Paterson

Kino bywa czasami zaskakująco zwyczajne, bez niespodzianek. Tylko czy jesteśmy jeszcze w stanie obejrzeć film, w którym nie dzieje się pozornie nic? Gdzie scenariusz jest zbiorem scen, mających tylko i wyłącznie zbudować pewien klimat? Nie zawsze takie tytuły do mnie trafiają, bo bardziej interesuje mnie historia. Ale przecież od każdej reguły może być wyjątek. Czy taki właśnie będzie „Paterson”?

paterson1

Bohaterem nowego filmu Jima Jarmusha jest Paterson – zwykły i pozornie nijaki kierowca autobusu mieszkający w mieście Paterson, stan New Jersey. Mieszka z lekko postrzeloną żoną Laurą, która ciągle chce próbować czegoś innego: a to rozpocząć biznes cukierniczy, a to zostać wokalistką country. Z kolei sam Paterson pisze wiersze, ale nie publikuje ich, tylko trzyma w swoim notatniku. I jeszcze mają Marvina – buldoga angielskiego, który jest dla nich jak dziecko. A wszystko skupia się na pewnej rutynie i przyglądamy się jednemu tygodniu z życia Patersona.

paterson2

Akcji jako takiej w tym filmie po prostu nie ma, a wszystko skupia się na interakcji Patersona z całym otoczeniem. Podporządkowane jest to z góry określonej rutynie – każdy dzień zaczyna się od widoku z góry na łóżko Patersona i żony, potem praca (przed pracą jeszcze jakiś fragmencik wiersza), a po pracy widok na wodospad (dalsze pisanie), powrót do domu (poprawianie wykrzywionej skrzynki na listy), spacer z Marvinem oraz wizyta w barze. I tak w kółko a po drodze jeszcze będą wiersze – nie ocierające o banał, kicz czy popisywanie się. Dla wielu to spokojne tempo, gdzie kamera skupia się na detalach, emocjach, rozmowach (pamiętacie taki „Dym”?) może dla wielu osób okazać się zwyczajnie nudna oraz nieciekawa. Jarmusch wymaga od widza skupienia, wyciszenia oraz zatrzymania się, by przemyśleć kilka rzeczy. Przy okazji niejako stawia pytania o sztukę – inspirację do tworzenia, czy należy za wszelką cenę niejako prezentować ją światu, czy (jeśli sprawia to przyjemność) zachować tylko dla siebie? Bo paliwem może być dosłownie wszystko: miłość do kobiety, lęki, nawet zwykła rozmowa z nieznajomym (finałowa scena) i nad tym wszystko wisi troszkę melancholijny klimat.

paterson3

To daje duże pole do popisu, z czego bardzo mocno korzysta Adam Driver, chociaż jest bardzo powściągliwy w tej roli. Jego Paterson jest bardzo wycofany, niemal nieobecny, pozornie pozbawiony emocji, traktujący pisanie poezji jako swoją pasję. Być może dlatego nie zamierza ich publikować, a może chodzi o coś jeszcze. Jarmusch nie daje żadnych odpowiedzi. Drugą kluczową postacią jest żona (Golshifteh Farahani) – pełna energii, szukająca swojej pasji i uwielbiająca czarno-białe przedmioty. A jednak nie czuć tutaj pretensji, wyrzutów, tylko pełna życzliwość oraz ciepło. Ale i tak wiele scen kradnie Marvin – piesek ma swoje momenty, gdy doprowadza do wielu zabawnych sytuacji (rozmowa Patersona z kolorowo ubranymi dresiarzami czy spotkanie z raperem trenującym w pralni), co dodaje tylko koloru tej niepozornej historii.

paterson4

„Paterson” jest sztandarowym przykładem kina Jarmischa, który nigdzie nie pędzi, nie pokazuje mrocznej strony życia, tylko jest przykładem wizualnej i fabularnej kontemplacji. Jest jak poezja, z charakterystycznym rytmem, powtórzeniami i dla wielu będzie zbyt nudny tak jak życie. Nie znaczy to, że trzeba sobie odpuścić, tylko by w pełni zadowolić się „Patersonem” trzeba się zatrzymać. Ale czy w dzisiejszych czasach jest to realne? Skoro może istnieć człowiek nie korzystający z telefonu komórkowego i komputera, to chyba jest nadzieja.

