Moje córki krowy

Marta i Kasia są siostrami, które dzieli wiele – poza rodzicami. Pierwsza jest po rozwodzie, mieszka z córką i gra w popularnym serialu, druga ma męża bez pracy, opiekuje się też rodzicami. Obie kobiety zostają zmuszone, by znowu stanąć obok siebie, a okolicznością jest choroba matki oraz potem ojca.

moje_crki_krowy1

Jak można streścić po krótkim opisie, film Kingi Dębskiej to tzw. kino życiowe, obyczajowe. Czy oznacza to, że będzie nudno i schematycznie? Absolutnie nie. Reżyserka ubiera historię w słodko-gorzkie tony, przypatrując się poszczególnym scenom, mieszając powagę z żartem. Niby wiemy, że z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu, ale Dębska unika jednoznacznych portretów naszych sióstr. Marta (świetna Agata Kulesza) sprawia wrażenie bardziej opanowanej, twardej, ale jej życie jest niepoukładane (rozwód, kariera, samotność), jest skupiona na sobie, chociaż pogardliwie nazywana jest „córeczką tatusia”, z kolei Kasia (poruszająca Gabriela Muskała) zachowuje się irracjonalnie (wizyta do Częstochowy, „pomoc” szamanki), jakby nie docierało do niej, że finał może być tylko jeden. Dodatkowo lubi wypić, nie dostrzega, że syn sprzedaje narkotyki i manipuluje ojcem, by dysponować jego majątkiem. Jest wiele żalu, pretensji, poczucia niespełnienia, rywalizacji, a w kluczowych momentach solidarność i pogodzenie się z losem.

moje_crki_krowy2

Niby nie dzieje się wiele, ale emocji jest sporo, a co najważniejsze są one odpowiednio dawkowane, przez co nie ma poczucia emocjonalnego szantażu. Dodatkowo wszystko jest przyjemne dla oka i ucha (jazzowa muzyka Bartka Chajdeckiego, płynny montaż, czysty dźwięk i ładne zdjęcia), a aktorski koncert pań wspierają wyborny Marian Dziędziel oraz zaskakujący Marcin Dorociński. Ten pierwszy jako ojciec zmieniający się pod wpływem choroby w niemal prymitywa i prostaka jest niesamowity, a kilka scen (wizyta w szpitalu, odwiedzenie „szczeliny górskiej” czy palenie jointa) to małe perełki, a drugi to nieudacznik bez pracy. Podobny lepszy taki mąż niż żaden, ale nie jestem tego taki pewny.

moje_crki_krowy3

Z jednej strony, „Moje córki krowy” to miejscami gorzki dramat i wyciskacz łez, ale też bywa zabawny oraz lekki. Co najważniejsze, nie wywołuje to zgrzytu, jak było w przypadku „33 scen z życia”. Dębska bardziej panuje nad materią, mimo pewnego zawieszenia w finale. Takiego kina z kobietami w rolach głównych nie było.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Klub Włóczykijów

Wydawałoby się, że w Polsce nie da się zrobić kina przygodowego z prawdziwego zdarzenia. Gdy dwa lata temu obejrzałem film „Felix, Neta i Nika oraz teoretycznie możliwa katastrofa” straciłem wszelką nadzieję – nudna fabuła, sztuczne aktorstwo, tandetne efekty specjalne. To była porażka i byłem pewny, że wszelkie inne próby zrobienia kina dla młodego odbiorcy są z góry skazane na niepowodzenie. Aż do teraz.

Cała historia „Klubu włóczykijów” zaczyna się od włamania do muzeum, gdzie znajdują się pewne buty. Sama scena przypomina rasowy film akcji, trzymając w napięciu i pozwalając sobie na odrobinkę humoru (dwóch gliniarzy pilnujących muzeum oraz ich pościg za złodziejami). Jednym ze złodziei okazuje się Dionizy, czarna owca rodu Kiwajło, a w butach jest wskazówka prowadząca do skarbu dziadka Hieronima. Dionizemu udaje się przekonać swojego siostrzeńca Kornela i jego kumpla Maksa, ale w ślad za nimi ruszają opryszki, dr Kadryll i Wieńczysław Nieszczególny.

