaskoczył czy zadziwiająco oszczędne dialogi.

I to wszystko trzyma na barkach Fassbender. Aktor ostatnio nie miał szczęścia do dobrych scenariuszy, przez co nie miał szans na wykazanie się. Tutaj jako zabójca prezentuje się bardzo dobrze, skupiając się przede wszystkim na mowie ciała oraz dobrych spojrzeniach. Jedynie narracja z offu pozwala go poznać jako doświadczonego zawodowca, niepozbawionego ironicznych złośliwości czy pragmatycznie (uśpienie psa mięsem z lekami nasennymi) podchodzącego do rozwiązywania problemów. Reszta postaci to w zasadzie epizody, które nadal są wyraziste jak Tildy Swinton (ekspertka), Charlesa Parnella (prawnik) czy Arlissa Howarda (klient) i tutaj nie ma słabego punktu.

Bez cienia wątpliwości „Zabójca” to obok „The Social Network” najbardziej rozrywkowy i stylowy film w dorobku Finchera. Pozornie idzie znajomymi ścieżkami, by za każdym razem pójść w innym kierunku, grając z naszymi oczekiwaniami oraz schematami związanymi z kinem zemsty. Bardzo zimny i wyrafinowany w formie, ale z bardzo fascynującym, nieoczywistym bohaterem, który zostanie ze mną na długo po seansie.

8/10

Radosław Ostrowski

Czas krwawego księżyca

Martin Scorsese – jeśli jesteś kinomanem i nie widziałeś żadnego z jego filmów, to nie jesteś kinomanem. 80-letni nowojorczyk ani myśli o przejściu na emeryturę i co parę lat przypomina o swojej obecności kolejnym filmem. Tym razem mamy do czynienia z mieszanką dramatu, westernu i… kina gangsterskiego. Czyli adaptacja książki non-fiction Davida Granna, która wkrótce będzie także dostępna na Apple Tv+.

Jesteśmy na początku lat 20. wieku XX. W hrabstwie Osage zamieszkali Indianie z plemienia… Osage’ów, których wypędzano z innych miejsc. Teraz osiedlili się na dobre, dostając gorszej jakości ziemię. Ale tak naprawdę to mieli wielkie szczęście, bo na ich terenach była… ropa naftowa. Indianie mieli prawa do eksploatacji ziemi, więc pieniądze zaczęły iść szerokimi strumieniami i mieli ogromne majątki. Tak wielkie, że wielu było stać na samochód z… białym kierowcą, a nawet na służących. Pewnie by żyli sobie spokojnie, ale wokół nich – niczym sępy – zaczęły krążyć chciwe, białe ręce. Najpierw zaczęli u nich pracować, by żenić się z ich kobietami. Wtedy niektórzy przedstawiciele (oraz przedstawicielki) plemienia zaczęli powoli umierać lub ginąć.

Właśnie w takich okoliczność do hrabstwa trafia Ernest Buckhart (Leonardo DiCaprio) – w czasie I wojny światowej był kucharzem piechoty. Facet nie ma zbyt lotnego umysłu, ale nie można mu odmówić ambicji oraz miłości… do pieniędzy. I jeszcze ma dobre koneksje, czyli wuja Williama Hale’a (Robert De Niro) zwanego „Królem Billem”. Nie ma w tym rejonie drugiego takiego człowieka, który byłby w takiej serdecznej przyjaźni z Osage’ami. Do tego jest zastępcą szeryfa, co daje mu spore możliwości. Jak załatwienie pracy siostrzeńcowi jako szofer i tak wpada mu w oko Mollie (Lily Gladstone). Do tego stopnia, że decyduje się z nią ożenić. Pytanie jednak czy bardziej kocha ją czy jej majątek?