7/10

Radosław Ostrowski

Osobliwy dom pani Peregrine

Poznajcie Jake’a – chłopca wycofanego i nie mającego żadnych przyjaciół, znajomych, nikogo. Jedyną osobą, z która ma silną więź jest dziadek, opowiadający niezwykłe, choć bardzo mroczne opowieści. Chłopak uważał je kiedyś za prawdę, ale to zostało zachwiane. Aż do momentu śmierci Abe’a, która go coraz bardziej zamyka. W końcu decyduje się dojść do wspomnianego przed odejściem dziadka miejscowości w Walii, gdzie miał być sierociniec, do którego kiedyś trafił Abe. Przypadkowo przez jaskinię wchodzi do tego miasteczka… 3 września 1943, a sierociniec prowadzi pani Peregrine i ma dość nietypową grupkę podopiecznych.

pani_peregrine2

Jeśli jeszcze nie zauważyliście, to ten film mógł zrobić tylko Tim Burton. Powieść Ransona Riggsa wydawała się być niemal skrojona pod wyobraźnię oraz talent tego reżysera-plastyka, potrafiącego czarować swoją magią i posiadającego bardzo charakterystyczny styl. Główny bohater to wycofany outsider, nie potrafiący nawiązać kontaktu z otoczeniem? Jest. Granica między fikcją a rzeczywistością zacierają się jak w „Dużej rybie”? Tak. Piękny wizualnie, ale bardzo mroczny świat? Zgadza się. Sam budynek sierocińca, jak i nietypowi mieszkańcy troszkę kojarzą się z „X-Menami”, jednak to bardzo luźna inspiracja. „Osobliwy dom…” to mieszanka kina przygodowego z horrorem oraz pewną tajemnicą, potrafiącą skupić uwagę.

pani_peregrine1

Muszę przyznać, że początek i cała ekspozycja jest dość wolna, wręcz poprowadzona żółwim tempem. Dopiero po mniej więcej 1/3 filmu trafiamy do domu pani Peregrine i dość szybko poznajemy jej mieszkańców, czyli dzieci mieszkające w czasowej pętli pozwalającej przeżyć jeden, ten sam dzień. Same dzieciaki to zgraja ekscentryków, posiadających pewne nadprzyrodzone umiejętności (ożywianie, oko działające jak projektor filmowy, zęby z tyłu głowy, lekkość jak piórko) i czuć, że są to bardzo zgrane, zżyte z sobą postacie. Potem dość szybko poznajemy historię związaną z panią Peregrine oraz jej wrogami, co zjadają oczy (to wygląda strasznie), przez co zmienia się kompletnie ton, w zamian proponując dynamiczne tempo, pomysłowo zrealizowane potyczki (niewidzialne złe monstra vs ożywione kościotrupy na molo przy lunaparku). Pościgi, akcja i mrok, ale antagoniści pod wodzą tajemniczego Barrona wyglądają zbyt groteskowo, by budzić strach. Na ile wina aktorstwa, a ile charakteryzacji – nie mam pojęcia, bo to zwyczajnie nie zgrywa.

pani_peregrine4

Należy jednak pochwalić reżysera za stronę wizualną, która zawsze była mocną stroną filmów Burtona. Zarówno scenografia odnosząca się do epoki (lata 40.), jak i bardzo wykwintne kostiumy wyglądają bardzo przyjemnie dla oka. Nawet efekty specjalne są na przyzwoitym poziomie, a muzyka delikatnie buduje klimat całości, tworząc odrobinę magii.

Aktorsko jest za to bardzo nierówno. Dzieciaki wypadają całkiem przyzwoicie, chociaż sporo z nich nie zostało zbyt mocno zarysowanych (może w następnej części będzie lepiej), a z tego grona najbardziej zapada w pamięć prześliczna Elle Pernelle (Emma chodząca w stalowych butach) oraz ironizujący Enoch (Finlay MacMillan). Asa Butterfeld jako typowo burtonowski bohater jest całkiem przyzwoity – wycofany, niepewny i odpowiednio blady, a jego przemiana jest dość wiarygodna, bez cienia fałszu. Jednak film kradnie Eva Green jako tytułowa pani Peregrine, czyli opiekunka domu. Wygląda zjawiskowo (ten kostium robi 50% roboty), mówi z uroczym brytyjskim akcentem, sprawia wrażenie kulturalnej, a jednocześnie bardzo szorstkiej. Jednak pod tą warstwą skrywa się osoba, której zależy na innych i niepozbawiona empatii. Kontrastem dla niej jest Samuel L. Jackson jako Barron. Osobnik ten w zamierzeniu miał budzić lęk i grozę, ale aktor prawdopodobnie został spuszczony ze smyczy i niebezpiecznie orbituje w stronę szarży, groteski, wręcz parodii. Brakowało tylko, by Barron zaczął rzucać na prawo i lewo słowem „motherfucker”. Pozostali aktorzy jak Chris O’Dowd (ojciec jake’a), Allison Janney (terapeutka), Rupert Everett (ornitolog) czy Judi Dench (panna Avocet) są ograniczeni do roli statystów i nie mają zbyt wiele do pokazania. Wyjątkiem jest Terence Stamp jako ciepły dziadek Abe.

