Hologram dla króla

Alan Clay to biznesmen w wieku średnim, który najlepsze lata w swojej karierze wydaje się mieć dawno za sobą. Czuje się już wypalony, rozwiódł się z żoną i próbuje zachować kontakt z córką. Od szefa dostaje nowe zadanie: zrobić duży interes w Arabii Saudyjskiej, by sprzedać samemu władcy nową technologię: hologram pozwalający na telekonferencje. Wydaje się, że sprawa jest prosta, gdyż Clay zna bratanka króla. Tylko, że nic nie jest takie proste.

hologram_dla_krla1

Tom Tykwer korzysta z książki Dave’a Eggera, by opowiedzieć historię w zasadzie nam znajomą. Bohaterem jest człowiek w średnim wieku, który nie potrafi się odnaleźć i stracił życiową energię. Ale czy nowe miejsce i umowa pozwolą odnaleźć dawną pewność siebie i przynieść wewnętrzny spokój? Po tym jak zamknął swoją poprzednią firmę, rozwiódł się z żoną i nie jest w stanie zapewnić kasy na studia córce? Niby takich opowieści było tysiące, ale i tą ogląda się dobrze. Kluczem wydaje się tutaj zderzenie mentalności zachodniej z klimatem i krajobrazem Bliskiego Wschodu. Tutaj kraj arabski nie jest pokazany ani z przesadnym, bombastycznym przepychem, ani jako nieufne miejsce walki z terroryzmem. Arabia Saudyjska jest krajem pełnym paradoksów: biurokratyczna ospałość i niekompetencja (postać sekretarki Mahy) może doprowadzić do szału – prawie jak w PRL-u, a przepisy dotyczące alkoholu (zakaz picia) są bardzo sprytnie omijane i nie dotyczą najbogatszych. I perspektywa zwykłych ludzi mieszkającym w kraju, gdzie nie widzą dla siebie miejsca uatrakcyjnia tą opowieść.

hologram_dla_krla2

Tykwer konsekwentnie trzyma się określonego kierunku, ale wprowadza wiele retrospekcji, podkreślając skomplikowany charakter zagubionego Alana. Nawet delikatnie poprowadzony wątek miłosny między mężczyzną a poznaną lekarką Zahrą, staje się spójnym fragmentem całości. Na szczęście twórca wnosi odrobinę humoru (żart z CIA czy strach z powodu domniemanej bomby w aucie Yousefa), podnosząc mocno na duchu i dając nadzieję.

hologram_dla_krla3

Wszystko to uwiarygodnia swoją świetną rolą Tom Hanks, który pozornie wciela się w kolejnego everymena, ale tym razem jest to bohater po wielu ciężkich przejściach, próbujący robić dobrą minę do złej gry. Zmęczony życiem, w obcym świecie z nieznaną mu kulturą, ale jednocześnie nie pozbawiony determinacji oraz uporu. Wszystko to jest bezbłędnie wygrane. Wsparciem (nie tylko komediowym) jest Omar Elba jako młody szofer Yousef, który staje się przewodnikiem oraz przyjacielem naszego bohatera. Sceny wspólnych podróży stanowią popis komedii. Cała reszta postaci stanowi raczej tło dla Hanksa, ale nie ma mowy o nijakich bohaterach.

hologram_dla_krla4

„Hologram dla króla” to słodko-gorzka historia szukania (i odnalezienia) nowego miejsca na Ziemi oraz nadziei. Kino powstałe ku pokrzepieniu, ale nie przesłodzone. Pachnące Orientem (piękne zdjęcia oraz cudowna muzyka), ale nie kiczowate. Nawet jeśli nie zostanie w pamięci na długo, to daje sporo do myślenia, a to już coś.

7/10

Radosław Ostrowski

Amerykańska sielanka

Każdy z nas chyba wie, czym jest „amerykański sen”. Spełnienie i zdobycie wszystko, co najlepsze – piękna żona, idealny dom na przedmieściu, wreszcie dzieci odnoszące sukcesy. Sielanka? Dla Seymoura „Szweda” Levova to było spełnienie marzeń. Przystojny, atletyczny mężczyzna, zakochany w pięknej kobiecie, Dawn (co z tego, że gojka), była miss stanu. Do tego pojawia się ona, córeczka Meredith. Brzmi to jak spełnienie marzeń? Do pewnego czasu tak jest, bo dziewczyna się jąka, zaczyna się wycofywać (i pod wpływem otoczenia) skręca w stronę radykałów spod znaku kontrkultury. Aż pewnego dnia dochodzi do ataku terrorystycznego, w którym ginie właściciel sklepu, a dziewczyna znika bez śladu.

