Pan T.

Rok 1953 to był dziwny czas w Warszawie. Miasto podnosiło się z kolan, czuwał nad nim I sekretarz Bierut, a wisi nad nim Pałac Kultury i Nauki. I w tym mieście żyje niejaki pan T. – literat w średnim wieku, którego twórczość nie jest publikowana. Nie pisze, nigdzie nie pracuje, a i z udzielaniem korepetycji jest problem. Bo ciężko znaleźć uczniów, z których dałoby się coś ulepić. Jest jeszcze przystępująca do matury Dagna, ale ona ma pociąg nie tyle do polskiego, co do korepetytora. A nasz bohater nie chce iść na kompromis z systemem i ma pod górkę.

pan t1

Filmów o czasach stalinowskich było wiele. Albo pokazywały one świat z perspektywy tzw. „wrogów ludu” („Przesłuchanie” czy spektakle Teatru Tv należące do Sceny Faktu) albo próbowały wykorzystać realia do gatunkowej zabawy jak „Rewers”. Najnowszemu dziełu Marcina Krzyształowicza bliżej jest do drugiej opcji, chociaż nie do końca. Podobno film jest inspirowany życiorysem słynnego pisarza Leopolda Tyrmanda, ale twórcy się zapierają. Uważni obserwatorzy zauważą podobieństwa pana T. do autora „Złego”, jednak wydaje się to tylko pretekstem do przyjrzenia się tym wariackim czasom. Trudno tutaj mówić o fabule, bo całość jest zbiorem scenek luźno ze sobą połączonych. Reżyser przygląda się tej absurdalnej sytuacji, gdzie można pisać niejako zgodnie z doktryną partyjną. Nasz bohater chce przeczekać ten okres, do tego jeszcze przechodzi blokada twórcza i problemy z utrzymaniem. Dochodzi do czasem tak dziwnych sytuacji jak profesorowie filozofii malujący krasnale czy niemal wszędobylska obecność lalek dla dorosłych. O co z nimi chodzi? To już się sami przekonacie.

pan t3

Te scenki rodzajowe dodają wiarygodności realiom, a kilka z nich (jak spadająca moneta i jej trajektoria czy przesłuchanie w UB) to prawdziwe perełki, których „Pan T.” jest pełen. Wszystko pokazane w monochromatycznych, czarno-białych zdjęciach (świetnych zresztą) oraz jazzową muzyką z epoki (albo ją świetnie imitującą). Przełamaniem są momenty, kiedy bohaterowi się śni wysadzenie Pałacu Kultury i Nauki, co przeplata się z całą narracją. Przez to można czasami się odbić, a nadmiar groteski może być nie do przełknięcia.

pan t2

Ale jak to jest zagrane!!! W roli tytułowej pojawia się absolutnie znakomity Paweł Wilczak, który przechodzi samego siebie. Jego pan T. jest z jednej strony bardzo zdystansowany, bardzo ironiczny, ale jednocześnie bardzo stłamszony i sfrustrowany pewną bezsilnością wobec systemu. Systemu narzucającego jedyne słuszne myślenie, mówienie i działanie. Jak przy tym tworzyć? Równie świetny jest Sebastian Stankiewicz jako sąsiad Filak, dla którego pan T. jest kimś w rodzaju mentora, autorytetu. Chociaż motywacja tego faceta w kwestii kontaktów z panem T. nie jest taka jednoznaczna, ale wpływ tych rozmów będzie ogromny. I jest tu masa znanych twarzy w epizodach, z których najbardziej zapada w pamięć Jerzy Bończak jako Bolesław Bierut oraz trio profesorskie. Ale kto tam jeszcze się pojawia, przekonajcie się sami.

Dyskusja o tym, czy „Pan T.” jest biografią Leopolda Tyrmanda czy jedynie jest nią zainspirowana wydaje mi się bezcelowa. Liczy się tylko, czy film jest udany czy nie. Krzyształowicz wraca tutaj do formy, choć ta luźna narracja i groteskowe spojrzenie na lata 50. nie wszystkim będą odpowiadać. Niemniej uważam, że lepiej tej epoki przedstawić się nie dało.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zabić Sekala

Nigdy nie należy zakładać, że już się widziało wszystko, bo ciągle pojawiają się niespodzianki. Taką sprawił w 1998 roku czeski reżyser Vladimir Michalek. Jego „Zabić Sekala” pokazało mi zupełnie inne oblicze kina naszych południowych sąsiadów. Zamiast rubasznego, refleksyjnego spojrzenia na świat z kufelkiem piwa jest poważny, mroczny dramat. Ale po kolei.

