Tragedia Makbeta

Ile już było przenoszonych na ekran dzieł Will.I.Ama Szekspira, tego nawet nie są w stanie wiedzieć najwięksi fani brytyjskiego dramaturga. Co jakiś czas wraca się do jego największych hitów („Hamlet”, „Romeo i Julia”, „Makbet”), ale też troszkę mniej znanych szlagierów. Tym razem za pewnego szkockiego władcę na M postanowił się wziąć sam Joel Coen. Sam, albowiem jego brat Ethan bardziej skupił się na pracy w teatrze. Jednorazowa przerwa czy coś poważniejszego? Czas pokaże.

Historię znamy bardzo dobrze – Makbet to jeden z możnych oraz kuzyn króla. Wraca z wojny ze zdrajcą króla, po drodze trafia na wiedźmy i przepowiadają, że otrzyma tereny zdrajcy oraz… zostanie królem. Reszty domyślacie się: władza, trupy, krew, szaleństwo, metaforyczne oraz poetyckie teksty. Czy coś można dodać nowego do tej powszechnie znanej opowieści? O dziwo – tak.

I nie chodzi tylko o czarno-białe zdjęcia w formacie 4:3 czy bardzo oszczędną, wręcz surową scenografię. Bo wizualnie czuć tutaj inspirację kinem z lat 20. i 30., gdzie sporą przestrzeń zajmują aktorzy, zaś wiele miejsc jest spowitych mgłą. Najistotniejsze jest jednak to, że do ról państwa Makbeth zostali obsadzeni aktorzy w bardziej dojrzałym (60+) wieku, czyli Denzel Washington oraz Frances McDormand. To już nie są ludzie w sile wieku, mogący jeszcze coś ugrać, zawalczyć i zdobyć. Czemu decydują się na kroki i zawierzają podszeptom tajemniczej wiedźmy? Może to jest ostatnia szansa na osiągnięcie czegokolwiek? Daje to nowe pole do interpretacji i wygląda to zachwycająco. ALE

Bo zawsze musi być jakieś ale. Dla mnie problemem była kompletna obojętność wobec tego, co się dzieje na ekranie. Zdarzały się przebłyski interesujących momentów (finałowe szaleństwo lady Makbet, gdzie w nocy idzie do fontanny, zabójstwo Banka czy każda obecność wiedźm), jednak przez większość czasu czułem się jakbym patrzył przez szybę. Nie dlatego, że jest to źle zagrane, bo tak nie jest. Duet Washington/McDormand potrafi bardzo przekonująco pokazać skrywany strach, dumę oraz szaleństwo. Dla mnie absolutnie magnetyzująca jest Kathryn Hunter jako wiedźma. Niby jest jedna, a tak naprawdę są trzy i to, co robi głosem oraz ciałem jest nieprawdopodobne. Płynnie przechodzi z jednego tonu w drugi, początkowo sprawiając wrażenie obcowania z wariatką. To wszystko jednak okazuje się tylko pozorami.

Dziwny to film, który wydaje się być prawdziwym samograjem. Coen zaryzykował i próbował usprawnić znajomą historię. Ale nawet to nie jest w stanie wyrwać mnie z pewnego znużenia. Czy to z powodu sporej obecności „Makbeta”, czy przerostu formy nad treścią, trudno powiedzieć.

6/10

Radosław Ostrowski

Reacher – seria 1

Jack Reacher – emerytowany major armii USA, gdzie dowodził specjalnym oddziałem śledczym Żandarmerii Wojskowej. Teraz sam się przemieszcza po całym kraju od miasteczka do miasteczka. Gdzie się pojawia, sytuacja robi się bardzo nerwowa, trup się ścielę gęsto, a na jaw wychodzi korupcja, układ oraz zbrodniczy proceder. W sumie tak można opisać każdą powieść cyklu Lee Childa, który zawiera ponad 20 tytułów. Na ich podstawie zrealizowano dwa filmy z Tomem Cruisem, a teraz do akcji wkroczył Nick Santora, by zrealizować serial o tej postaci. Oglądalność była tak wysoka, że kilka dni po premierze zamówiono kontynuację.

Wszystko zaczęło się od tego, że Jack Reacher przyjechał autobusem do miasteczka Margrave w stanie Georgia. Chciał bliżej poznać pewnego muzyka bluesowego, ale najpierw wpadł do jadłodajni, by zjeść placek. Problem w tym, że nawet nie dadzą człowiekowi zjeść, tylko od razu przybywaj gliniarze,  nasz turysta zostaje aresztowany… za morderstwo. To jednak nie jest jedyna niespodzianka, bo najpierw pewien bankier przyznaje się do winy, potem facet z Reacherem trafiają do pierdla, co kończy się spuszczeniem łomot, zaś denat okazuje się być… bratem Reachera. O co tu do cholery chodzi? Reacher zaczyna prowadzić własne dochodzenie.