klub_wczykijw1

Brzmi jak fabuła do kina przygodowego? Reżyserujący całość Tomasz Szafrański uwspółcześnił powieść Edmunda Niziurskiego (wielkiego klasyka literatury młodzieżowej czasu PRL-u) i nakręcił film, jakiego nikt się nie spodziewał. Jest lekko i dowcipnie, ale nie brakuje też napięcia, pościgów, bijatyk i dramatycznych scen (ucieczka z auta nim dojdzie do bliskiego spotkania z pociągiem czy pogoń za złodziejami podczas zjazdu policjantów). Jest też i skarb, chociaż nie będzie tym, czym mógłby się wydawać. Jest też kilka obowiązkowych klisz (inteligentny bandzior i jego ciapowaty pomocnik, dzieciaki uczestniczące w wyprawie, zakompleksiony chłopak stający się mężczyzną i przeżywający pierwszą miłość) oraz szyfry, zagadki, mapy. Prawie jak Indiana Jones czy Goonies (ręcznie rysowane wstawki opisujące tło przeszłości wygląda świetnie). Dodatkowo jeszcze mamy piękne plenery polskiej przyrody, wyruszając tropem skarbu przez małe miasteczka oraz wsie plus naprawdę epicka muzyka jakiej nie powstydziłby się sam John Williams, a zmontowane jest to tak dynamicznie, iż należy tylko siedzieć, oglądać, podziwiać.

klub_wczykijw2

Swoje też robią bardzo barwne i wyraziste postaci. Dzieciaki może i nie wspinają się na wyżyny swoich możliwości, ale są naturalni, nie popadają w przesadę. Mają sporo fajnej energii (zwłaszcza debiutująca Joanna Lichocka oraz strasznie zakompleksiony Karol Janusz), wnoszą lekkość i nie irytują. Prawdziwą perłą komizmu jest za to Wojciech Mecwaldowski jako niezdarny Wieńczysław, a Tomasz Karolak jest tu wyjątkowo powściągliwy. Najlepszy jest jednak Bogdan Kalus, czyli wuj Dionizy. Potężnie zbudowany facet, kochający historię oraz próbujący przywrócić swoje dobre imię, a pasji i energii wystarczy tu na kilku bohaterów.

klub_wczykijw3

Filmowcy składają hołd Edmundowi Niziurskiemu, przypominając dokonania tego pisarza i pokazując ogromny potencjał. Trzyma w napięciu, utrzymuje tempo do końca, a finał może sugerować ciąg dalszy. Nawet efekty komputerowe nie były specjalnie sztuczne – brawo.

8/10

Radosław Ostrowski

Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy

Ciechocinek, rok 1957. Tak jak teraz, tak i wtedy była to miejscowość wypoczynkowa, pełna uzdrowisk. I w tym czasie między śmiercią Stalina a wchodzącym Gomułką, przyjeżdża do kraju imigrant z Londynu, muzyk Fabian Apanowicz. Marzy tylko o jednym – grać swing, bo cóż innego zostało. I tak z grupka zapaleńców tworzy orkiestrę swingową, odnosząc sukcesy. Do składu dołącza jako wokalistka siostra Fabiana, Wanda oraz tajemnicza Modesta.

excentrycy1

Powieść Włodzimierza Kowalewskiego – olsztyńskiego pisarza to barwny portret lat 50., gdy do naszego szarego kraju wszedł kolor, a to dzięki przybyszowi ze zgniłego zachodu. Niby nic nowego, ale w rękach Janusza Majewskiego opowieść ożyła. Udało się dokonać niemożliwego – stworzyć zabawną, lekką, ale i poważną opowieść o tych czasach, gdy polityka bez pytania wchodziła do domu. Nawet w takich drobnych sprawach jak muzyka swingowa. Fabiana i jego cichych wspólników (milicjanta, stroiciela fortepianu, lekarza, kierownika knajpy) zaczyna łączyć muzyka, stając się fundamentem przyjaźni. Humor jest tutaj bardzo subtelny, delikatny, oparty czasami na rzadko się pojawiających wulgaryzmach (pani Bayerowa) oraz muzyce, piosenkach. Dodatkowo reżyser rozwija jeden watek sensacyjno-szpiegowski, ale robi to tak jakby przy okazji, że nie psuje to dobrego wrażenia, a smaczkiem jest pewna estetyka noir. Fabian w płaszczu i z krawatem wygląda bardziej jak prywatny detektyw, co jest przyjemnym widokiem.

