Nieznośny ciężar wielkiego talentu

Nicolas Cage jest legendą kina, chociaż ostatnią dekadę zdominowały śmieciowe filmy, co od razu na VOD czy DVD wychodziły. Coś jednak w ostatnich latach się zmieniło, bo ilość zastąpiła jakość („Mandy”, „Świnia”), ale na prawdziwy powrót mistrza musieliśmy poczekać. Aż do pojawienia się reżysera Toma Gormicana, który wpadł na diabelsko-szatański pomysł. By zrobić z Nicolasem Cage’m film o… Nicolasie Cage’u. Aktor początkowo jednak stawiał opór, niemniej zdał się przekonać, by pokazać „Nieznośny ciężar wielkiego talentu”.

Jak wspomniałem, bohaterem jest Nicolas Cage, którego życie ostatnio stoi w miejscu. Nie trafiają mu się dobre propozycje, rozwiódł się z żoną, relacja z nastoletnią córką to porażka, zaś pieniądze pojawiają się i znikają. Jest tak źle, że narobił sobie sporych długów. Jak wyjść z tego marazmu? Agent proponuje wyjście: przyjść na imprezę hiszpańskiego biznesmena za milion baksów. Niechętnie, ale Cage się zgadza i informuje, że przechodzi na emeryturę. Wygląda na to, że upadły gwiazdor odstawi chałturę? Gospodarz – Javi okazuje się być wielbicielem talentu aktora. Tak wielkim fanem, że aż napisał scenariusz filmu, by mistrz mógłby w nim zagrać.

ciezar talentu2

Sprawa jednak komplikuje się, kiedy Cage zostaje zwerbowany przez CIA. Wywiad podejrzewa, że Javi jest szefem kartelu handlującego bronią i porwał córkę ważnego polityka. Agenci chcą, by Cage zinfiltrował rezydencję oraz odnalazł dziewczynę. Czy może być gorzej? Oczywiście, że tak, bo gwiazdora prześladuje Nicky – jego mroczne ego z czasów wielkich triumfów. Niby mu doradza, jednak nie jest raczej w tym dobrze.

ciezar talentu1

„Nieznośny ciężar…” to samoświadomy film, gdzie odniesień do dorobku Nicolasa Cage’a jest mnóstwo, jednak nie jest to szyderstwo czy kpina z aktora. Widać, że twórcy są jak Javi – to wielcy fani, zafascynowani swoim idolem, znający masę jego filmów na pamięć. Nie boją się zarówno cytować scen czy pojedynczych dialogów, wrzucają fragmenty filmów i czuć szacunek do Cage’a. choć sam bohater jest dość trudny w obyciu: bardzo narcystyczny, poważnie traktujący swoją pracę i sztukę, ignorujący swoich najbliższych. Ciężko z kimś takim wytrzymać, ale wszystko zmienia Javi. Prawdziwy entuzjasta, zapaleniec, dla którego filmy ze swoim idolem są ważną częścią jego życia. Ta zmieniająca się dynamika oraz rodząca się przyjaźń to serce tego filmu – w tych momentach czułem najwięcej frajdy. Czy to odwiedzając ołtarzyk zrobiony przez Javiego czy jak obaj panowie ruszają na miasto pod wpływem LSD. Te sceny dostarczają masę humoru, lekkości oraz frajdy.

ciezar talentu3

Z kolei intryga sensacyjno-szpiegowska jest prowadzona sprawnie i ma parę szalonych momentów (włamanie się do pokoju monitoringu czy przebranie Cage’a za włoskiego mafiozo!!!), ale nie doprowadza do takich spazmów jak meta-otoczka. Jest to bardzo efekciarskie i przerysowane tak bardzo, że finał budził skojarzenia z… „Uprowadzoną 2”. Tylko lepiej zrobioną oraz z większym jajem. Z kolei nasza para agentów (Tiffany Haddish oraz Ike Berkowitz) jakaś taka przezroczysta troszkę, przez co sprawiają wrażenie zbędnych.

Ale to wszystko działa także dzięki fantastycznej chemii między Nicolasem Cage’m a Pedro Pascalem. Pierwszy bawi się swoim scenicznym wizerunkiem ekscentryka, zaś drugi pokazuje nieznany mi wcześniej wielki talent komediowy. Javi jest przesympatycznym kolesiem, choć niektóre wypowiadane przez niego słowa budzą pewne podejrzenia, że być może ma jakąś mroczną przeszłość. Ich energia oraz poczucie dobrej zabawy przenosiło się na mnie wielokrotnie, co pozwalało przymknąć oko na drobne mankamenty. Że drugi plan w zasadzie nie istnieje, że w zasadzie jest to przewidywalne, że chciałoby się więcej scen z Nicky’m.

ciezar talentu4

Ale w ostatecznym rozrachunku „Nieznośny ciężar…” to powrót Cage’a do mainstreamu z hukiem bomby. Fani aktora MUSZĄ iść koniecznie, a reszta też znajdzie tutaj coś dla siebie. Bardzo sympatyczna komedia, będąca listem miłosnym dla ekscentrycznego, ale bardzo charyzmatycznego aktora z masą niezapomnianych ról. Oraz dużym dystansem do siebie.

8/10

Radosław Ostrowski

Wszystko wszędzie naraz

Są takie filmy, że po ich obejrzeniu zastanawiasz się, co tu się odbyło. A pozbieranie myśli oraz próby ubrania tego w słowa wydaje się pozbawione jakiegokolwiek sensu. Takie produkcje są dla recenzenta trudne, a jednocześnie jest tyle niespodzianek, że zdradzenie zbyt wielu zniechęci do seansu. Nie zamierzam jednak zrezygnować i spróbuję, bez spojlerów, ogarnąć nowe dzieło duetu Daniels.