Wszystko brzmi jak znajoma historia spod znaku sensacyjno-kryminalnych produkcji z lat 90. czy początku XXI wieku. Intryga u szczytów władzy w miasteczku, skorumpowani policjanci, brutalne morderstwa, małomówny przybysz znikąd, detektyw z wielkiego miasta – ile to już razy widzieliśmy, słyszeliśmy, czytaliśmy? Twórcy serialu są pełni w pełni świadomi i kompletnie się tego nie wstydzą. Jednak na tyle komplikują elementy układanki, by zaangażować oraz trzymać w napięciu, choć podejrzanych na pierwszy rzut oka rozpoznajemy. Pojawia się parę zaskoczeń, wynikających z ograniczonego zaufania, szukania tropów poza miasteczkiem Twórcy nie zapominają o rozładowaniu napięcia humorem (głównie dzięki dynamice relacji Reacher-Finlay), by wskoczyć bardzo krwawymi scenami akcji. Te są zrobione świetnie, w niemal surowym stylu, bez szybkich cięć, z pompującą adrenaliną jak choćby bójka w więzieniu czy finałowa konfrontacja. Troszkę się czułem jakbym oglądał… „Boscha” tylko w konwencji współczesnego westernu.

W zasadzie jedynym poważnym problemem są dla mnie retrospekcje z czasów młodości Jacka. Z jednej strony pokazują jego charakter oraz relację z bratem, ale z drugiej parę razy wydają się zbędne i niepotrzebne. Znaczy nie wszystkie, jednak trochę sprawiają wrażenie zapchajdziury. Sama realizacja może nie robi szału, ale czy każdy serial musi być przełomowy, zmieniający reguły gry w gatunku oraz wielkimi ambicjami? „Reacher” tego nie ma i nie potrzebuje, bo jego celem jest dostarczenie rozrywki, co wykonuje bezbłędnie.

Plus ma świetnie dobranych aktorzy i interakcje między nimi, co jest istotnym kluczem. Odkryciem dla mnie jest Alan Ritchson w roli tytułowej, czyli mieszanka umysłu Sherlocka Holmesa z posturą godną Arniego o bardzo niepoprawnym politycznie nazwisku czasów świetności. Wybuchowa hybryda tworząca gościa, co samym spojrzenie potrafi zmienić nastawienie każdego delikwenta. Jeśli to nie zadziała, pięści idą w ruch, a kości pękają szybciej niż więźniowe polityczni. Poza nim jest jeszcze dwójka partnerów: Malcolm Goodwin (opanowany i szorstki detektyw Finlay) oraz Willa Fitzgerald (idealistyczna policjantka Roscoe). Interakcje między tą trójką jest emocjonalną kartą, jaką mają twórcy do zaoferowania i nie boją się z niej korzystać. Reszta obsady też wypada więcej niż dobrze (z tego grona najbardziej wybija się Bruce McGill jako burmistrz Teale oraz Maria Sten w roli dawnej towarzyszki z armii – sierżant Neagley), więc pod tym względem nie ma się czego przyczepić.

„Reacher” tak jak „Bosch” czy parę lat wcześniej „Justified” to przykład bezpretensjonalnego serialu z lat 90., tylko o wiele lepiej wykonanego. Prosty (nie prostacki), szczery, z fajnymi postaciami oraz pewnie prowadzoną historią. Nie wiem jak wy, ale nie mogę doczekać się kolejnego przystanku na drodze Jacka Reachera.

8/10

Radosław Ostrowski

Spragnieni miłości

Są takie filmy, które potrafią zaskoczyć. Gdy wydaje się, że zna się reguły niemal każdego gatunku, trudno wymyślić cokolwiek nieoczywistego, zaskakującego, idącego pod prąd. Taki jest przypadek „Spragnionych miłości” Wong Kar-Waia. Film z 2000 znowu trafił do kin po cyfrowej rekonstrukcji. Dlaczego to nietypowy film? Już mówię.

Jest rok 1962 i jesteśmy w Hongkongu, gdzie wprowadzają się – do dwóch różnych pokoi – dwie pary z Singapuru, gdzie sytuacja jest bardzo napięta. Jak wielu uchodźców ucieka w poszukiwaniu lepszego jutra oraz kąta do zamieszkania. Nieważne jak dużego i za ile. Jak wspomniałem, pojawiają się dwie pary, mieszkając obok siebie: redaktor gazety (pan Chow) razem z żoną oraz sekretarka (pani Chan) z mężem. Małżonkowie naszych bohaterów ciągle gdzieś – służbowo lub nie – wyjeżdżają za granicę i oboje czują się samotni. To właśnie powoduje, że zaczynają (jak zawsze przypadkiem) spędzać ze sobą czas wieczorami. Sytuacja zaczyna się rozwijać, gdy oboje odkrywają, że ich małżonkowie mają romans ze sobą.

Dlaczego jest to historia nietypowa? Na pierwszy rzut oka nie brzmi jak coś, czego nie słyszeliśmy lub nie znaliśmy. Ale Wong Kar-Wai idzie zupełnie inną drogą, albowiem sama narracja skupia się na budowaniu atmosfery, nastroju. Dlatego czasem sceny nagle się urywają, następuje cięcie, przeskok – jakby wszystko było poza czasem. Przestrzeń (pokazywana przez kamerę) wydaje się ciasna, niemal duszna. I to paradoksalnie pozwala zbudować więź naszym bohaterom. Łączy ich ból, poczucie niespełnienia oraz te bardzo rzadkie spojrzenia. Towarzyszy im wtedy slow-motion oraz bardzo melancholijna muzyka w tle. Płynie to wszystko, a słowa – pozornie banalne i proste – skrywają coś jeszcze. Co jest niewypowiedziane, czego żadna ze stron nie chce (nie może?) ubrać w słowa. Czy chodzi o przekroczenie granicy, od której nie ma już odwrotu? A może chodzi o to, że oni nie chcą być tacy wiarołomni jak ich partnerzy?