excentrycy2

Reżyser wiernie odtwarza realia PRL-u lat 50., gdzie nie brakowało małych knajpek, gdzie grali młodzi pasjonaci muzyki i to jakiej – Gershwin, Ellington, Porter. Niby te standardy fanom klasycznego jazzu są znane, jednak nie w tym kraju, gdzie wszystko można spieprzyć. Partie muzyczne, czyli wszelkiego rodzaju koncerty, stają się – trochę wbrew intencjom Apanowicza – oddechem wolności i tęsknotą za normalnością, chociaż nie jest to sugerowane wprost. Wykonane są one znakomicie, aranżacje autorstwa Wojciecha Karolaka, wprawiają w przyjemny nastrój i jak to jest zaśpiewane (w dodatku płynną angielszczyzną). Czyżby można było zrobić amerykański sen w polskim wydaniu? Mimo gorzkiego finału intrygi, Majewski nie pozbawia bohaterów optymizmu i zwyczajnego robienia swojego.

excentrycy3

Majewskiego w tej wizji wspierają – nie zawaham się użyć tego słowa – wspaniali, tworząc wyraziste postacie, czasami mając do dyspozycji kilka minut czasu. O Macieju Stuhrze nie jestem w stanie powiedzieć złego słowa, a postać Fabiana to pasjonata, kochający muzykę ponad wszystko. Ponad politykę, ojczyznę, kobietę. Chociaż to ostatnie wcale nie jest takie oczywiste, gdy pojawia się Modesta. Natalia Rybicka (wyrosła nam ta dziewczyna z „Żurka”) wygląda niczym klasyczna femme fatale, a śpiewa tak, że nie da się oderwać oczu i uszu, tworząc aurę tajemnicy wokół siebie. Tak samo warto wspomnieć Sonię Bohosiewicz, czyli Wandę – siostrę Fabiana. Niepozorna, chorowita, garbata i bojąca się śmierci kobieta, na scenie zmienia się nie do poznania – energiczna, przebojowa, zawłaszczająca sobie scenę. I jeszcze dawno nie widziana Anna Dymna, czyli Bayerowa – samotna, zgaszona pesymistka, która zostaje „referentem do spraw sanitarnych w komórce kulturalno-oświatowej” (po naszemu babką klozetową), kradnąc jedną sceną cały film.

excentrycy4

Jeśli chodzi o panów, solidność potwierdził Adam Ferency (Habertas) i Wiktor Zborowski (Stypa) jako wspólnicy Fabiana w muzycznej zbrodni, ale i tak na kilka minut skradł film Wojciech Pszoniak jako mający obsesję na punkcje pederastii pan Zuppe. Niepozorny staruszek, zawsze elegancko ubrany, robi niesamowitą furorę, a jego wywody wprawiają w śmiech. Tak samo drobne epizody Mariana Dziędziela (towarzysz Kułak) i Mariana Opanii (generał radziecki).

excentrycy5

Janusz Majewski troszkę zaskoczył, kręcąc tak energiczny i pozytywny film. „Excentrycy” są świetni technicznie, przyjemni niczym klasyczny koktajl, a styl nie dominuje nad fabułą. I to wszystko zrobił 85-latek. Pozazdrościć formy.