Jesteśmy gdzieś na czeskiej wsi podczas II wojny światowej. Trafia tam zbieg kowal Jura, będący ewangelikiem. Miejscowość jest terroryzowana przez lokalnego bandytę, Sekala. Nieślubny syn jednego z bogatych gospodarzy po latach upokorzeń wystawia im rachunek. Powoli zaczyna przejmować majątki, donosi Niemcom i silną ręką trzyma całą wieś. Starsi gospodarze chcą rozwiązać problem, ale już mają swoje lata i sił już brak. Decydują się na morderstwo, lecz sami nie chcą zrobić, tylko wynająć człowieka. Rada zmusza do tego Jurę, grożąc wydaniem Niemcom najbliższych.

zabic sekala2

Już sama zapowiada, że to będzie inne kino niż znajome klimaty z Czech. Reżyser opowiada ten moralitet w konwencji westernu, gdzie wojna – jak i sami Niemcy – wydają się nieobecni, gdzieś kompletnie daleko. Nie ma tu reprezentacji władzy (poza starostą), choć tak naprawdę władze sprawuje tu Sekal. Niby spodziewamy się konfrontacji dwóch „obcych” (Sekala i Jury), jednak reżyser bardziej przygląda się społeczności. Pełnej hipokryzji, nietolerancji wobec innych, udających ludzi głębokiej wiary, lecz pełnych pychy, perfidii i pogardy. Sekal niejako jest „dzieckiem” swojego otoczenia, który powstał na obraz i podobieństwo mieszkańców. Jest wobec nich równie bezwzględny i okrutny, co jeszcze bardziej potrafi przerazić. Tutaj nie ma postaci jednoznacznie pozytywnej, przez co trudno się z kimkolwiek identyfikować.

zabic sekala1

Kontrast jest silniejszy, gdy zwrócimy uwagę na zdjęcia. Pełne nasyconych kolorów, mających też spore znaczenie symboliczne. Czerwień, czerń, biel, złoto – wygląda to niesamowicie, ale to tylko potęguje hipokryzję mieszkańców, wywyższających się od innych, z Bogiem tylko na ustach. Powolna narracja pozwala wejść w ten brudny, nieprzyjemny świat, choć wygląda zupełnie inaczej. Wszystko to potęgują bardzo mocne dialogi oraz gorzkie zakończenie.

zabic sekala3

Równie świetne jest tutaj aktorstwo, a zaskakujący jest fakt, że główne role grają… Polacy. Ale muszę przyznać, że zarówno Bogusław Linda, jak i Olaf Lubaszenko są świetni w tych rolach. Pierwszy jest bardzo twardy i pewny siebie, nie mający nic do stracenia. Był traktowany jak potwór, więc stał się potworem, choć ma pewną niebezpieczną tajemnicą. Jeszcze bardziej zaskakujący jest Lubaszenko – bardzo stonowany, wyciszony, trzymający dystans wobec wszystkiego i wszystkich. Ale wbrew swojej woli zostaje wplątany w konflikt, choć jest traktowany z tą samą wrogością jak Sekal. Czescy aktorzy też wypadają bardzo dobrze, mimo tego, że w polskiej wersji zostali zdubbingowani. A z tego grona najbardziej wybija się Jiri Bartoszka jako ksiądz, którego tak naprawdę nikt nie szanuje.

Takiego filmu po Czechach się nie spodziewałem. „Zabić Sekala” można było traktować jako próbę rozliczenia się z okresu wojennego, kiedy Czesi bardziej współpracowali z Niemcami. Ale Michalek szerzej przygląda się małomiasteczkowej hipokryzji, tchórzostwu oraz relatywizmu moralnego. Niesamowicie mocne, brutalne kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Powrót

Witajcie w małomiasteczkowej polskiej prowincji z Bogiem na ustach. Tutaj wraca do domu młoda dziewczyna, która kiedyś brała udział w programie typu talent show. Potem zniknęła i wraca, choć tak naprawdę nikt na nią nie czeka. Siedzi dziewucha zamknięta w domu jakby była duchem. Co się tak naprawdę stało? Jak jej najbliżsi zareagują na tajemnicę?

powrot(2018)2

Magdalena Łazarkiewicz to reżyserka, która zawsze będzie w cieniu swojej znanej siostry. Niemniej co jakiś czas próbuje o sobie przypomnieć, że jeszcze tworzy. „Powrót” jest inspirowany prawdziwą historią dziewczyny, która została oszukana i przeszła piekło. Powrót do rodzinnych stron miał przynieść ukojenie oraz odzyskanie sił, ale okazało się to pułapką. Rodzina okazała się mieć Boga tylko w słowach, bo przyzwyczaili się żyć bez Uli. Wydaje się kimś w rodzaju balastu, jest bardzo wycofana, jakby nieobecna. Bardzo powoli jest odkrywana jej tajemnica, jednak to wszystko służy pokazaniu znanego obrazka Polski B. Zacofanej, bałwochwalczej, gdzie dominuje religijna hipokryzja oraz obłuda. To, co ludzie mogą o tobie pomyśleć staje się ważniejsze od więzi rodzinnych. Bo to może zaszkodzić reputacji, interesom i wywołuje większy ból dziewczynie niż można to sobie wyobrazić. Dom pełen dewocjonaliów, które albo są tylko czymś, co trzeba powiesić albo skrytką na papierosy.