amerykanska_sielanka1

Kolejne spotkanie kina z Philipem Rothem, który nigdy nie był łatwy do sfilmowania. Tym razem jednak realizacji kinowej wersji pierwszej części trylogii amerykańskiej podjął się Ewan McGregor – bardzo popularny i ceniony aktor szkocki. Ale, jak to w przypadku debiutanta, wziął na siebie zadanie ponad swój ciężar. Klamrą dla opowieści o śnie, który zmienił się w koszmar jest zjazd absolwentów, na który przebywa ceniony pisarz Nathan Zuckerberg (w tej roli David Strathairn). Dzięki poznanemu na zjeździe bratu Szweda, poznaje on jego historię. McGregor miał szansę, by wykorzystać losy rodziny Levov do zderzenia się z okresem lat 60., gdy Ameryka prowadziła najtrudniejszą ze wszystkich wojen – wojnę domową. Częściowo się to nawet udaje, gdyż początek obiecuje wiele: jest świetnie wykonana robota scenografów i kostiumologów, zgrabnie wplecione materiały archiwalne. Jednak cały czas stawiane jest pytanie: dlaczego dziewczyna z dobrego domu staje się terrorystką i morderczynią? Tak jak ojciec cały czas próbujemy to rozgryźć i odnaleźć przyczynę.

amerykanska_sielanka2

Pojawiają się pewne drobne sygnały (widok podpalonego mnicha, jąkanie się, jej prośba, by Szwed pocałował ją jak mamę), które coraz bardziej zaczyna się radykalizować. Dziewczyna zaczyna niszczyć to, w co wierzy jej ojciec, czyli pracowitość i wierność tradycji. Bunt przeradza się w gniew, sympatyzowanie z kontrkulturą – jest wiele poszlak, ale brakuje tutaj kropki nad i. Tylko, że powieść Rotha miała bardziej rozbudowaną psychologię, wspartą bardzo nielinearną konstrukcją (masa retrospekcji), łącząc wszystko w spójną całość. Tutaj zabrakło spoiwa, bo wiele scen sprawia wrażenie niepowiązanych ze sobą. To, że żona zaczyna oskarżać męża, iż pojawił się w jej życiu (i że mogła mieć zupełnie inne życie), pojawienie się tajemniczej Rity Cohen (intrygująca Valerie Curry), mogącej znać miejsce pobytu Merry. Wiem, o co chodziło twórcom: pokazanie jak jedno wydarzenie wywraca i niszczy życie zwykłej rodziny. Problem w tym, że to wszystko sprawia wrażenie bardzo sztucznego tworu.

amerykanska_sielanka3

Nawet aktorstwo (przyznaje, że bardzo solidne) jest bardzo teatralne i miejscami aż nadekspresyjne (dotyczy to mocno samego McGregora). Intrygują panie – Jennifer Connelly oraz Dakota Fanning – jednak nawet ich próby stworzenia psychologicznych portretów mogą budzić poważne wątpliwości pod względem wiarygodności. Dlatego, jeśli chcecie bliżej poznać tragedię rodziny Levov, zdecydowanie sięgnijcie po literacki pierwowzór, lecz nie spodziewajcie się łatwej i przyjemnej lektury.

amerykanska_sielanka4

5/10

Radosław Ostrowski

Jackie

Jacqueline Kennedy to jedna z najsłynniejszych Pierwszych Dam w historii USA. I to właśnie do jej rezydencji, tydzień po zamachu, puka dziennikarz. Nie za wcześnie na taki wywiad? A jednocześnie podczas tego wywiadu, cofamy się na chwile przed zamachem oraz tym, co się działo po.

jackie1

Pablo Larrain postanowił odtworzyć te zdarzenia, robiąc to z niemal nieprawdopodobnym pietyzmem. Niby poznajemy wszystko z perspektywy Jackie, jej żałobę, ale jednocześnie nie mogłem oprzeć się wrażeniu pewnej sztuczności. I nie chodzi nawet o wykorzystanie programu telewizyjnego, gdzie Jackie prowadzi po Białym Domu. To wszystko było niemal takie podniosłe, poważne, wręcz duszące (także muzyka sprawiała wrażenie „mówiącej” emocje, jakie powinienem czuć), że wręcz można się tym udusić. To wszystko śmierdzi fałszem. Sama Jackie (intrygująca Natalie Portman, ale jeszcze do niej wrócę) w wywiadzie sprawia wrażenie nie tyle oschłej, co świadomej swojej roli, siły mediów. A w retrospekcjach jest znacznie bardziej skomplikowaną postacią: zagubioną, samotną, próbującą odnaleźć się w nowej sytuacji. Kamera niemal cały czas jest przy niej, jakby bojąc się przeoczenia jej spojrzenia, gestu.

