Dan Auerbach – Waiting on a Song

Dan_Auerbach_Waiting_on_a_Song

Nazwisko tego muzyka kojarzą fani The Black Keys. Jedna druga tego składu, czyli kompozytor, gitarzysta, wokalista i producent Dan Auerbach postanowił odpocząć od swojej formacji i nagrał solową płytę. W całości też ją wyprodukował. I jest to dość krótki (nieco ponad 30 minut) materiał.

Tytułowy utwór otwiera całość i czaruje swoim delikatnym brzmieniem (cymbałki oraz flety), cofając nas gdzieś w okres pop-rockowych dźwięków lat 60. i 70. A im dalej w las, tym obowiązkowa obecność Hammondów (“Malibu Man”), dęciaków oraz smyczków (“King of a One Horse Town”). Czasem bywa szybciej jakby to ELO grało (“Livin’ in Sin” z zadziorniejszymi riffami czy “Shine on Me”), ale to wszystko buja tak przyjemnie. Nawet, jeśli pojawia się tylko wokali i gitara akustyczna jak w “Never in My Wildest Dreams”, gdzie w połowie pojawiają się dęciaki czy niemal egzotyczną mieszankę oszczędnej perkusji z klawiszami w “Cherrybomb”, dodając zgrabne chórki w “Stand by My Girl”.

Piosenek jest niewiele, czas też jest dość krótki, ale w tym wszystkim jest zgrabna metoda na bezpretensjonalne retro granie, w którym Auerbach czuje się jak ryba w wodzie. Wokal nie jest może aż tak ekspresyjny jak w The Black Keys, ale to nie są takie agresywne i surowe numery jak w macierzystej formacji. Muzyk doczekał się piosenek, unika grania na jedno kopyto, a aranżacje są cudowne. Takich płyt chce się słuchać.

8/10

Radosław Ostrowski

Duża ryba

Poznajcie Edwarda Blooma – faceta, będącego duszą towarzystwa w swojej okolicy. Jako młody chłopak opuścił swoją miejscowość  i wyruszył w wielką podróż, przeżywając wiele niezwykłych przygód. Jednak jego syn Will, który przyjeżdża, by zająć się swoim ojcem nie wierzy w jego opowieści. I próbuje ustalić, jak to było naprawdę.

duza_ryba1

Tim Burton na przełomie wieków próbował eksperymentować z gatunkami, co wychodziło mu dość średnio. Jednak tym razem adaptacja powieści Daniela Watersa jest powrotem do formy. W każdym razie mamy Burtona baśniowego, fantastę oraz opowiadacza historii. O czym tak naprawdę jest ten film? Próbą poznania prawdy o człowieku, który miał wielkie ambicje i opowiadał o swoich przeżyciach opowieści na granicy fikcji. Co jest prawdą, a co tylko wymysłem wyobraźni i czy da się oddzielić te dwa elementy? Opowieści Blooma przeplatają się z obecną rzeczywistością, co tylko uatrakcyjnia ten film i pozwala „pobawić się” w detektywa. A opowieść jest niezwykła – wiedźmy, olbrzym, wielka miłość, praca w cyrku, działalność wojskowa – wydarzenia coraz bardziej zaskakują, okraszone są dużą ilością humoru.

duza_ryba2

Wizualnie jest to piękne kino, które zgrabnie pokazuje lata 60. (młodość Blooma), okraszona poruszającą muzyką Danny’ego Elfmana. Najbardziej urzekły mnie dwie sceny. Pierwsza to zakochanie się Eda w przyszłej żonie, kiedy nagle wszystko się zatrzymuje (dosłownie) i następuje potem gwałtowne przyspieszenie. Drugim była (w zasadzie były) dwie wizyty w Spectre (Widmo, nazwa chyba nieprzypadkowa) – miasteczku idealnym i czarującym, jednak druga wizyta pokazała destrukcyjną siłę czasu, nie omijającego nikogo. A na sam koniec dostajemy dość przewrotny finał (nie zdradzę co, by nie psuć niespodzianki).

duza_ryba3

Burton potwierdza tym filmem, że ma dobrą rękę do aktorów i pozwala wycisnąć z nich maksimum. „Duża ryba” to przede wszystkim popis Ewana McGregora, która gra Amerykanina z południa USA, który jest – no właśnie – fantastą, mitomanem, gawędziarzem czy oszustem? Na pewno jest czarującym, zdeterminowanym człowiekiem pragnącym osiągnąć wielki sukces. Przy okazji ma też nieprawdopodobne szczęście (akcja w Szanghaju czy napad na bank), co budzi wątpliwości co do wiarygodności jego opowieści. Jego starsze wcielenie ma twarz Alberta Finneya, który prezentuje się przyzwoicie, pokazując niezmienność jego charakteru nawet mimo choroby. Być może dlatego ta rola została dostrzeżona przez krytykę zdobywając nominacje m.in. do Złotego Globu.