8/10

Radosław Ostrowski

Listy do M. 2

Pierwszą część „Listów do M.” wspominam bardzo ciepło – to była jedna z fajniejszych komedii ostatnich lat na polskich ekranach. Mimo product placementu i wrzucaniu co modnych przebojów, była autentycznie zabawna oraz momentami wzruszająca. Druga część, robiona przez innego reżysera (Mitję Okorna zastąpił Maciej Dejczer) i innych scenarzystów, niestety, cierpi na tzw. syndrom sequela. Niby jest więcej wszystkiego, ale tak naprawdę nic się nie dzieje.

listy_do_m_21

Wracają nasi starzy znajomi, ale od tego czasu zmieniło się wiele: Karina napisała powieść i rozwiodła się ze Szczepanem, obecnie taksówkarzem. Mikołaj nadal jest radiowcem, mieszka z Doris oraz synem Kostkiem, ale jeszcze nie zdecydował się na pierścionek, proszenie o rękę itp. Mel, jak to Mel, mimo tego, iż ma syna, nie zmienił się w ogóle – nadal naciąga na kasę i podrywa mężatki. Jest jeszcze Małgorzata, szefowa Mikołaja, która ciężko choruje. Chociaż zebrano kasę na operację dla niej, nie chce się na nią zdecydować. Ale jest też nowy bohater – trębacz Redo, podejmujący wybór między obecną narzeczoną Moniką a poznaną po latach pierwszą miłością.

listy_do_m_22

Jak widać, miłości jest tutaj sporo i to w różnych odcieniach. Bywa poważnie, stara się być momentami lekko, ale poczucie humoru nagle wyparowało. Pamiętam z pierwszej części rozbrajające teksty Mela i Mikołaja (kolejno Tomasz Karolak i Maciej Stuhr), którzy kradli film całej reszcie obsady. W tej części najlepszy jest Karolak jak próba zrobienia „Złego Mikołaja” na naszym podwórku oraz absolutnie poważny Piotr Adamczyk (ten Szczepan jest taki zadziorny, że trudno go nie polubić). Reszta postaci (z nowymi twarzami – Maciejem Zakościelnym a.k.a. Drewienko oraz Martą Żmudą-Trzebiatowską) sprawia wrażenie znudzonych i nie zainteresowanych swoimi postaciami. Dodatkowo nie mają specjalnie czego grać. Wszystko jest tu aż nadto poważne, jest więcej reklamy pewnej stacji, która produkowała ten film i jest tak mdło, że bolą zęby. I co tam robi Piotr Głowacki, snujący się po tym mieście?

listy_do_m_23

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o drugich „Listach”, ale zwyczajnie nie potrafię. Owszem, zdjęcia są ładne, muzyczka niezła, ale to wielkie rozczarowanie. Ganianie za owcą po markecie było mało zabawne. Jak na komedię było zbyt poważnie, a nie o to w tym gatunku chodzi.

listy_do_m_24

5/10

Radosław Ostrowski

 

Żyć nie umierać

Bartek Kolano – kiedyś to był facet. Aktor, który mógłby powalić cały świat (albo przynajmniej cała Polskę), gdyby nie to, ze lubił pójść w cug. Żona (w zasadzie dwie żony) i córka tego nie wytrzymały, wiec facet został sam. By się jakoś utrzymać (wyrzucony z teatru) dorabia sobie zarówno jako rozbawiacz widowni w telewizyjnym show i prezenter reklamujący towary. I to niestabilne życie zostaje wywrócone do góry nogami. Badania lekarskie i wyrok – nowotwór. Zostaje mu kilka miesięcy i co dalej?

zyc_nie_umierac1

Debiutujący samodzielnie Maciej Migas inspiruje się prawdziwą historią aktora Tadeusza Szymkowa. Wydawałoby się, że w tematyce ostatecznego rozstania ze światem nie da się niczego opowiedzieć. I to potwierdza ten tytuł. Pozornie jest tak jak być powinno – Bartek chce naprawić i poukładać swoje relacje z dawno nie widzianą córką, mieszkającą na Węgrzech. Jednak sam film to przede wszystkim zbiór scenek, luźno ze sobą powiązanych. Mamy rozmowy zarówno z przyjacielem Żukiem, obserwujemy Bartka w pracy, wreszcie jego rozmowa przez Skype’a z pierwszą żoną, z druga żoną, wreszcie córką. Nie muszę mówić, że wszystkie panie nie chcą go znać. A w tle leci delikatna, ładna muzyka, nie współgrająca z tym, co się dzieje na ekranie.