jackie2

Trudno też odmówić tego, co zrobili scenografowie i kostiumolodzy, którzy z dbałością o szczegóły odtworzyli każde pomieszczenie Białego Domu. Ale jedno pytanie ciągle krążyło mi po głowie: po co to wszystko? Czyżby twórcom udało się odkryć jakieś nowe materiały? Nie, to wszystko służyło podtrzymywaniu mitu najpiękniejszej pary w Białym Domu. On – przystojny, czarujący, pełen charyzmy, ona – piękna, zawsze u boku męża. A czy wiedzieliście, że JFK (ten wątek ledwo liźnięto) bzykał każdą pannę jaka się nawinęła, a ona o tym wiedziała. Jest tu parę mocnych momentów (rozmowa z doradcą nowego prezydenta czy zbitki montażowe mieszające pogrzeb z teraźniejszością), ale całość przypomina wizytę w muzeum figur woskowych: wszystkie te drobiazgi wyglądają świetnie, ale w środku wszystko jest puste.

jackie3

I takie same odczucia mam wobec roli Natalie Portman. Aktorka zrobiła wszystko, by mówić, wyglądać i chodzić jak Jackie Kennedy, ale jej po prostu nie wierzyłem jako postaci. Sama mówi: „Te wszystkie splendory nie były dla Jacka, tylko dla mnie”. Ten cytat wydaje się odpowiednim podsumowaniem tej kreacji, skrojonej do zgarnięcia najważniejszych nagród przemysłu filmowego, a ta postać zasługiwała zwyczajnie na coś więcej. Jedynie podczas rozmów z księdzem (ostatnia rola Johna Hurta) wydaje się brzmieć prawdziwie, pełna bólu i gniewu.

jackie4

Ale to za mało, by uznać ten film za udany. To w pewnym momencie jest kłamliwe, sztuczne i tak nabzdyczone kino, które mogłoby się spodobać tylko osobie bezkrytycznie zapatrzonej w familię Kennedych. Ładnie to wygląda, ale poza tym, nie ma nic do zaoferowania.

5/10

Radosław Ostrowski

Christine

Jest rok 1974 i w Stanach wszyscy żyją aferą Watergate. W tym samym czasie w małym miasteczku Sarasota działa lokalna stacja telewizyjna, gdzie pracuje niejaka Christine Chubbuck. Pochodząca z Ohio kobieta prowadzi blok w dzienniku, gdzie przedstawia wieści lokalne. Dodatkowo udziela się w szpitalu, gdzie prowadzi „spektakle” dla dzieci. Jednak z panią Chubbuck, coraz bardziej zaczynają zwisać czarne chmury, doprowadzając do pogłębienia depresji. Aż 15 lipca 1974 roku, dziennikarka dokonuje dramatycznego wyboru: strzela sobie w łeb podczas dziennika.

christine_2016_1

Sama ta historia mogła wydawać się intrygująca oraz bardzo widowiskowa dla filmowców, ale z drugiej strony bardzo bałem się skupieniu na samym fakcie, by nie pójść w stronę taniej sensacji. Debiutujący reżyser Antonio Campos zamiast skupiać się na fajerwerkach, próbuje przybliżyć sylwetkę Chubbuck, a dokładniej jej ostatnie miesiące. Gdy ją poznajemy, przygotowuje się do wywiadu, ale pokazane jest to w ten sposób, że naprawdę mogła przeprowadzić rozmowę z Richardem Nixonem. Najpierw widzimy jej twarz przed monitorem, a następny kadr pokazuje puste studio. Wtedy kamera cały czas skupia się na obliczu kobiety, przyglądając się jej życiu: wspólnym mieszkaniu z matką, wizytą u lekarza (coraz częstsze bóle brzucha), przygotowaniami do pracy. Wszystko to jest przedstawione bardzo spokojnie, same rozmowy i krótkie scenki, przedstawiające kolejne problemy: zwiększenie oglądalności („krwawe” materiały), wykryta torbiel w jajniku, nasilająca się depresja. Im dalej w las, tym będzie już tylko gorzej, a finał trzyma za gardło.

christine_2016_2

Reżyser unika skandalizowania, a jednocześnie bardzo wnikliwie odtwarza realia lat 70. Scenografia i kostiumy robią wielkie wrażenie. Nie mogłem się nadziwić jak udało się odtworzyć wygląd telewizyjnego studia z tamtych czasów, gdzie nie stosowano grafiki komputerowej podczas prognozy pogody, a materiał każdy dziennikarz sam montował ręcznie. Takie detale budują wiarygodność epoki, a jednocześnie pokazują, że ten pęd mediów za sensacją nie jest tak naprawdę niczym nowym. Ale tak naprawdę widzimy coraz bardziej nakładające się problemy, których genezy nie znamy (i nie poznajemy), poznając tylko zakończenie.