duza_ryba4

Poza tym duetem nie brakuje równie wyrazistych i ciekawych ról. Taką na pewno gra Helena Bohnam Carter i to wcielając się w dwie postacie – najpierw jest wiedźmą, która potrafi przewidzieć śmierć, a potem nieszczęśliwie zakochaną w Bloomie Jennifer ze Spectre, ciągle tęskniącej i tłumiącej swoje uczucia. Nie sposób nie wspomnieć także niezawodnego Steve’a Buscemi (pisarz Norther Winslow, który zaszedł w kompletnie zaskakującą branżę), uroczego Danny’ego DeVito (właściciel cyrku Amos Calloway) i wiecznie piękną Jessikę Lange (żona Edwarda).

Nie jest to może najlepszy film Tima Burtona, jednak „Duża ryba” pozostaje czarującą, zabawną baśnią o sile naszej imaginacji. Owszem, było wiele filmów o tej tematyce (zwłaszcza produkcje Terry’ego Gilliama), jednak Burton nie jest ani infantylny, ani irytujący. Ma pewna magię, której siła nadal potrafi oddziaływać.

7/10

Radosław Ostrowski

Teoria wszystkiego

W niedalekiej przyszłości prywatność nie będzie istniała, w zamian będzie masa firm zajmujących się spełnianiem wszelkich pragnień. W tym świecie żyje Qohen Leth – genialny informatyk pracujący w dziale metafizyki. Od swoje szefa, zwanego Zarządem dostaje najtrudniejsze zadanie: udowodnienie Teorii Wszystkiego, czyli 0= 100%.

zero_theorem1

Terry Gilliam to filmowiec, który ma tak nieskrepowaną wyobraźnię, że może sobie pozwolić na wszystko. Nadal mamy mroczny, lekko obłąkany klimat, futurystyczny świat wyglądający tandetnie i człowieka pełnego demonów, zwątpień balansującego na granicy szaleństwa. Tylko, że tak naprawdę niewiele z tego wynika. Gilliam nadal atakuje konsumpcjonizm i pokazuje ludzi jako narzędzia w rękach innych, ale tym razem nie znajduje wyjścia z tego chorego świata. Nawet sen, który wydawał się wentylem bezpieczeństwa we wcześniejszych filmach nie jest taki spokojny, bo Wielki Brat czuwa i jest wszędzie. Zderzenie wiary z chaosem (symbolicznie widać to w domu Letha, którym jest… kościół z komputerem) musi przynieść poważne skutki, ale tak naprawdę im dalej w las, tym bardziej reżyser nudzi, staje się wtórny wobec samego siebie. My to wszystko już znamy, a tutaj brakuje jakiejś puenty, która podsumuje całość, bo zakończenie nie daje nam tej satysfakcji. Choć świat Letha (na zewnątrz) wygląda bardzo gilliamowsko (reklamy, murale, dziwaczne stroje i urządzenia), to większość czasu spędzamy w domu Letha – szarym, ponurym i mało przyjemnym.

 

zero_theorem2

Sytuację próbują częściowo ratować aktorzy, choć najlepiej poradził sobie świetny Christoph Waltz, który jest tutaj kompletnie pozbawionym włosów facetem. Qohen Leth (prawie jak Kohelet) to wystraszony, samotny człowiek wierzący, że jeden telefon jest w stanie zmienić jego życie. I czeka na niego, ciągle balansując między pracą, obłędem (ciągłe mówienie o sobie w liczbie mnogiej) i lekiem przed śmiercią. Wygrywa te emocje jednym spojrzeniem lub drobnym gestem. Druga mocna postacią jest stażysta Bob (fenomenalny Lucas Hedges), który próbuje pomóc Lethowi w zadaniu, ale jest strasznie znużonym i zmęczonym nastolatkiem. Na drugim planie jeszcze wyróżniają się niezawodni David Thewlis (Joby, zwierzchnik Letha) i Tilda Swinton (psychiatra).

zero_theorem3

„Teoria wszystkiego” ma dziwaczny klimat oraz pokręconą wizję Gilliama, ale pozbawiona jest ona sensu. Może ktoś z was w trakcie seansu odnalazł sens, ale ja się mocno pogubiłem. Zmarnowany potencjał i tyle.

6/10

Radosław Ostrowski