powrot(2018)1

Niby wydaje się prawdziwe i poruszające, ale nie mogę pozbyć się wrażenia pewnego przejaskrawienia. Bo jest tylko chlanie, bicie i w sumie nie ma ani jednego pozytywnego bohatera. Poza Ulą, która znosi to wszystko i nie robi z siebie ofiary. Pokazanie całego dramatu w skali mikro, bardzo kameralnej jest samo w sobie niezłym pomysłem. Niemniej jest kilka momentów, gdy całość zaczyna trzymać się na ślinę jak wątek byłego chłopaka Uli. Od samego początku ma wyglądać groźnie i jest zły do tego stopnia, że rodzina nie dzwoni na policję. Niby można to tłumaczyć poczuciem wstydu, ale po wyjawieniu tajemnicy Uli nie powinno być decydującym czynnikiem. Ani razu nawet taki pomysł nie zostaje wspomniany i to jest ewidentnie podporządkowane z góry narzuconej tezie. Takie szczególiki psują wiarygodność tego świata, chociaż może się mylę.

powrot(2018)3

Trudno mi się przyczepić realizacji, bo ona miejscami bardzo pomaga. Klimat budują świetne zdjęcia, niemal skupione na detalach oraz twarzach. Dziwnie w tle wypada muzyka, bardziej pasująca pod thriller, co wywołuje miejscami dysonans. Ale jest kilka momentów mocno łapiących za gardło jak scena przymierzania ubrań czy wyznania Uli przed księdzem, co nie czyni tego filmu obojętnym.

Tak samo najmocniejszym punktem są tutaj dwie świetne kreacje aktorskie: matki i córki. Pierwszą gra dawno nie widziana Agnieszka Warchulska, gdzie widać w niej konflikt między religijnym fanatyzmem, a trudną do wyrażenia miłością. Pokazane jest to bardzo delikatnie, choć scenariusz nie zawsze pozwala. Ale odkryciem była dla mnie Sandra Korzeniak jako Ula. Bardzo wycofana, wręcz subtelnie poprowadzona postać dziewczyny naznaczonej piekłem i odrzucona przez bliskich magnetyzuje. Nawet kiedy nie robi nic, co jest nieprawdopodobne.

„Powrót” nie odkrywa niczego nowego  temacie hipokryzji małego zaścianka i jest to kolejne ostre (w założeniu) spojrzenie na Kościół. Nie zawsze subtelne, czasami przypomina to wyważanie otwartych drzwi, ale ciągle potrafi parę razy uderzyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Syberiada polska

Dla mieszkających bliżej wschodniej granicy Polaków wrzesień 1939 roku zaczął się względnie spokojnie. Nie było jakiś gwałtownych ataków – poza ulotkami propagandowymi – zaś sami Sowieci sprawiali wrażenie bardziej sprzymierzeńców. Wszystko zmieniło się zimą, kiedy to Polacy zostali wyrzuceni ze swoich domów i wywiezieni w głąb kraju, na Syberię. By pracować do wyczerpania sił.

syberiada polska1

Janusz Zaorski zdecydował się wrócić po latach do kręcenia filmu, zaś materiałem była powieść Zbigniewa Domino. Sam punkt wyjścia był świetny, bo tematyka zesłańców na Syberię nie jest zbyt często poruszana. O czasach, gdzie najważniejsze było przeżycie niemal za wszelką cenę. A jednocześnie wszystko miało miejsce w bardzo nieprzyjaznych okolicznościach przyrody. Niby pięknie wyglądającej, ale brutalnej i nieprzyjaznej. Takie wydawałoby się założenie na mocny i poruszający dramat. Problem w tym, że „Syberiada polska” to absolutny niewypał. Tu praktycznie nic nie gra, a uczynienie  bohaterem zbiorowości okazuje się chybionym pomysłem. Niby historia skupia się na rodzinie Jana Doliny, ale po drodze jeszcze pojawiają się inni: profesor z córką, matka z trójką dzieci czy młoda żydowska dziewczyna. Oczywiście są też źli Sowieci, co nienawidzą Polaków (przerysowany komendant obozu), ale nie wszyscy. Niby próbuje się nadać odcieni szarości, jednak z powodu braku głębszego zarysowania postaci, wywołuje to kompletną obojętność. Mało tego, historia jest wręcz poszatkowana, pozbawiona ciągu przyczynowo-skutkowego i trudno stwierdzić kierunek tej niby historii.