christine_2016_3

Wszystko to byłoby kolejną opowieścią, przedstawiającą stadium słabej psychice, która nie daje rady w brutalnym świecie, gdyby nie jedna genialna kreacja. Rebecca Hall koncertowo wciela się w coraz bardziej przytłoczoną, samotną, zamkniętą w sobie kobietę: niespełniona zawodowo i prywatnie. Te jej przerażone, duże oczy oraz coraz bardziej napięta mowa ciała, każda zmiana jest tutaj bardzo subtelnie, a jednocześnie bardzo wyraziście przedstawiona. Aktorka kradnie film, chociaż trudno jest Christine polubić, z powodu silnego skupienia na sobie, ale bardzo łatwo wejść w tą postać. Poza nią jest tutaj bardzo mocny drugi plan: próbująca prowadzić własne życie matka (świetna J. Smith-Cameron), zainteresowany nią prezenter (Michael C. Hall w innym emploi) czy skupiony na oglądalności naczelny (Tracy Letts) są na tyle wyraziści, że się ich zapamiętuje, ale tak naprawdę są tylko tłem dla Hall.

christine_2016_4

Mocny, skromny, ale bardzo poruszający dramat, nie dający w żaden sposób łatwych odpowiedzi na temat przyczyn decyzji Christine. Ale myślę, że każdy wyciągnie z tego wnioski. Dla mnie takimi są większa otwartość na innych oraz nie dążenie za wszelką cenę do perfekcji. To jednak tylko moje zdanie, a pani Hall zasłużyła na nominację do Oscara.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Żywioł. Deepwater Horizon

Rok 2010 był dla nafciarzy niezbyt udanym rokiem. Właśnie wtedy doszło do największego wycieku ropy oraz gigantycznej katastrofy na platformie wiertniczej Deepwater Horizon. Taka historia musiała prędzej czy później zostać przeniesiona na ekran, a za jej realizację odpowiada nowy „amerykański” reżyser, który godnie zastępuje Michaela Baya (bo jest od niego w każdym calu lepszy).

zywiol1

Całą opowieść poznajemy z perspektywy everymena, czyli Mike’a Williamsa. To inżynier odpowiedzialny za elektrykę na przenośnej platformie Deepwater Horizon należącej do firmy BP. Ale nie jest tam zbyt dobrze – ciągle coś się psuje, niedawno nałożono beton i nie przetestowano go. Wiadomo, cięcia z powodu chciwości i chęci zarobienia jak największej kasy. Wtedy dochodzi do nadmiernego ciśnienia rury, doprowadzając do eksplozji i kompletnego zniszczenia platformy. I jak to w klasycznym kinie katastroficznym bywa, całość można podzielić na dwie części.

zywiol2

Pierwsza to obserwacja dnia codziennego na platformie, czyli rutynowy dzień. pracownicy idą do pracy, prowadzą drobne rozmowy o niczym i zwykła praca. Druga część zaczyna się od usterek i kończy się na spektakularnych popisach pirotechników, strachu, krwi, ranach oraz ucieczce. Jest wtedy bardziej spektakularnie, ale jednocześnie bardzo kameralnie. Berg zachowuje kronikarski charakter i nawet jeśli jest patos, to w takiej dawce, ze słucha się tego bezboleśnie, a to jest wielka sztuka. Wtedy kamera zaczyna drgać, kadry są nieostre, nerwowe, bierze perspektywę pleców postaci i czyni z nich bohaterów na miarę swoich czasów. Doświadczonych profesjonalistów, którzy w momencie próby zachowują zimną krew, nie zostawiają kolegów w potrzebie.

zywiol3

Tego typu kino ma też swoje wady, gdyż liczy się „widowiskowość” katastrofy (i to się sprawdza dobrze), przez co najbardziej cierpią bohaterowie, którzy nie są jakoś skomplikowanie skonstruowani, grając na prostym szablonie: odpowiedzialni i dobrzy (pan Jimmy, Mike, Andrea) oraz chciwe szefostwo plus niezdecydowani. Czy to znaczy, ze ich los nas nie obchodzi? Niekoniecznie, bo aktorzy robią wszystko, byśmy mogli z nimi sympatyzować. Może i jest to mocno uproszczone, ale działa. Nawet Mark Wahlberg, którego nie jestem wielkim fanem, daje tutaj radę. Podobnie jak Kurt Russell i jego zarąbiste wąsy, a John Malkovich jest tak śliski i antypatyczny, jak tylko się da.

zywiol4

Berg nie wywraca do góry nogami reguł kina katastroficznego, ale konsekwentnie pokazuje wszelkie wady i zalety tego gatunku. Najważniejsza jest tutaj sama tragedia i jej przebieg, przez co ludzie są zepchnięci na dalszy plan. Ale i tak ogląda się z przyjemnością, nie wywołując znużenia.