pani_peregrine3

Dziwny to film i bardzo osobliwy. Z jednej strony czuć mocno rękę Tima Burtona, z drugiej jednak trudno nie zarzucić wtórności oraz pewnego ugrzecznienia, jakby reżyser stępił swoje mroczne pazurki. Na ile jest to wina pierwowzoru, a na ile podejścia do niego – sami musicie odpowiedzieć, bo książki nie czytałem. Nierówne tempo, śmieszni przeciwnicy, nie do końca wykorzystany potencjał, z drugiej niezawodna sfera wizualna, niezłe aktorstwo oraz klimat. Ale poczucie lekkiego niedosytu pozostaje. Może Amerykanin powinien zrobić sobie przerwę na złapanie świeżego spojrzenia? 

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pasażerowie

Ludzkość rozwinęła się do tego stopnia, że jest w stanie odbywać loty kosmiczne do kolonii poza naszą galaktyką. W tym kierunku leci statek międzygalaktyczny Avalon z 5 tysiącami pasażerów i załogą. Wszyscy są uśpieni, a lotem sterują komputery. Na skutek awarii spowodowanej zderzeniem z meteorytem budzi się jeden z nich i to grubo przed zakończeniem lotu, czyli 90 lat przed czasem. Jak żyć w tej klatce, gdzie wszelkie możliwe sposoby spędzenia czasu (siłownia, kino, majsterkowanie, pogawędki a barmanem-androidem), ale samemu spędzić tak dużo czasu to słabizna. Taki problem ma mechanik Jim Preston. Aż widzi w jednej z komór taką fajną i piękną kobietę o imieniu Aurora. Tylko, czy zmarnować jej życie, choć może coś z tego będzie, a może wytrwać samemu w tej eskapadzie? Wytrzymał rok.

pasaerowie1

Kino SF zawsze dawało spore pole do popisu dla twórców, a w przypadku „Pasażerów” reżyser Morten Tyldum chyba nie do końca wiedział co chce opowiedzieć. Początek troszkę przypominał „Moon”, gdzie mamy samotnego Jima w nieogarnionej przestrzeni, a właściwie klatce, z której nie da się uciec ani zawrócić. Bezsilność człowieka wobec technologii i samotność tak bolesna, że nie do zniesienia. Rozumiem decyzję Jima, by ją wybudzić, bo sam zapewne bym oszalał na tym okręcie. Wtedy całość skręca w stronę zgrabnego melodramatu. Ładnie jest to poprowadzone, oboje dobrze się prezentują w obrazku i ten dylemat naszego bohatera jest wygrywany kilka razy. Czuć napięcie i tajemnicę. Ale scenarzysta z reżyserem nie bardzo co z nimi zrobić, wiec co robią? Dodają parę awarii i eksplozji, by podkręcić stawkę oraz uczynić całość bardziej dramatyczną. Czy to jest dobre posunięcie?

pasaerowie2

Nie, bo przestawienie na akcję i sensację, zaczyna psuć całą relację między tą dwójką, niejako unieważniając pewne decyzję. Napięcie jest (awaria reaktora), dramatyzm jest, tylko to wszystko przestaje mnie bardzo obchodzić. Wrażenie robi scenografia – bardzo oszczędna, czasami sterylna, ale imponująca i zgrabna wizualnie, przez co całość dobrze się ogląda. Ale końcówka jest tak przewidywalna i hollywoodzka, że sprawia niemal fizyczny ból. Efekty specjalne (jak na film za ponad 100 baniek) to są takie sobie, zwłaszcza momenty, gdy znika grawitacja (to były niezłe jaja) wyglądają sztucznie.

pasaerowie3

Całość próbuje dźwigać na swoich barkach duet Chris Pratt/Jennifer Lawrence i do nich nie mam żadnych zastrzeżeń. Oboje bardzo dobrze dają sobie radę, czuć między nimi chemię, a emocje (zwłaszcza Lawrence) są wygrywane bez cienia fałszu. By nie było im nudno na statku, dostają w prezencie Michaela Sheena jako barmana. Arthur w jego wykonaniu jest elegancki i czarujący w swoim sztywnym zachowaniu, ale kradnie ten film, wnosząc odrobinę humoru. Ta trójka jest najmocniejszym elementem, ale prawdziwym kuriozum jest niewykorzystanie Andy’ego Garcii, który pojawia się dosłownie na kilka sekund.

pasaerowie4

„Pasażerowie” są miłym i sympatycznym filmem, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że zmarnowano potencjał na coś o wiele, wiele większego i głębszego. Przypomina koktajl, który szybko się wypija, ale potem się zapomina. Owszem, jest na co popatrzeć, czuć chemię między bohaterami, ale to troszkę za mało.