zyc_nie_umierac2

Nic tutaj się klei, a sceny mające poruszyć (próba samobójcza, rozmowa z córką i jej mężem), wprawiły mnie w obojętność. Nawet Tomasz Kot, grający główną rolę, nie jest w stanie tego udźwignąć. Robi, co może, ale scenariusz nie pozwala rozwinąć mu skrzydeł. Sytuację lekko ratuje Janusz Chabior jako Żuk i sceny rozmów wspólnych potrafią nawet rozbawić. Ale nie zmienia to faktu, że jest to film mocno średni. Kompletnie nieangażujący, co w przypadku filmu z rakiem w tle jest poważną wadą. Po czymś takim naprawdę trudno żyć.

5/10

Radosław Ostrowski

Obce niebo

Marek i Basia są młodym małżeństwem mieszkającym w Szwecji razem z córką Ulą. On trenuje dziewczyny w szkole, ona masuje i zajmuje się domem. Przeszli już wiele burz i w miarę dobrze dają sobie radę w obcym kraju. Do czasu, kiedy nauczycielka zwraca uwagę na – jej zdaniem – nerwowe zachowanie dziewczynki. Wtedy do akcji wkracza opieka społeczna, która zabiera Ulę rodzicom i oddaje ją w opiekę rodzinie zastępczej (do czasu procesu).

obce_niebo1

Zrealizowany wspólnie ze Szwedami film Dariusza Gajewskiego inspirowany jest prawdziwą historią i o tym, jak może skończyć się zderzenie dwóch odmiennych kultur, gdzie zachowania jednych są inaczej interpretowane przez drugich. Jedno niewinne kłamstwo wywołuje lawinę dramatycznych zdarzeń, w które zostają wplątani nie tylko rodzice Uli, ale i zastępczy opiekunowie nie znając całej sprawy. Opieka Społeczna nie podaje powodów swojej decyzji, a walka o odzyskanie córki przypomina sytuację bez wyjścia. Czy można przejść obojętnie wobec takiej sytuacji? Rodzice nie wiedzą niczego, trzymani są na dystans i traktowani jak podejrzani.  Aurę strachu i bezsilności potęguje też skandynawski, chłodny krajobraz oraz kamera chodząca za bohaterami, przez co film ogląda się jak rasowy thriller.

obce_niebo2

Opieka społeczna jest pokazana jako bezduszna instytucja, gdzie jakiekolwiek emocje są traktowane jako coś negatywnego. Dlatego mieszkający Szwedzi sprawiają wrażenie zimnych maszyn, chociaż wiele w nich kipi, wiele przeszli i pogodzonych ze swoim losem. Nasi bohaterowie podejmują walkę, niemal desperacko próbując dotrzeć do miejsca pobytu dziecka, a pomoc właściwie nie istnieje. Niby chodzi tu o dobro dziecka, ale miałem wrażenie, iż opieki społecznej to nie interesuje (wiadomo, kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą). Można przyczepić się tej zerojedynkowości świata przedstawionego, ale „Obce niebo” chwyciło mnie za gardło.

obce_niebo3

Swoje zrobili też aktorzy. Co do Bartłomieja Topy nie miałem wątpliwości i aktor podołał, ale kompletnie zaskoczyła mnie Agnieszka Grochowska, której nie byłem wielkim fanem. Aktorka świetnie pokazała bezradność Basi, zmieniającej się w gryzącego psa. Oboje kochają swoje dziecko, ale mocno przekonają się, że miłość nie zawsze wystarczy. Za to najmocniejszym atutem są tutaj aktorzy szwedzcy, z Ewą Frohling jako chłodną Anitą z opieki społecznej na czele.

obce_niebo4

„Obce niebo” pokazuje jak trudno jest się zaadaptować w innym świecie i choćbyście nie wiem, jak się starali, zawsze będziecie tymi obcymi. Kawał mocnego kina, trzymającego w napięciu do końca.

