Carter

Koreański film akcji od Netflixa? Nie takie rzeczy już widział świat, więc czemu by się na to nie skusić? Szczególnie, że za kamerą stanął reżyser Jung Byung-Gil, o którym nic nie wiedziałem. Poszedłem kompletnie w ciemno i… znowu dostałem z liścia. Bo „Carter” od początku się tu nie patyczkuje.

Wszystko skupia się wokół zaginionego naukowca oraz jego córki. Mężczyzna prowadził badania nad szczepionką, mającą uwolnić przed szalejącym wirusem. Osoby nim zarażone zmieniają się w żądne krwi, wściekłe bestie. Niektóre są nawet zdolne korzystać z broni palnej. Ale wszystko widzimy z perspektywy tajemniczego mężczyzny, znajdującego się w hotelowym pokoju. Nic nie pamięta, w pokoju jest masa krwi, a potem pojawiają się agenci CIA. Wszystko zamienia się w jedną krwawą łaźnię, z której Carterowi (jak się okazuje, tak ma na imię bohater) uciec. Nie na długo, a nasz bohater nie jest pewny komu może zaufać.

Historia początkowo wydaje się bardzo prosta i nie brzmi skomplikowanie. To wszystko jednak tylko pozory, bo wszystko napędzane jest akcją. Kamera niemal cały czas jest przyklejona do bohatera, niejako tańcząc dookoła. Bardzo rzadko pojawiają się momenty statyczne, nawet jak dostajemy ilościami ekspozycji. Bo dzieje się tutaj dużo: walka z pandemią, wspólne działanie obu Korei, na Północy planowany jest przewrót wojskowy, krążą jeszcze agenci CIA. Przeszłość bohatera wydaje się mglista i pojawia się kilka opcji (podwójny agent koreański, kret CIA), przez co na początku ciężko rozgryźć tą układankę. Ale muszę przyznać, że ta historia wciąga i angażuje.

Wszystko podbite to akcją pędzącą na złamanie karku, gdzie kamera idzie w niemal wszystkie możliwe kierunki, bez montażowych cięć. Nie ważne, czy nasz agent w pojedynkę walczy z członkami mafii w łaźni, nagi, mając tylko noże; ściga grupę ludzi na motorach i samochodach, kasuje gości na lince czy podczas finałowej konfrontacji walczy z głównym złolem w helikopterze… zaś na dole jedzie pociąg. To jest tak wykręcone, szalone i efekciarskie, ze śladową ilością slow motion. Oczopląs gwarantowany, przez co ciężko jest złapać oddech. Nawet zakończenie jest mocnym cliffhangerem, którego raczej powinno się spodziewać.

Jeśli kochacie kino akcji, na pewno już ten film widzieliście. Reszcie bardzo polecam, bo to prawdopodobnie najbardziej intensywny akcyjniak z szalonymi rzeczami na ekranie. Panowie z Hollywood nie mieliby cohones, by nawet spróbować czegoś takiego. Dawno nie widziałem takiej jazdy bez trzymanki, a przynajmniej od czasu ostatniej „Mission: Impossible”.

8/10

Radosław Ostrowski

1970

Grudzień 1970 roku to jedna z najczarniejszych dat w powojennej historii Polski. Strajk robotników przeciwko podwyżkom cen na Wybrzeżu (i to przed Bożym Narodzeniem) zmieniły się w zamieszki. W ich trakcie spalono budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku, zmieniając protest w poważną demonstrację. Władza postanowiła ją stłumić w najbrutalniejszy sposób. Filmowcy już wielokrotnie opowiadali o tych wydarzeniach, więc co nowego można pokazać w tym temacie?

1970-1

Reżyser dokumentu „1970” Tomasz Wolski chyba znalazł patent. Postanowił pokazać wydarzenia z perspektywy ówczesnych aparatczyków na Wybrzeżu. Wszystko za pomocą odnalezionych archiwalnych nagrań z rozmowami tych ludzi podczas feralnych wydarzeń. Pokazane zostają w formie animacji poklatkowej, używając makiety i lalek. Wszelkie wydarzenia „poza budynkiem” to archiwalia m.in. z Instytutu Pamięci Narodowej czy Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. Pozbawione komentarza oraz jakiejkolwiek narracji z offu próbuje pokazać dlaczego doszło do tej sytuacji. Dlaczego władza zamiast podjąć jakiekolwiek rozmowy, próbować nawiązać jakikolwiek dialog, decyduje się rozgonienie oraz brutalną konfrontację. Wszystko to z brutalną obojętnością, wręcz niedowierzaniem.

1970-2

Całość jest krótka (nieco ponad godzinę) i nie ma miejsca na znużenie. Film wciąga i mimo znajomości zakończenia potrafi strzelić między oczy. Bo mechanizmy władzy są przedstawione w sposób pozbawiony złudzeń. Ważniejsze było wykonanie rozkazu z centrali (rozgonienia tłumu, a jeśli to nic nie da strzał ostrzegawczy i potem walić w nogi) oraz wykorzystanie sytuacji propagandowo. Stąd masowe aresztowania po wszystkim, próba blokowania informacji – nawet pada pomysł kradzieży teczki lub aparatu fotograficznego od… duńskiego dyplomaty, który opuszcza Wybrzeże. Po co? By nie wyciekły żadne niewygodne informacje. To jedna z pokazanych sytuacji, że decyzja władzy (robotniczej) nie podlega dyskusjom czy negocjacjom.

1970-3

„1970” byłby pewnie przeze mnie wyżej oceniony, gdyby nie jeden poważny problem – dźwięk. Nie chodzi o dźwięki z filmów archiwalnych, lecz z rozmów telefonicznych. Wiele razy nie byłem w stanie zrozumieć padających słów i nawet wielokrotnie cofanie oraz podkręcenie głośności w odtwarzaczu nie rozwiązywało tego problemu. Przydałyby się tutaj napisy. Ale nawet ta poważna wada nie pozwala zignorować tego oryginalnego podejścia do już znajomego tematu. Bardzo kreatywnego podejścia.

7/10

Radosław Ostrowski

Głęboka woda

Czasami długie przerwy od pracy mogą pomóc wrócić do wielkiej formy albo pokazać jak bardzo twórca „zardzewiał”. Jaki jest przypadek „Głębokiej wody” – pierwszego filmu Adriana Lyne’a od 20 lat? Mając wsparcie w scenariuszu od Zacka Helma („Przypadek Harolda Cricka”) i Sama Levinsona („Euforia”) powinno być dobrze. Prawda? Ale zacznijmy od samego początku.

gleboka woda2

Historia skupia się wokół małżeństwa Van Allen, mieszkającego w małym miasteczku USA. On – Vic (Ben Affleck) skonstruował czip do dronów wojskowych, pomagając w namierzaniu ludzi. Zarobił na tym kupę forsy i prowadzi dostatnie życie emeryta. Ona – Amanda (Ana de Armas) jest o wiele młodsza, ciągle atrakcyjna i nie do końca pasuje jej życie mężatki oraz matki. Lubi (i to nawet bardzo) przyprawiać rogi mężowi, kompletnie się z tym nie kryjąc. Oboje się testują nawzajem, prowadząc pewien rodzaj gry. Jeden z jej „kolegów” niedawno zniknął i już pojawia się kolejny, Joel. Vic informuje go, że poprzedniego kochanka zamordował. Wywołuje to lawinę plotek, a jeden z mieszkańców – pisarz Don – podejrzewa, że Vic naprawdę zabił.

gleboka woda1

„Głęboka woda” toczy się bardzo powolnym, niespiesznym rytmem. Lyne bardzo skupia się na kontraście naszej pary, której układ wydaje się początkowo niejasny. Kto tu tak naprawdę rządzi, kto od kogo jest zależny i dlaczego nasz mąż wydaje się nic nie robić z zachowania swojej niezbyt potulnej żony. Coś wisi w powietrzu, ale nie wiadomo kto oberwie i jak to się skończy. Czy Amanda zbyt przyzwyczajona do luksusowego i hulaszczego stylu życia będzie prowokować męża? Czy on w końcu zabije jednego z jej kochanków? A jeśli tak, czy ujdzie mu to płazem? Atmosfera budowana na niedopowiedzeniach działa i sprawia, że film ogląda się z zainteresowaniem. Nawet jeśli niewiele się dzieje.

gleboka woda3

Wszystko zmienia się, gdy dochodzi do znalezienia ciała w basenie. Tutaj wszystko zaczyna niejako przyspieszać, ale też powoli zaczynają być odkrywane kolejne elementy (prostej) układanki. I to działa jako broń obosieczna, bo zacząłem się domyślać pewnych rzeczy. A następnie te domysły się zmaterializowały, co pozbawiało napięcia i emocji. Aczkolwiek było parę momentów zaskoczeń jak pojawienie się „psychoterapeuty” czy kuriozalny pościg za autem przy pomocy… roweru. To ostatnie trzeba zobaczyć samemu, bo aż się w głowie to nie mieści.

gleboka woda4

Całość próbuje na swoich barkach trzymać duet Ben Affleck/Ana de Armas i efekt jest… połowiczny. Ana jak zawsze wygląda zjawiskowo, ale jej roli jest ograniczona do bycia ciągle mającą „chcicę” kobietę, nie potrafiącej/nie chcącej (niepotrzebne skreślić) dopasować się do bycia matką i żoną. Z czasem zaczyna irytować i drażnić. Z kolei Affleck zaskakuje, choć pozornie wydaje się być bardzo wycofany, z niemal zmęczoną twarzą. Wydaje się opanowany i spokojny, ale w środku się gotuje, co widać w jego oczach. To mnie interesowało, intrygowało, czekałem na jego działania. Reszta postaci w zasadzie jest i nie przeszkadza, chyba że to Tracy Letts nie pasujący do całości.

Miał być wielki powrót, ale coś ugrzęzło w głębokim bagnie. „Głęboka woda” nie jest ani głęboka, ani trzymająca w napięciu. Jest strasznie nierówna, wtórna i niesatysfakcjonująca. Obejrzeć można, lecz nie oczekujcie zbyt wiele.

5/10

Radosław Ostrowski

Cenzorka

Czy wiecie, co to jest video nasty? To termin z Wielkiej Brytanii lat 80., gdzie filmy nie podlegające kategorii wiekowej trafiały na kasety video. Były przez prasę krytykowane za przemoc i obnażanie seksem, które miało doprowadzić do zgorszenia ludzi. Takie filmy nielegalnie były prezentowane w wypożyczalniach kaset. O przyznaniu kategorii (po wycięciu scen) lub zakazie filmy podejmowali się cenzorzy, po obejrzeniu każdego filmu, zaś nielegalne taśmy konfiskowano. Likwidując też wypożyczalnię, z której pochodziła ta taśma.

Bohaterką „Cenzorki” jest Enid Baines (Niamh Algar) – oddana pracy cenzorka, bardzo skrupulatnie wykonująca swoje zadanie. Można nawet powiedzieć, że czerpie z tego przyjemność i jest w stanie rozdzielić pracę od życia prywatnego. Bo życie prywatne jej to bajzel, próbując cały czas odnaleźć zaginioną siostrę. Wspomnienia eskalują coraz bardziej po seansie jednego z video nasty od reżysera Fredericka Northa, gdzie Enid widzi aktorką przypominającą siostrę. Przynajmniej mogącą tak wyglądać w dorosłym wieku. Ale czy aby na pewno?

cenzorka1

„Cenzorka” jest psychologicznym horrorem, który wizualnie (i nie tylko) czerpie z kina grozy lat 80. Reżyserka Prano Bailey-Bond próbuje pokazać jak bardzo oglądanie takiej ilości – z braku lepszego określenia – chorego gówna wpływa na psychikę. Cenzorzy oglądali po to, by chronić (jakkolwiek ironicznie to brzmi) ludzi przed takim „niemoralnym” kinem, żeby nie doprowadzić do manii zabijania. Że niektórzy ludzie pod wpływem zaczynali zabijać, gwałcić i robić inne chore rzeczy. Wspomniana jest tu sytuacja, gdzie po seansie jednego z video nasty, które przeszło widz zabił swoją rodzinę, a żonie jeszcze odgryzł twarz (nie myślcie o tym, że to zobaczycie).

cenzorka2

Pozornie to poszukiwanie siostry oraz wpływ oglądania brutalnych scen na psychikę wydaje się jakby dwa osobne filmy sklejone w jedno. Ale „Cenzorka” bardzo zgrabnie lawiruje przez te tematy, zwłaszcza gdy dochodzi do scen, gdzie fikcja z rzeczywistością przeplatają się ze sobą. Raz ta granica jest wyraźnie zaznaczona (przejście kamery z telewizora do „środka” pokazywanego tam filmu czy mocna kolorystyka podczas przechodzenia przez dom), raz ciężko to rozgryźć. Zakończenie zaś wywołuje totalnego mindfucka, pokazując jak bardzo silną traumą naznaczona jest bohaterka, unikając konfrontacji i rozrachunku. Bo rozum może niejako „wyciąć” pewne wydarzenia.

cenzorka3

I to wszystko na swoich barkach trzyma absolutnie świetna Niamh Algar w roli Enid. Bardzo stonowana i początkowo trzymająca swoje emocje w ryzach, jednak z czasem (najpierw drobnymi gestami oraz odruchami) coraz bardziej zaczynamy obserwować siedzące w niej demony. Oglądałem ją z fascynacją, zaintrygowany, zaś w finale absolutnie zamiata. Reszta postaci w zasadzie robi za bardzo porządne tło, gdzie najbardziej znaną twarzą jest Michael Smiley jako śliski producent Doug Smart.

cenzorka4

Prawda jest taka, że zrobienie psychologicznego horroru jest wyzwaniem, zwłaszcza w ręku debiutanta. Niemniej „Cenzorka” jest bardzo dobrze wyreżyserowana, choć są drobne momenty przestoju, czerpie garściami z estetyki dekady lat 80. w klimacie Lyncha czy – trochę bliżej – Cronenberga. Frapujące i zapadające w pamięci kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wielka woda

Netflix i polskie seriale to zazwyczaj chybiona mieszanka, choć to wynika z niewielkiego doświadczenia oraz docierania się obydwu stron. Niemniej coś się chyba zaczyna kiełkować, co pokazał drugi sezon „Rojsta”, dobrze odebrany „Sexify” (jeszcze nie widziałem) oraz temat obecnego tekstu. „Wielka woda” to kolejny serial reżysera Jana Holoubka i scenarzysty Kaspra Bajona, tylko tym razem skupia się na powodzi 1997 roku.

Akcja skupia się na Wrocławiu roku pamiętnego, kiedy Odra zalała miasto. Ale cofamy się parę tygodni do momentu, gdy trafia faksem notatka hydrolog Jaśminy Tremer (Agnieszka Żulewska). Poziom wody w Odrze rośnie w szybkim tempie. Władze miasta z inicjatywy zastępcy wojewody Jakuba Marczaka (Tomasz Schuchardt) ściągają kobietę w charakterze konsultanta, by nie dopuścić/zminimalizować straty. Jednym ze sposobów ma być wysadzenie wału przeciwpowodziowego wokół wsi Kęty. Mieszkańcy pod wodzą Andrzeja Rębacza (Ireneusz Czop) nie chcą się na to zgodzić, nie mówić już o przeniesieniu się do mieszkań zastępczych. Katastrofa wisi w powietrzu.

Sześcioodcinkowa historia rozbija się na parę mniejszych, by stworzyć mozaikę postaci, zdarzeń oraz realiów roku ‘97. Pokazania czasów, gdzie jeszcze nie wykorzeniła się mentalność PRL-u i nie do końca ufa się władzom. Te z kolei nie są do końca przygotowane na całą sytuację, zakładając optymistyczne scenariusze, nie posiadając aktualnych map i brakuje poczucia kto za co odpowiada. Biurokracja, burdel kompetencyjny oraz przepychanki polityczne były dla mnie jednymi z najciekawszych scen. Zderzenie człowieka z urzędniczą machiną, gdzie musi dojść do nieuniknionego błędu. Nieufność wobec władzy miesza się tutaj z oddolnymi inicjatywami, jednoczącymi ludzi.

Jednocześnie wszystko jest pokazane w skali mikro, z masą postaci na drugim i trzecim planie jak sprzedawczyni lokalnego sklepu, dr Góra, dziennikarka telewizyjna, diler narkotykowy. To pomaga zbudować koloryt i pokazać różne perspektywy, ALE jednocześnie można odnieść poczucie pewnego przesytu. Bo jak się odkryje ile postaci jest ze sobą powiązanych (głównie wokół naszej pani hydrolog), głowa może rozboleć, zaś wiele wątków bywa przeciągniętych (matka Tremer nie chcąca opuścić domu czy poszukiwania córki Marczaka przez ojca).

Niemniej muszę przyznać, że serial wciąga i trzyma w napięciu. Duża w tym zasługa realizacji, miejscami niemal dokumentalnej w formie, a jednocześnie imponującej skalą. Czuć, że był pieniądz. Imponuje scenografia oraz kostiumy, suspens potęguje ambientowa muzyka, nie brakuje też nawet świetnych scen zbiorowych. Próba wykurzenia mieszkańców wsi spod wału przeciwpowodziowego czy ostatnie odcinki z zalanym miastem wyglądają niesamowicie. Co jest imponujące zważywszy, że kino katastroficzne (a do tego gatunku „Wielka woda” wpisuje się) nie jest w Polsce realizowane zbyt często. Jedyny poważny zgrzyt wywołuje we mnie zakończenie, które sprawia wrażenie urwanego i nagłego, co mnie zaskoczyło in minus.

Wszystko to jednak jest fantastycznie zagrane, skupiając się na trzech postaciach: Tremer, Marczaka i Rębacza. Agnieszka Żulewska jest świetna jako zdeterminowana, trzymająca się faktów kobieta z dużym bagażem w tle. Wielu może zirytować ta postać, bo kolejna silna postać kobieta (konserwatywni faceci już dostają piany z ust), ale nie jest przejaskrawioną, przegiętą, antypatyczną, nieomylną wyrocznią. Kolejny raz błyszczy Ireneusz Czop, będący mimowolnym liderem mieszkańców wsi. Prosty facet postawiony w niezwykłej sytuacji, ale pozostaje ludzki (scena przeprawy po ciało ojca za pomocą łódki) i jego racje są zrozumiałe. Dla mnie całość skradł rewelacyjny Tomasz Schuchardt i nie tylko dlatego, że coraz bardziej wygląda jak Ron Swanson z „Parks and Recreation”. Marczak jest ambitnym urzędnikiem, który poważnie podchodzi do tematu, zaś w ostatnich odcinkach gra oczami tak, że w nich widać wszystko. Jego losem przejąłem się najbardziej. Na drugim planie nie brakuje znanych twarzy (m.in. Mirosław Kropielnicki, Leszek Lichota, Piotr Trojan, Łukasz Lewandowski, Anna Dymna czy – po raz ostatni na ekranie – Jerzy Trela), którzy wyciskają wiele i zapadają w pamięć.