6/10

Radosław Ostrowski

Ja, Olga Hepnarova

Kim była Olga Hepnarova? Kobieta, o której Czesi chcieliby jak najszybciej zapomnieć, gdyż jest bardzo ciemną kartą z historii tego kraju. W 1973 roku wjechała w tłum ludzi stojących na przystanku. Zostawiła po sobie list, w którym przyznała się do tego i wyjawiła swoje motywy – zemstę na społeczeństwie za swoją krzywdę.

olga_hepnarova1

Jej historię postanowili opowiedzieć panowie Petr Kazda i Tomas Weinreb w swoim debiucie opartym na reportażu Romana Ciieka. Władze komunistyczne zrobiły wszystko, by tą kobietę wymazać z pamięci i dlatego zostało po niej niewiele śladów. I to być może wyjaśnia konstrukcję tego filmu – to ciąg scenek w chropowatej, czarno-białej kolorystyce, przypominające fotografie. Pozornie mogą one wydawać się niepowiązane ze sobą w żaden sposób nitką fabularną, stanowiąc bardziej impresję na temat Olgi. Gdy ją poznajemy, próbuje odebrać sobie życie, przedawkowując leki. Potem widzimy ją w pracy, w swojej samotni, w jakieś spelunie, spędzając czas z koleżanką, podczas jazdy ciężarówką. To wszystko jest powycinane, sprawia wrażenie sklejki fotek (świetne zdjęcia Adama Sikory). Jeśli ktoś czuje podobieństwo do „Idy”, to na poziomie wizualnym jest bardzo silne. Uderza za to kompletny brak muzyki, co tylko potęguje poczucie beznadziei Olgi. Wiem, że dla wielu takie wolne i samodzielne układanie psychologiczny puzzli może być trudne, wręcz męczące, ale spróbujcie.

olga_hepnarova2

Sama dziewczyna pojawia się ona niemal w każdym ujęciu, a jej spojrzenie wydaje się kompletnie puste, jakby zamiast oczu były kawałki szkła. Niby ona jest, ale jakby nieobecna duchem Niby jest mizantropem, unikającym ludzi jak ognia, z drugiej zaś potrafi nawiązać więź z partnerkami. Pytanie, czy ta Hepnarova ma taką nadwrażliwą psychikę, a może to wszystko jest jakąś kreacją, wymówką przed wzięciem odpowiedzialności, wysiłkiem za swoje życie. Na te pytania nie znajdziecie odpowiedzi (przynajmniej wprost), a wcielająca się w nią Michalina Olszańska magnetyzuje, do samego końca skupiając swoją uwagę, także mową ciała – męski, twardy chód oraz twarz bardzo nisko, unikając wzrokowego kontaktu. Bardzo wymagająca, trudna rola, z której aktorka wychodzi z obronną ręką. Cała reszta obsady jest tylko tłem dla Olszańskiej.

olga_hepnarova3

Rzadko się zdarza na naszych ekranach poważny, czeski film, który zrywa z obrazem Czechów, pijących piwo, prowadzących bardzo swobodne rozmowy o życiu oraz miłości. Dla wielu ta surowa realizacja może stać się barierą nie do przekroczenia, ale „Ja, Olga Hepnarova” dziwnie wydaje się aktualna w czasach, gdy ludzie wsiadają do aut i wjeżdżają na innych ludzi. Z czego to wynika i dlaczego to robią? Oto jest pytanie. Odpowiedzi tu nie znajdziecie, ale parę pytań zostanie.

olga_hepnarova4

7/10

Radosław Ostrowski

Dzień Bastylii

Jak wszyscy wiemy, dzień Bastylii to narodowe święto Francuzów, obchodzące w rocznicę zburzenia Bastylii. Dzień ten rozpoczął Wielką Rewolucję Francuską, ale nie o tym jest ten film. Bohaterów jest dwóch – różnych jak noc i dzień. Łączy ich to, że obydwaj są przedstawicielami najdzielniejszego oraz najmądrzejszego narodu świata, co potwierdzają ostatnie wyniki wyborów prezydenckich.

dzie_bastylii1

Michael Mason jest drobnym złodziejaszkiem, co widać już na samym początku filmu, gdy jego wspólniczka w stroju Adama przechadza się po ulicy, a on zaczyna podwędzać telefony, portfele i paszporty. Ale pewnego wieczoru kradnie nie o jedną torebkę za dużo. Gdy ją wyrzuca gdzieś na koszu, dochodzi do eksplozji, a Mason zostaje oskarżony o zamach terrorystyczny. Ściga go policja, prawdziwi sprawcy zamachu oraz… agent CIA, Sean Briar. Jednak zamiast go zwyczajnie zgarnąć i wyciągnąć informacje, agent szybko odkrywa, że nie jest sprawcą, proponując mu układ.