Wszystko to jest absolutnie zachwycające wizualnie. Zarówno zdjęcia, jak i scenografia oraz kostiumy z jednej strony odtwarzają realia epoki. Z drugiej zaś ta wizualna otoczka działa na zmysły swoimi kolorami, zwłaszcza mocno obecną na początku żółcią (co wywołuje we mnie skojarzenia ze starymi zdjęciami). Ta repetycja niektórych scen (pani Chan chodząca po kluski czy wspólna jazda taksówką) pokazuje rutynę naszej pary-nie pary (elektryzujący duet Tony Leung/Maggie Chung) oraz powolne docieranie się. Ale jeśli spodziewacie się deklaracji zawierających dwa często nadużywane słowa, będziecie rozczarowani.

„Spragnieni miłości” niby są melodramatem, jednak bez wchodzenia w znajome klisze gatunku. Wszystko zawieszone w powietrzu, niby tu i teraz, ale jednocześnie poza czasem i przestrzenią. Wiele obrazów zostanie w głowie na długo, zwłaszcza nieoczywisty finał. Jeśli macie okazję zobaczyć w kinie, idźcie bez wahania. Albo poczekajcie aż ta odrestaurowana wersja trafi na nośniki lub VOD.

8/10

Radosław Ostrowski

Kierunek: Noc – seria 2

Jak pamiętamy w finale, nasza grupka pasażerów trafia do wojskowego bunkra oddziałów NATO na Bałkanach pod wodzą pułkownika Łoma. Wojskowi szukają sposobu na przetrwanie w sytuacji, gdy Słońce niszczy wszystko, co jest na powierzchni. Jednak ocaleni nie do końca są w stanie zintegrować się z militarystami, co początkowo doprowadza do drobnych spięć. Sytuacja zaczyna się zaogniać, kiedy ukraińska matka ze schorowanym synem zostają zamknięci w jednym z pomieszczeń bunkra. Pomieszczeniu, gdzie są generatory i… nie ma kluczy, by go otworzyć. To jednak niejedyna komplikacja, bo zmniejsza się ilość jedzenia, zaś samolot zostaje… wysadzony. Kto tutaj miesza?

kierunek noc2-1

Jak możecie się domyślić, drugi sezon „Kierunek: Noc” kontynuuje historię z poprzedniej serii. Tak jak wcześnie, każdy odcinek pokazuje losy jednej z postaci przed katastrofą. Jednak bardziej współczesna opowieść idzie w znajomym kierunku. Czyli kolejne komplikacje, budowanie napięcia oraz nasilające się konflikty. Cel jest tylko jeden – utrzymywać uwagę, choć pojawia się wiele głupot i nie do końca racjonalnych decyzji. Jasne, tak już było poprzednio, jednak twórcy postanowili zintensyfikować to wszystko, by pokazać do czego może doprowadzić wola przetrwania. Wyciągana jest kwestia śmierci jednej z postaci, dochodzi do rozdzielenia grupy (część leci samolotem do Norwegii po nasiona), przylatuje… helikopter z Rosjanami (jak?), zaś pod koniec nawet pojawia się… łódź podwodna. Turecka łódź podwodna. Skąd? Jak? Po co?

kierunek noc2-2

Wszyscy tutaj mają swój moment, przez który zacząłem wątpić w ich zmysł poznawczy. Nagle potrafią wybuchnąć, są naiwni i pozostawiają przedmioty, co może doprowadzić do katastrofy. W tle gra pulsująca, elektroniczna muzyka, mieszają się języki ze sobą, zaś wszystko gwałtownie urywa się w jednym, wielkim znaku zapytania. Niby mamy tylko sześć półgodzinnych odcinków, ale nie mogę pozbyć się wrażenia braku pomysłu na tą opowieść. Jest parę momentów suspensu (ucieczka z bunkru czy spotkanie z psychiczną Gią w archiwum nasion), jednak to za mało, by zaangażować się.

kierunek noc2-3

Drugi sezon to zdecydowanie duży skok do tyłu, gdzie brakuje tutaj tej intensywności i napięcia. zamknięty bunkier to nie to samo, co latający samolot, uciekający przed świtem. Postacie nie mają ani głębi, ani niczego do powiedzenia, historia rozsypuje się oraz przeskakuje (tempo na tym traci). Niby jest furtka na kolejną serię, ale ja wysiadam z tego lotu.

6/10

Radosław Ostrowski

Belfast

Co jest takiego w filmach coming-of-age opartych na osobistych doświadczeniach reżysera, że potrafią poruszyć? Pozornie odpowiedź wydaje się prosta: bo są szczere. Albo przynajmniej takie nam się wydają, choć może to być pułapka. Czemu? Bo wspomnienia zacierają się, są podkoloryzowane i polane nostalgicznym sosem, przez co czasem ciężar emocjonalny wydaje się nie mieć siły. Czasami jednak udaje się zainteresować, zaciekawić i złapać. Takie miałem odczucia podczas seansu nowego filmu Kennetha Branagha „Belfast”.