„Czas krwawego księżyca”, choć osadzony w innych realiach, jest dziwnie znajomym dziełem w dorobku Scorsese. Mocno czuć tu echa „Chłopców z ferajny”, „Ulic nędzy”, a nawet… „Wilka z Wall Street”. Moralitet o chciwości, rewizjonistyczne spojrzenie na mit założycielski Ameryki oraz historia bezwzględnej zbrodni dla pieniędzy. Ale jeśli spodziewacie się thrillera, to nie macie czego tu szukać. Bo historię poznajemy z perspektywy sprawców i organizatorów tej zbrodni. Jak głęboko sięgała nitka intryg, manipulacji i jak biali byli „przyjaciółmi” Indian, a tak naprawdę eksploatowali ich majątek, kazali im płacić za swoje usługi więcej niż powinni oraz tuszowali swoje zbrodnie. A równolegle obserwujemy relację Ernesta z Molly, gdzie granica między miłością a oszustwem jest bardzo cienka. I to byłby najciekawszy wątek całej historii, tylko jest jeden problem. Czułem pewną obojętność wobec całych wydarzeń i najgorsze jest to, że nie umiem powiedzieć dlaczego. Czy to mój wewnętrzny wewnętrzny cynik, spodziewający się najgorszego po ludziach i potrafiący sobie wyobrazić znacznie bardziej okrutne, brutalne zbrodnie? Może już zbyt wiele widziałem podłości, wyrachowania i tego, co człowiek zrobił człowiekowi w imię własnego zysku, że już kompletnie się znieczuliłem? A może przyczyną jest coś innego?

Bo technicznie nie jestem w stanie się do niczego przyczepić: mamy przepiękne zdjęcia, dość płynny montaż (kapitalny początek niczym z kroniki filmowej), etniczno-bluesową muzykę oraz fantastyczne kostiumy i scenografię. Sam wygląd Indian z ich tradycyjnymi strojami oraz jak zaczyna się asymilować/tracić swoją tożsamość robi bardzo mocne wrażenie. Zaś samo zakończenie i finał robią taki strzał z liścia, że głowa mała. W czym pomaga fenomenalna obsada. Robert De Niro wypada tu o wiele lepiej niż w „Irlandczyku” i jest znakomity w roli dwulicowego Hale’a – niby życzliwy, otwarty, przyjazny, a tak naprawdę wbija ci nóż w plecy, manipuluje, krętaczy. DiCaprio cały czas balansuje między byciem idiotą i sukinsynem, zaś czasami jego mimika przypominała… Jacka Nicholsona. Ale najmocniejszym punktem jest Lily Gladstone, która pojawia się rzadziej niż powinna i samymi oczami pokazuje wszystko, co powinniśmy o niej wiedzieć. Jej ból, udrękę i poczucie osaczenia pokazany jest bezbłędnie, a wielką szkodą jest fakt, że nie jest bohaterką tego filmu.

To jest ten typ filmu, który jestem w stanie docenić i szanować za podejmowaną tematykę oraz pójście pod prąd. Ale gdzieś po drodze zgubiłem zaangażowanie emocjonalne do tej okrutnej historii ludobójstwa. „Czas krwawego księżyca” wywołał we mnie większy niedosyt niż się spodziewałem po takim mistrzu jak Scorsese.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nieuchwytny cel

Ktoś jeszcze pamięta czasy popularności belgijskiego mięśniaka Jean-Claude’a Van Damme’a? Ten aktor był o wiele bardziej popularny w wypożyczalniach kaset video i późniejszych DVD, czyli w latach 80. i 90. Ale zdarzało mu się także grać w droższych produkcjach robionych przez wielkie wytwórnie. Tak było w przypadku Universala, który podpisał z Belgiem umowę na 5 filmów, a jednym z nich był „Nieuchwytny cel”.