dzie_bastylii3

Wiem, że fabuła brzmi jak z setek innych filmów sensacyjnych, bo mamy dość oczywiste kalki i szablony. Ale James Watkins trafił idealnie w czas i nie chodzi tylko o zagrożenie terroryzmem, ale jak wykorzystywać potęgę Internetu, by całe społeczeństwa poddać psychozie strachu za pomocą manipulacji oraz haseł wykorzystywanych przez obydwie strony sceny politycznej. Choć jest to tylko niewykorzystany wątek, to dodaje smaczku oraz kolorytu. Reżyser ciągle zachowuje tempo i robi wszystko, by przykuć uwagę. Mamy pieszy pościg na dachu, kilka strzelanin (włącznie z finałową), kilka złośliwych docinków, skorumpowanych gliniarzy, pomysłowo inscenizowane sceny akcji (bijatyka w więźniarce – rewelacja). Mimo pewnych szablonów i przewidywalności ogląda się to z dużą frajdą, a nawet jest to dość logiczne. Jedyną taką poważną wadą jest dość chaotyczny montaż w scenach akcji, który wprowadza dezorientację (na szczęście, nie zdarza się zbyt często) oraz mało zaskakujący finał.

dzie_bastylii2

Ale „Dzień Bastylii” ma jednego mocna asa w tej talii kart i jest to Idris Elba. Briar w jego wykonaniu to prawdziwy twardziel, którego nic i nikt nie jest w stanie powstrzymać przed realizacją celu. Szorstki, samotny wilk, co szybko układa elementy układanki, ma gdzieś przełożonych (w końcu słuszność jest po jego stronie), tworząc odpowiednią mieszankę skuteczności i brawury. Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy Brytyjczyk pasowałby do roli agenta 007, „Dzień Bastylii” powinien rozwiać obawy. Partneruje mu Richard Madden i całkiem nieźle sobie radzi w roli drobnego cwaniaczka z ulicy, zmuszonego do współpracy z CIA. Poza tym zgrabnym duetem, warto wyróżnić wyglądającego niczym Robert Downey Jr. Jose Garcię (komendant policji Victor Gamieux) oraz Thierry’ego Godarda (szef gangu Rafi Bertrand).

dzie_bastylii4

„Dzień Bastylii” może nie będzie klasykiem w swoim gatunku jak „48 godzin”, „Zabójcza broń” czy „Nice Guys”, ale daje wiele frajdy podczas seansu. I nie miałbym nic przeciwko, gdyby agent Briar jeszcze powrócił na ekranie, bo zawsze na Elbę patrzy się przyjemnie, a sama historia zrobiona jest z głową.

7/10

Radosław Ostrowski

Sand Castle

O wojnie w Iraku opowiadało wiele, wiele filmów, ale tym razem z tym tematem postanowił się zmierzyć Netflix. Bohaterem opowieści jest szeregowiec Ocre, który nie chciał walczyć za kraj. Poszedł do wojska, bo jak sam mówi, nie stać go było na studia. Gdy go poznajemy łamie sobie rękę, waląc drzwiami od samochodu. Ale to nic nie daje i razem z oddziałem ruszają do boju. Po zajęciu kraju jego oddział pod wodzą sierżanta Harpera dostaje zadanie dostarczenia wody. Problem w tym, ze pompa jest zniszczona, a poza wojakami nikt nie chce podjąć się naprawy.

sand_castle1

Film Fernando Coimbry nie skupia się tylko i wyłącznie na pokazaniu amerykańskich chłopaków jako kolesi nie do zdarcia, nie do zabicia, potrafiących wyjść z każdej opresji bez szwanku. To nie jest propagandowa agitka, tylko pokazanie bardziej złożonego spojrzenia na wojnę w Iraku. Państwo to już wcześniej miało swoje problemy i wewnętrzne wojny, są też strasznie nieufni wobec Amerykanów. Cywile może by i pomogli, ale po prostu boją się. Bo karą za współpracę jest śmierć, co dobitnie pokazuje scena, gdy w szkole widzimy spalone zwłoki przybite na palu czy rozmowa z szejkiem. Klimat troszkę tutaj przypomina „Hurt Locker”, a sceny strzelanin dają prawdziwego kopa i budują poczucie osaczenia. A co gorsza, nigdy nie wiadomo, kiedy zaatakuje przeciwnik. Może to zrobić podczas jazdy konwoju czy rozdawaniu wody. A czy możliwe jest takie porozumienie ponad podziałami i lękami? I na jak długo ono potrwa? Te pytania pozostają bez odpowiedzi. Równie brak patosu oraz podniosłych dialogów typu „Bóg, honor, ojczyzna” działa na plus tego filmu.