Historia oparta jest na przeżyciach filmowca z czasów, gdy mieszkał w tytułowym mieście. Jest lato 1969 roku i jesteśmy w protestanckiej dzielnicy miasta. Tutaj mieszka Buddy – 9-letni chłopiec, razem z mamą, dziadkami oraz starszym bratem. Ojciec pracuje w Anglii, więc w domu pojawia się bardzo rzadko. Sytuacja jednak na ulicy, gdzie paru protestanckich narwańców chce wykurzyć katolików z miasta. By tego dokonać szef grupy chce zmusić pobratymców do współpracy – jako walczący albo wykonujący drobne robótki typu przynieś to, daj kasę itp., a jeśli ktoś tego chce, zemsta go spotka sroga. Sytuacja jest dość niewesoła, co może zmusić całą rodzinę do opuszczenia Belfasta.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że wszystko widzimy z perspektywy Buddy’ego (debiutant Jude Hill). I jak każdy chłopiec lubi się bawić, ma swoje marzenia, nawet zakochuje się w koleżance. Ale też pakuje się w tarapaty, dzięki sąsiadce, dołączając do „gangu”. Obserwuje (a nawet podsłuchuje) jak rozmawiają rodzice, co pokazuje bardzo trudną sytuację rodziny. Spłacanie długu, praca poza krajem oraz panująca wewnętrzna wojna. Pojawia się policja, nawet wojsko, zbudowany zostaje mur po obu stronach ulicy, a nocą teren jest patrolowany. Telewizja oraz radio mówią, że jest coraz gorzej, są ofiary, a ludzie uciekają. Co wtedy zrobić – zostać, wytrzymać i liczyć, że obecna sytuacja jest tymczasowa, czy rzucić to wszystko i uciekać, licząc na szczęście w nowym kraju?

Reżyser przekonująco ogrywa paradoksy życia, mieszając chwile radości (wspólne wizyty w kinie, Święta) ze smutkiem (dziadek w szpitalu i jego śmierć), sceny humorystyczne (próba kradzieży na sklepie z offu czy rozmowy dziadka z babcią) z dramatycznymi (zamieszki, zakończone napadem na sklep oraz finałową konfrontacją w iście westernowym stylu – nie bez powodu w tle gra piosenka z „W samo południe”). Całość nakręcona jest na czarno-białej taśmie, a wyjątkiem od tej zasady są sceny pokazujące współczesny Belfast oraz podczas wizyt w kinie – pokazywane filmy są w kolorze, zaś cała reszta pozostaje czarno-biała. Zaś melancholijny klimat potęguje muzyka (a dokładnie piosenki) Van Morrisona. Nawet nie przeszkadzała mi ta forma scenariusza, będąca zbiorem epizodów na przestrzeni miesięcy.

To by nie zadziałało, gdyby nie naprawdę fenomenalne aktorstwo. Na mnie największe wrażenie zrobiła Caitriona Balfe, czyli matka. Jest niejako osamotniona w wychowaniu dzieci (nie zawsze daje sobie radę), zaś wizja opuszczenia domu budzi w niej strach. No bo jak zostawić miejsce, gdzie znasz wszystkich, każdy skrawek i czujesz się bezpiecznie, swojo? Ten konflikt wewnętrzny prowadzony jest znakomicie i to ona ostatecznie podejmuje decyzję. Świetny jest Jamie Dorman w roli ojca, pozytywnie nastawiony do życia, ale jednocześnie twardo stąpający na ziemi. Tak jak matka nie pokazuje swoich lęków przed dziećmi, a w ich relację wierzy się całkowicie. Tak samo złego słowa nie potrafię powiedzieć o dziadkach, zwłaszcza że grają ich Ciaran Hinds oraz Judi Dench. Ich obecność dodaje odrobiny lekkości oraz humoru, pokazując też bardzo silną więź, mimo długiego stażu. Ale nie można nie wspomnieć o debiutancie, czyli Judzie Hillu. Jak to jest możliwe, że w krajach anglosaskich mają takich uzdolnionych młodych ludzi, którzy nie brzmią sztucznie, nie drażnią uszu i są tacy naturalni? A może to reżyserzy lepiej potrafią z nimi pracować i takie są efekty? W każdym razie nie można oderwać oczu od tego uroczego chłopca.

Branagh dedykuje ten film „tym, co zostali, tym, co wyjechali i tym, co zaginęli”. A sam „Belfast” jest taką mieszanką dramatu i komedii, która potrafi poruszyć, wzruszyć, ale też sprawić, że się uśmiechniemy. Takie połączenia potrafią tworzyć tylko najwięksi alchemicy i do nich na pewno należy Kenneth Branagh.

8/10

Radosław Ostrowski

After Life – seria 3

Troszkę minęło czasu odkąd widzieliśmy po raz ostatni Tony’ego. Ból jednak i żal po stracie żony nie zostaje, a śmierć ojca jeszcze bardziej na niego działa. Wydaje się, że poznana w domu opieki pielęgniarka może być nową partnerką naszego dziennikarza. Pozory jednak mylą, bo pewnych osób zastąpić się nie da. Niby wydaje się on pogodzony ze stratą, ale pozostaje jedno pytanie: co dalej? Jak znaleźć sens życia?