Van Damme gra tam niejakiego Chance’a Boudreaux – byłego żołnierza, próbującego zatrudnić się jako marynarz. Jest twardy jak Roman Bratny, zna dobrze Nowy Orlean i za pieniądze zrobili fuchę prywatnego detektywa. Fucha przychodzi w najmniej spodziewanym momencie, gdy w mieście pojawia się Natasha Binder (Yancy Butler). Kobieta szuka swojego ojca, z którym nie miała kontaktu od czasu rozwodu rodziców. Niestety, mężczyzna zostaje znaleziony martwy w stanie nie do rozpoznania. Im bliżej przyglądają się sprawie trafiają na trop bogatych biznesmenów, co… polują na bezdomnych. Całą operację prowadzi niejaki Emil Fouchon (Lance Henriksen) wspierany przez opanowanego zabijakę Pika Van Cleefa (Arnold Vosloo). Trzeba będzie zakończyć sezon na polowania.

„Nieuchwytny cel” to była pierwsza amerykańska produkcja od mistrza kina akcji Johna Woo, który w Hong Kongu wyrobił sobie reputację. I tu pojawiają się znajome elementy tego twórcy: efekciarskie wybuchy, slow-motion, podkręcone popisy pirotechniczno-kaskaderskie, strzelanie z dwóch pistoletów. No i gołębie, masa gołębi. Od samego początku wiemy kto stoi za całą tą masakrą, ale reżyser powoli buduje napięcie. Ale powiedzmy to wprost: fabuła jest pretekstem do pokazania przejaskrawionej i totalnej rozpierduchy. Początek i drugi akt w zasadzie jest spokojny, z odrobiną humoru oraz czerstwymi dialogami.

Ale za to druga połowa (kiedy nasi antagoniści odcinają swoje powiązania) to już totalna jazda w stylu Johna Woo. Sceny akcji są totalnie szalone (Chance na motorze strzela… stojąc na siodle podczas jazdy!!!), każdy strzał – nawet na terenie bagna – kończy się eksplozją, magazynki mają nieskończoną ilość wystrzelonych nabojów, zaś finał to czysta orgia przemocy w stanie wręcz czystym. Do tego jeszcze w tle gra mieszanka orkiestrowej muzyki akcji z mocno bluesowymi dźwiękami gitar – jak tego nie lubić?

Aktorstwo w zasadzie ma nie przeszkadzać, ale szoł tak naprawdę kradną Henriksen z Vosloo. Są odpowiednio groźni, niepokojący i wyraziści. Pierwszy wręcz im bliżej końca, tym bardziej staje się nerwowy i narwany, co jeszcze bardziej podkreśla jego demoniczność, zaś drugi do samego końca pozostaje opanowanym profesjonalistą. A jak nasz belgijski mięśniak? Jak ma walić w mordę rękami i nogami oraz strzelać, robi to bardzo fachowo, konkretnie i na ostro. Ale jak zaczyna mówić, to nie wypada zbyt dobrze. Na szczęście nie mówi zbyt wiele, więc nie jest to duży problem.

Więc w jakiej formie jest ten 30-letni już film? Nadal ma masę bezpretensjonalnego uroku zmieszanego w bardzo efekciarskim stylu. Przerysowane, szalone i kipiący adrenaliną mózgotrzep nie wstydzący się tego, czym jest. A takie uczciwe podejście dla mnie jest ok.

7/10

Radosław Ostrowski

Bez litości 3. Ostatni rozdział

Robert McCall – człowiek z długą i krwawą przeszłością, choć zakończył swoją pracę jako agent CIA. Problem jednak w tym, że jest on typem nie umiejącym przejść obojętnie wobec ludzkiej krzywdy. Przekonali się o tym członkowie rosyjskiej mafii oraz dawni agenci, co zostali najemnikami w poprzednich częściach „Bez litości”. I powrócił w tej części, której polski dystrybutor dał podtytuł „Ostatni rozdział”. Czyżby to miał być finał naszego dobrego Samarytanina? Nie obraziłbym się.