6/10

Radosław Ostrowski

Wzburzenie – Opowieść o dojrzewaniu

Rok 1951. W mały miasteczku w New Jersey mieszka Marcus Messner – syn żydowskiego rzeźnika. Chłopak jest wybitnie inteligentną jednostką, ale o jego duszę chce się upomnieć armia, by wysłać go do Korei. Marcus decyduje się na studia w konserwatywnym college’u w Winesburgu, stan Ohio. Daje sobie radę i świetnie się czy, ale jest bardzo wycofany wobec otoczenia, niezbyt integrując się z resztą. Wtedy na jego drodze pojawia się dziewczyna z przeszłością – Olivia Hutton. Jej obecność wywraca spokojne życie chłopaka do góry nogami.

wzburzenie1

Nie wiedzieć czemu, ale nigdy nie było przypadku, by z wielkiej literatury powstał wielki film. Przynajmniej tak było z adaptacjami powieści Philipa Rotha, które było co najwyżej ambitnymi porażkami. Czy taki sam los miał czekać „Wzburzenie”? Debiutujący na stanowisku reżysera scenarzysta James Schamus ryzykował wiele, gdyż powieści tego autora nie są łatwe do adaptacji (masa wewnętrznych monologów, rozbudowanych portretów psychologicznych zamiast klasycznie rozumianej akcji), jednak tym razem udało się wygrać.

wzburzenie2

Ta historia młodego chłopaka, próbującego żyć po swojemu, wyzwolić się spod klosza rodziców i tego, jakie działania doprowadziły go do zguby. Marcus jest nieśmiałym outsiderem, który skupiony jest tylko na jednym – nauce, przez co żyje w konflikcie, jest rozedrgany, nerwowy, ale mocno to w sobie tłumi. Pojawiają się pewne problemy: obowiązkowe uczęszczanie do kaplicy (nasz bohater jest ateistą, co dobitne pokazuje w konfrontacyjnej rozmowie z dziekanem), wreszcie dziewczyna i powoli rodzące się uczucie zakończone zaskakująco. Schamus konsekwentnie i stopniowo buduje klimat nie tyle zaszczucia, ile nerwowości. Wykorzystuje narrację z of fu, stawia na statyczne zdjęcia oraz klasyczną muzykę, przeplata też sny z rzeczywistością. Zderzenie liberalnego umysłu z konserwatywną mentalnością musi się zakończyć porażką, a tak naprawdę nie jesteśmy pewni jak do tego doszło. Ale nie zabrakło też odrobiny ironicznego humoru (kłótnie z ojcem, pierwsza randka), przez co seans jest odrobinę przyjemniejszy, ale pytania na temat jak przypadek steruje naszym życiem pozostają aktualne. Udaje się też uniknąć banału, chociaż niektórych mogą drażnić monologi z offu naszego bohatera. Drugim poważniejszym minusem jest zepchnięcie na dalszy plan tego, jak rodzina zachowuje się po wyjeździe Marcusa. Tutaj najmocniej to widać w postawie ojca, który zaczyna się bardzo mocno martwić i obawia się najgorszego.

wzburzenie3

Schamus zaskakuje dobrymi dialogami oraz spokojnym prowadzeniem opowieści, ale też daje spore pole do popisu aktorom. Bardzo pozytywnie zaskakuje Logan Lerman, ostatnio raczej dobierający niezbyt ciekawe role, ale jako Marcus jest po prostu świetny. Inteligentny, opanowany, ale jednocześnie słychać w jego głosie rozedrganie, napięcie oraz niepokój. To zderzenie daje bardzo ciekawy portret nadwrażliwego chłopca, przekonanego o swojej dojrzałości, walczącego o życie na swoich zasadach. To widać zwłaszcza w rozmowach z dziekanem Caldwellem (mocny Tracy Letts). Drugą postacią jest śliczna Sarah Gadon – równie inteligentna jak Marcus, ale skrywająca pewna tajemnicę związaną ze swoją psychiką. Sprawia wrażenie miłej, serdecznej i szczerej, jednak kryje się za tym coś więcej. I to dzięki tej dwójce, cała ta historia nabiera silnego ładunku emocjonalnego.

wzburzenie4

Na pierwszy rzut oka „Wzburzenie” przypomina kino inicjacyjne, ale tak naprawdę to fatalistyczny dramat o nieuchronności losu, który potrafi zakpić i zadrwić z wszelkich naszych planów. Czy w ogóle coś możemy z tym zrobić? Na to nikt nie daje odpowiedzi, bo czy jest ona możliwa?

7/10

Radosław Ostrowski

Księgowy

Christian Wolff wydaje się pozornie zwykłym, nudnym księgowym. Troszkę jest wycofany i małomówny, ale na liczbach zna się jak mało kto. To jednak nie jest taki pierwszy lepszy spec od matematyki, gdyż jego umiejętności bardzo chętnie wykorzystuje półświatek. Dlatego nasz bohater znajduje się na celowniku władz, reprezentowanych przez agenta Raymonda Kinga. Wolff dostaje w końcu zadanie przeprowadzenia kontroli w firmie cybernetycznej, zajmującej się m.in. tworzeniem protez oraz sprzętu komputerowego, w czym mu pomaga pracownica firmy Dana. To sprowadza dodatkowe kłopoty, gdyż komuś zależy na śmierci księgowego.