Trzeci (i ostatni) sezon serialu Ricky’ego Gervaisa nadal utrzymuje ton poprzednich części. Czyli jest bardziej refleksyjny, choć nie pozbawiony czasami ostrego humoru. Czy dostajemy tą samą konstrukcję odcinka, czyli skupiamy się na Tony i jego zachowaniu w ciągu jednej doby? Nie do końca, bo te rutynowe elementy (wizyta dziennikarska, odwiedzenie grobu oraz ławki, wizyta w redakcji) potrafią zmienić kolejność, a nawet w ogóle się nie pojawić. Były też momenty, gdy twórca pozwala także poznać osoby z otoczenia naszego bohatera. Wierzącą w horoskopy Kate, przyjaciela Lenny’ego i próbującego się spełnić artystycznie syna czy nową stażystkę Coleen, zmuszoną wskutek okoliczności do pracy w gazecie. Wiele jest tu ciepła, melancholii oraz galerii dość ekscentrycznych postaci jak listonosz o imieniu Pat czy opowiadający „żarty” nieporadny Brian. Ale żaden z nich nie jest pokazany w karykaturalny, groteskowy sposób.

Choć nie wraca wiele postaci (seksworkerka Roxy, stażystka Sandy) i humoru jest mniej (choć jest parę perełek jak rywalizacja Tony’ego z Mattem w ping-pongu, tenisie oraz squashu czy randki Kate), jednak nie czułem się rozczarowany. Gervais potrafi zachować balans między humorem a dramatem, ze sporadycznym rzucaniem mięsem (słowo pizda tutaj dominuje). Sceny sfilmowane z żoną nadal wzruszają, a prawdziwą bombę serwuje ostatni odcinek. Te półgodziny wydają się idealnym podsumowaniem drogi Tony’ego (od wizyty w hospicjum przez festyn, gdzie przewija się masa postaci aż po ostatnią scenę) – ten odcinek mocno podniósł ten sezon w moich oczach.

Jak można podsumować ten serial? „After Life” to nie jest chamski Gervais znany choćby z przemówień podczas prowadzenia Złotych Globów. Słodko-gorzki, melancholijny ton oraz powtarzalny szablon odcinków może wywołać konsternację, lecz pokazuje twórcę jako osobę uważnie obserwującą ludzi, ich problemy, lęki i demony. Żadnego wydumania, pretensjonalności, chociaż wnioski wyciągane mogą wydawać się banalne oraz oczywiste. Czy to przeszkadza przy oglądaniu? Nie.

To jaki bardziej „jesienny” tytuł, pozwalający się na chwilę zatrzymać i zadać egzystencjalne pytania o sens życia, zaświaty i życie w żałobie.

8/10

Radosław Ostrowski

Psie pazury

Wydawałoby się, że czasy popularności western ma już za sobą. A jednak w XXI wieku pojawialiśmy się na Dzikim Zachodzie co najmniej kilkanaście razy. Czy to w formie psychologicznego dramatu („Zabójstwo Jesse’ego Jamesa…”), skrętu ku akcji („3:10 do Yumy”) albo mieszając go z horrorem („Bone Tomahawk”). W jakim kierunku idzie najnowszy film Jane Campion, zrealizowany po 12 latach przerwy?

psie pazury4

Oparte na powieści Thomasa Savage’a film toczy się na farmie w stanie Montana roku pańskiego 1925. Jest ona prowadzona przez dwóch braci Burbank – Phil i George’a. Obaj są wykształceni i inteligentni, gdzie ten pierwszy przypomina ranczera w starym stylu (szorstki, surowy, niemyjący się), zaś drugi jest spokojniejszy, bardziej elegancki. Życie tej dwójki zostaje wywrócone do góry nogami, kiedy pojawia się ta trzecia. Rose jest właścicielką knajpy i mieszka razem z lekko zniewieściałym synem, Peterem. W tajemnicy przed bratem George bierze z nią ślub, co wywołuje wściekłość. Oboje trafiają do farmy i zaczynają pojawiać się poważne zgrzyty.

psie pazury1

Sama historia rozbita jest na sześć rozdziałów, gdzie wszystko jest skupione na scenach pozornie niepowiązanych ze sobą sytuacji. Mamy czworo bohaterów, w których każdy jest w mniejszym lub większym stopniu outsiderem. Reżyserka jednak nie daje odpowiedzi na wiele istotnych pytań, co dla wielu widzów będzie bardzo frustrującym doświadczeniem (w czym nie pomagają przeskoki czasowe każdego z rozdziałów). To świadczy o tym, że „Psie pazury” wymagają skupienia oraz zwrócenia uwagi na detale, bo wiele scen dotyka pewnych kwestii, by potem do nich nie wrócić. Zupełnie jakby nie powtarzać tego, co już wiemy.

psie pazury3

Poczucie pułapki i izolacji potęgują absolutnie pięknie sfotografowane plenery. Przyroda jak w wielu klasycznych opowieściach jest jednocześnie imponująca oraz surowa, bezwzględna. Jeszcze ta muzyka Jonny’ego Greenwooda, co tak świdruje uszy i zwiastuje, że coś wisi w powietrzu. Jak to się wszystko skończy? Finał mnie zaskoczył, choć nie od razu połączyłem ze sobą wszystkie kropki. Dlatego tak mnie uderzyło.