syberiada polska3

Obojętność to najgorsza rzecz jaką popełnia Zaorski, ale nie jedyna. Kompletnie nie czułem żadnego zagrożenia w tym obozie. Jasne, niby jest zima i bardzo daleko od cywilizacji, ale nie widać, by rezydujący w obozie wyglądali gorzej niż przed pojawieniem się. Żadnego brudu, zmęczenia, zużytych ubrań, wychudzonych ciał. Pojawia się troszkę trumien i momentów umierania, ale to troszeczkę za mało. Nawet nie da się zorientować w jakim okresie się znajdujemy. Takie chaosu w polskim kinie nie widziałem od czasu „Historii Roja”. Zrealizowane jest to poprawnie i miejscami ładnie wygląda, a w tle gra wręcz sielska muzyka.

syberiada polska2

Aktorsko problem jest taki, że nie bardzo jest tu co grać, zaś skokowa narracja jeszcze bardziej przeszkadza. Bo tu nie ma postać, a jedyny wyraźny dylemat ma postać grana przez Sonię Bohosiewicz. I jest tutaj zamysł, by kobieta dla ratowania życia dzieci zostaje kochanką ważnej persony w obozie. Adam Woronowicz jako protagonista (niby) próbuje pokazać więź ze swoimi synami, jednak mocno ograniczony zestaw nie daje pola manewru. Młoda ekipa radzi sobie poprawnie (Krucz, Rybicka, Więdłocha), stanowiąc tło.

Polskie kino historyczne o wydarzeniach z życia Polski w XX wieku ostatnio ma mocno pod górkę. Niestety, dzieło Zaorskiego to bardzo pokraczny niewypał, którego spodziewałbym się po jakimś debiutancie. Pozbawiony sensu, fabuły oraz czegokolwiek wartego uwagi.

4/10

Radosław Ostrowski

Drzazgi

Filmy nowelowe czy skupione na losach kilku postaci zawsze dają duże pole do popisu dla twórców kina. Choć dzisiaj może wydawać się to archaiczne, jednak wszystko zależy od sposobu realizacji. Nie inaczej było z pełnometrażowym debiutem Macieja Pieprzycy, czyli „Drzazgami”. Reżyser wcześniej zrobił dwie produkcje telewizyjne, który wywołały pewne zainteresowanie. O nich może kiedyś opowiem.

drzazgi2

Bohaterami „Drzazg” jest trójka młodych ludzi z Zabrza. Robert jest byłym piłkarzem, a obecnie kibolem Górnika. Marta to córka bogatego biznesmena i ma wziąć ślub z synem jego wspólnika. Jest jeszcze Bartek – magister biologii, który dostaje szansę na stypendium w Bostonie. Każde z nich ma swoje własne problemy i zderzają się z rzeczywistością. Nie jest ona ani zbyt szara, ani brudna, ani pesymistyczna czy optymistyczna. Niby krążymy po znanych familokach, zamykanych kopalniach czy biedaszybach (te ostatnie okazują się… planem filmowym), ale to wszystko potrafi poruszyć. Nie jest to też mocno poważne, zaś parę akcentów komediowych (sceny z Elvisem czy fakirowie ćwiczący swoją sztuczkę w mieszkaniu) dodaje pewnej lekkości.

drzazgi1

Każdy z tych wątków składa się z kilku pozornie mniej powiązanych scen. Cała trójka szuka miłości, szczęścia różnymi ścieżkami. Dla Roberta wielką pasją jest sport, ale nie ma żadnej pracy, troszkę miga się przed odpowiedzialnością i umawia się z mężatką. Marta ma wziąć ślub z facetem, którego nie kocha, jest niedojrzały i myśli głównie o kasie. Z kolei Bartek chce się wyrwać ze swojego miasta, skupia się na karierze. Ale pojawia się ciąża jego dziewczyny, co zmusza do zweryfikowania planów. Wszystkie ich problemy zarysowane są w drobnych scenkach, skupiając się na detalach czy spojrzeniach. Kulminacją jest montażowa zbitka, gdzie przeskakujemy z postaci na postać, doprowadzając do przewartościowania swojego życia.

drzazgi3

I chociaż nie wszystkie wątki były dla mnie interesujące, to jednak aktorzy potrafią uczynić je wiarygodnym. Bardzo pozytywnie zaskakuje Antoni Pawlicki, czyli kibol Robert, który bywa szorstkim facetem, niepozbawionym jednak swoich zasad. Niemniej budzi on wiele sympatii swoim oddaniem oraz lojalnością. Odkryciem dla mnie jest Karolina Piechota, czyli Marta. Bardzo urocza dziewczyna, troszkę za bardzo skupiona na siebie, w niezbyt szczęśliwym związku. Jej kibicowałem najbardziej, zaś jej wątek ma zaskakującą puentę. Solidnie poradził sobie Marcin Hycnar, czyli Bartek, choć jego historia najmniej interesowała. W tle mamy kilka ciekawych epizodów z Tomaszem „Elvisem” Karolakiem na czele, co jest ciekawym smaczkiem.