„Wszystko wszędzie naraz” skupia się na rodzinie z Chin, mieszkającej od lat w USA ze swoim interesem, czyli pralnią. Głowa rodziny, Evelyn (Michelle Yeoh), ma bardzo dużo na głowie: rachunki, schorowanego ojca, dorastającą córkę-lesbijkę oraz męża, co chce się z nią rozwieść. Nie powiem, jest to przytłaczające i może doprowadzić do frustracji. A nawet spotęgować uczucie, że życie ssie, jest za ciężkie i cokolwiek byśmy zrobili, to nic nie daje. Przecież moje życie miało wyglądać zupełnie inaczej. Podczas wizyty w urzędzie skarbowym, nasza bohaterka zauważa coś dziwnego. Wskutek wydarzeń odkrywa, że nie jest jedyną Evelyn w tym świecie. Że istnieją światy równoległe, wykreowane za pomocą każdej alternatywnej decyzji w jej życiu. I że jest najgorszą wersją samej siebie. Jednak nie ma ona zbyt wiele czasu na przetworzenie informacji, albowiem pojawia się zagrożenie dla wszystkich światów – Jubo Tupaku. I że tylko ona może ją powstrzymać.

Jeśli myślicie, że ten ogólny opis fabuły zapowiada coś dziwnego, to jest dopiero wierzchołek góry lodowej. Danielsowie sięgają, po – kojarzący się ostatnio z kinem superbohaterskim – motyw multiwersum. Światów, gdzie losy naszej bohaterki wyglądają zupełnie inaczej: od kucharki przez znak promujący pizzerię po gwiazdę kina kopanego i mistrzynię kung-fu. Dzieje się tu wszystko, akcja toczy się wszędzie oraz naraz. Postacie przeskakujące z ciała do ciała, przejmując ich umiejętności (jednak by to zrobić trzeba wykonać kompletnie absurdalną czynność), zmieniając otoczenie, a nawet swój wygląd. Od tych pomysłów można zwariować i dostać oczopląsu. Na pewno wiele osób odbije się od tego, bo będzie się czuło zwyczajnie przeładowani kolejnymi zakrętami, pomysłami, absurdami: inspirację „Ratatujem”, popisami kung-fu czy światem, gdzie antagonistki są… kamieniami.

Ale tak naprawdę cała ta bombastyczna otoczka (z wielkim, czarnym bajglem) służy do opowiedzenia bardzo kameralnej historii rodzinnej. O odnalezieniu się w przytłaczającej rzeczywistości, pogodzeniu się ze swoim losem oraz poprawie relacji rodzinnych. Tutaj chodzi głównie o matkę i córkę, które coraz bardziej zaczynają się one od siebie oddalać. I to odtrącenie wywołuje w latorośli poczucie obojętności, przytłoczenia, które zmienia ją w Jobu – pozbawioną nadziei, apatyczną, cyniczną, autodestrukcyjną bestię. Ale pod nią kryje się zupełnie inna warstwa, którą widzi tak naprawdę tylko jedna osoba.

Realizacyjnie to są tutaj wianki, gdzie wybija się zdecydowanie montaż. Zarówno szybkie cięcia, pokazujące przeskoki w przestrzeni jak i wręcz wariackie, bardzo płynne sceny akcji. Te mają szaloną choreografię, godną filmów z Jackie Chanem, ale też troszkę przypominającą bardziej dziką wersję… „Matrixa”. Kolejne absurdalne odloty wyglądają niesamowicie, w tle gra idealnie dopasowana muza zespołu Son Lux. I jest absolutnie rewelacyjnie zagrane – Michelle Yeoh to prawdziwe zjawisko, gdzie ma setki (albo i więcej) swoich inkarnacji, co jest bardzo trudnym zadaniem. Jednak robi to z taką łatwością, że aż wydaje się to nieprawdopodobne. Równie zaskakujący są Stephanie Tsu (coraz bardziej oddalająca się Joy) oraz – chyba największa niespodzianka – Ke Huy Quan, czyli pierdołowaty Waymond, aczkolwiek zdarzają mu się momenty kopania tyłków niczym mistrz sztuk walki. Dlaczego niespodzianka? Bo ten aktor znany był z dziecięcych ról w drugim „Indiana Jonesie” oraz „Goonies” i po 20 latach przerwy wrócił do grania. Oby na stałe.

„Wszystko wszędzie naraz” może przygnieść swoim szaleństwem oraz pomysłami jakby wziętymi pod wpływem wspomagaczy psychodelicznych. Że tego jest za dużo i niepotrzebny ten cały kolaż. Ale jest to całkowicie kontrolowany chaos, nie tracący z oczu głównej bohaterki oraz jej problemów. Choć ubranych w bardzo niekonwencjonalną otoczkę SF. Porąbane kino oraz niezapomniane doświadczenie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Opowieść podręcznej – seria 1

Nikt się chyba nie spodziewał, że napisana w 1985 roku powieść Margaret Atwood będzie jeszcze bardziej aktualna niż w chwili jej wydania. Albowiem jest historia życia kobiety w państwie, które kiedyś nazywało się Stanami Zjednoczonymi, lecz w przyszłości jest zwane Gileadem. Jest to państwo totalitarne, którego prawo zbudowane jest na Biblii. Innymi słowy, mężczyźni mają władzę, zaś kobiety mają tylko zajmować się domem oraz rodzić dzieci. Spełniony sen skrajnego konserwatysty.

Tak jest w przypadku rodzin komendantów. A co jeśli pani komendant nie może sprowadzić potomka? Wtedy sprowadzana jest kobieta płodna, zwana tutaj Podręczną – nie posiada własnego imienia, a jeśli nie jest w stanie spełnić swojego zadania, trafia do Kolonii, gdzie czyści toksyczne śmieci i umiera. Wszelkie odchyły (homoseksualiści, księża, zakonnice) są zabijane przez powieszenie. Wszystko to poznajemy z perspektywy Podręcznej Offred (Elizabeth Moss), ale to nie jest jej prawdziwe imię (jest ono zakazane). Została schwytana podczas próby przekroczenia granicy z Kanadą.