ksigowy1

Sam film Gavina O’Connora to dziwny i pozornie niepasujący do siebie konglomerat dramatu, kina akcji i melodramatu. Dlaczego dziwny? Bo jak na film jest on bardzo spokojny, wręcz usypiający i nigdzie się nie spieszy, a wszystko dotyczy tajemnicy naszego niepozornego księgowego – autystycznego geniusza, który jest bardzo zdystansowany wobec otoczenia i jest świetnie wyszkolonym zabójcą. Tak, nie przewidziało wam się, a przyczyny poznajemy w retrospekcjach, zdradzając powoli kolejne elementy układanki. Nawet pojawia się lekki wątek melodramatyczny, gdyż panna Dana zaczyna lecieć na księgowego z kamienną twarzą oraz spojrzeniem drewna przed obróbką. A jak wiadomo, autyzm to bardzo skomplikowana niewiadoma (podobnie jak kobieta, ale tego nie rozwinę), przez co to uczucie może nie wytrzymać. Jednak ten wątek nie do końca mnie przekonuje, ale do tego wrócę.

ksigowy2

Jednak „Księgowy” jako akcyjniak powinien zawierać sceny, w których nasz księgowy niczym Leon zawodowiec zmniejsza populację bydlaków z zabójczą wręcz skutecznością. I wtedy jest brutalnie, krwawo, ale i pomysłowo (walka z najemnikiem za pomocą… paska od spodni), utrzymując odpowiednie tempo, także trzymając w napięciu, by odkryć głównego masterminda. Ale finałowe rozwiązanie jest tak idiotyczne (szef najemników ochraniających głównego łotra jest… bratem księgowego), że litości. I taka jest sinusoida związana z filmem O’Connora – jest kilka ciekawych pomysłów, ale parę z nich jest kretyńskich, a o logice czasami wolę zapomnieć. Mimo to ogląda się całość naprawdę dobrze, dzięki sprawnej reżyserii oraz kilku nieoczywistym klockom.

ksigowy3

Jeśli chodzi o aktorstwo nigdy nie byłem wielkim fanem Bena Afflecka (do momentu, gdy postanowił wziąć się za reżyserię), ale do autystycznego geniusza pasuje idealnie. Zdystansowany, wycofany i nie zawsze sprawnie odczytujący intencje innych ludzi, z bardzo oszczędną mimiką, wygrywa na każdym poziomie. Ta postać to troszkę miks „Pięknego umysłu” z „Leonem zawodowcem”. Partneruje mu Anna Kendrick jako Dana i tutaj mam problem. Nie chodzi o to, że aktorka nie daje sobie rady, lecz nie czuć chemii między nią a Wolffem (autyzm częściowo, ale nie kompletnie eliminuje problem). I podejrzewam, że tutaj może być winna (bardzo widoczna) różnica wieku między tymi postaciami. Poza nimi na drugim planie jest elegancko ubrany (i trzymający fason) J.K. Simmons jako tropiący księgowego agent King oraz Jon Bernthal, czyli twardy zabijaka Braxton. Z kolei John Lithgow (szef firmy cybernetycznej) jest zbyt oczywistym tropem i łatwo domyślić się jego działań.

ksigowy4

Dziwny konglomerat, który o dziwo zaskakująco dobrze się sprawdza. Przykuwa tajemnicą bohatera oraz kilkoma, mocnymi scenami akcji, a także bardzo nieoczywistymi zaskoczeniami. Wielu będzie narzekać, że za dużo gadania jak na akcyjniaka i za dużo strzelania jak na dramat. Ale doceniam pomysłowość twórców i odwagę w krzyżowaniu nieoczywistych rzeczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Pitbull. Nowe porządki

Pamiętacie taki film „Pitbull”? Zrealizowany w 2004 roku debiut Patryka Vegi był jedną z największych niespodzianek tamtego roku i prawdziwą petardą, gdzie bardzo realistycznie przedstawiono pracę policjantów z wydziału zabójstw, bez widowiskowości, patosu, z dużą dawką żargonu. Ale to było ponad 10 lat temu i do tego czasu Vega zniszczył swoją reputację, stawiając na żenujące żarty oraz efekciarską rozpierduchę. Co teraz dzieje się w „Pitbullu”?

pitbull_21

Zamiast Despero pojawia się policjant z Majami, a dokładnie z Warszawy. Majami zajmował się dilerami i zostaje przeniesiony na Mokotów, by łapać drobne płotki. W okolicy zaczyna się kręcić nowy bandzior o ksywie Babcia, co zamierza przejąć władze na dzielnicy i wprowadzić dobrą zmianę. Zaczyna się od zastraszania sklepikarzy, a kończy na obcinaniu paluchów. Z Majami idzie do wsparcia Gebels, więc nie będzie miękkiej gry. I w zasadzie to tyle, jeśli chodzi o scenariusz, bo jest on bardzo szczątkowy jak diabli. Podobnie było w poprzedniej części, jednak tam miałem wrażenie, że było to silniej podbudowane oraz przekonująco. Tutaj poziom jest tak nierówny, że to jest ścinka zrobiona pod serial telewizyjny (który zapewne powstanie lub już powstał). Z jednej strony jest krwawa i brutalna rąbanka, gdzie mamy odcinane paluchy, strzelanie, atak na burdel czy starcia kiboli. Z drugiej jest sporo dość prostackiego humoru (nowy heros siłowni, czyli Strachu), bezsensownej przemocy (zabójstwo dokonane przez nieletniego brata bandziora) i masy pobocznych wątków, które spychają cały główny wątek na dalszy plan, kompletnie wywołując dezorganizację i taki burdel, że głowa mała.