psie pazury2

I jak to jest zagrane, w półtonach, czasami drobnych gestach oraz spojrzeniach tak krótkich, że można pewne rzeczy przeoczyć. Największe wrażenie robi Benedict Cumberbatch i nie chodzi mi tylko tutaj o akcent (bo brzmi on cholernie dobrze, zważywszy na pochodzenie aktora), ale pokazanie postaci Phila. Pozornie wydaje się surowym prostakiem w typie macho, rzucającym złośliwości wobec osób z najbliższego otoczenia, przebywający w towarzystwie innych kowbojów niczym prawdziwy mentor. To wszystko jednak okazuje się maską, pod którą ukrywa się inny człowiek, tłumiący swoje prawdziwe uczucia. Reszta obsady też ma swoje momenty (Jesse Plemons, Kirsten Dunst), ale najbardziej interesują jest Kodi Smit-McPhee, czyli Peter. Kolejny outsider w rodzinie ze względu na „niemęskie” zainteresowania oraz „zniewieściałe” zachowanie. Ale może to tylko pozory i jest tam coś więcej, choć nie daje po sobie tego poznać? To sami musicie odkryć.

Dziwaczny to film, na pewno nie łatwy, ale Campion potwierdza swoje umiejętności jako twórczyni portretów ludzi skomplikowanych, wyrzutków i samotników. „Psie pazury” zachwycają wizualnie, choć wielu może wkurzyć zbyt wielka ilość niedopowiedzeń oraz bardzo wolne tempo.

7/10

Radosław Ostrowski

Piosenki o miłości

Czasami pojawia się taki film, który wygląda jakbyśmy już go znali, widzieli, słyszeli. Trochę tak jak mężczyzna widzi kobietę i na podstawie jej wyglądu zaczyna ją rozpracowywać. Że już wie o niej wszystko. Dopóki się nie odezwie i wtedy się wszystko okazuje – czy jest naprawdę urodziwa, czy to tylko wygląd zewnętrzny. Takie myśli przyszły mi po seansie „Piosenek o miłości” debiutanta Tomasza Habowskiego.

piosenki o milosci1

Zaczyna się banalnie, bo od uroczystości w knajpie. Rocznicy pracy artystycznej aktora Andrzeja Jaroszyńskiego (Andrzej Grabowski), gdzie zebrali się goście i rodzina. Wśród tego towarzystwa znajduje się Robert (Tomasz Włosok), który nie posiada żadnego zawodu, masę ambicji oraz jest niezdecydowany w kwestii, co dalej. I to bardzo działa ojcu na nerwy. Podczas imprezy mężczyzna wychodzi na zewnątrz, gdzie słyszy śpiewającą dziewczynę. Alicja (Justyna Święs) jest kelnerką i udaje się Robertowi umówić z nią. Powoli zaczyna między nimi iskrzyć, a nawet udaje się coś napisać.

piosenki o milosci2

Pierwsze, co uderza to czarno-białe zdjęcia, niemal w całości ruchoma, jakby rozedrgana. Kolorowe ujęcia pojawiają się tylko na kadrach z telefonu komórkowego. Razem z bardzo intymną pracą kamery (ze sporą ilością zbliżeń) buduje to klimat, troszkę ocierający się o melancholię. Jest bardzo delikatnie, wszystko toczy się bardzo spokojnym rytmem, a w tle gra liryczna muzyka. Nie brakuje jednak momentów spięć oraz konfliktów, a wszystkie one dotyczą Roberta. Jego niespełnienia artystycznego, bycia nikim, próby udowodnienia ojcu, że jest do czegoś zdolny. I ta ambicja zaczyna działać jak trucizna, bo jak nie teraz to nigdy.

piosenki o milosci3

I to wewnętrzne spięcie Tomasz Włosok pokazuje na różny sposób: od bardzo drobnych gestów po ekspresyjne wybuchy czy prób ubłagania innych o czas, o pieniądze. Rozumiałem go, choć nie zawsze byłem w stanie go polubić. Po części przez swoją ambicję, przez którą staje się skupionym na sobie palantem. Potrafi to o sobie przypomnieć zarówno podczas kłótni z ojcem (Grabowski tworzy mocną, szorstką kreację), jak i relacji z Alicją. Fakt, że Justyna Święs jest świetną, magnetyzującą wokalistką wie każdy, kto słuchał płyt The Dumplings. Jako aktorka była dla mnie zagadką i zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Wypada bardzo naturalnie, uroczo, a chemia między nią a Włosokiem jest wręcz potężna. Z jednej strony wydaje się uzdolnioną dziewczyną, z drugiej bardzo nieśmiałą, trochę obawiającą się kariery wokalistki (choć nigdy nie wiemy z czego to wynika). To jest dla mnie serce tego filmu, bez którego mielibyśmy szablonową historię miłosną.

„Piosenki o miłości” to jest przykład filmu, który na pierwszy rzut oka wydaje się znajomy. Ale różnice widać w szczegółach, bez poczucia pretensjonalności, ze świetnym aktorstwem oraz klimatem. Proste, szczere, czułe, słodko-gorzkie.