Twórca serialu Bruce Miller zachowują tą niemal depresyjną atmosferę, gdzie wybór praktycznie nie istnieje. Podręczna jest w zasadzie ograniczona do roli maszyny robiącej dziecko, a po wykonaniu swojego zadania trafia do kolejnego Komendanta, potem następnego, następnego i kiedy już nie będzie przydatna, robi się z nią to samo, co z każdą zbędną rzeczą. Żony komendantów (bezpłodne) mają troszkę więcej swobody, ale żadnej władzy. Chyba że nad Podręczną, którą traktuje się gorzej niż psa – wyjść mogą na zakupy oraz wszelkiego rodzaju rytuały (poród, wykonanie egzekucji). Opresyjność tego systemu jest bardzo namacalna, zaś brak posłuszeństwa karany w tak bezwzględny sposób, że już wspominanie tego wywołuje nieprzyjemności. Psychiczna, fizyczna przemoc, poczucie izolacji oraz brak zaufania działają tutaj na korzyść tego upokarzającego systemu.

Obecne wydarzania mieszane są z retrospekcjami, pokazującymi jak normalne i dotychczasowe, spokojne życie zaczyna się zmieniać. Jak grupa fanatyków w imię zmiany świata na lepsze zaczyna ograniczać prawa. Powoli, bez głośnych deklaracji, nagle świat się wywraca do góry nogami. Niemożliwe, by to się wydarzyło w prawdziwym świecie, prawda? Ten sen burzy się i powoli zaczynamy odkrywać (choć nie wszystkie) mechanizmy sterujące tym chorym światem. Pranie mózgu w Czerwonym Centrum, ceremonie (albo jak kto woli Podręczna wykonująca swoje obowiązki w łóżku – absolutnie ohydne) oraz ciągła obecność Oczu przypomina najgorsze oblicze systemu totalitarnego. Jeszcze kamera niemal skupiona na detalach (szczególnie na twarzach), malując wszystko w niemal szorstki, mroczny, a jednocześnie stylowy wizualnie. Jednocześnie w paru momentach, gdy państwo chce się zaprezentować się przed osobami z zewnątrz zachowuje pozory normalności. A co myślą te osoby? No cóż, w tych krajach (Meksyk, Kanada) dotkniętych bezpłodnością i zatruciem środowiska Gilead wydaje się partnerem z najlepszym towarem.

Jeśli jest z czymś problem, to przede wszystkim z tempem, które swoim rytmem oraz powolnością jest w stanie przebić nawet „Breaking Bad” i „Better Call Saul”. Ja wiem, że nie jest to serial akcji, gdzie wszystko musi pędzić na złamanie karku, ale przez początek dość ciężko się przebić. To poczucie beznadziei i brak jakiejkolwiek szansy na zmianę stanu rzeczy (czy nawet ucieczkę z tego piekła) potrafi dobić. Wyjściem wydaje się albo popadnięcie w obłęd, posłuszeństwo albo śmierć. Chociaż zakończenie (wyprowadzenie Offred z domu przez furgon) oraz moment zbiorowego nieposłuszeństwa mogą wydawać się światełkiem w tunelu. Ale tutaj jest tak, że każda pojawiająca się nadzieja prędzej czy później była natychmiastowo niszczona. Finał jest tutaj taki sam jak w powieści – otwarty, stawiający losy naszej bohaterki w stanie zawieszenia.

Całość na swoich barkach trzyma Elisabeth Moss i jest to fantastyczna kreacja. Bardzo wycofana, skupiona na jej życiu wewnętrznym, zmuszona do grania swojej roli. Ale jednocześnie wszelkie swoje emocje oraz myśli musi trzymać na wodzy, bo stawką jest tutaj jej życie. Więc stawka jest tutaj mocno podniesiona, zaś lawirowanie pokazane jest wręcz bezbłędnie. Równie wyraziści są „przyszli rodzice”, czyli państwo Waterfront. Ona (rewelacyjna Yvonne Strahovsky) jest bardzo silną, choć pozornie potulną kobietą i nawet wydaje się być osobą dbającą o June. Ale to są wszystko pozory, co pokazuje choćby gdy okazuje się, że Podręczna nie jest w ciąży. Tak nieobliczalnej osoby nie widziałem od dawna. On (dawno nie widziany Joseph Fiennes) wydaje się mieć władzę i sprawia wrażenie bardziej „ludzkiego”, wręcz wrażliwego. Układ niemal demonicznie idealny. Drugi plan jest tu bardzo bogaty, ale z tego grona najbardziej wybija się Ann Dowd jako ciotka Lydia, pełniąca jakby rolę opiekunki/wychowawczyni/przewodniczki. Niby wydaje się sympatyczna z delikatnym głosem, ale bardzo śliska, okrutna fanatyczka. Trudno oderwać oczy od tej bestii, której obecność od razu wywołuje wściekłość.

Pierwszy sezon „Opowieści podręcznej” dla mnie jest przykładem mocnej, trzymającej za twarz historii upodlenia oraz zniewolenia w imię chorej ideologii. Wydawałoby się, że już w temacie dystopii nie da się niczego nowego opowiedzieć, ale po raz kolejny zostałem wpuszczony w maliny. Niebezpieczne aktualne ostrzeżenie, jednak przesłanie nie jest tutaj najważniejsze, bez bawienia się w publicystykę. Brutalne, mroczne, porażające – aż nie mogę się doczekać ciągu dalszego.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nasze magiczne Encanto

60-ta animacja Disneya – kurde, kiedy to się stało? Po wielu wzlotach i upadkach studio nadal dzielnie się trzyma, nie ustępując konkurencji krajowej (Pixar, DreamWorks, Sony). Ciągle potrafi czarować, pieścić oczy i trzyma poziom, bez poczucia zmęczenia. Nieprawdopodobne osiągnięcie, co pokazała zeszłoroczna „Raya i ostatni smok”, a także ich najnowsze dzieło.