Tym razem McCall (Denzel Washington) trafia na Sycylię, do winnicy należącej do pewnego gangstera. Robertowi udaje się ściągnąć mafiozo, a cała akcja kończy się rzeźnią. Niestety, nasz bohater zostaje postrzelony i trafia do lokalnego doktora. Rehabilitacja zmusza do pozostania w miasteczku Altamonde, by nabrać sił. A jednocześnie zaczyna coraz bardziej asymilować się z otoczeniem. Jak się jednak domyślacie, spokój jest tymczasowy. Wszystko przez braci Quaranta z kamorry, którzy terroryzują mieszkańców miasteczka. McCall kontaktuje się z agentką CIA Emmą Collins (Dakota Fanning) i – jak się potem okaże – masakra w winnicy oraz działalność Quaranta jest powiązana.

Cała seria to nie pędząca na złamanie karku rozpierducha z McCallem walczącym z przeciwnikami niczym spuszczone ze smyczy Punisher. Ale Antoine Fuqua bardziej idzie w kierunku powolnie budującego klimat thrillera. I tak jak wcześniej ważniejsze są interakcje między McCallem a lokalsami, zaś sama akcja jest tylko dodatkiem. Kiedy jednak dochodzi do strzelanin czy bójek, są one brutalne, krótkie i bardzo intensywne. Niczym w westernie czy filmie o samurajach, do których najbliżej jest serii „Bez litości”. A to – paradoksalnie – działa najlepiej, jak pokazała to (mocno niedoceniona przeze mnie) część pierwsza. W powolnej eksploracji dnia codziennego oraz prostych, ale efektywnych dialogach.

I dla wielu to powolne, żółwie tempo będzie barierą nie do pokonania. Ale cierpliwość się tutaj popłaca, co pokazuje bardzo satysfakcjonujący finał. Aczkolwiek mam pewien problem z antagonistami. Nie chodzi o to, że są słabo napisani czy zagrani, ale dla naszego (może i starego, ale jarego) McCalla nie stanowią zbyt dużego wyzwania. Nasz bohater jest zbyt doświadczony, zaś jego refleks i opanowanie zbliżają go do komiksowego herosa niż postaci z krwi i kości. Nie żebym miał z tym problem, bo Denzel Washington nadal radzi w swej roli dobrze. Nawet zwyczajnie siedząc oraz przypatrując się sytuacji prezentuje pozostaje bardzo wyrazisty i pełnym charyzmy. Przyjemnym dodatkiem jest obecność Dakoty Fanning jako działającej pierwszy raz w terenie agentce Collins. Ich wspólne sceny elektryzują i trochę przypominają relację mistrz-uczennica, która jest zgrabnie poprowadzona.

„Bez litości 3” dla mnie to najlepsza część serii Antoine’a Fuqua. Być może spokojniejsze tempo odstraszy i zniechęci wielu osób, ale potrafi poruszyć, wciągnąć, zaangażować. Satysfakcjonujące zwieńczenie trylogii o samotnym przybyszu, co pomaga ludziom gnębionym przez zło.

7/10

Radosław Ostrowski

Continental: W świecie Johna Wicka

„John Wick” – minęło prawie 10 lat odkąd pojawił się ten delikwent i w pewien sposób zrewitalizował kino akcji. Pojawiła się masa naśladowców dla tych, co łaknęli oldskulowego stylu w nowoczesnej formie: „Atomic Blonde”, „Nobody”, „Tyler Rake” czy nawet „Bullet Train” to tylko niektóre przykłady naśladowców, nie mówiąc o sequelach przygód małomównego cyngla. Dlatego rozszerzenie tego uniwersum w formie spin-offu było tylko kwestią czasu. Więc jak tu nie być podekscytowanym serialem „Continental”? Problemem mógł być brak udziału twórców „Johna Wicka” przy pisaniu scenariusza ani reżyserii, więc było pewne ryzyko wpadki.