sand_castle2

Zdarzają się pewne momenty zastoju, a wiele postaci nie jest zbyt mocno zarysowanych, ale aktorzy dają z siebie wszystko, by uczynić je ludźmi. Najbardziej w pamięć zapadają postacie Ocre (Nicholas Hoult kolejny raz pozytywnie zaskakuje) oraz sierżanta Harpera (Logan Marshall-Green). Jest też jeszcze bardzo ostry  w walce sierżant Burton (Beau Knapp) oraz najbardziej rozważny z grupy, czyli nowy dowódca ekipy – kapitan Syverson (Henry Cavill jest tu nie do poznania).

sand_castle3

„Sand Castle” może nie tworzy jakiegoś nowego obrazu wojny w Iraku, ale przypomina jak skomplikowana sytuacja tam panuje. Nie jest tylko filmem skupionym na strzelaniu i zabijaniu (to plus), ale skupia się na tym, jak poradzić sobie w nietypowej sytuacji. Bardzo porządna robota.

7/10

Radosław Ostrowski

Mina

Sierżant Mike jest snajperem walczącym gdzieś w Afganistanie. Razem z operatorem Tommy’m dostają zadanie zlikwidowania groźnego terrorysty, ale wszystko kończy się porażką. Wojacy muszą uciekać przed pościgiem oraz dotrzeć do punktu przerzutu. Niestety, Mike jedną nogą trafia na minę, przez co jest unieruchomiony, a kolega ginie. Pomoc może przyjść dopiero za ponad dwie doby.

mine1

Pamiętacie taki film jak „Pogrzebany”? Czyli mamy jednego bohatera uwięzionego w jednym miejscu z powodów niezależnych od niego. „Mine” hiszpańskiego duetu Guaglione/Resinaro może brzmieć jak materiał na sztukę teatralną niż film, ale nie dajcie się zmylić. Coraz bardziej widzimy jak nasz bohater czuje się coraz bardziej zmęczony, pozbawiony sił – jedzenia i wody niemal nie ma, nocami atakują paskudne psy, a zmysły coraz bardziej zaczynają wariować. Wtedy całość zaczyna robić się ciekawiej. Dlaczego? Bo bliżej poznajemy przeszłość bohatera, który nie potrafi się odnaleźć i można odnieść wrażenie, ze tak naprawdę uciekał. To utknięcie staje się szansą dla zmierzenia się z własnymi demonami: przemocą od ojca-pijaka, stratą matki, z którą miał bardzo silną więź oraz lękiem przed powtórzeniem błędów ojca. Wszystko to bardzo trzyma w napięciu (burza piaskowa czy nocne ataki dzikich psów), podkręcone fantastycznym montażem (druga połowa filmu wygląda świetnie) oraz budującą poczucie zagrożenia muzyką.

mine2

„Mine” to popis aktorski Armie Hammera, który musiał skupić uwagę tylko swoją obecnością. Mało mówi, coraz bardziej widać jego zmęczenie, ból, poczucie bezradności, a jednocześnie bardzo irracjonalny upór i walkę do końca. Aktor fantastycznie wykonuje swoje zadanie, w czym pomaga mu scenariusz oraz pewna ręka reżyserskiego duetu. Poza nim tak naprawdę wyróżnia się tylko jedna postać – tajemniczego, czarnoskórego Berbera, początkowo sprawiającego wrażenie dziwaka.

mine3

„Mine” to trzymający w napięciu psychologiczny thriller opisujący wewnętrzną walkę ze swoimi demonami. Niby kino oparte na koncepcie teatru jednego aktora, ale nie ma poczucia teatralności. Mocny dramat trzymający jak thriller.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Armia tetryków

Rok 1944, gdzie wojna powoli zmierza ku decydującym rozstrzygnięciom. Ale nie w małym miasteczku Walmington, znajdującym się nad morzem. Co prawda działa tutaj oddział Home Guard dowodzony przez kapitana Mainwaringa, ale ci uważani są za nieudaczników. Teraz dostają nowe zadanie – patrolowanie bazy wojskowej w Dover. Morale mogą jeszcze wzrosnąć, gdy pojawi się dziennikarka Rose Winters, która pisze artykuł o jednostce. Tylko, że w rzeczywistości jest niemieckim szpiegiem z zadaniem infiltracji oddziału oraz dotarcia do bazy.

armia_tetrykw1

Film Olivera Parkera to kinowa produkcja bardzo popularnego serialu komediowego z lat 70. W Wielkiej Brytanii jest to produkcja owiana kultem, ale w Polsce jest to mało popularny tytuł. Sam film to klasyczna, wręcz zgrabna ramotka. Nie czuć tu mocno naftaliną, bo ogląda się to bardzo przyjemnie, a humor bywa czasami oparty na prostym slapstickowym gagu (szkolenie z kamuflażu i problemy z pęcherzem czy „randka” u panny Winters), ale to wszystko potrafi wywołać parokrotnie uśmiech. Jest to też przykład, że w odpowiedniej chwili człowiek jest w stanie przebić się. Co ważne, każda z postaci (nawet najdrobniejsza) ma swój charakter i zapada mocno w pamięć. Nawet jeśli zachowanie naszych bohaterów może wydawać się czasami idiotyczne, to jest to poprowadzone z umiarem, bez poczucia zażenowania.