Tak jak we wspomnianej „Rai”, „Encanto” eksploruje kolejną mniejszość etniczną, tym razem osadzając w niby-współczesnej, ale quasi-baśniowej opowieści rodzinnej. Nie jest to zwykła familia, lecz rodzina Madrigal, której członkowie posiadają Dar – nadludzką moc (inną dla każdej osoby). Wszystko zaczęło się, gdy nestorka rodu uciekła razem z rodziną (mąż + 3 dzieci) w góry. Niestety, podczas ucieczki zginął jej mąż i wskutek działania świecy powstaje domostwo Castila, zaś w okolicy zbudowane zostaje miasteczko. Od tej pory każdy członek rodziny otrzymuje moce, pomagające służyć społeczności. Wszystko widzimy oczami Mirabel, która jako jedyna żadnego daru nie posiada, przez co troszkę jest widziana jako odrzutek. Tak samo jak widzący przyszłość Bruno, o którym się nie mówi.

Wydaje się, że magia oraz wszelki dobrobyt są w najlepszym porządku. Jednak dziewczyna podczas uroczystości otrzymania Daru przez młodego Antonio ma wizję niszczącego się domu oraz wyparowującej magii. Czyżby wszystkim groziła katastrofa? I dlaczego nikt jej nie wierzy? Mirabel musi wyjaśnić całą sprawę, ale bez wsparcia najbliższych będzie to bardzo trudno.

„Encanto” idzie w stronę realizmu magicznego, zmieszanego z historią obyczajową oraz – a jakże by inaczej – wstawkami muzycznymi. Wszystko to by opowiedzieć o konflikcie między służeniu innym w ramach posiadanego daru (filozofia babci) i wsparciu rodziny a byciu sobą. Bo w którymś momencie ta presja zadowolenia najbliższych staje się sporym balastem, co zaczyna zauważać Mirabel (nie jest to jednak powiedziane wprost, lecz za pomocą… piosenek – fantastycznych). A wszystko skryte jest aurą tajemnicy, związaną z wizją tego, o którym się nie mówi. Odkrywane jest to powoli, lecz bardzo konsekwentnie, pozwalając bliżej poznać każdego członka rodziny (nawet jeśli nie daje mu się zbyt wiele czasu) – głównie skupiając się na babci, Mirabel, jej siostrach oraz ukrywającym się Bruno.

I twórcy zgrabnie balansują między poważnym dramatem a ciepłą, niemal baśniową komedią. Wygląda to przepięknie, ze świetnie wykonanymi scenami muzycznymi (przedstawienie członków rodziny przez Mirabel, dylematy siłaczki Luisy), gdzie nie brakuje popisy kreatywnej wyobraźni. Humor troszkę grany jest dzięki slapstickowym gagom (w czym mocno pomaga sam dom), jednak jest tylko dodatkiem. Bo tak naprawdę chodzi tu o zderzenie tradycji, która tak naprawdę staje się formą opresji oraz dążenia do perfekcji w celu ochrony Daru (postawa babci – dawno nie widziałem na ekranie tak toksycznej matrony) a nie posiadającą go – przez co gorszą – Mirabel. Ta odkrywa kolejne sekrety, dostrzega „pęknięcia” w rodzinie, czy to jednak doprowadzi do scalenia rodziny i przewartościowania pewnych rzeczy?

Niby film podąża znajomymi ścieżkami oraz tropami, ale potrafi zaangażować, oczarować wizualnie, a także czuć w tym serce. Brzmi również świetnie, co jest zasługą muzyki oraz dubbingu. Magia w studiu Myszki Miki nadal istnieje, co dla nas jest tylko korzyścią.

7,5/10

Radosław Ostrowski

CODA

Coda – zakończenie utworu muzycznego, typowa dla dużych form muzycznych: fugi, formy sonatowej, także niektórych tańców. Choć film Sian Hader z muzyką ma wiele wspólnego, tytuł oznacza słyszące dziecko głuchych rodziców. Taka jest nastoletnia Ruby, której rodzina utrzymuje się z rybactwa i jako jedyna jest łącznikiem między rodzicami a światem zewnętrznym. I powiedzmy sobie, że z tego powodu ona sama niejako jest skazana na wieczne życie z rodziną w nadmorskim wygwizdowie. Nie brzmi to zbyt obiecująco, zwłaszcza że w szkole nie należy do zbyt lubianych osób.

W końcu dochodzi do kolizyjnego zderzenia. Ruby w ramach dodatkowych zajęć zapisuje się do… chóru szkolnego. Czy to tak na poważnie, czy trochę dla żartu? Pierwsza próba kończy się paniką i ucieczką, czego nikt się nie spodziewał. A zwłaszcza prowadzący chór Bernardo Vilalobos, jednak Ruby przychodzi do niego po zajęciach i ten dostrzega w niej spory potencjał. Problem jednak w tym, że rodzina ma problemy w pracy (kontrole statków, niskie ceny w licytacjach) i decydują się działać na własny rachunek. Bez niej nie dadzą sobie rady, co oznacza poważne spięcia.

Wydaje się, że wiemy w jakim kierunku pójdzie „CODA”, czyli słodko-gorzkiego dramatu o wyborze między dobrem rodziny a podążaniu swoją własną drogą. I poniekąd tak właśnie jest, zwłaszcza że reżyserka lubi troszkę przesłodzić, bo Ruby ma spory talent ni stąd ni zowąd (ok, zdarzają się samouki, ale tutaj nie byłem przekonany) i większość problemów rozwiązuje się dość szybko. Brakowało mi tutaj większego ciężaru, zaś zderzenie osób niesłyszących z resztą jest troszkę zbyt oczywisty. To, co jest największym plusem oraz sercem filmu jest rodzina Ruby. Relacje między nimi, spięcia (język migowy nigdy nie był taki intensywny) oraz próby radzenia sobie z rzeczywistością to najmocniejsze momenty. Nie pozbawione odrobiny humoru (pożycie łóżkowe rodziców czy wizyta u lekarza), ale też z paroma poruszającymi chwilami, bez serwowania emocjonalnego szantażu.

I to jak fantastycznie gra ta familia jest nieprawdopodobne: od bardzo wiarygodnej Emilii Jones przez wręcz nadekspresyjnego Troya Cotsura, który kradnie każdą scenę po mocną Marlee Matlin i Daniela Duranta. To wszystko działa na pełnych obrotach i angażuje. Z aktorów mówiących głosem – poza Jones – wyróżnia się Eugenio Derbez jako nauczyciel muzyki Villalobos. Dość ekscentryczny jegomość z niekonwencjonalnymi metodami pracy, budzący sporą sympatię oraz szacunek. Reszta postaci tak naprawdę jest i robi tylko za tło.