continental1

Sam serial jest prequelem osadzonym w latach 70. i skupia się na młodszym wcieleniu Winstona Scotta – brytyjskiego cwaniaka oraz oszusta, co naciąga dzianych ludzi Londynu na kasę. Elegancko ubrany, wygadany, dobrze się odnajduje w otoczeniu. Pewnie robiłby to tak dalej, ALE został ściągnięty do Nowego Jorku. Wszystko przez dawno nie widzianego brata, Frankiego. Co on nawywijał? Ukradł jedną cenną rzecz z hotelu Continental i poszedł w pizdu. To znaczy nie wiadomo gdzie. Więc menadżer hotelu – Cormac O’Connor wymusza na Winstonie znalezieniu brata oraz skradziony fant. Albo pójdzie do piachu.

continental2

„Continental” składa się z zaledwie trzech odcinków po około półtorej godziny, więc czas wydaje się skromny. Sama historia też wydaje się prosta jak konstrukcja cepa, a i finał jest nam znany ALE… najważniejsze pytanie brzmi jak Winston został menadżerem hotelu. Mamy tu mieszankę akcji, zemsty, budowania sojuszy (dość szybkie) oraz galerię dość barwnych postaci. Z jednej strony buduje świat i pozwala go lepiej obserwować (rodzeństwo handlarzy bronią prowadzący szkołę karate; małomówne bliźniaczki-zabójcy; pani detektyw śledząca gangstera; królowa bezdomnych), ale z drugiej takie rozproszenie parokrotnie doprowadzało do przestojów i spowolnień.

continental3

Trudno odmówić tej serii stylu czy budowania klimatu lat 70.: od eleganckiej czołówki przez różnorodną stylistycznie muzykę (funk, jazz, hard rock, a nawet… rock progresywny) po scenografię i kostiumy. Widać, że tu pieniądz był i nie skąpiono go. Same sceny bijatyk oraz strzelanin są porządnie zrobione, z paroma inscenizacyjnymi strzałami (głównie finałowy atak na hotel) i niemal mocno pulsującą adrenaliną. Czuć ten vibe filmowego odpowiednika, ale brakuje troszkę takiego mocniejszego kopa lub bardziej zwartej całości.

continental4

Dla mnie najmocniejszym punktem całej obsady był Mel Gibson w roli Cormaca. To przerysowany antagonista, któremu z szaleństwem i obłędem jest zwyczajnie do twarzy. Odpowiednio demoniczny, manipulujący wariat. Z jednej strony mocno wierzący, a z drugiej nagle potrafi eksplodować w brutalny sposób. Najbardziej wyrazista postać z całego serialu. Dobrze sobie radzi Colin Woodell jako zaradny, obrotny i sprytny Winston oraz Ben Robson w roli obrotnego Frankiego. Drobnymi perłami są kreacja Raya McKinnona (cyngiel Gene) oraz Hubert Point-Du Jour (Miles), które pozwalają odrobinę lekkości.

continental5

Trochę nie do końca wykorzystuje potencjał tego świata, ale jest na tyle interesujący, że ogląda się z dużą przyjemnością. „Continental” pozwala się znów zanurzyć w półświatku pełnym zasad, podstępów i barwnych postaci. Mam jednak nadzieję, że jeszcze wrócimy do tego interesującego uniwersum.

7/10

Radosław Ostrowski

Anon

Kolejne SF ze stajni Netflix, gdzie znajduje się morze kina gatunkowego różnej jakości. Przeważnie jest to śmieciowe kino klasy B zrobione po taniości. Ale czasem potrafi być parę niezłych rzeczy, co potrzeba film z 2017 roku „Anon”.