7/10

Radosław Ostrowski

Król życia

Edward to był gość – chciał być bokserem, ale teraz pracuje w Mordorze. I niestety, nie jest statystą w kolejnej adaptacji prozy Tolkiena, tylko pracownikiem korporacji. Zarabia dużo, ale jest sfrustrowany, ma mało czasu dla rodziny i czuje się wypalony. I tak dzień w dzień, ale wszystko się w końcu zmienia. Wszystko przez wypadek samochodowy i lekko uszkodzony mózg, przez co Edward „przestawia się”, dostrzegając inne wartości życia.

krol_zycia1

Ktoś doszedł do wniosku, że w Polsce potrzebny jest tzw. feel-good movie, czyli ku pokrzepieniu i z pozytywną energią. Zadanie realizacji tego dzieła podjął się ceniony operator Jerzy Zieliński, debiutujący w roli reżysera. Mocno tutaj czuć inspirację filmem „Odnaleźć siebie” Mike’a Nicholsa, opierającego się na podobnym pomyśle. A pomysł jest taki, że poważny wypadek fizyczny, zmienia całą psychikę i mentalność bohatera. Z cynicznego, zmęczonego życiem pracownika korpo w pogodnego, ciepłego, uśmiechniętego wariata – bez pracy, ambicji i kariery. Wydaje się słusznym kierunkiem, ale dla mnie to wszystko jest za proste i za łatwe. Poza wątpliwościami żony o stan Edwarda oraz strachu przed kończącymi się pieniędzmi, brakuje tutaj mocy. Wiem, miało być optymistycznie i pogodnie, a kilka scen jak Edward robiący za worek treningowy wobec sfrustrowanych ludzi to rewelacja, jednak czegoś mi tu zabrakło. Nawet krytyka Mordoru i tego stylu życia jest jakaś płytka i mało ciekawa, sprowadzona do bezsensownego owczego pędu i źródła frustracji.

krol_zycia2

Ten film byłby kolejnym średniakiem, gdyby nie Robert Więckiewicz, robiący tutaj wszystko, by uwiarygodnić ten świat. I jako Edward sprawdza się świetnie, tworząc dwa sprzeczne portrety (frustrat/optymista) człowieka odnajdującego złoty środek. Odskocznią i odrobinę luzu daje tutaj Bartłomiej Topa w roli menela „Kapsla”, który dzięki Edwardowi zmienia się na lepsze (świetna „indiańska” scena) oraz – jak zawsze – piękna Magdalena Popławska. Nawet drobne epizody Piotra Głowackiego (biznesmen), Jana Peszka (lekarz) i Jerzego Treli (ojciec) tylko dodają smaczku.

krol_zycia3

Nie jest to bez wątpienia najgorszy polski film i wiem, że nie miał ambicji poza wprawieniem w dobry nastrój. Jednak „Król życia” mnie znudził, a kilka realizacyjnych pomysłów (majaki Edwarda przypominające niemy film) nie zawsze kleją się w spójną całość. Jest tylko nieźle, a mam wrażenie, iż mogłoby być lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski

Demon

Wesele – jedna z najważniejszych imprez towarzyskich, w których centrum wydarzeń jest dwoje ludzi, pragnących spędzić ze sobą resztę życia. Tymi szczęśliwcami są Żyd Peter i Polka Żaneta – córka właściciela kopalni. Nie znali się zbyt dobrze, ale zaiskrzyło i po paru dniach znajomości biorą ślub. Wszystko wydaje się w porządku? Poniekąd tak, ale przed weselem pan młody w swoim przyszłym domostwie odnajduje ludzkie kości. Wydarzenie to staje się źródłem poważnych perturbacji oraz dziwnego zachowania Petera.