Ciężko jednoznacznie ocenić tegorocznego zwycięzcę Oscarów za najlepszy film. Z jednej strony to porządnie zrobione feel good movie, ale z drugiej jest to przewidywalne, schematyczne, trochę zrobione bez serca.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Matki równoległe

Są takie filmy, które sobie płyną, płyną, wydaje się, że nic się nie dzieje i raczej nie będzie siedział za długo po seansie. A potem jest jedna mocna scena, potem, kolejna, kolejna i kolejna. Takie miałem odczuci po nowym filmie Pedro Almodovara. Ten reżyser niczym zawodowy bokser usypia czujność, czekając aż opuścić gardę i wtedy zaczyna atakować.

„Matki równoległe” to kolejny film z kobietami na pierwszym planie, o kobietach i macierzyństwie. Matki są tutaj dwie, a dzieli je wiele: wiek, doświadczenie, profesja, pozycja społeczna. Łączy jedno – nieplanowana ciąża oraz sala szpitalna. Janis (Penelope Cruz) jest fotografką, pracującą dla kobiecego magazynu. Ana (zjawiskowa Milena Swit) jest nastolatką  dziewczyną, która mieszka z matką-aktorką. Ta druga jest w zasadzie nieobecna w życiu przyszłej matki. Obie panie się zaprzyjaźniają i nawet wymieniają telefonami. Poród odbywa się bez poważnych problemów, więc po krótkiej chwili matki z dziećmi wracają do siebie. Brzmi jak banalna obyczajowa historia? Wierzcie mi, to dopiero początek, spowodowany jedną szokującą woltą – zamianą noworodków w szpitalu.

Reżyser znowu skupia się na kobietach, które mierzą się z samotnym wychowywaniem dziecka. Losy obu pań przecinają się częściej niż są w stanie to sobie wyobrazić. Zaś gdzieś wisi nad tymi postaciami tajemnica, podskórnie budująca napięcie niczym w rasowym thrillerze. W tym ostatnim aspekcie pomaga utrzymana w stylu Bernarda Herrmanna muzyka Alberto Iglesiasa. Wszystko w barwnej estetyce reżysera, z wyrazistymi kolorami i scenografią. Panie niejako same (bo panowie są tutaj albo nieobecni, albo zepchnięci na dalszy plan) zmuszone są skonfrontować się z życiowymi problemami, ambicjami oraz odnalezieniem siebie w tym całym świecie. Wszystko pozornie stonowane, ale jak się głębiej przyjrzeć, to emocje wręcz kipią, czekając na ujście. W pewnie sensie to niejako rewers „Córki” Maggie Gyllenhall, gdzie pytania podobne pytania.

Wszystko polane w słodko-gorzkim sosie, gdzie humor i tragedia idą ze sobą ręka w rękę. Widać to nie tylko w wątkach obu pań, ale choćby w historii Teresy (Ainita Sanchez-Gijon) – matki Any, która nie była gotowa na bycie matką, chcąc się spełnić jako aktorka. Szansa ta pojawia się w momencie, gdy jej córka rodzi wnuczkę i nie jest w stanie pogodzić tych rzeczy ze sobą. W tle jeszcze pojawia się kwestia ekshumacji zbiorowej mogiły ofiar wojny domowej, w tym pradziadka Janis. Pozornie nie pasuje do reszty, ale – znowu – to tylko pozory, albowiem kwestia przełamania milczenia oraz odkrywania zakopanej przez lata prawdy. Ile jeszcze trzeba wygrzebać i usunąć kłamstw, by móc żyć jak człowiek. Te pytania padają nie wprost, a dialogi dla wielu mogą pachnieć telenowelą (celowo), zaś spokojne tempo może wywołać znużenie u mniej cierpliwych widzów.

Jednak Almodovar ma parę mocnych scen (finał czy ujawnienie tajemnicy) oraz fantastycznie prowadzi aktorki. Przede wszystkim duet Penelope Cruz/Milena Swit, bez którego ta historia straciłaby prawie wszystko. Jak bardzo zmienia się dynamika relacji pań – od nieznajomych spotkanych jednego dnia przez bycie mentorką dla młodszej partnerki (sceny gotowania) po o wiele głębszą więź. Zderzenie doświadczenia z naznaczoną twardą młodością zmieniają ich życie na poważnie. Postać Swit staje się dojrzała, odpowiedzialna i staje się kobietą, a ta przemiana fascynowała do samego końca. Z kolei Cruz łączy w sobie opanowanie z nerwowością, pewność siebie ze strachem oraz wrażliwość z szorstkością. Obie panie się cudownie uzupełniają, a wspólne sceny wręcz elektryzują.

To nie jest najlepszy Almodovar przeze mnie widziany, ale jest zbyt interesujący, by przejść obojętnie. Bardziej refleksyjny, powoli budujący atmosferę oraz świetnie zagrany. Dobitnie pokazuje jaki ciężar czasem noszą kobiety jako matki, które tylko one o nim wiedzą.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Batman

Bruce Wayne pseudo Batman – nie ma słynniejszego detektywa wśród superherosów od niego. Miał masę inkarnacji: od kiczowatego Adama Westa przez bliskiego ideału (według mnie) Michaela Keatona do przezroczystego Christiana Bale’a oraz pakera Bena Afflecka. Zawsze pada jednak pytanie: czy potrzebujemy nowego portretu Mrocznego Rycerza? W końcu podjęto decyzję i mimo perturbacji (to miała być solowa inkarnacja Afflecka, ale aktor/reżyser zrezygnował) zdecydowano się na reżysera Matta Reevesa (2/3 nowej trylogii Planety Małp) oraz Roberta „tego wampira ze Zmierzchu” Pattinsona w roli tytułowej. Co z tego wyszło?