pitbull_22

Przewija się wiele starych znajomych jak naczelnik Barszczyk (i nadal jest takim samym chujem jak przedtem) czy znany z serialu Igor (szkoda, że tylko epizod, niemniej cieszy), ale i tak wszystko skupia się na starciu Majami z Babcią. Nie brakuje kilku mocnych scen jak wejście Babci na siłkę, wizyta gangstera u uzdrowicielki czy podpalenie żywcem jednego oprycha. Także jest kilka fajnych kadrów z pomocą drona czy ataku na dom publiczny, gdzie to ładnie zagrano światłem. Ale po co w takim razie takie sytuacje jak z byłym strażnikiem miejskim pobitym przez dawnych kochanków czy zadyma kiboli? Za nic to wszystko nie chce się skleić, a cały realizm trafia szlag.

pitbull_23

Sytuację częściowo próbują obronić aktorzy i kilku z nim się udaje. Nie zawodzi Andrzej Grabowski jako zgorzkniały i zmęczony życiem Gebels (za mało go było). Także nowy narybek, czyli Piotr Stramowski daje radę jako nieprzekupny, twardziel z irokezem na głowie (jakim cudem taki koleś mógł zostać tajniakiem? A chuj z tym). I każdy chciałby mieć taką rzeźbę. Ale tak naprawdę wierzyłem tylko jednej postaci, czyli zbójowi Babci. Jeśli myśleliście, że Bogusław Linda zapomniał jak być prawdziwym twardzielem, to od razu strzelcie sobie w łeb, zanim on wam to zrobi. Aktor nadal ma mocne grepsy, twardy kręgosłup i nie patyczkuje się z nikim, a jego motywacja jest najbardziej wiarygodna. Powrót jak najbardziej udany. I nie sposób zapomnieć Tomasza Oświecińskiego (tępy dres „Strachu” – tak pomyłka imion czy akcja z butami, autentycznie śmieszą) oraz rozbrajającą Maję Ostaszewską jak pustą, tępą pindę z komarem na tyłku.

pitbull_24

Jako całość „Nowe porządki” zawodzą, są zbyt efekciarskie i starają się na siłę szokować brutalnością, bluzgami oraz rąbanką wszelkiej maści. Nawet jeśli pojawiają się pewne zalety, to nie są w stanie przebić powyżej poziomu przeciętności. Do tamtego „PitBulla” nie ma nawet prawa startu. Bezczelny skok na kasę.

5/10

Radosław Ostrowski

Zjednoczone stany miłości

Jest rok 1990 i trafiamy do pewnego blokowiska, gdzie poznajemy cztery kobiety. Agata wydaje się szczęśliwą mężatką i matką, pracującą w wypożyczalni kaset video. Iza jest dyrektorką szkoły, spotyka się w tajemnicy z ojcem jednej z uczennic. Jej siostra Marzena była kiedyś vicemiss i marzy o karierze modelki, a mąż siedzi w RFN. Do niej próbuje się zbliżyć sąsiadka, rusycystka Renata. I tak powoli zaczynamy oglądać jak przeplatają się losy każdej z bohaterek – po kolei, by się im bliżej przyjrzeć.

zjednoczone_stany_mioci1

Odpowiadający za całość Tomasz Wasilewski robi wszystko, byśmy uwierzyli w czas, jakim się znajdujemy. Stonowana, chłodna kolorystyka, czasami drgające ruchy kamery, wreszcie ujęcia naszych bohaterek z pleców. Wreszcie, dokładnie odtworzona scenografia i stronę z przełomu ustroju, gdzie dopiero uczyliśmy się nowych zasad gry, tkwiąc jeszcze w poprzednim czasie. Ale idzie nowe, dlatego szkoła zaczyna nosić imię Solidarności, a język rosyjski zostaje wyparty angielskim, tak prozachodnio. Jednak nie o to tutaj chodzi, bo reżyser pokazuje pozornie szczęśliwe kobiety, które tak naprawdę ciągle czegoś łakną, próbują zwalczyć pustkę i poczucie niespełnienia. Może wynikać ono z braku bliskości, tłumieniu własnych emocji czy szukaniu na ślepo dróg, co mają zalewnych lepszy los: druga osoba, kariera, namiętność w łóżku. Tkane jest to bardzo powoli i dlatego wielu może poczuć się znużonych, ale każda z bohaterek ma co najmniej jedną mocną scenę. Nieważne czy to kłótnia z kochankiem, próba erotycznej bliskości czy gwałt na nieprzytomnej kobiecie – tego z głowy nie da się wymazać.