demon1

Nakręcić w Polsce horror wydaje się pomysłem szalonym, ale Marcin Wrona nie bał się wyzwań. „Demon” to jest stricte horror, chociaż atmosferę grozy czuć tutaj mocno. Wesele staje się – jak zwykle – pretekstem do pokazania ludzkich postaw. Tutaj pretekstem są szczątki należące do – nie, tego nie zdradzę, bo to gdzieś w połowie zostaje rozwiązane – postaw związanych z przeszłością, jej zakopywaniem (sic!) lub chowaniem albo utrwalaniem, strzeżeniem. Podobna tematyka była już w „Pokłosiu” i „Idzie” (już się domyślacie o jaka pamięć chodzi), ale ubranie tego w estetykę kina grozy jest odświeżeniem. Całość jest bardzo mroczna – świetnie sfilmowane wesele w pełnej grze świateł, odpowiednim oświetleniu oraz charakterystycznej dla tego gatunku oprawie muzycznej, ze świdrującymi smyczkami. Dodatkowo Wrona przypatruje się naszej mentalności związanej z zasadą „zastaw się a postaw się” i zachowywaniu pozorów, ale to już znamy z „Wesela” Smarzowskiego i tutaj nie dowiadujemy się niczego nowego.

demon2

Wrona sięga po sprawdzone środki straszenia (niewyraźnie dźwięki, obecność ducha) i dzięki temu „Demona” ogląda się naprawdę nieźle w czym pomagają wdzięczni aktorzy. Objawieniem jest dla mnie Itay Tiran w roli Piotra – obcego w obcym kraju, który próbuje się odnaleźć w tej rzeczywistości i wychodzi mu to dość łatwo. Do momentu opętania przez dybuka, gdzie zaczyna się wyginać, nawijać w jidysz i robić to, co każdy opętany. Równie świetna jest Agnieszka Żulewska, czyli Żaneta, próbująca ogarnąć całe to zamieszanie i rozwikłać tajemnicę. Andrzej Grabowski (ojciec panny młodej) troszkę przypomina Mariana Dziędziela z „Wesela”, czyli zachowania pozorów, spokoju i uniknięcia skandalu, jednak nie przeszkadzało tak mocno, a i tak najlepszy jest Adam Woronowicz jako niepijący lekarz, racjonalista z krwi i kości. Przynajmniej do czasu.

demon3

„Demon” pozostaje niezłym filmem, który potrafi utrzymać w napięciu do połowy. Potem wszystko się sypie, ale finał daje do myślenia. Rzadko zdarza się zrobić w Polsce film z gatunku horror und groza, więc z ciekawości sprawdźcie ten tytuł.

6,5/10

Radosław Ostrowski

The Walk. Sięgając chmur

Historia Philippe’a Petita stała się głośna dzięki znakomitemu dokumentowi Jamesa Marsha z 2008 roku. Ten francuski linoskoczek w 1974 roku dokonał rzeczy niemożliwej – wszedł na linie między wieżami World Trade Center, świeżo zbudowanymi. Kiedy usłyszałem, że powstanie fabularna historia Petita miałem spore wątpliwości. Nawet angaż Roberta Zemeckisa jako reżysera nie rozwiał moich obaw. Po obejrzeniu stwierdzam: jest dobrze.

the_walk1

Całą historię skoku opowiada sam Petit i robi to naprawdę dobrze. Sam film ma wszystko to, co klasyczny heist movie mieć powinien: plan-przygotowania-realizacja-sukces/porażka. Konwencja ta pasuje do tej historii, a reżyser wiernie odtwarza klimat lat 70. z całą tą wizualną estetyką. A że skok jest dość nietypowy, bo chodzi o przejście na linie (bez zezwolenia i w tajemnicy), to i przygotowania są nieoczywiste. Powoli poznajemy też jak narodził się pomysł, początki kariery Petita (przejście na linie między wieżami Notre Dame, spotkanie Dziadka Rudy’ego – cyrkowca) oraz sam skok. I uwierzcie mi, sceny te trzymają w napięciu, a finałowy spacer – rewelacja, zrealizowana z pietyzmem. Jakim cudem udało się odtworzyć te wieże, nie mam pojęcia, ale osoby za to odpowiedzialne wykonały kawał dobrej roboty. Wszystkie trybiki grają, a jazzowa muzyka Alana Silvestriego nadaje lekkości całemu filmowi.