Nasz ziom Bruce „Jam jest Zemsta” Wayne ma fiksakcję na punkcie biznesu związanego z byciem jednoosobowym wymiarem sprawiedliwości. Maluje sobie oczy jakby był emo, ma w dupie rodzinny biznes, a jedynymi jego partnerami w interesie są lojalny Alfred (Andy Serkis) oraz komisarz Gordon (Jeffrey Wright) – jedyny glina, który mu ufa. Dwa lata prowadzi ten interes, lecz jego przeciwnicy to w zasadzie drobne płotki. Poważniejsi gracze półświatka nie traktują go poważnie, ale to się zmieni. Wszystko przez tajemniczego Riddlera – nikt nie wie jak wygląda, jednak bardziej widać jego dzieło. Na początek zostaje zamordowany burmistrz Gotham w bardzo brutalny sposób. Morderca nazywający się Riddlerem pozostawił wskazówki oraz… wiadomość dla Batmana. To jednak dopiero początek morderczego polowania oraz serii trupów. Kim jest zabójca? Co go motywuje? Dokąd prowadzą wszystkie nitki? I co z tym wspólnego ma rodzina Wayne’ów?

Jeśli spodziewacie się tego, z czego obecnie filmy superhero są znane – lżejszy ton, sporo humoru, kolorowa estetyka, masa cięć montażowych – pomyliliście adresy. Reżyser idzie w stronę czarnego kryminału, czyli wszystko pod hasłem: brud, smród, korupcja. Nie jest aż tak mrocznie jak u Snydera, gdzie niemal nic nie widać, samo miasto nie wygląda jak u Nolana, zaś klimatem najbliżej jest do „Zodiaka” Davida Finchera. Batman próbuje połączyć wszystkie elementy układanki, a kolejne zbrodnie są coraz bardziej makabryczne (choć krwi oraz flaków nie pokazano), niepokojące oraz pokazujące jakim wielkim syfem jest Gotham. Polityka, władza, mafia, wymiar sprawiedliwości – ich ścieżki mocno się przecinają i nie do końca wiadomo kto dla kogo pracuje. Śledztwo toczy się powoli, śladami kolejnych trupów, wielkiej tajemnicy, bezwzględnych układów, kłamstw, matactw. Komu można zaufać, kto jest przyjacielem, wrogiem, a kto działa na własną rękę.

Muszę przyznać, że to dochodzenie Batmana i Gordona angażuje całkowicie. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, jednak Reeves cały czas podrzuca kolejne tropy, podejrzenia, zaś kolejne postacie komplikują sprawę. Czy to działająca na własną rękę Selena Kyle (pociągająca Zoe Kravitz), trzymający wszystkie sznurki Carmine Falcone (świetny John Turturro) czy zwalisty, charakterny Pingwin (zaskakujący, kradnący szoł Colin Farrell) – każdy wnosi wiele do tej historii, wyciągając na wierzch kolejne tajemnice tego miasta. Samych scen akcji jest tu niewiele, ale jak już się pojawiają, potrafią podnieść adrenalinę na wyższy poziom. O ile samo walenie po mordach jest bardzo satysfakcjonujące (pierwsza walka Batka ze stadem oprychów w metrze), o tyle pościg samochodowy za Pingwinem (jak wjechał ten Batmobil – wow, cieszyłem się jak dziecko!!!) jest pokazywany za pomocą zbliżeń, przez co trudno zorientować się w geografii. Niemniej zdjęcia Creiga Frasera (ten facet ma szczęście – „Lion. Droga do domu”, „Łotr 1”, „Diuna”) fantastycznie budują mroczny klimat, tak jak mocarna muzyka Michaela Giacchino z bardzo wyrazistym tematem przewodnim.

Ja tak gadam i gadam (starając się nie zdradzać zbyt wiele niż to, co do tej pory marketing sprzedał), ale pozostaje najważniejsze pytanie: jak poradzili sobie nasi główni liderzy? Robert Pattinson budził spore obawy, zwłaszcza wśród ludzi, co widzieli go tylko jako wampira w filmie dla nastolatków. Jakby zupełnie od tego czasu w niczym nie grał, zapadł się pod ziemię i teraz został wygrzebany. Jego Batman to bardzo wycofany introwertyk w potężnej zbroi, w której izoluje się od całego świata. Napędza go zemsta i nie jest jeszcze tak doświadczony jak jego koledzy, to potrafi być bardzo efektywny w działaniu. Jednak konfrontacja z przeszłością oraz syfem tego miasta zmusza go do zmiany postawy. Zaś Riddler w wykonaniu Paula Dano (specjalista od grania dziwaków i odmieńców), choć pojawia się rzadko, budzi strach swoją nieobliczalnością, gwałtownymi wybuchami ekspresji (filmiki umieszczane online) oraz inteligencją. To godny przeciwnik, budzący szacunek oraz pokazujący wszechstronny talent tego aktora.

„Batman” bardzo wysoko podnosi poprzeczkę kinu superbohaterskiemu w tym roku i zastanawiam się, czy będzie ktoś w stanie dorównać temu dziełu. Imponujący rozmachem, skupiony na detalach, precyzyjnie wyreżyserowany i napisany. Nie potrafię znaleźć jakiejś poważnej wady, a te trzy godziny minęły niemal niezauważalnie, co jest chyba największą rekomendacją. Absolutnie polecam z całego serca.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nie patrz w górę

Ludzkość ma przejebane – taki prosty, brutalny i przygnębiający wniosek wyciągnąłem po obejrzeniu nowego filmu Adama McKaya dla Netflixa. Już wcześniej – w „Big Short” oraz „Vice” – piętnował ludzką głupotę i chciwość, dla której ludzie przy władzy byli w stanie nie tylko doprowadzić do załamania gospodarki czy destabilizacji układu geopolitycznego. Jednak w „Nie patrz w górę” reżyser idzie o krok dalej, bo tutaj te cechy doprowadzają do zniszczenia całej planety. Jakim cudem?

Wszystko zaczęło się od obserwowania nieba przez astronautów pod wodzą dra Randalla Mindy’ego (Leonardo DiCaprio w najbardziej przyziemnym wydaniu od dawna). Jedna z jego podopiecznych, doktorantka Kate Dibiasky (Jennifer Lawrence) zauważa kometę z krańca Układu Słonecznego. Po dokładnych obliczeniach wynika, że kometa (średnica około 10 km) trafi na kolizyjny kurs z Ziemią za nieco ponad pół roku. Informacje idą do NASA, co okazuje się początkiem poważnej przeprawy. Czy trzeba ratować Ziemię? Prezydent USA Jenny Orlean (Meryl Streep) w dzień otrzymania informacji woli jednak świętować urodziny, co pokazuje jak poważnie traktuje tą sprawę. Dopiero następnego dnia przyjmuje parę naukowców, ale nawet wtedy nie zamierza podejmować działań. Pewne okoliczności zmuszają astronomów do prób dotarcia przez media, co kończy się katastrofą. Bo #nikogo to nie obchodzi.

Reżyser tym razem nie idzie ze swoim satyrycznym ostrzem po prawdziwych ludziach czy systemie, który doprowadza do zapaści. W zamian za to przygląda się współczesnemu światu i wystawia bardzo ostrą ocenę ludzkości. Zapatrzonej w social media, traktujący bardziej poważnie opinie celebrytów o IQ na poziomie orzeszka niż naukowcom, mający innych głęboko w dupie. Gdzie wszystkie działania polityków są robione tylko na pokaz, bo wejdzie wielce dziany koleś (Mark Rylance), który zobaczy szansę na zarobienie kasy za pomocą komety. Jak? Bo są cenne surowce do budowy komputerów oraz smartfonów. Więc całą planowaną misję z rozwaleniem komety atomówkami (zamiast Bruce’a Willisa jest Ron Perlman na pełnym wkurwie) **** strzelił.

To jest jednak dopiero początek cyrku oraz wielkiego pierdolnika, na który para naszych bohaterów kompletnie nie ma wpływu. Olewanie wiadomości, tworzenie memów, fake newsów, krótkowzroczność władzy, chciwość biznesmenów, celebryctwo, odsuwanie naukowców i tworzenie projektów bez weryfikacji. Nie ważne czy mówimy o wizycie w telewizyjnym programie informacyjnym (nasza parka w różnych odstępach czasu wręcz wrzeszczy, by dostać się z przekazem) czy uczynieniu z dr Mindy’ego celebryty, wreszcie nałożeniu przez władzę knebla. Zaś finał może być tylko jeden – koniec świata, bez jakiejkolwiek nadziei i szansy, co podkreśla bardzo ironiczny finał.

I tu mam pewien problem z „Nie patrz w górę”, a może to ja mam coś ze światem. Bo przez cały czas oglądania, mimo humorystycznych momentów czy przerysowania, ja byłem… przerażony, wkurwiony, a nawet niedowierzałem. Śmiech często stawał mi w gardle, rzadko pozwalając sobie z niego wyjść. Skala idiotyzmów oraz ogłupienia to coś, co widzę na co dzień i być może dlatego było to dla mnie obojętne. A może ten pesymizm był dla mnie za ciężki? A może postacie (poza główną parą) to nie są ludzie z krwi i kości, tylko stworzone awatary, karykatury? Fantastycznie zagrane (m.in. przez zaskakującą Meryl Streep czy absolutnie rewelacyjnego Marka Rylance’a), jednak tu liczy się para głównych bohaterów. DiCaprio zaskakuje normalnością jako szary (w sensie nie większy niż życie heros) człowiek, ze swoimi nerwicami, zestawami leków oraz potrzebą doceniania. Jego bohater przez moment zostaje celebrytą, ale jednocześnie jest manipulowany, a jego głos ignorowany. Z kolei postać Lawrence jest zbudowana na kontraście – pełna wściekłości, impulsywna, działająca instynktownie, co doprowadza do chaosu oraz lekceważenia jej.

I ta para oraz reakcje na cały ten popierdolony świat to najmocniejsze punkty tej satyry. Zbyt przerysowanej, groteskowej, przejaskrawionej, a jednocześnie tak… prawdziwej. Po obejrzeniu tego filmu jeszcze bardziej traci się wiarę w ludzi (jak mawiał dr House: „Ludzkość jest przereklamowana”), choć z drugiej strony chce się wierzyć, że taki scenariusz nigdy się nie wydarzy. Bardzo gorzka pigułka.

7/10

Radosław Ostrowski

Drive My Car

Są takie filmy, które wydają się nużące i pozornie nie dzieje się nic (pod względem akcji), jednak powoli wsysa niczym odkurzacz. Bo zaczynają interesować postacie oraz relacje między nimi – niełatwe, nieuchwytne, niewypowiedziane wprost. Na tym właśnie skupia się nowy film japońskiego reżysera Ryusuke Hamaguchi.

„Drive My Car” oparty jest na opowiadaniu Haruki Murakamiego, skupionym na aktorze i reżyserze teatralnym, Yusuke Kafuku. Żyje w długim związku z Oto – scenarzystką, pracującą dla telewizji. Ona, niczym Szeherezada opowiada swoje opowieści, mogące być podstawą fabuł po stosunku. On je zapamiętuje, a ona zapisuje je. Po jednym ze spektakli kobieta przedstawia go młodemu aktorowi, Koji Takatsuki. Pozornie niby nic, zwłaszcza że Kafuku ma lecieć na festiwal teatralny do Władywostoku. Lot jednak zostaje przełożony, mężczyzna wraca do domu i zastaje swoją żonę w niedwuznacznej sytuacji z innym facetem. Ale nie zostaje zauważony i wyrusza do hotelu przy lotnisku. Tydzień później wraca do domu, gdzie żona chce z nim o czymś ważnym porozmawiać, gdy mężczyzna wróci do pracy. Do rozmowy nie dochodzi, albowiem kobieta zostaje znaleziona martwa w domu (wylew). To doprowadza do załamania oraz wycofania się z zawodu.

To, co opisałem to zaledwie początek – ledwie 40 minut z trzygodzinnego dzieła. Wtedy dopiero pojawia się czołówka, mijają dwa lata, a Yusuke dostaje propozycję wystawienia „Wujaszka Wanii” Czechowa na festiwalu w Hiroszimie. Jednocześnie – ponieważ takie są przepisy – zostaje mu przydzielony kierowca, młoda dziewczyna Misaki Watari. Wreszcie zaczynają się przygotowania oraz próby, gdzie wśród starających się o angaż jest… Takatsuki.