Wielu porównywało serial Holoubka do „Czarnobyla”, co jest zrozumiałe. Obydwa tytuły pokazują wielką katastrofę z każdej perspektywy, imponują skalą i zderzają bezsilność władzy z walką ludzi wobec tragedii. Ale produkcja HBO była też aktem oskarżenia wobec skorumpowanego systemu opartego na kłamstwie, zaś „Wielka woda” nie ma aż takich ambicji. Nadal jednak pozostaje wartym polecenia tytułem jakiego na naszym podwórku nie było. Nie brakuje wad, ale zalet ma o wiele więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Bestia

Monster movie wydaje się prostym w założeniu podgatunkiem horroru. Potrzebna jest grupka ludzi (lub jeden człowiek), jedno paskudne i wściekłe zwierzę (albo stado) oraz zamknięta przestrzeń. Brzmi jak coś łatwego, wręcz banalnego do zrobienia, prawda? Nowe dzieło islandzkiego reżysera Baltasara Kormakura ma wszystkie te elementy. Więc powinien z tego powstać dobry film, no nie?

W „Bestii” trafiamy do zamkniętego rezerwatu w RPA. Bohaterem jest lekarz (Idris Elba) samotnie wychowujący nastoletnie córki po śmierci matki. Relacje między nimi nie należą do zbyt dobrych. Przybywają na odpoczynek z dala od cywilizacji, gdzie kiedyś pracował ojciec. Tam przebywa przyjaciel Martin (Sharito Copley), który walczy z tamtejszymi kłusownikami. Podczas podróży dzieje się coś dziwnego: jeden z lwów dostał w nogę i nie pozwala podejść do siebie. Jadąc do pobliskiej wioski znajdują tylko zmasakrowane ciała. Na podstawie śladów nasuwa się jeden podejrzany: lew. Czwonoróg powoli zbliża się do samochodu i robi się nerwowo.

bestia1

Założenie jest proste i reżyser kompetentnie realizuje te założenia. Kamera cały czas jest skupiona na bohaterach, co tylko potęguje poczucie klaustrofobii i napięcia. Do tego chętnie korzysta się z mastershotów w bardzo efektywny sposób. A że większość czasu spędzamy w samochodzie, który nie chce odpalić, to zagrożenie jest odczuwalne. Nawet jeśli ten nasz lew jest komputerowy, bo dzisiaj nie wpuściliby na plan prawdziwego zwierza. Wiadomo, BHP i tego typu sprawy. Byłoby nawet lepiej, gdyby nie typowe dla tego gatunku głupawych zachowań postaci. Jednej: młodszej siostry Meredith (Iyana Halley), która jest wrzodem na dupie. Troszkę pyskata, z pretensjami do ojca i zachowująca się irracjonalnie. Po cichu liczyłem, że zostanie pożarta przez lewka (została tylko poraniona).

bestia2

Problem w zasadzie mam jeden, ale poważny: „Bestia” jest przewidywalna i idzie wszystko jak po sznurku. Brakuje jakiegoś zaskoczenia, chyba że za takie uznamy finałową konfrontację, gdzie postać Elby naparza się z lwem za pomocą noża. Tak, to się dzieje i nie brakuje krwi, ale to jest PG-13. Posunięte do granicy możliwości. Ten film aż się o R-kę prosi, jednak nie przeszkadza to za bardzo. Zagrane też jest porządnie (Elba i Copley trzymają fason), krajobrazy wyglądają pięknie i scenografia się sprawdza.

bestia3

„Bestia” to klasyczny w treści monster movie, który się broni przede wszystkim fachową ręką reżysera. Bo film mógł bardziej zaryzykować i pobawić się konwencją walki człowieka z krwiożerczym potworem. Fani gatunku będą usatysfakcjonowani.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wszystkie stare noże

Szpiedzy, tajni agenci zawsze przyciągali uwagę filmowców, bo działali głównie w ukryciu. Chyba, że mówimy o Jamies Bondzie oraz jego naśladowcach, dokonujących rozpierduchy po całym świecie wożąc się pięknymi samochodami w towarzystwie szybkich kobiet. Czy odwrotnie. Nowemu filmowi Janusa Metza bliżej do tego pierwszego, jednak czegoś tutaj zabrakło. Ale po kolei.

stare noze1

Bohaterem jest agent CIA Harry Pedlam (Chris Pine), który dostaje zadania rozwiązania trudnej sprawy. Osiem lat temu w Wiedniu doszło do ataku terrorystycznego – islamscy fundamentaliści porwali samolot i wzięli pasażerów za zakładników. Żądania? Uwolnienie kilku więźniów z Niemiec i Austrii. Akcja skończyła się śmiercią wszystkich ludzi w maszynie, łącznie z porywaczami (puszczono trujący gaz). Central w Langley znalazła poszlaki wskazujące, że porywacze mieli wtykę w komórce wywiadowczej. Między innymi tam pracował Harry, ale też nie pracująca w wywiadzie Celia Harrison (Thandiwe Newton). Mężczyzna ma ją przesłuchać i zdać raport, jednak to może być trudne przesłuchanie. Oboje mają wspólną przeszłość, którą ciężko zapomnieć.