8/10

Radosław Ostrowski

Mitchellowie kontra maszyny

Oddział animowany Sony tworzy jak natchnieni na skrzydłach. Seria „Klopsików” czy „Spider-Man: Uniwersum” pokazały, że są w stanie stanowić konkurencję dla Disneya czy Pixara. Jednak swoje najnowsze dzieło zostało sprzedane dla Netflixa. Czyżby było takie słabe, czy może Sony nie wierzyło w komercyjny sukces tego filmu? Tak czy inaczej, „Mitchellowie kontra maszyny” (początkowo noszący tytuł „Połączeni”) trafili na tą słynną platformę streamingową i zebrali bardzo entuzjastyczne recenzje. Czyżbyśmy mieli hicior?

mitchellowie1

Jak sam tytuł wskazuje, bohaterami jest rodzina Mitchellów, czyli tacy bardzo uwspółcześnieni, jeszcze bardziej ekscentryczni Griswaldowie. Matka (Linda) to bardzo sympatyczna, wspierająca wszystkich członków rodziny, ojciec (Rick) to jedyny członek żyjący w „analogowy” sposób ze smykałką do majsterkowania, syn (Aaron) ma kompletnego fioła na punkcie dinozaurów, zaś córka (Kate) marzy o karierze reżysera filmowego. Dlatego zapisuje się na studia filmowe i kręci masę filmików, które trafiają na YouTube. Każde z nich żyje w swoim świecie, a relacje ojca z córką coraz bardziej się psują. Ona za wszelką cenę chce się wyrwać, on jej nie rozumie. Chcąc naprawić tą relację Rick urządza wycieczkę swoim wozem do uczelni. Z całą rodziną, co wywołuje frustrację. A wtedy AI smartfonów Pal decyduje się doprowadzić do zagłady ludzkości. Jak? Wysyłając ich w kosmicznych kostkach poza Ziemię w pizdu. Zgadnijcie, komu udało się umknąć przed oczami Pal i zostać niewidocznym?

mitchellowie2

Sama historia to miks serii „W krzywym zwierciadle” o Griswaldach z „Terminatorem”. Jak rodzina, która za sobą nie przepada, ma uratować ludzkość? Brzmi niedorzecznie i jednocześnie bardzo znajomo, prawda? „Mitchellowie” to mieszanka kina familijnego z akcyjniakiem SF, bardzo rzadko pozwalając sobie na chwilę złapania oddechu. Innymi słowy nie ma tu miejsca na nudę, choć ze względu na inwazję kolorów oraz bardzo dynamiczną realizację najmłodsi widzowie mogą dostać oczopląsu. Poza tym jest parę scen dotykających tematyki dorosłych, a nawet skręcających w bardzo mroczne rewiry (akcja z furby w centrum handlowym). Z jednej strony jest parę zakręconych inscenizacyjnie pomysłów na akcję – głównie w siedzibie Pal, ale z drugiej nadal sercem jest relacja ekscentrycznej rodziny wobec siebie. W szczególności zaś ojca i córki, którzy próbują zrozumieć siebie nawzajem oraz zakopać dzielącą ich przepaść. Jednocześnie próbując uratować świat, co jest karkołomnym zadaniem. Film też podejmuje temat Internetu oraz pewnego uzależnienia od niego. Punktuje wiele ciemnych stron tej relacji człowiek-maszyna, jednak wnioski nie są jednoznacznie negatywne. Wszystko wydaje się zależeć od balansu między życiem wirtualnym a realnym – zdają się nie wprost mówić twórcy. Przy okazji wykorzystując ten wątek do pokazania tej materii w komediowy sposób (szaleństwo po wyłączeniu wi-fi czy reklama „linii lotniczych”).

mitchellowie3

Jednocześnie „Mitchellowie…” pozostają pełnokrwistą komedią, gdzie jest bardzo dużo miejsca na humor. Wynika on zarówno ze zderzenia charakterów, odrobiny sucharowego żartu (pies z absurdalnym wzrokiem), ale też masy popkulturowych odniesień. W końcu nie bez powodu Katie chce być reżyserem. Niektóre są powiedziane wprost, inne mają formę easter eggów, których za pierwszym razem można nie wyłapać. Są też pewne wizualne żarty, gdy mamy stopklatkę i pojawiają się wizualne elementy wzięte z memów, filmików na YouTube czy innych social mediów. Nie jest to może wizualny kolaż w stylu „Spider-Man: Uniwersum”, ale także ubarwia tą wariacką historię.

mitchellowie4

A propos samej animacji, jest ona zachwycająco piękna oraz barwna, ale jednocześnie nie próbuje kopiować stylu Pixara czy Disneya. „Mitchellowie” mają swój własny styl, nie pozbawiony detalów, lecz nie idący w stronę fotorealizmu, troszkę zahaczając o karykaturę. Efekty specjalne też potrafią zachwycić, zwłaszcza podczas konfrontacji z robotami. Nie można oderwać oczu od tych barw, nie doprowadzając do przeładowania sytuacji, akcji oraz kadrów. W tle gra orkiestrowo-elektroniczna muzyka, a voice-over jest fenomenalny (kapitalnie wypada Danny McBride, Maya Rudolph, Olivia Colman czy Abbi Jacobson).

mitchellowie5

„Mitchellowie kontra maszyny” to najlepsza animacja od Sony (a także dostępna na Netflixie). Nie tylko potrafi oczarować animacją, ale jednocześnie serwuje bardzo szerokie spektrum emocji: od wzruszeń do śmiechu. Dzieło zrobione z wielką pasją, odrobiną fantazji oraz wielkim luzem. Nie miałbym nic przeciwko kontynuacji, choć nie wiem, co jeszcze można wymyślić dla tej dziwacznej familii.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

tick, tick… Boom!