Reżyser nie spieszy się z niczym, pozwalając bliżej poznać Kafuku (fantastyczny Hidetoshi Nishijima) oraz tłumiony przez niego ból, przygnębienie, rozpacz. Bo jak żyć po takiej tragedii? Czy jest szansa na uwolnienie się z tego cierpienia? Czy jesteśmy w stanie w pełni poznać drugą osobę – nawet tą najbliższą? To brzmi jak coś w stylu „Manchester by the Sea”, jednak Hamaguchi jest bardziej kontemplacyjny, ze sporą ilością długich ujęć (głównie podczas jazdy czerwonym Saabem), z bardzo rzadko obecną muzyką. A jednak nie mogłem oderwać oczu od Yusuke oraz zadziwiającej relacji z kierowcą Watari (wyciszona Toko Miura) – ona nie narzuca się, wydaje tak samo introwertyczna. Z czasem jednak zaczynają się zwierzać, co doprowadza do prostej obserwacji: każdy ma pewien ciężar, z którym się mierzy, dręczy, prześladuje. I w tych drobnych momentach, rozmowach, budując więzi z innymi sprawiają, że świat jest znośniejszy.

Nawet ten wpleciony „Wujaszek Wania” nie jest tutaj przypadkowy, ale w żaden sposób nie jest jego obecność ani mechaniczna, ani wymuszona. Komponuje się z resztą filmu oraz jego tematyką, pomagając też pokazać zmieniającą się dynamikę postaci – także aktorów grających w spektaklu. Z różnych części świata, posługujących się różnymi językami (także migowym) i każdy jest świetny.

Sama historia może wielu znudzić swoim ospałym tempem oraz bardzo miejscami wycofanym aktorstwem, ALE ma w sobie pewien nieopisany klimat i atmosferę, którą próbuje tu opisać, wyrazić słowami. Jednak mój zasób jest zbyt mały do tego zadania, więc powiem tylko jedno: sprawdźcie, bo jest szansa – niewielka, lecz zawsze – że będzie z wami rezonował. Nawet bardziej niż ze mną.

7,5/10

Radosław Ostrowski

King Richard: Zwycięska rodzina

Biografie sportowe – czyli od treningu i uporu aż do spektakularnego sukcesu. Zawodnicy walczą do upadłego, poszukiwanie trenerów, sponsorów oraz walka do samego końca na korcie. Wzloty i upadki, momenty załamania, kryzysy. To jest duże pole do popisu dla twórców, zwłaszcza jeśli opowiemy o najsłynniejszych zawodnikach i zawodniczkach. Jak na przykład Venus i Serena Williams, które od maleńkości były trenowane przez swojego ojca – Richarda.

„King Richard” skupia się na tej postaci nawet bardziej na ojcu sióstr Williams niż na nich samych. Wszystko zaczyna się na początku lat 90., gdzie dziewczyny są w wieku nastoletnim, jeszcze nie grają w żadnej lidze i trenują w podniszczonych kortach Compton. A są to czasy, gdy w dzielnicy przestępczość była więcej niż wysoka, po okolicy krążyły dragi oraz gangi. Jednak Richard przygotowuje swoje dziewczyny do tenisa. Co może nie dziwi, ale wtedy był to elitarny, snobistyczny sport dla białych, bogatych ludzi. Więc wiecie, to było wtedy wielkie wyzwanie, lecz Richard miał plan. Dosłownie – jeszcze przed narodzinami córek, rozpisał sobie na niecałe 80 stron plan rozwoju ich karier.

Muszę przyznać, że sam film wywołuje we mnie bardzo mieszane odczucia. Bo sama historia sióstr Williams jest bardzo fascynująca i może być inspiracją dla innych, równie ambitnych dziewczyn walczących o swój sukces. Ale no właśnie: swój sukces czy ojca? Człowieka przekonanego o tym, że wszystko wie najlepiej, apodyktycznego, nakręcanego przez swoje demony oraz obsesje. Wygadanego megalomana, którego pewność siebie podnosi jego ego, wtrącającego się innym w pracę oraz decydującego za innych. Pierwsza połowa potrafi wyciągnąć na wierzch te wszystkie obsesje, co doprowadza nawet do pojawienia się policji i pomocy społecznej. Te momenty były dla mnie najciekawsze.

Ale w drugiej połowie te mroczniejsze obsesje są zepchnięte na dalszy plan, chociaż potrafią czasem wyleźć. Jak choćby kontrowersyjna decyzja o wycofaniu Venus z zawodów juniorskich (bez zgody dziewczyny, jak i jej trenera) czy moment zostawienia dziewcząt przez sklepem, by nauczyć ich skromności oraz pokory. Takie momenty pokazują jakie niebezpieczeństwo może mieć zbyt wielkie poczucie własnej wartości. Przebijają się, ale o wiele rzadziej. Za to muszę pochwalić bardzo dobrze zrealizowane sceny na korcie oraz treningów – świetnie zmontowanych, ze skupioną na detalach kamerą. I wszystko urywa się w momencie, gdy Venus pierwszy raz startuje (jako 14-latka) w turnieju dla profesjonalistek oraz odpada po dramatycznym pojedynku z najlepszą rakietą świata. Zostawiając niejako najciekawsze i najbardziej interesujące momenty przed nami. Jednak fakt, że siostry Williams są producentkami wykonawczymi tego filmu miał wpływ na taki, a nie inny kształt filmu.

„King Richard” wyróżnia się od innych biografii sportowych skupieniem się na relacji rodzinnej, gdzie wszystko od początku było pod dyktando jednego człowieka. Człowieka z trudnym charakterem oraz niemal despotyczną ręką, tutaj wybielonego. Niemniej jest to bardzo solidne kino z bardzo wyrazistą kreacją Willa Smitha, który zdominował ekran.

7/10

Radosław Ostrowski