stare noze2

Innymi słowy, „Wszystkie stare noże” niemal w całości toczą się w jednym miejscu (poza przeplatanymi retrospekcjami), skupiając się na dwójce bohaterów. I zaczyna się gra, gdzie nie do końca wiemy komu można zaufać. Kto mataczy, kto ma ukryty cel i kto tak naprawdę zdradził. Wszystko toczy się spokojnym, może nawet zbyt wolnym tonem, skupiając się przede wszystkim na dialogach. Jest jeszcze cudna scena w jednym ujęciu, gdzie poznajemy najważniejszych ludzi komórki w Wiedniu, ale to dodatek. Historia powoli zaczyna angażować, a kolejne poszlaki wywołują mętlik.

stare noze3

Problemem jest za to coś zupełnie innego. Brakuje tu kompletnie napięcia i ostatnie pół godziny wszystko wykłada kawa na ławę. Zaś kolejne przewrotki oraz zaskoczenia są zaskakujące tylko z nazwy, a zakończenie jest przekombinowane. Tyle zachodu, by załatwić jedną osobę? Nawet jak na wywiadowcze zagrywki wszystko wydawało mi się nieprzekonujące. Tak samo jak relacja między Harrym a Celią, która jest bardziej na słowo. Nie czułem chemii między Pinem a Newton, co mnie zaskoczyło. Aktorsko jest solidnie i mimo znanych twarzy na drugim planie (m.in. Laurence’a Fishburne’a i Jonathana Pryce’a), nikt się nie wyróżnia.

Ciężko mi tutaj cokolwiek zarzucić w kwestii realizacji, niemniej „Wszystkie stare noże” nie wybijają się za bardzo powyżej średniej. Ma wszystko, by być co najmniej dobrym filmem, jednak nie wykorzystuje w pełni swoich atutów. Wielka szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

The Silent Twins

Niektóre historie brzmią zbyt wariacko, by uznać je za prawdziwe. Taki był przypadek sióstr bliźniaczek – June i Jennifer Gibbons, które już w wieku dziecięcym rozmawiały tylko ze sobą. Przestały odpowiadać zewnętrznemu otoczeniu (rodzina, szkoła itp.), nie dopuszczając nikogo do swojego świata. Fanaberia? Kaprys? A może poważniejszy problem psychiczny? O tym opowiada najnowszy film Agnieszki Smoczyńskiej oparty na reportażu Marjorie Walker.

silent twins1

Już sam początek pokazuje ten kontrast. Gdy widzimy dziewczynki (Eva-Arianna Baxter i Leah Mondesir-Simmonds), są same w pokoju, bawiąc się w radio. Kolory są jasne i silnie nasycone, kamera niemal skupiona na detalach oraz twarzach. Pukanie do drzwi, wchodzi matka i… dziewczyny siedzą w bezruchu, kolory wyprane, zimne. Cisza jak na cmentarzu. Nikt nie wie dlaczego, a sama Smoczyńska bardziej interesuje się skutkami i konsekwencjami tej decyzji. Obie próbują swoich sił jako pisarki, obie w końcu poznają chłopaka (przystojniak w dresiku), w końcu obie dopuszczają się kilku podpaleń i kradzieży. Za to obie trafiają do szpitala psychiatrycznego.

silent twins3

„Silent Twins” pokazuje skomplikowaną relację naszych dziewcząt, które wydają się znać lepiej niż ktokolwiek. Więź jest silna i namacalna, ale jednocześnie jest bardzo niebezpieczna i toksyczna. Jest parę razy pokazana walka o dominację, zazdrość, kłótnie. Destrukcyjne zapędy spychające niemal ku utracie życia. Wszystko to mieszając różne style i estetyki: Smoczyńska bawi się formą, od dokumentu przez surrealistyczne sceny z „wyobraźni” zrobione animacją poklatkową, a nawet skręcając w… musical. Bardzo sensualne doświadczenie kreatywność reżyserki, idealnie wpasowując się do tematyki. Niemniej nie mogłem pozbyć się wrażenia, że od pewnego momentu „wyłączyłem się” w trakcie seansu. Chłonąłem wizualia oraz świetny dorosły duet Letitia Wright/Tamara Lawrence, które wszelkie emocje (mimo oszczędnych środków) wylewają wręcz wiadrami. Ale poczucie przesytu i większym skupieniu na formie niż treści zostało do niemal mocnego końca.

silent twins2

„Silent Twins” to na pewno film intrygujący i spośród prób młodych twórców nakręcenia dzieła na Zachodzie, zdecydowanie jest najciekawszy. Miesza pokręconą wyobraźnię ze skupieniem i wrażliwością, chociaż nie zawsze jest to w równowadze. Niemniej wiele kadrów zostanie w głowie na długo po seansie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Orzeł. Ostatni patrol

ORP „Orzeł” – polski okręt podwodny, który 11 czerwca 1940 roku został uznany za stracony. Jak do tego doszło? Tego nie wie nikt, tak samo nie wiadomo gdzie znajduje się wrak okrętu. Pewną próbę opowiedzenia tej historii postanowił się podjąć Jacek Bławut – autor zdjęć i reżyser filmów dokumentalnych. Powiem, że czekałem na ten film, choć obawiałem się wykonania. Wszyscy wiemy jaką reputację ma polskie kino historyczne.

orzel (2022)1

„Ostatni patrol” toczy się pod koniec ostatniego maja 1940. Już po ucieczce z Tallina i działając razem z aliantami, czasy sukcesów mają za sobą. Załoga pod wodzą kapitana Grudzińskiego (Tomasz Ziętek) dostaje zadanie wyruszyć ku Morzu Północnemu. Jaki jest cel? Zatopienie dwóch okrętów z niemieckiego konwoju. Nie będzie to łatwa robota, bo trzeba przejść przez pole minowe oraz samoloty Luftwaffe.

orzel (2022)2

Ale jeśli spodziewacie się dynamicznego kina akcji, to absolutnie omijajcie kina. Bławut bardziej skupia się tutaj na budowaniu atmosfery. Dusznej, klaustrofobicznej, gdzie niemal cały czas jesteśmy w środku, pod wodą. I jest tylko czekanie, czekanie, czekanie. Na wyrwanie się z zasięgu bomb głębinowych, bomb z powietrza, okrętów nad nimi. Liczenie na łut szczęścia i kompletna cisza. Poczucie klaustrofobii potęgowane jest przez dźwięk, niemal roznoszący się po całej przestrzeni. Każda śruba, skrzypnięcie, trzask, pisk radaru podnosi napięcie. Jeśli komuś przypomina to „Das Boot”, jest to skojarzenie jak najbardziej na miejscu. Podbite to jeszcze jest zdjęciami oraz dość… dziwnym zabiegiem wizualnym. Masa kadrów jest pokazana z perspektywy peryskopu oraz wszelkich maści szklanych obiektów czy to przy drzwiach, czy nawet… radaru. W takich ujęciach obraz jest pobrudzony, dźwięk mocno przytłumiony i sprawiało, że czułem się niemal jak podglądacz.

orzel (2022)3

Jeszcze bardziej zadziwiają dialogi, których minimalizm wywoła konsternację. Wypowiadane słowa to w zasadzie komendy, rozkazy oraz techniczny żargon. Postacie w zasadzie niewiele mówią o sobie, co nie pozwala w pełni się z nimi utożsamić. Mimo masy znajomych twarzy (m.in. Tomasz Ziętka, Tomasza Schuhardta, Antoniego Pawlickiego czy Filipa Pławiaka), trudno tu wskazać jakąś wyróżniającą się postać. Wszystko się zlewa w jedną masę, przez co troszkę nie wszedłem w tą historię. Szczątkową, dramaturgicznie kulawą. Niemniej trudno nie docenić strony technicznej. O zdjęciach i dźwięku już mówiłem, ale nie można nie docenić scenografii (odtworzenie wnętrza okrętu zajęło twórcom ponad rok) oraz bardzo przyzwoitych efektów specjalnych. Niemniej muszę przyznać, że parę podwodnych ujęć jest zbyt ciemnych i naprawdę mało widać.

orzel (2022)4

Reżyser Bławut swoim filmem idzie pod prąd oczekiwaniom i idzie w bardziej eksperymentalną formę, która spolaryzuje widownię. Nie jest to patetyczno-sensacyjna opowiastka, lecz próba odtworzenia ostatnich dni załogi, skupiona bardziej na klaustrofobicznej atmosfery i poczuciu strachu. Szanuje to podejście, ale filmu raczej nie polubię.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Apokawixa

Horror? O zombie? W Polsce? Ni chuja. – tak musiała zareagować większość producentów na ten pomysł. Ale egzekutywa z TVN postanowiła zaryzykować i dać zielone światło dla nowego filmu Xaverego Żuławskiego. Bo czemu by nie zrobić horroru o zombie zmieszanego z komedią o nastolatkach z wielką imprezą w tle? I powstała „Apokawixa”, czyli najlepszy polski horror ostatnich lat. A nawet najlepszy polski horror w ogóle.

apokawixa1

Głównym bohaterem jest Kamil – syn bardzo bogatego przedsiębiorcy, który zajmuje się… robieniem kupy forsy i zrzucaniem toksycznych substancji do morza. Przynajmniej jeden z jego zaufanych ludzi to robi. Wszystko się dzieje podczas pandemii, gdzie wielu z nas było poddanych kwarantannie. I to zwłaszcza wśród nastolatków jest frustrujące, dlatego nasz bohater planuje w ostatni dzień matury zrobić wiksę. Bo ile można siedzieć w domu na dupie, a kontakt z kumplami jest tylko online? Cała zabawa będzie w pałacyku nad morzem, bo… czemu nie. No co może pójść nie tak? Trefne piguły zakoszone dilerom z Warszawy, sinice nad morzem, szef klubu nocnego pozbawiony klienteli, strażnik miejski i jego córka (fanka motorcrossa), harcerki, DJ-e. Co może pójść nie tak? Wskutek pewnych zbiegów okoliczności zaczynają panoszyć się zombie. Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że nie wszyscy dotrwają końca tej balangi.

apokawixa2

Teoretycznie wydaje się łatwe zrobienie tego filmu. Nie potrzebujemy dużych nakładów, w głównych rolach są mało opatrzone twarze, dodać troszkę humoru, polać posoką i jedziemy. Prawda? Z takim założeniem daleko nie zajedziecie, bo wszystko musi wygląda względnie realistycznie. Jak opisać sposób mówienia młodych, bez popadania w sztuczność? Jak zbudować napięcie? Jak zbalansować humor? Jak sprawić, by wszystkie dialogi brzmiały wyraźnie? Jak zrobić film, bez nie wyglądał tanio? Nadal uważacie, że to wszystko jest łatwe do zrobienia? Jakimś cudem Żuławski omija te potencjalne pułapki.

apokawixa3

„Apokawixa” tak naprawdę to dwa filmy w jednym. Pierwsza część to pójście w stronę klimatów młodzieżowych komedii imprezowych a’la „Projekt X”. Czyli powoli poznajemy bohaterów i widzimy przygotowania do wiksy. Alkohol, dragi, towarzystwo. Paczka postaci jest może oryginalna oraz bardzo znajoma (imprezowicz, surfer, nerd, emo, ładniejsza Greta Thunberg, „dupiara” – w sensie zarabia robiąc nagie filmiki w Internecie), zarysowana też jest raczej bez dużej głębi. Ale to przecież nie jest dramat psychologiczny, tylko film o wiele lżejszym kalibru i tu to wystarczy. Krótkie retrospekcje działają odświeżająco, tak jak rozmowy video przez telefon (a w tle są pokazane wieżowce, by nie wyglądało rutynowo). Dialogi to taka nowomowa, mieszająca slang, znajome powiedzonka i cytaty, a jest parę małych perełek (rapowany „Pan Tadeusz” – cudo!!!).

apokawixa4

Druga połowa to zogniskowanie całej sytuacji, choć pewne rzeczy zostały zasygnalizowane. Czyli pojawienie się zombie na imprezie i eskalacja. Kolejne żywe trupy oraz zderzenie młodych, niedoświadczonych ludzi z coraz większym chaosem. Nie mają doświadczenia, choć szybko łączą kropki i odkrywają skąd się to wzięło oraz jak rozwiązać problem. Być może dlatego albo widzimy jak żywe trupy zarażają kolejnych ludzi, albo jaki zostawiają chaos. Samej walki z nimi jest wręcz za mało – aż się prosi o konfrontację, lejące się flaki oraz sianie totalnego rozpierdolu. To wywołało we mnie pewien niedosyt – czyżbym był żądnym krwi psychopatą? Efekty specjalne są zrobione przyzwoicie (charakteryzacja), muzyka też się sprawdza. Technicznie trudno się przyczepić.

apokawixa5

Aktorsko też wypada to zaskakująco dobrze, co w przypadku niemal nieznanych twarzy jest jeszcze bardziej imponujące. Nie byłoby czasu na wymienienie wszystkich (m.in. Mikołaj Kubacki, Waleria Gorobets i Natalia Pitry), ale nikt tu nie nawala, każdy ma swoje pięć minut i nie ma żadnej złej roli. Z kolei na drugim planie pojawia się parę znajomych twarzy, którzy kradną sceny jak Matylda Damięcka (dilerka Robsolnica), Cezary Pazura (strażnik miejski Wacek) czy Tomasz Kot (ojciec Kamila). Dla mnie jednak film kradnie Sebastian Fabijański. Jego „Blitz” to postać z innego świata, jakby próbował być cosplayerem Toma Hardy’ego jako Mad Maxa. Niski, mocno zachrypiały głos tylko potęguje „obcość” tego delikwenta, pozornie oderwanego od rzeczywistości. A jednocześnie dziwnie pasuje do tego świata.

„Apokawixa” wzięła mnie kompletnie z zaskoczenia pokazując, że w kwestii kina gatunkowego robi się coraz ciekawiej. Wariackie kino, które mogłoby zaszaleć jeszcze bardziej, ale nie zapomina o przesłaniu (dbajcie o ziemię i kumpli). Robi to jednak na tyle nienachalnie, że nie gryzie się z całością. I mam nadzieję, że pojawi się sequel, który przebije ten film.

7,5/10

Radosław Ostrowski