Powiem szczerze, że „Drzazgi” to kawał solidnego kina, choć Pieprzyca później rozwinął mocniej swój warsztat. Mieszanka komedii z dramatem nie zawsze trafia w punkt, ale ma kilka cudnych momentów i jest bardzo dobrze zagrana. Nie boli, ale i nie zawsze powala.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sztos

Słowo „sztos” oznacza coś świetnego, superfajnego czy zajebistego. Że to coś, co trzeba mieć, coś wyjątkowego. To jest tylko przykład tego, jak znaczenie różnych słów przechodzi ewolucję. Bo w czasach PRL-u słowo „sztos” znaczyło tyle samo, co amerykański „the sting”. Czyli numer, przekręt, oszustko. A były paru takich cwaniaków, którzy zarabiali szybko, ale musieli mieć mocne kopyta, bo wiać trzeba było. Jak choćby cinkciarze, sprzedający w wyższym kursie walutę. O takiej dwójce panów postanowił opowiedzieć Olaf Lubaszenko w swoim debiutanckim „Sztosie”.

sztos1

Jest Sopot lat 70. Wszystko zaczyna się od wyjścia z więzienia Synka – młodego cinkciarza, co ma proste marzenia: własne lokum ze swoją kobietą. Od razu trafia do starego wygi oraz przyjaciela Eryka, który pomaga mu wrócić do gry. Wydaje się, że to jest jednorazowa akcja, lecz Eryk niejako zostaje zmuszony do działania w terenie. Wszystko przez jego przyjaciela, Gruchę oraz pewnej partii w pokera, która okazuje się być ustawiona. Planuje on zemstę, ale to wymaga dużej forsy.

sztos2

Sama historia jest tak naprawdę tylko pretekstem do odtworzenia realiów lat 70. Po drodze zobaczymy parę sposobów kantowania i różne anegdotki, ale to wszystko toczy się bardzo powolnym, niespiesznym rytmem. Klimat tych czasów to jest najmocniejsza karta w talii reżysera. Imponuje przywiązanie do takich detali jak szyldy przed knajpami, wnętrza restauracji czy bardzo barwne kostiumy. To wszystko buduje ten lekko nostalgiczny klimat obecny aż do końca. Jest odrobinka humoru oraz kilka niezłych tekstów, jednak samej historii brakuje napięcia. Pojawia się tutaj wiele scen w sumie zbędnych (sytuacja z zabraną autostopowiczką czy ukrywana wiedza, że Eryk sypiał z dziewczyną Synka, gdy ten siedział), nie prowadzących donikąd. Także finałowa konfrontacja z Grubym nie wydaje się być zbyt imponująca jak na potrzebne środki. Nawet inspiracje „Żądłem” tutaj nie wystarczą, zaś kobiety tutaj są zepchnięte do roli erotycznej zabawki.

sztos3

Lubaszence udało się za to zebrać całkiem niezłą ekipę aktorską, gdzie nawet w epizodach nie brakuje znanych twarzy (m.in. Edward Lubaszenko, Janusz Józefowicz czy Emil Karewicz). Ale najważniejszy jest tutaj duet Cezary Pazura/Jan Nowicki. Niby to znajoma relacja stary mistrz/młody adept, lecz to naprawdę świetnie działa. W szczególności Nowicki ma w sobie tyle charyzmy, że jest to nie do przecenienia. Z drugiego planu warto wyróżnić Krzysztofa Zaleskiego jako sepleniącego Grubego.

Widać, że jest to dzieło debiutanta i scenariusz zasługiwałby na dopracowanie. Nie mogę jednak „Sztosowi” odmówić pewnego uroku, który nadal działa. Dziwaczny przypadek.

6/10

Radosław Ostrowski

Wesele

Z czym kojarzy się wesele? Odpowiedź na to pytanie wydaje się pozornie prosta: jest to zwieńczenie decyzji, w którym dwoje ludzie postanowili pójść wspólną drogą po powiedzeniu słowa „tak”. A potem wszyscy najbliżsi i dalsi członkowie rodziny, goście przybywają do jakiejś wielkiej Sali, gdzie dochodzi do jednego. Ochlaj i wyżerka, jak to nawijał Kazik plus jakieś żenujące zabawy, oczepiny i potem noc poślubna. Ale to już tylko dla państwa młodych, a o całej imprezie nikt nie pamięta. Chyba, że zatrudniło się kamerzystę i potem robi się z tego filmu. Na weselu Kaśki Wojnarowej było podobnie, a ojciec wszystko pozałatwiał, by imprezka była cacy. Kamerzysta jest, wypasione autko dla młodych jest, remiza wynajęta jest, wódeczka jest (co z tego, że słowacka), żarcie jest. Więc powinno być spoko, ale pojawia się kwestia ziemi. 2 hektary należące do dziadka miały być formą rozliczenia za prezent weselny, lecz dziadek rozmyślił się. Więc trzeba sprawę załatwić, a to początek problemów.