Akcja toczy się w futurystycznej przyszłości, gdzie wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. Prywatność praktycznie nie istnieje, a każdy ma w oku zamontowany coś jakby komputer, kamerę i sprzęt do rozpoznawania przedmiotów. Skoro wszystko jest na widoku, przestępczość jest więcej niż łatwa do wykrycia. W takim świecie żyje detektyw Sal Frieland (Clive Owen) – mężczyzna w średnim wieku, wyrwany niemal z czarnego kryminału. Ale też pojawiają się tzw. duchy, czyli osoby nie zostawiające żadnych cyfrowych śladów, a nawet potrafi wymazać się z obrazów. I właśnie detektyw wpada na trop takiego ducha, zaś w mieście dochodzi do tajemniczych morderstw. Bo zabójca wymazuje się z obrazu, przez co jest nie do namierzenia. By wpaść na jej trop detektyw decyduje się na podstęp.

Za „Anon” odpowiada Andrew Niccol, który na przełomie wieków tworzył olśniewające rzeczy jako scenarzysta („Truman Show”) oraz reżyser („Gattaca”). Z czasem jednak zaczynał popadać w zapomnienie i od czasu „Pana życia i śmierci” nie zrobił niczego wartego uwagi. „Anon” wydawał się szansą na powrót do formy. Ale ten powrót jest zaledwie połowicznie. To, co zdecydowanie się tutaj udało to wizja świata, która spokojnie mogłaby się znaleźć w serii „Czarne lustro”. Stała obserwacja, gdzie oko pełni rolę kamery, komputera, nawet albumu fotograficznego, by zachować pełną transparentność. Każdy ukrywający swoją tożsamość, czyli wszelkiej maści hakerzy są traktowani jako zagrożenie. Wszystko filmowane jest z użyciem nietypowych kątów, ujęć z góry oraz – w scenach POV – innego formatu obrazu. I to czyni całość interesującym doświadczeniem, z paroma cholernie budującymi napięcie scenami (pościg za zabójcą na dworcu metra).

Ale sama historia zaczyna gdzieś w połowie wywołać znużenie, zaś sama intryga zaczyna się rozłazić. Niccol niby próbuje zaserwować parę zaskoczeń (obecność osoby trzeciej czy włam do oka Sala, gdzie miesza mu to, co widzi) łącznie z tożsamością zabójcy, jednak gdzieś zaczyna to wszystko iść w oczywistych rejonach gatunku thrillera. „Anon” brakuje swojej własnej tożsamości, zaś sam finał nie do końca satysfakcjonuje. Jakby poza konceptem oraz wizualną estetyką nie było zbyt wiele do zaoferowania.

To, co mnie najbardziej trzymało w ryzach to cholernie dobry Clive Owen. Niby postać znajoma dla tego gatunku, czyli dobry gliniarz z udręczoną przeszłością i wpadający w króliczą norę, ale aktorowi udaje się ożywić ten znajomy schemat. Jak łączy ze sobą kropki czy w scenach, gdzie nie może ufać swoim oczom to jedne z najlepszych scen. Równie dobra jest Amanda Seyfried jako tajemnicza dziewczyna bez przeszłości i mocnymi umiejętnościami hakerskimi. Czy to ona stoi za morderstwami, czy jest osobą chcącą tylko bycia niewidzialną w świecie, gdzie wszystko jest na widoku. Bardzo enigmatyczna i frapująca postać, której motywacja pozostaje tajemnicą do końca.

„Amon” jest całkiem niezłym thrillerem SF z o wiele ciekawszym konceptem na świat przedstawiony niż intrygą. Chciałoby się lepiej poznać całą tą rzeczywistość i jak doszło do stworzenia tego miejsca niż podążać za zbyt znajomymi tropami thrillera.

6/10

Radosław Ostrowski

Chłopi

Chyba nie trzeba przedstawiać powieści Władysława Reymonta, która otrzymała literacką Nagrodę Nobla, była (przynajmniej za moich czasów) lekturą szkolną oraz została zekranizowana w latach 70. przez Jana Rybkowskiego. Teraz z tym sporym kawałem literatury postanowili się zmierzyć Dorota Kobiela i Hugh Welchman, czyli twórcy animowanego „Twojego Vincenta”. Wiec chyba wiadomo w jakiej formie wzięli się za „Chłopów”.

Fabuła w zasadzie trzyma się pierwowzoru, czyli nadal jesteśmy w XIX-wiecznej wsi Lipce i nadal skupia się wokół trójki postaci – Macieja Boryny, jego syna Antka oraz Jagny Paczesiówny. Pierwszy jest gospodarzem, co posiada największy majątek na wsi i darzony jest szacunkiem gromady. Syn nadal mieszka ze swoją rodziną w domu ojca, co prowadzi do strego konfliktu. No i pośrodku jest ta młoda dziewczyna, co bierze ślub z tym pierwszym, choć bardziej kocha tego drugiego. Na przestrzeni jednego roku może wydarzyć się wszystko i dzieje się.

Jeśli spodziewacie się zaskoczeń czy zmian fabularnych, to raczej nie macie tu czego szukać. Jest to skondensowane do dwóch godzin i pozbawiona (wielu) wątków pobocznych portret wsi. I jest on pełen sprzeczności: z jednej strony pełen barwnych obyczajów (wesele Boryny, przyjście kolędników), ale z drugiej to walka o przetrwanie, o ziemię. Tutaj liczy się prawo silniejszego, gdzie każdy czeka na upadek największego, zaś bronią są plotki, koneksje. Zaś ślub jest w zasadzie interesem i szansą na wzbogacenie się. Piękne stroje i przyroda, śpiewy i tańce, a z drugiej piach, błoto i codzienna praca na polu. Niemniej twórcy trochę inaczej kładą akcenty, a także zmieniają wydźwięk zakończenia, co wielu może wkurzyć.

Tak jak „Twój Vincent” film został zrobiony animacją malarską z drobnym wsparciem komputera i robi to piorunujące wrażenie. Tym razem inspiracją byli polscy malarze przełomu wieków, ze wskazaniem na Józefa Chełmońskiego i Leona Wyczółkowskiego. Sceny przyrodnicze, przejścia między kolejnymi porami roku są wręcz zachwycające. Tam samo jak weselnego tańca Jagny czy ataku chłopów na drwali rąbiących las. Aczkolwiek muszę zauważyć, że czasem tło czy szczegóły potrafią być bardzo niewyraźne. Wszystko okraszone bardzo etniczną muzyką rapera L.U.C-a, która podbija klimat całości.

No i nie można wspomnieć o aktorach, którzy dokładają sporą cegiełkę. Największe wrażenie zrobił na mnie Mirosław Baka w roli Macieja Boryny. Z jednej strony to pełen energii gospodarz, co chce dobrze, ale bywa w tym dość szorstki i egoistyczny, trzymający twardą ręką domostwo. Im dalej w las, tym postać zaczynała nabierać nowych warstw i kolorów. Dawno nie widziałem tego aktora w tak mięsistej postaci. Równie wyrazisty jest Robert Gulaczyk jako Antek – bardziej porywczy i sfrustrowany facet, dla którego ważniejsza jest jego duma. Na jego twarzy maluje się masa skrajnych emocji, a sam przypominał tykającą bombę, co może w każdej chwili wybuchnąć. Ale tak naprawdę sercem jest Kamila Urzędowska, czyli Jagna – zawieszona między nastolatką/dzieckiem (robienie wycinanek) a wchodzącą w dorosłe życie młodą kobietą. Dziwne połączenie naiwności, obojętności i budzącego się seksapilu, ale też – co wielu na pewno zaskoczy – zagubienia oraz niedopasowania do świata i jego reguł. Bardzo odświeżająca interpretacja, choć nie wszystkim przypadnie do gustu. Do tego dostajemy bardzo bogate i wyraziste postacie drugoplanowe: od złośliwie komentującej Jagustynki (dawno nie widziana Dorota Stalińska) przez wójta i jego żonę (Andrzej Konopka, Sonia Bohosiewicz) aż po Hankę (Sonia Mietielica).