W musicalu obecnie chyba żadne nazwisko nie jest tak popularne jak Lin-Manuel Miranda. Twórca „In the Heights” oraz „Hamiltona” od lat pisze piosenki do filmów, czasem w nich gra. Tym razem jednak postanowił wejść na wyższy poziom i spróbować swoich sił jako filmowy reżyser. Oczywiście, że nakręcił musical, będący biografią Jonathana Larsona.

Nie znacie go? To był młody chłopak z miasta Nowy Jork, co pracował jako kelner w restauracji. Ale ciągle ścigał swoje marzenie – pisanie musicali, co wychodziło mu łatwo. Problem w tym, że nikt nie chciał tego wystawić. Akcja toczy się w 1990 roku na kilka dni przed 30. urodzinami, z poczuciem niespełnienia. Że nic nie osiągnął, a rachunki same się nie opłacą. W końcu dostaje szansę na zaprezentowanie swojego dzieła „Suburbia” przed kilkoma ważnymi osobistościami świata musicalu.

Budulcem dla tego filmu jest monodram wykonywany przez samego Larsona, który opowiada o wszystkich tych wydarzeniach. Reżyser bawi się tutaj formą, gdzie sceny sceniczne przeplatają się z retrospekcjami. Wszystko jest niejako materializującą się na naszych oczach kreacją, gdzie przeskakujemy z mieszkania do apartamentu albo z knajpy na scenę. Czy do grupy fokusowej, by ustalić nazwę dla nowego produktu. Jeszcze kadr lubi się zmieniać – od wąskiego obrazu niczym w formacie telewizyjnym po szeroki ekran kinowy (Cinemascope). Dzieje się tutaj wiele, a wszystko w rytm bardzo chwytliwej muzyki – niby granej przez mały zespół, a pełnej energii oraz pasji. Chaos wydaje się pozorny, a prowadzi do historii artysty i jego wyboistej drogi do sukcesu. Sukcesu, którego nie będzie mógł być świadkiem.

Bo Larson umrze dzień przed premierą „Rent”, który będzie grany na scenie przez 12 lat. Przyczyna zgonu: tętniak i to w wieku 35 lat. To nie jest spojler, bo informację o śmierci dostajemy z offu na samym początku. Miranda, który ewidentnie czuje materiał i ma fantastyczne pomysły inscenizacyjne oraz choreograficzne (prosty numer o życiu w bohemie, otwierający całość „30/90” z drobną sceną taneczną w bibliotece czy kapitalna scena w jadłodajni), że nie można od tego oderwać oczu. Zdjęcia miejscami dostają odrobinę ADHD, a montaż daje prawdziwego kopa oraz rytmu.

Sam film za to opowiada o pogoni za marzeniami oraz cenie jaką się za to płaci. Zwłaszcza jeśli ma się nie tylko talent, ale i kompletną fiksację na tym punkcie. Poczucie traconego czasu, który gdzieś tyka cały czas w tle. Nerwowość jeszcze podkreśla blokada twórcza, wynikająca z niemożności napisania jednej piosenki. Przez co Larkin wydaje się bardzo narcystycznym, czasem wręcz antypatycznym dupkiem. Paradoksalnie jednak czyni go postacią pełnokrwistą, nawet jeśli jego przyjaciele i osoby z otoczenia pełnią rolę tła. Na szczęście ich problemy mają szansę w pełni wybrzmieć, nie sprawiając wrażenie ani zapychacza, ani emocjonalnego szantażu.

Jeśli chodzi o aktorstwo, „tick, tick… BOOM” można określić trzema słowami: Andrew Garfield Show. Aktor tworzy rolę absolutnie wybitną, gdzie w zasadzie wszystko robi bez zarzutu: od kapitalnego śpiewu i tańca (podejrzewam, że akurat gra na fortepianie mogła być udawana) aż po pokazania bardzo sprzecznych emocji: bezradności, wściekłości, przytłoczenia po pasję, energię oraz zrozumienie. Bez tej roli tego filmu by nie było, a Garfield wszystko pokazuje bezbłędnie, dominując wręcz ekran. W zasadzie reszta postaci wydaje się zepchnięta, choć ma szansę się wykazać: świetny Robin de Jesus (Michael), śliczna Alexandra Shipp (dziewczyna bohatera, Susan), śpiewający podczas monologu duet Vanessa Hudgens/Justin Henry czy w drobnym epizodzie Bradley Whitford (Stephen Sondheim).

„tick, tick… BOOM!” to z jednej stron zarówno świetny, poruszający musical jak i nieszablonowa w formie biografia. Kolejny przykład wszechstronnego talentu Lin-Manuela Mirandy, który czegokolwiek by nie dotknął, zamienia w złoto. Wszyscy będą sobie zadawać jedno pytanie: jakim cudem on to robi i jaki będzie jego kolejny ruch. Musical ostatnimi czasy jest naprawdę w formie i troszkę szkoda, że nie jest tak popularny jak z 10-15 lat temu.

8/10

Radosław Ostrowski