armia_tetrykw2

Sprawna realizacja, elegancka strona wizualna (klify i krajobraz wygląda ślicznie), militarna muzyka to atuty tej lekkiej komedii. Ale to wszystko nie byłoby tak świetne, gdyby nie fantastyczni aktorzy dowodzeni przez Toby’ego Jonesa jako przekonanego o swojej wyższości i inteligencji kapitana, próbującego zagrzać ducha bojowego swoim kompanom. Kontrastem dla niego jest opanowany, kulturalny i elegancki sierżant Wilson (cudowny Bill Nighy). Poza tym duetem trudno nie wspomnieć o Michaelu Gambonie (najstarszy w grupie szeregowy Godfrey), Tomie Courtneyu (pełen wojskowej dyscypliny kapral Jones) czy Blake’u Harrisonie (zafascynowany filmami szeregowy Pike). Ale film kradnie wszystkim Catherine Zeta-Jones jako prześliczna femme fatale. Jej obecność wywołuje zazdrość u innych pań (te stroje, ta elegancja), mąci mężczyznom w głowie i jest tego świadoma, doprowadzając do wielu zabawnych sytuacji.

armia_tetrykw3

„Armia tetryków” może nie jest najzabawniejszą komedią, jaką kiedykolwiek widziałem, ale miło spędziłem czas. Sympatyczna, lekka i dowcipna, ale bez przekroczenia granicy żenady i szyderstwa.

6,5/10

Radosław Ostrowski

To właśnie seks

Człowiek jest istotą bardzo skomplikowaną, która próbuje jakoś żyć w tym pokręconym świecie. Równie pokręcone bywa życie intymne, ale nie zawsze jesteśmy w stanie o tym opowiadać. I o tym opowiada australijski film „To właśnie seks”.

to_wlasnie_seks1

Film Josha Lawsona (pojawia się także po drugiej stronie jako fetyszysta stóp) to opowieść o pięciu parach oraz ich życiu intymnym. Problemem może być jednak to, że mamy pewne fetysze oraz fantazje, co wywołuje obowiązkowe komplikacje. Ona chce być zgwałcona, on czuje podniecenie, gdy żona śpi (bo za dnia jest twardą i ostrą zawodniczką), żona podniecana tylko, gdy widzi łzy czy wchodzenie w role. „Co się stało ze starym, dobrym seksem?” – pyta jedna z postaci. Reżyser w sposób słodko-gorzki pokazuje pewną może mało odkrywczą, ale trafną prawdę: do dobrego i satysfakcjonującego seksu potrzebna jest dobra… komunikacja. Jeśli nie boimy się powiedzieć o swoich marzeniach, fantazjach, bez osądzania i szczerze, to jest szansa, że się uda.

to_wlasnie_seks2

Każda z tych opowieści jest rozbrajająco szczera (próba gwałtu na parkingu skończona dość ostro), a komplikacje doprowadzają do nieobliczalnych sytuacji. Jak inaczej wytłumaczyć, że za bardzo zaczniemy zatracać się w tych fetyszach (mąż za bardzo pragnący odgrywać role, kobieta doprowadzająca męża do łez – orgazm udało się osiągnąć dopiero na wieść o… śmierci teścia), to możemy stracić bardzo wiele. Mocno o tym przypomina przypadek męża, którego podnieca śpiąca żona, więc ją usypia, co mocno odbija się na jego pracy.

to_wlasnie_seks3

Lawsonowi udaje się balansować miedzy powagą a żartem i pozwala przejrzeć się w bohaterach jak w lustrze. Czy jest możliwe spełnienie swoich marzeń, bez strachu? Wydaje mi się, ze jest taki przypadek, będący jednocześnie najzabawniejszym. Czyli słynna (już) rozmowa w call center, gdzie tłumaczka Monika pośredniczy między Samem a… prostytutką, gdzie nie brakuje pomyłek, przerażenia, aparat słuchowy nagle zacznie szwankować. I to wszystko bardzo bawi, ale finał jest tak uroczy – choćby dla tej kapitalnej sceny warto zobaczyć cały film.

to_wlasnie_seks4

Nie wiem, jak to możliwe, że u nas nie powstał film w takim stylu i o tej tematyce. Bez wulgarności, poczucia żenady i skupianiu się tylko na scenach erotycznych. „To właśnie seks” (oryginalny tytuł „Little Death”) jest szczery, nie drwi z postaci i jednocześnie skłania do refleksji. Ostatnio coraz bardziej lubię takie słodko-gorzkie filmy, świetnie zagrane, z równym tempem oraz kilkoma komediowymi fajerwerkami.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Spectre