the_walk2

Żeby jednak nie było słodko jest jeden mały szkopuł – sam Petit. I nie chodzi o grającego go Josepha Gordona-Levitta, który jest tak francuski jak tylko się da. Jednak jego bohater jest dość trudnym do polubienia pasjonatą, dla którego atak na WTC staje się niemal obsesją. Arogancki, pyskaty, krnąbrny, z wielkim ego, ale konsekwentnie idący ku celowi. Dla niego pytanie o to, dlaczego to zrobił, było po prostu płytkie. Nie polubicie tego introwertyka – to mogę wam obiecać. Pozostali aktorzy są po prostu solidni i dają radę, włącznie z Benem Kingsleyem (Dziadek Rudy) i urocza Charlotte Le Bon (Annie).

the_walk3

Jako widowisko „The Walk” spełnia swoje zadanie z nawiązką. Wizualnie dopracowany, z sensownie użytym 3D, chociaż sam Petit zostaje zepchnięty na dalszy plan (ale sam skok opowiadany jest szczegółowo). Ale dobrze się ogląda i cieszy mnie powrót Zemeckisa do żywych aktorów.

7/10

Radosław Ostrowski

Czerwony pająk

Kraków, rok 1967. Tutaj mieszka Karol Kremer – zwykły nastolatek, który wydaje się takim typowym nastolatkiem. Spokojny, cichy, nie rzucający się w oczy. Mieszka z rodzicami, uczęszcza na treningi pływackie i studiuje medycynę. To spokojne życie trwa do momentu, gdy przypadkowo jest świadkiem morderstwa, a dokładniej znajduje zwłoki młodego chłopca – kolejnej ofiary seryjnego mordercy. Sprawą okazuje się weterynarz Lucjan Staniak, a ta relacja mocno zaważy na życiu młodego Karola.

czerwony_pajk1

W PRL-u to była jedna z najgłośniejszych spraw, a Karol Kot stał się najmłodszym seryjnym mordercą schwytanym kiedykolwiek. Debiutujący w fabule Marcin Koszałka luźno inspiruje się historią Karola Kota – wampira z Krakowa. Jednak twórca nie skupia się na rekonstrukcji wydarzeń czy policyjnym śledztwie, nawet nie próbuje wejść w umysł bohatera. Pokazuje spokojnie wydarzenia, samych zbrodni nie ma tu zbyt wiele. Wszystko tutaj oparte jest na niedopowiedzeniu i spojrzeniach, które trzeba umieć odczytać. Odpowiedzi nie znajdziecie tutaj zbyt wiele, właściwie żadnych – dlaczego zabija i dlaczego tak zło fascynuje. Wolne tempo może zniechęcić, podobnie brak jednoznacznych odpowiedzi na kluczowe pytania, zmuszając się do większego natężenia komórek. Jednego jednak Koszałce nie da się odmówić: klimatycznych zdjęć Krakowa, ale w żadnym wypadku nie można mówić o pocztówkach. Miasto jest tutaj pokazane w niemal turpistycznej estetyce: mrok w kolorystyce sepii (popis motocyklisty), podniszczone i brudne piwnice, rozpadające się ściany, uliczne zaułki. To wszystko tworzy atmosferę strachu, ale i małej, wyniszczającego świata, niemal upadającego (ale to pewnie tylko moja nad-interpretacja).

czerwony_pajk2

Tylko ciągle cisnęło mi się pytanie: dlaczego? Co pchnęło Karola do takiego finału, a poszlak jest kilka. Rozpad małżeństwa rodziców, które jako tako funkcjonuje, może odrzucona miłość zakończona brutalną śmiercią? Grający tą rolę Filip Pławiak kompletnie zaskakuje i tworzy trudny portret chłopaka. Podobnie oszczędny i powściągliwy Adam Woronowicz jako morderca Staniak z cichutkim głosem. Ani motywacja, ani sposób zabijania (poza jedną sceną) nie zostaje nam pokazana na ekranie. Niełatwo jest opisać jego relację z Karolem i nadal nie wiem, czym to było. Szacunek, fascynacja, lojalność?

czerwony_pajk3

Debiut fabularny Koszałki zachwyca stroną plastyczną, jednak treść jest zdecydowanie dla bardziej wymagającego odbiorcy. Mnie ta hermetyczność odstraszyła, ale „Czerwony pająk” pozostanie w mojej pamięci.

6/10

Radosław Ostrowski