zjednoczone_stany_mioci2

Co do scenariusza mam jedno zasadnicze ale. Wątek każdej z naszych bohaterek nagle zostaje pourywany, jakby niedokończony i sprawiający wrażenie zawieszenia. Wywołuje to we mnie pewne poczucie niedosytu, bo chciałbym postawienia kropki nad i. A nad wszystkim unosi się poczucie takiej beznadziei, smutku, braku satysfakcji. Drugim problemem jest dość często pojawiająca się nagość. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale miałem czasami poczucie nadużycia oraz przesytu golizną.

zjednoczone_stany_mioci3

Te drobne mielizny są jednak zakryte pewną reżyserią oraz koncertowym aktorstwem każdej z pań, choć nie od razu zyskiwały moją sympatię. Wasilewski wierzy, że trzeba pokazać, a nie mówić o tym. Największy problem miałem z Agatą, prowadzoną przez sztywną (celowo) Julię Kijowską. Jej motywacja oraz pragnienia przez długi czas pozostawały dla mnie kompletną tajemnicą (skąd ta fascynacja młodym księdzem). Za to największe wrażenie zrobiła na mnie Dorota Kolak jako samotna (poza ptaszkami) Renata, zakochana w sąsiadce Marzenie (apetyczna Marta Nieradkiewicz), nierzadko sięgając po podstęp w postaci upozorowanego wypadku na schodach. Klasę potwierdziła także Magdalena Cielecka jako chłodna, stonowana dyrektor szkoły. Ale tak naprawdę w każdej z tych pań coś się gotuje, kipią tłumione emocje, wierząc im.

zjednoczone_stany_mioci4

Czuć tutaj ducha kina moralnego niepokoju, ale nie ma tutaj moralizowania czy piętnowania. „Zjednoczone stany miłości” to kronika samotności, melancholii oraz niespełnionych marzeń, zakończonych klęską. Smutne, ale chwytające kino, któremu trzeba dać czas oraz szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Wszystkie nieprzespane noce

Powiedzmy, że cała fabuła skupia się na niejakim Krzyśku. Facet niedawno rozstał się z dziewczyną i razem z Michałem spędzają czas od imprezy do imprezy, od domówki do domówki. Tańczą, piją, rozmawiają o wszystkim i o niczym, a za oknami Warszawa nocą. Ten lipny dokument Michała Marczaka, chyba miał stanowić portret młodych ludzi. Miasto tętni nocnym życiem niczym niekończąca się impreza, gdzie przyglądamy się ludziom kompletnie jakby oderwanym od rzeczywistości. Bo gadają o pierdołach, czyli swoich lękach, rozważaniach nad życiem, związkach. Nie mogłem odnieść wrażenia, że słucham totalnego bełkotu oraz takich banałów, że głowa mała. Niby chcą coś osiągnąć, a nie mogłem pozbyć się wrażenia wodolejstwa i gadania kocopołów.

nieprzespane_noce1

Marczak ogranicza się do fotografowania i obserwowania młodych ludzi, którzy… no właśnie. Dla mnie to postacie ledwo zarysowane, nijakie, skupione tylko na swoich potrzebach (Krzysiek) i gadający nudne banały (monolog na początku czy rozmowa o oddechu i 20 tysiącach papierosów), ale jednocześnie jest w tym coś, co miejscami było w stanie mnie zahipnotyzować. Tylko, co z tego wynika? Nie brakuje bezczelności, bezpruderyjnej golizny (scena z dziewczyną udającą lekarkę niczym z filmu porno), narkotyków (śladowe ilości), do tego kompletna muzyczna mieszanka pełna alternatywnych brzmień, elektroniki, dająca rytm ścinkom montażowym. Jest kilka scen kompletnie magnetyzujących (finałowy taniec na środku ulicy, gdzie jadą sobie pojazdy, a w tle grają „Żółte kalendarze” czy impreza na plaży z Caribou w tle), tylko że to się nie łączy w żadną całość. Szczątkowy scenariusz zaczyna się sypać, a liczy się tylko i wyłącznie zapis chwili, tu i teraz.

nieprzespane_noce2

Tylko jedno pytanie siedzi w mojej głowie: dlaczego nie kupuje tej wizji świata jaką serwuje Marczak? Czemu wydaje mi się pretensjonalna, pusta i pozbawiona czegokolwiek, poza muzyką oraz stroną formalną? Bardzo mierzi mi tutaj brak scenariusza, brak jakiejś myśli związanej z tym filmem. To zdecydowanie nie moja bajka, która nie oferuje absolutnie nic. Może następnym razem się uda.

nieprzespane_noce3

5/10

Radosław Ostrowski