Kolejne spotkanie z agentem 007, który znowu robi to, co powinien. “Spectre” jest zwieńczeniem serii rozpoczętej przez “Casino Royale” i tym razem Bond mierzy się z tajemniczą organizacją Widmo, dokonującej zamachów terrorystycznych na całym świecie.

spectre1

Reżyser Sam Mendes już na dzień dobry serwuje akcję w Meksyku, zaczynającą się bardzo płynnym ujęciem kamery, kończącej się eksplozją, strzelaniną oraz bijatyką w helikopterze. Nawet jeśli pojawiają się momenty na złapanie oddechu, zostają one gwałtownie przerwane, a całość łączy stare z nowym. Reżyser sięga po to, co już było w klasycznych odsłonach serii, zmierzając w stronę świadomego nadmiaru dziur, braku logiki oraz nadmiaru pościgów, strzelanin i wybuchów, ale też nie przesadza z gadżetami (jedynym bajerem jest… zegarek). Jednocześnie wydarzenia z poprzednich odsłon z udziałem Daniela Craiga łączą się w spójną całość. Za wszystkimi wydarzeniami stoi jeden człowiek, ale by do dorwać rozpocznie się pościg od Włoch przez Alpy i Afrykę z powrotem do Londynu. I kiedy wydaje się, że nic nieprawdopodobnego nie może się wydarzyć, to właśnie się wydarza jak podczas pościgu w Alpach rozpisana na samolot, auta oraz śnieg.

spectre2

Mimo większej ilości humoru (pełnego ironii), Mendes spowija całość mrokiem. I nie tylko ze względu na to, iż większość wydarzeń rozgrywa się w nocy (spotkanie we włoskiej kryjówce czy finałowa konfrontacja w podupadającym budynku MSZ), ale też bardzo ciemną kolorystyką. Reżyser także, choć raczej przy okazji, znowu stawia pytania o sposób działania wywiadu w czasach pełnej inwigilacji oraz wykorzystywaniu nowoczesnej technologii. Wszystko to spycha element ludzki na dalszy plan, ale czy to jest potrzebne. Nie jest to jednak meritum całej opowieści, ale daje troszkę materiału do refleksji.

spectre3

Sama intryga wciąga, chociaż parę razy można się pogubić. Dynamiczny montaż, pomysłowo zrealizowane strzelaniny i potyczki, budująca klimat muzyka Thomasa Newmana się sprawdza. Ale, no właśnie, zawsze jest jakieś ale. Brakuje zaangażowania, czuć lekko zmęczenie materiału oraz “odhaczanie” kolejnych przystanków, a między naszym agentem i partnerującą mu (z konieczności) dr Swann (ładna Lea Seydoux) nie czuć zupełnie nic. Niemniej finał satysfakcjonuje, zapowiadając niejako koniec serii. Chociaż nigdy nic nie wiadomo.

spectre4

Daniel Craig jako agent Jej Królewskiej Mości pasuje idealnie do tej postaci: zgorzkniały, świadomy swojej fizycznej niedoskonałości (jego spojrzenie po działaniach z Meksyku mówi wiele), ale ciągle zdeterminowanego, nieśmiertelnego oraz niepowstrzymanego. Mocniej zaakcentowanego jego relację z Q (elegancki, ale geekowaty Ben Whishaw), mającego troszkę więcej do zdziałania niż zwykle. Nie zawodzi też Ralph Fiennes w roli M. Kontrowersje za to wywołuje Christoph Waltz jako główny łotr, ale prawdę powiedziawszy nie bardzo jestem w stanie to zrozumieć. Jego Oberhauser/Blofeld jest bardzo powściągliwy, niesamowicie opanowany, ze spokojnym głosem jest w stanie torturować, terroryzować I zmuszać do podporządkowania się. Że Austriak się powtarza? Być może, ale nie drażnił mnie tak, jak można było się spodziewać. Za to duży żal mam do niewykorzystania (w pełni) Moniki Bellucci, która pojawia się raptem kilka minut, by zniknąć.

Cóż mogę powiedzieć o “Spectre”? Mendes wyszedł z konfrontacji z tarczą, parę razy zaszalał, jadąc po bandzie, ale godnie kończąc tą tetrylogię. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że “Skyfall” było zwyczajnie lepsze. Czyżby nasz 007 miał przejść na emeryturę? Zasłużył sobie na nią w pełni, tylko czy twórcy pozwolą mu się nią cieszyć w spokoju. Czas pokaże.

7/10

Radosław Ostrowski