wesele(2004)1

W swoim pełnometrażowym debiucie Wojciech Smarzowski zaczyna robić to, co będzie towarzyszyć jego kinu non stop, czyli przyglądanie się naszemu piekiełku. Gdzie samo weselisko jest miejscem do chlania, chlania, chlania oraz załatwiania. Wszystko, by pokazać się z jak najlepszej strony i jednocześnie jak najmniej wydać. Dlatego auto jest załatwione z drugiej ręki, dlatego kiełbasa do bigosu jest niezbyt świeża i za niemal każde przewinienie się płaci. Choć w tym przypadku pieniądze to najmniej forma waluty. Tutaj nie ma zbyt wielu postaci pozytywnych, zaś cała impreza pokazuje obłudę, ocenianie po pozorach, kombinatorstwo i cwaniactwo. Wszystko w bardzo skondensowanej formie, rzadko sobie pozwalając na chwilę oddechu. Zupełnie jakby pieniądze były najważniejszą wartością, a wszystko inne (miłość, przyjaźń) można przeliczyć na kasę.

wesele(2004)2

Już tutaj obecna jest niemal dokumentalna, chropowata forma z rwanym montażem. Ten styl jest zrozumiały, gdyż wiele scen jest filmowanych z cyfrowej kamery operatora, który miał filmować wesele. Skokowy montaż z jednej strony dynamizuje całą sytuację (scena fałszowania dokumentu przez notariusza), a czasem niemal urywa dialog w połowie (życzenia od weselników dla młodej pary). Nie brakuje cierpkiego humoru oraz złośliwych tekstów, jednak one nie zmieniają gorzkiego tonu całości. Włączenie z cytatami z „Wesela” Wyspiańskiego, przed którym nie ma ucieczki.

wesele(2004)3

I jak to wszystko jest znakomicie zagrane. To od tego filmu niejako „odpaliła” kariera Mariana Dziędziela, który – jeśli chodzi o kino i telewizję – grywał raczej drobne role w mało znanych produkcjach. Jako Wojnar aktor błyszczy pokazując postać cwaniaka, lawirującego między kolejnymi problemami, starając się zachować twarz i pieniądze. Zaskakuje tutaj Bartłomiej Topa (także producent), wówczas znany z pewnego tasiemca jako pan młody, którego panna młoda szczególnie nie obchodzi. Wyborna jest Iwona Bielska, która stanowi bardzo mocne wsparcie dla Wojnara, stanowiąc niemal jego żeński odpowiednik. Dla mnie jednak film kradnie Arkadiusz Jakubik jako niemal rozgadany notariusz oraz Lech Dyblik, czyli wuj z policji. Tutaj nawet drobne epizody są dobrane tak, że nie gryzie się to ze sobą.

wesele(2004)4

„Wesele” rozpoczęło karierę Smarzowskiego, który nie patyczkował się z naszą rzeczywistością. Brudną, nieprzyjemną, chropowatą oraz polaną dużymi ilościami alkoholu, który będzie towarzyszył Smarzolowi do końca. Nie wiem, czy kiedykolwiek odwiedzę jakieś wesele po tym filmie.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Trzeba zabić tę miłość

Początek lat 70., czyli czas powoli wchodzącej „propagandy sukcesu”. Bohaterami jest dwójka młodych bohaterów. Magda próbowała złapać się na studia medyczne i niby zdała, ale zabrakło troszkę punktów. Żeby je zdobyć musi podjąć praktykę w szpitalu jako salowa. Mieszka z ojcem oraz jego dużą młodszą partnerką. Andrzej próbował załapać się do Politechniki Warszawskiej, lecz go nie przyjęli i próbuje jakoś znaleźć swoje miejsce. W końcu dostaje pracę jako mechanik w warsztacie samochodowym. Wydaje się, że oboje są na drodze do swojego własnego mieszkania oraz ku szczęściu. Problem jednak w tym, że to mężczyzna zawodzi, a wszystko zaczyna się od kradzieży i niewierności.

trzeba zabic te milosc1

Janusz Morgenstern kolejny raz przygląda się współczesności oraz młodym ludziom. Już sam tytuł zapowiada, że będziemy mieli do czynienia z rozpadem związku. Zderzenie młodości i oczekiwań z rzeczywistością skupioną ku konsumpcjonizmowi. Liczy się tutaj to, co masz oraz by się odpowiednio ustawić. Wręcz kombinatorstwo jest prawie czas obecne. Nieważne, czy mówimy o przybyciu telewizji i robieniu reportażu, ukrywaniu swojego wykształcenia, by jako niewykwalifikowany zarobić więcej czy postać Dzidzi, która jest „dziewczyną” ojca Magdy. Bo co się liczy dla młodego człowieka najbardziej? Mieszkanie, swoje auto i mieć dużo kasy. A miłość, związek i szczerość? Oto jest pytanie.