Czy gdyby „Chłopi” zostaliby zrobieni w formie aktorskiej zrobiliby takie wrażenie? Moim zdaniem nie. Animacja jest o wiele bardziej dopieszczona niż w „Twoim Vincencie”, historia angażuje i nabiera nowych znaczeń oraz kontekstów. To niemal ekstaza dla kinomanów, którą trzeba przeżyć.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Poroże

Scott Cooper to taki reżyser, co zawsze szuka dla siebie wyzwania i mierzy się z różnymi gatunkami. Bo był dramat („Szalone serce”), kino gangsterskie („Pakt z diabłem”) czy western („Zakładnicy”). W 2021 roku postanowił spróbować się z horrorem, mając wsparcie w osobie producenta Guillermo del Toro. Już samo to brzmiało co najmniej intrygująco. Ale czasami to, co na papierze wydaje się brzmieć dobrze, w ostatecznej formie okazuje się niewypałem. I to jest, niestety, przypadek „Poroża”.

poroze1

Historia skupia się na dwójce bohaterów, którzy mają ze sobą więcej wspólnego niż się wydaje. Julia (Keri Russell) jest nauczycielką w szkole w małym miasteczku stanu Oregon, gdzie jest bieda, nędza i przemoc. Sama jej doświadczyła w wieku dziecięcym od strony ojca i uciekła z domu. Wróciła po 20 latach po śmierci i zamieszkała u brata Paula (Jesse Plemons), który jest szeryfem. Jednym z jej uczniów jest Lucas Weaver (Jeremy T. Thomas) wychowywany przez ojca-narkomana. Kobieta zaczyna podejrzewać, że chłopiec jest ofiarą znęcania się. Chcąc mu pomóc zaczyna odkrywać bardzo mroczną tajemnicę.

poroze2

Historia prowadzona jest dwutorowo, co samo w sobie jest naprawdę niezłym pomysłem. Cooper powoli odkrywa kolejne fragmenty zarówno z przeszłości udręczonej Julii, jak i obecnych wydarzeń z życia Lucasa. Na samym początku widzimy jego ojca z kumplem w kopalni produkującego dragi, gdzie zostają zaatakowani przez… no właśnie, nie widzimy co. A potem w życiu chłopaka dzieją się dziwne rzeczy. Cooper bardziej stawia na budowanie atmosfery i poczucia niepokoju, co potęgują pozornie piękne zdjęcia. One jeszcze bardziej podkreślają poczucie beznadziei, szarzyzny oraz bezradności wobec nadnaturalnego zła. Zła opartego na dawnych wierzeniach Indian i… więcej wam nie zdradzę.

poroze3

Problem jednak w tym, że mimo dobrze budowanej atmosfery „Poroże” nie wywołuje strachu. Przynajmniej we mnie. Jasne, nie brakuje paru scen gore oraz bardzo makabrycznie pokazanych szczątków. I te obrazki dla bardziej wrażliwych będą się śniły po nocach. Jednak dla mnie zabójczo wolne tempo było bronią obosieczną – z jednej strony budowało klimat, ale z drugiej wywoływało znużenie. Gdzieś w połowie fabuła stała się bardziej przewidywalna, zaś finałowa konfrontacja częściowo wywołała emocje. I nie jest w stanie zrekompensować tego bardzo porządne aktorstwo (szczególnie młodego Thomasa oraz Russell), bo sam scenariusz nie dowozi.

„Poroże” ma obiecujący pomysł oraz klimat, jednak po drodze gdzieś ta cała historia zaczyna się gubić. Sama warstwa wizualna i solidne aktorstwo nie wystarczyło na satysfakcjonujący seans, co bardzo mocno boli. Jak widać nie każdy gatunek pasuje do każdego reżysera.

5/10

Radosław Ostrowski