trzeba zabic te milosc3

Reżyser z dużą ironią przygląda się temu pędowi ku dobrom materialnym, co słychać w kąśliwych dialogach. To nie jest ten romantyczny reżyser z czasów „Do widzenia, do jutra”, bo jego miejsce zajmuje człowiek po przejściach. Uniesienie i miłość nie jest w stanie wytrzymać, bo nasi młodzi bohaterowie przyjmują reguły panującej gry. Ale miłość niekoniecznie musi być toksyczna czy oparta na „handlu” swoim ciałem. Najbardziej to widać w scenach, będących niejako ramą całej opowieści, czyli związku człowieka (dozorcy, handlującego na lewo materiałami budowlanymi) z psem, który raz oswojony nie opuszcza pana. A to doprowadza do tragicznego, wręcz eksplodującego finału.

trzeba zabic te milosc2

Wszystko to wygląda czasem jak film z nowej fali. Jest wiele scen pozbawionych dialogów, niemal reporterski styl fotografowania, zaś w tle przygrywa (rzadko obecna) muzyka eksperymentalna. Ale najbardziej moją uwagę przykuł montaż. Wiele razy pojawiają się w filmie parosekundowe przebitki, pokazujące albo to, co już się wydarzyło albo co się dopiero wydarzy. Początkowo może wydawać się to dezorientujące, ale nie przeszkadza tak bardzo.

Całość w swoich ryzach trzyma absolutnie zachwycająca debiutantka Jadwiga Jankowka-Cieślak. Jej Magda to dziewucha odpowiedzialna, dojrzała i wie, czego chce. Wydaje się twardo stąpać po ziemi i łatwo budzi sympatię. Ale w rzeczywistości jest bardzo niepewna tego, czego naprawdę chce, bywa naiwna oraz łatwowierna, słaba i jednocześnie silna. Przeciwieństwem jest dla niej Andrzej Malec mówiący głosem Piotra Fronczewskiego jako próbujący zdobyć kasę Andrzej. Bardzo śliski cwaniak, dążący do wszystkiego na skróty i okrężną drogą, niemal za wszelką cenę. Bardzo niedojrzały chłopak, niezdolny do wzięcia odpowiedzialności. Nie można nie wspomnieć o drobnej roli Jana Himilsbacha, czyli niemal niemej kreacji dozorcy czy mocnym epizodzie Tomasza Lengrena.

„Trzeba zabić tę miłość” to jeden z najbardziej brutalnych filmów o straconych złudzeniach. Młodzi ludzie nie mają szans, w świecie kierującym się tym by mieć niż być, zaś każde uczucie ma swoją cenę. Przerażająco aktualne.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Amator

Filip Mosz pracuje jako zaopatrzeniowiec w fabryce znajdującej się w podkrakowskiej miejscowości. Młody facet z żoną oczekująca dziecka prowadzi bardzo spokojne życie i wydaje się być zadowolony. Mężczyzna kupił małą kamerę, by móc filmować życie swojego dziecka. Ale wieść o kupnie sprzętu zwraca uwagę dyrektora fabryki, który czyni z Mosza filmowca. Powstaje klub filmowy, zaś pierwszym zadaniem jest nakręcenie filmu na temat jubileuszu fabryki.

amator1

Krzysztof Kieślowski kojarzony jest głównie z tym późnym okresem, gdy tworzył natchnione, metafizyczne kino. Troszkę w cieniu zostaje etap początków z lat 70. i połowę lat 80., gdzie wydawał się bardziej przyziemny. Taki też jest „Amator”, czyli historia człowieka zmieniającego się pod wpływem drobnego wydarzenia. Sam zakup kamery wydaje się drobnym, nieznaczącym epizodem. Powoli bohater niejako wbrew swojej woli staje się filmowcem. Początkowo jest stremowany, troszkę niepewny, mający wątpliwości. Z czasem jednak staje się uważnym obserwatorem rzeczywistości, którą pokazuje bez retuszu. Ale problem pojawia się w momencie, gdy odkrywa pewną gorzką refleksję. Że jego filmy wywołują poważne perturbacje, mogą nie tylko pomóc i poruszyć, ale też bardziej zaszkodzić. I ta świadomość jest wystawieniem rachunku, jaki musi zapłacić nasz domorosły reżyser, coraz bardziej zatracający się w swojej pasji. Stawiane pytania o cele oraz rolę artysty we współczesnym świecie, czynią „Amatora” filmem bardziej uniwersalnym od nurtu kina moralnego niepokoju.

amator2

Kieślowski pokazuje to wszystko w niemal dokumentalnym stylu. Z długimi ujęciami, bardzo rzadko wykorzystaną muzykę oraz pozornie nic nie znaczącymi scenkami. Wszystko toczy się powoli, spokojnie, bez fajerwerków. To wszystko służy, by pokazać jak zaczyna kształtować się artysta. Kiedy ten spokój oraz stabilizacja życiowa już nie wystarczą, co musi doprowadzić do perturbacji. I te emocje pokazuje absolutnie wybitny Jerzy Stuhr, który jest absolutnie bezbłędny. Bez niego ten film wydaje się pozbawiony swojej siły oraz mocy.

amator3

Dla mnie „Amator” to najlepszy film Kieślowskiego, który mimo lat zadaje bardzo aktualne pytania o kwestie moralne i etyczne. Pokazuje jak wielka jest odpowiedzialność przed artystą, który chce tworzyć w zgodzie z samym sobą. A nie jest to wcale takie proste, mimo zmiany systemu oraz braku cenzury.

8/10

Radosław Ostrowski

Bezmiar sprawiedliwości

Wrocław, rok 2005. Bohaterem jest Łukasz – student prawa, który jakoś tym prawnikiem nie chce być. Pasją jego jest fotografia, a studia wybrał pod wpływem ojca. I to ojciec go wysyła do swojego przyjaciela, mecenasa Wilczka by go przekonał o dokonaniu aplikacji. Ten jednak opowiada mu pewną historię procesu sprzed 15 lat, w którym brał udział. Sprawa dotyczyła morderstwa ciężarnej dziennikarki, o którą oskarżono jej kochanka oraz kolegę z pracy, Jerzego Kutra. Mimo braku niezbitych dowodów, oskarżony został skazany.

bezmiar sprawiedliwosci1

Nakręcony w 2006 roku „Bezmiar…” był powrotem Wiesława Saniewskiego do kina po 10 latach przerwy. Sama historia jest dla reżysera okazją do przyjrzeniu się jak działał wymiar sprawiedliwości tuż po transformacji. Świetnym pomysłem było przedstawienie tej historii z trzech perspektyw: prokuratury, obrony oraz sędziego. Sama odpowiedź na pytanie „kto zabił?” wydaje się nie być istotna czy ważna. Bardziej liczy się obserwacja środowiska prawniczego, które jest pełne obłudy, hipokryzji oraz skupienia się na karierze niż prawdzie. Bo jak w sądzie liczy się tylko to, co można udowodnić, zweryfikować oraz interpretować. Choć akcja toczy się bardzo powoli, Saniewski ciągle podrzuca kolejne informacje, tropy, wątpliwości, trzymając w zainteresowaniu aż do samego finału. I to ogląda się świetnie, mimo bardzo skromnej, wręcz telewizyjnej formy.

bezmiar sprawiedliwosci2

Reżyser pokazuje jak każdej ze stron – pośrednio – zależało na skazaniu oskarżonego, chociaż motywacje ich działań są kompletnie różne. Ukryć niekompetencje policji i prokuratury w zabezpieczeniu śladów, które następnie znikały w niejasnych okolicznościach, naginanie dowodów do stawianej tezy, przesłuchiwania policji trwające kilkanaście godzin non stop, próba wyrobienia sobie nazwiska, ukrycie swoich moralnych przewinień, brak doświadczenia. Zupełnie jakby zamiast dojścia do prawdy, liczyło się jej ukrycie i zostawienie w mroku. Jakby liczył się tylko spektakl i gra pozorów (symboliczna scena snu z niewidzialną piłką), co powie środowisko (scena u arcybiskupa). Scenariusz z jednej strony jest bardzo precyzyjny, z drugiej nie wszystko wyjaśnia, co daje wiele pola do interpretacji. A czy coś się zmieniło w tym systemie? Nie jestem do końca przekonany.

bezmiar sprawiedliwosci3

Pewny jestem za to tego, że „Bezmiar…” jest fenomenalnie zagrany. Film dominuje całkowicie Jan Frycz jako mecenas Wilczek. W każdej z historii jest kimś zupełnie innym, przez co jego motywacja zmienia się cały czas. Od młodego idealisty przez zgorzkniałego cynika po człowieka próbującego zapomnieć całą sytuację. Każdym gestem, spojrzeniem oraz niewypowiedzianymi słowami buduje bardzo złożoną postać. Równie wyborny jest Jan Englert jako jego mentor i przyjaciel, mecenas Woś. Człowiek bardzo doświadczony, uznany autorytet, choć też wydaje się zależny od kogoś innego. Niestety, od reszty mocno odstaje Robert Olech, czyli niejako główny bohater, który jest tak naprawdę obserwatorem. Ta postać jest niejako jak widz, który obserwuje i chce poskładać elementy układanki, ale w porównaniu z resztą postaci wypada blado. Z pań najbardziej wybija się Bożena Stachura wcielająca się w przyjaciółkę Wilczka, a nawet kogoś więcej, co ma poważne perturbacje w procesie.

Minęło 13 lat odkąd w kinie obejrzałem po raz pierwszy „Bezmiar sprawiedliwości”. Nadal uważam, że jest to znakomity dramat sądowy, niejako będący pretekstem do dyskusji na temat wymiaru sprawiedliwości. Saniewski znakomicie buduje napięcie i przy okazji zadaje pytania, co potrafią tylko wielcy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski