Maigret zastawia sidła

W paryskiej dzielnicy Montmartre szaleje seryjny morderca. Zabija kobiety, zawsze robi to nocą, jest precyzyjny i nigdy nie ma świadków, ale prasa jak i wysocy przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości naciskają. Jednak doświadczony nadinspektor Maigret nadal próbuje. Przełom paradoksalnie nastąpił po piątym morderstwie oraz rozmowie z przyjacielem, psychologiem. Śledczy wpada na pomysł zorganizowania zasadzki, angażując policjantki w cywilu, by sprowokować mordercę.

maigret1

Cykl Georgesa Simenona o nadinspektorze Julesie Maigrecie był we Francji równie popularny jak serie Agathy Christie o Poirocie, więc filmowa adaptacja książek była tylko kwestią czasu i na przestrzeni lat powstało wiele adaptacji, w których tą postać grali m.in. Charles Laughton, Jean Gabin i Michael Gambon. Ale w tym roku zadania podjęła się brytyjska telewizja ITV, tworząc film będący niejako pilotem telewizyjnej serii. Łączyć będzie postać Maigreta oraz scenarzysta Stewart Harcourt. I trzeba przyznać, że jest to stylowa produkcja, która ma wszelkie atrybuty kryminału: śledztwo, nieuchwytny morderca, brudne i mrocznie miasto oraz ciężki klimat. Twórcy nie stawiają na zawody strzeleckie, pogonie czy krwawe jatki tylko psychologiczną grę, analizę dowodów (w końcu to powojenny Paryż). Wielu może przeszkadzać wolne tempo dochodzenia, ale jak wiadomo – coś za coś. Intryga nie jest może skomplikowana, ale konsekwentnie poprowadzona i sprawnie opowiedziana, tropy są mylone, dziennikarze wredni oraz żądni krwi (jak zawsze), a w tle gra stylowy jazz.

maigret2

Jedyna rzecz, która strasznie mi przeszkadzała to scena pogoni za mordercą. Nie chodzi o to, że jest wolna czy nie pasująca do całości, ale fakt, że została nakręcona kamera cyfrową, przez co wygląda po prostu brzydko. Już we „Wrogach publicznych” było widać, że stylizacja retro i kamera cyfrowa nie pasują do siebie. W innym miejscach zarówno praca kamery, jak i warstwa scenograficzna jest porządnie zrobiona.

maigret3

Także aktorstwo jest tutaj na przyzwoitym poziomie – w końcu to brytyjska telewizja. Zarówno detektywi (Shaun Dingwall, Colin Mace, Leo McStar), jak i sędzia śledczy Comeleau (Aidan McArdle) są z jednej strony stereotypowi jak to tylko możliwe, a z drugiej na tyle wyraziści, by ich zapamiętać. jednak najważniejsza jest tutaj trójka postaci, czyli Maigret, podejrzany oraz… jego matka. Zacznę od podejrzanego, czyli Marcela Moncina. Świetny David Dawson bardzo przekonująco pokazuje opanowanego, ale nie potrafiącego uwolnić się spod wpływu kobiet mężczyznę, mordującego bezbronne kobiety. Równie wyborna jest Fiona Shaw jako toksyczna, despotyczna i trzymająca pełną kontrolę nad dorosłym dzieckiem matkę.

maigret4

Ale i tak największym asem jest sam Maigret, grany przez… Rowana Atkinsona. Tak, to nie jest pomyłka. Przyznaję, że miałem pewne wątpliwości, co do wyboru tej postaci, ale ryzyko się opłaciło. Atkinson na poważnie jest po prostu znakomity – powściągliwy, pewny siebie, inteligentny i opanowany (te drobne spojrzenia oraz spokojny głos), bazujący na swojej wiedzy, doświadczeniu oraz wsparciu kolegów. Jednak kilka tropów (jak się potem okazało mylnych) kazało mi zwątpić w umiejętności Maigreta, ale okazało się to zmyłką i aktor bardzo pozytywnie zaskakuje.

maigret5

Następny film o nadinspektorze z Paryża będzie dopiero w grudniu, ale warto czekać. To eleganckie, stylowe kino z widocznym telewizyjnym budżetem, jednak tutaj taka forsa nie jest potrzebna. Jest klimat, mrok, interesująca rozgrywka oraz bardzo ciekawe aktorstwo. To wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Destrukcja

Davis jest pozornie zwykłym japiszonem, który kocha swoją pracę, ma piękną zonę, którą kocha. Dość spokojne i uporządkowane życie wywraca się do góry nogami przez wypadek samochodowy. On przechodzi bez żadnego zadrapania, ale żona ginie. I wtedy dochodzi do innego wydarzenia – próbując kupić M&Msy, maszyna z jedzeniem zacina się. Pismo do firmy odbiera pracownica Karen, która wieczora dzwoni do niego. Ona ma chłopaka i rozwydrzonego dzieciaka, zaczynają się spotykać.

destrukcja1

Dziwne to jest kino, choć dotykające ważkiego tematu – żałoby. Jednak zapomnijcie o delikatności i subtelności z „Nie ma mowy!”. Reżyser Jean-Marc Vallee po prostu idzie mocno po bandzie, pozwalając sobie na krótkie ujęcia, dość szybko montowane i przeplatane ze sobą. Dodatkowo jeszcze polane jest to mocno absurdalnym humorem, co wywołuje jeszcze większy rozgardiasz. Zdarzenia przychodzą i odchodzą jak w kalejdoskopie, zmieniając tempo oraz dorzucając kolejne sceny symboliczne (wyrwane drzewo, oddzielenie skarpetek od bielizny czy demolka własnego mieszkania). To wszystko powoduje, że trudno zachować sympatię do bohaterów – niedopasowanych do swoich ról outsiderów z popapranym życiorysem i nie radzącym sobie z niczym. Przechodzimy od sceny do sceny i… ja nie poczułem nic. Absolutne nic. Rozumiem próby łagodzenia pokręconym humorem, by mimo wszystko poczuć się lepiej, ale to kompletnie nie działa.

destrukcja3

Sytuację próbują ratować aktorzy i to częściowo się udaje. Ale czy może być inaczej, jeśli się zatrudnia Jake’a Gyllenhaala? Davis w jego wykonaniu sprawia wrażenie lekko stukniętego – nieogolony, ze słuchawkami na uszach i pustymi oczami. Bredzi od rzeczy i chociaż nie potrafi niczego naprawić, zaczyna brać się za majsterkowanie, a mówiąc wprost, za niszczenie wszystkiego. To ma być taki sympatyczny misio, który przeżywa żałobę, mając wszystko gdzieś i mówiąc to, co naprawdę myśli. Na przykład, że nigdy nie kochał swojej żony i nie zwracał uwagi na wszystko dookoła. partneruje mu Naomi Watts, której dawno (czyli od „Birdmana”) nie widziałem i jest równie pokręcona (jej postać) jak Davis. Samotnie próbuje wychować krnąbrnego i szczerego do bólu syna (fantastyczny Judah Lewis), a przy okazji pali zioło. Nieźle? Zaczyna się tworzą miedzy tą dwójką więź, ale trudna do jednoznacznej oceny – zauroczenie, współczucie, miłość? Wszystkiego trzeba się domyślić (to fajne), ale brakuje nawet poszlaki (nie fajne).

destrukcja2

Trudno mi ocenić „Destrukcję”. Z jednej strony ma mocnych aktorów oraz nietypową formę realizacji, ale z drugiej trudno mi było wejść w skórę naszego bohatera. To, co się z nim działo było mi w zasadzie obojętne, chociaż widać, że coś w nim siedzi. Wielu z was odrzuci dość mocna symbolika i nierówne tempo, podobnie humor. Potwierdza się teza, że aby zbudować coś nowego, trzeba wyburzyć stare.

6/10

Radosław Ostrowski

Nieracjonalny mężczyzna

Abe Lucas jest profesorem filozofii, który jest strasznie przygnębiony. Zostaje przeniesiony na uniwersytet, gdzie ma zostać wykładowcą, a już jego zła sława przyszła wcześniej. Wypalony, zmęczony i dręczony poczuciem bezsensowności egzystencji powoli zatapia się w życiu uniwersyteckiego. Do czasu kiedy poznaje studentkę Jill. Dziewczyna się w nim podkochuje, ale on się opiera. Podczas jedzenia posiłku, oboje podsłuchują rozmowę kobiety skarżącej się wobec nieuczciwego sędziego. Abe postanawia wykorzystać szansę i planuje zbrodnię doskonałą.

nieracjonalny_mezczyzna1

Woody Allen to jeden z tych reżyserów, którzy nawet jak się powtarzają i kręcą jeden, ten sam film, nie schodzi jednak poniżej wysokiego poziomu. Rzadko zdarzają mu się wpadki czy rozczarowania, ale zeszłoroczny film trudno określić innym słowem niż rozczarowanie. Oskarżanie reżysera o wtórność tematyczną jest czymś takim jak czepianie się garbatego, że chodzi krzywo. Bo Allen mimo pewnej powtarzalności zawsze miał duża dawkę uroku oraz trafnej obserwacji. Jednak tutaj trudno mówić o czymś takim w „Nieracjonalnym mężczyźnie” – to kolejna egzystencjalna opowieść o tym, jak życie potrafi być nieobliczalne, o wszystkim decyduje przypadek. To wiemy z innych filmów Nowojorczyka, a dylematy zbrodni i kary w pełni zostały pokazane w znakomitym „Wszystko gra”. I że paradoksalnie dokonanie najgorszego czynu, może dokonać przemiany człowieka (na lepsze).

nieracjonalny_mezczyzna2

W porównaniu z tamtym thrillerem z 2005 roku, przedostatni film Allena zwyczajnie nie trzyma w napięciu. Ani w scenie przygotowania morderstwa, gdy Abe znajduje się w laboratorium i zostaje zauważony przez studentkę czy podczas sceny morderstwa. Sam wątek romansowy też jest poprowadzony dość ślamazarnie i bez zaangażowania. I nie wiem, czy to wina dialogów czy reżyserii Allena, ale nie zagrało to wszystko. Może poza zakończeniem, ale to troszkę za mało.

nieracjonalny_mezczyzna3

Aktorzy starają się, by nadać charakteru swoim postaciom i to oni ratują ten tytuł przed porażką. Klasę potwierdza niezawodny Joaquin Phoenix w brawurowej roli Abe’a. Gdy go poznajemy, sprawia wrażenie wiecznie zmęczonego, zgorzkniałego faceta z zawsze towarzyszącą mu manierką. Ale powoli (i stopniowo) zaczyna na nowo wracać do krainy żywych, chociaż motywacja jest co najmniej dwuznaczna. Równie urocza jest Emma Stone jako niby pewna czego chce Jill, jednak dziewczyna ulega pokręconemu Abe’owi, niejako chcąc być jego kochanką i partnerką. Ale to ona okazuje się być osobą z silniejszym kręgosłupem moralnym. Chemia między tym duetem to w zasadzie największy atut tego filmu.

nieracjonalny_mezczyzna4

Powiedzmy to sobie wprost – „Nieracjonalny mężczyzna” to nie jest najlepszy film w dorobku Allena. To po prostu niezłe kino z zabarwieniu kryminalnym z odrobinką humoru oraz drwiną z wszelkiej maści filozofów teoretyków. Bo najważniejsze jest tutaj przeżycie życia, jakiekolwiek ono jest. Dla mnie to nihil novi.

6/10

Radosław Ostrowski

Nie ma mowy!

Żałoba jest trudnym okresem w życiu każdego człowieka. A co dopiero mówić o żałobie, gdy jest się wdową po popularnym muzyku folkowym. Taki jest przypadek Hannah Miles, która jest w tym stanie od dwóch lat. Wzmacnia się to poczucie uzależnienia od męża, gdyż kobieta próbuje napisać jego biografię. Ale nie wychodzi jej to najlepiej. Kiedy jednak pojawia się profesor Andrew McCabe, który dostał zlecenie napisania książki o Hunterze Milesie, kobieta uniesiona dumą odmawia. Jednak po bliższym poznaniu mężczyzny, zgadza się na współtworzenie.

nie_ma_mowy1

„Nie ma mowy!” to niemal klasyczne kino niezależne, które stawia na klimat niż na stricte akcję czy hollywoodzkie zakręty fabularne. Wszystko toczy się tutaj spokojnym rytmem niczym w piosence folkowej – bez żadnych ozdobników, z odrobiną zgryźliwego humoru oraz ładnymi, zimowymi plenerami. Wszystko się tutaj obraca wokół bohaterów, ich rozterek oraz walk z własnymi demonami. Niby takich opowieści było już wiele, ale debiutujący Sean Mewshaw jest bardzo szczery i traktuje swoich bohaterów z sympatią. Emocje tutaj są widocznie w spojrzeniu, drobnym geście, co widać choćby podczas rozmowy na rodzinnym obiedzie czy podczas pracy nad książką.

nie_ma_mowy2

Drugim atutem jest bardzo delikatna oprawa muzyczna z prześlicznymi piosenkami wykonanymi przez Damiena Jurado. Ten głos, pełen melancholii i bólu, współgra z ekranowymi wydarzeniami, współtworząc ten słodko-gorzki klimat. Ale swoje zrobili też aktorzy. Jestem po prostu zachwycony delikatną kreską, z jaką narysowano postać Hanny. Rebecca Hall czyni z niej z jednej strony złośliwą kobitkę z ikrą, ale nie do końca pogodzoną ze stratą oraz kochającą swojego męża. Ciągle w żałobie i jednocześnie pragnącą korzystać z życia. Podobnie jest z  obsadzonym wbrew swojemu emploi Jasonowi Sudeikisowi. Jego Andrew to postać bardzo zafascynowana dorobkiem Huntera, ale nie rozumiejąca mentalności mieszkańców Tumbledown – czyli małomiasteczkowej społeczności. Dodatkowo facet ma obsesję na punkcie samobójstwa, co wypacza jego pracę. Czuć, że powoli między tą dwójką zaczyna iskrzyć, a przewidywalny finał jest przekonujący dzięki tej dwójce. Z drugiego planu najbardziej wybija się troszkę zapomniany Griffin Dunne (bibliotekarz Upton), nerwowy Joe Manganello (utrzymujący bliskie relacje z Hannah leśnik Curtis) oraz Blythe Danner (matka zmarłego).

nie_ma_mowy3

Reklamowany jako komedia romantyczna film „Nie ma mowy!” ma więcej wspólnego z takimi dziełami jak „Zacznijmy od nowa” czy „Siostra twojej siostry”, czyli ciepłymi, słodko-gorzkimi dramatami obyczajowymi. Takimi jakie najbardziej lubię oglądać i nie zawsze dających jednoznaczne odpowiedzi na niełatwe pytania.

7/10

Radosław Ostrowski

Zwycięzca

Igrzyska olimpijskie są dla każdego zawodnika szansą na osiągniecie najważniejszego wyróżnienia, o jakim każdy sportowiec tylko marzy. Jednak czasami dochodzi do trudnej sytuacji, gdy sportowa rywalizacja została wykorzystana do celów propagandowych oraz ideologicznych. Tak było podczas pamiętnej olimpiady organizowanej w Berlinie AD 1936, o której opowiada film „Zwycięzca”.

zwycizca1

Ale tak naprawdę reżyser Stephen Hopkins skupia się na jednym z uczestników olimpiady, który zniszczy ideologiczny plan Goebbelsa – czarnoskórym biegaczu Jesse Owensie, który zdobył cztery złote medale olimpijskie. Dyskryminacja nie była dla niego niczym nowym, gdyż w tych czasach czarni byli traktowani z równo pogardą jak Żydzi w Niemczech. Temat ten jednak zostaje ledwo liźnięty przez reżysera. Nie dziwię się, gdyż wszystko w kwestii rasizmu w USA już zostało opowiedziane wiele, wiele filmów temu. Wszystko opowiedziane jest w klasycznej konstrukcji: aklimatyzacja, treningi, relacja z trenerem, drobne miłosne perturbacje, w końcu zwieńczenie – olimpiada. Te fragmenty są solidnie zrealizowane, a ujęcia biegów oraz skoków w dal mają swoją dynamikę.

zwycizca2

Dla mnie jednak – poza budującą się więzią z trenerem Snyderem – najciekawsze wątki dotyczyły propagandowego wykorzystania olimpiady oraz dylematy postaci związanych z tą sytuacją. Amerykański Komitet Olimpijski wahał się czy zbojkotować te igrzyska, a spór prowadzony między Averym Brumdige’m i Jeremiahem Mahoneyem dodają odrobinę atrakcyjności dla tej oczywistej fabuły. Podobnie jest z wątkiem realizacji filmu przez Leni Riefenstahl oraz scen pokazujących to, co naprawdę działo się w Reichu. Hopkins mocno, choć drobnymi scenami, pokazuje jak kończy się kompromis ze złem. Ale też pokazuje, że można być przyzwoitym, mimo tej paranoi propagandowej, co pokazuje postawa lekkoatlety Carla Longa (drobny epizod Davida Krossa, ale zapadający w pamięć). Te małe drobiazgi, wyróżniają „Zwycięzcę” z grona innych filmów sportowych.

zwycizca3

Pod względem aktorskim też jest co najmniej porządnie. O drugim planie sporadycznie wspomniałem, jednak pierwszy plan też jest nienajgorszy. Dobrze sobie poradził Stephen James w roli Owensa, który z jednej strony musi wytrzymać presję swojego otoczenia, z drugiej staje się niejako symbolem walki z nazistami. Poza tym chłopak chce poukładać sobie wszystko w głowie i jednocześnie zawalczyć. Partneruje mu obsadzony wbrew swojemu emploi Jasona Sudeikisa, który w roli trenera Snydera daje z siebie wszystko. Snyder to trener typowy, który walczy ze swoimi demonami (alkohol, zmarnowana szansa na udział w olimpiadzie, brak sukcesów zawodowych), a jednocześnie nie jest tak rasistowski jak reszta otoczenia.

zwycizca4

„Zwycięzca” to przykład solidnego kina sportowego, gdzie niby poszczególne elementy nie błyszczą, ale jako całość wypada interesująco i daje trochę do myślenia. Na pewno kilka faktów i wydarzeń został podkolorowanych lub pozmienianych, ale nie psuje to pozytywnego wrażenia. Niby takich tytułów było wiele, ale i ten pozostaje ciekawym punktem do dyskusji o relacji sport-polityka.

7/10

Radosław Ostrowski

Hardcore Henry

Kim jest Henry? Tego nie wie on sam. Gdy go poznajemy budzi się niczym nowonarodzony, chociaż bardziej przypomina Adama Jensena z „Deus Ex”, czyli pozszywaną maszyną z ludzkim ciałem. Widzi kobietę, która twierdzi, że jest jego żoną. I kiedy mają sobie wszystko przypomnieć, ich baza zostaje zaatakowana przez paskudnego Arana, który chce go wykorzystać do stworzenia superżołnierzy. Henry’emu udaje się zwiać, ale Estelle zostaje schwytana. I wtedy z pomocą przychodzi niejaki Jimmy.

hardcore_henry1

Mało znam kino rosyjskie, ale fabuła filmu Ilji Najszulera nie była najważniejszym powodem, dla którego chciałem obejrzeć Hardkorowego Henryka, tylko warstwa formalna. Ponieważ reżyser wpadł na pomysł, by cała historię pokazać z perspektywy naszego bohatera, który nie odzywa się ani słowem, co zostaje logicznie wytłumaczone (nie zainstalowano mu modułu mowy). A dokładniej z jego oczu, przez co można odnieść wrażenie uczestnictwa w grze komputerowej. Fabuła jest tylko pretekstem do obserwacji kilku ostrych, bardzo krwawych scen zabijania, strzelania, wybuchów. I wierzcie mi lub nie – to działa. Akcja pędzi na złamanie karku, by podkręcić adrenalinę, ale kilka razy dochodzi do ciekawych wolt w fabule. Nie sposób zapomnieć pościgu na motorze i ostrzelaniu konwoju czy jatce w burdelu. Osadzenie tego wszystkiego we współczesnej Moskwie, gdzie przaśność i surowość miesza się z futurystycznymi cudeńkami (siedziba głównego złego czy tajne laboratorium) tworzy mocny koktajl.

hardcore_henry2

Dodatkowo reżyser jeszcze to wszystko podkręca dziwacznym miksem muzycznym. Queen idzie ręka w rękę z Frankiem Sinatrą, rosyjskim disco oraz pulsującą elektroniką. To wszystko w zderzeniu z ekranową ultra przemocą oraz czasami porąbanym humorem („I’ve Got You Under My Skin” już nigdy nie będzie takie samo) tworzy niezapomniany seans.

Pomaga w tym szaleństwie brawurowo prowadzony Sharito Copley. Jego Jimmy to tak przerysowana postać, która ma więcej żyć niż kot, a każde oblicze poraża. Nieważne czy to naładowany adrenaliną ćpun, hipis, punk, menel czy brytyjski pułkownik – absolutnie nie do podrobienia. Równie groźny jak i groteskowy jest Danila Kozlowski wcielający się w głównego arcyłotra. Jest tutaj nawet Tim Roth, ale pojawia się tylko w jednej scenie (trzy razy powtórzonej) i wypowiada raptem dwa zdania. Więc chwalić się nie ma czym.

hardcore_henry3

Nie będę oryginalny, jeśli stwierdzę, że „Hardkorowy Henryk” to prosta produkcja próbująca maskować niedostatki budżetowe stroną wizualną. Czuć w paru momentach lekkie znużenie, a finałowa konfrontacja budząca skojarzenia ze scenami starć z zombie oraz… „Mechaniczną pomarańczą” może wprawić w osłupienie. Jednak takiej dawki adrenaliny i pulsującego testosteronu nie widziałem od czasu „Niezniszczalnych”. Mam nadzieję, że powstanie druga część albo Jankesi zrobią remake.

7/10

Radosław Ostrowski

10 Cloverfield Lane

Michelle jest zwykłą młodą kobietą. Poznajemy ją w momencie, gdy wyprowadza się od swojego chłopaka. Zabiera swoje rzeczy i odjeżdża w siną dal, wtedy dochodzi do wypadku. Kiedy kobieta się budzi, jest przykuta do łańcucha, ma wbitą kroplówkę i jest lekko posiniaczona. Początkowo myśli, że padła ofiarą jakiegoś fana „Piły”, który ją porwał, głodził, by na końcu zabić. Ale Howard staje się jej opiekunem i mówi, że doszło do ataku – kosmici, Rosjanie, Chińczycy – diabli wiedzą, jedno jest pewne: nie jest bezpiecznie poza schronem Howarda, gdzie przebywa jeszcze jeden lokator.

10_cloverfield_lane1

Fabuła może brzmieć jak do jakiegoś filmu klasy B, jednak debiutujący Dan Trachtenberg wie, jak skromnymi środkami zbudować aurę niepewności, grozy i suspensu. Chciałbym wam powiedzieć więcej o fabule, ale jest tutaj tyle wolt i zaskoczeń, że opowiedzenie o jakiejkolwiek z nich zepsuje frajdę z seansu. Nawet pozornie spokojna rozmowa może zmienić się w walkę o przetrwanie – minimalistyczna przestrzeń tylko potęguje poczucie obcości, mimo wrażenia potulnej przestrzeni. Są tutaj, gry, filmy na video, początkowy sceptycyzm, zmieniony w prawdziwy strach. Dzieje się tu wiele, a nawet prosta naprawa filtra doprowadza do kolejnych zagadek, tajemnic – wszystko tutaj powoli i stopniowo jest odkrywane, by pod koniec uderzyć. A otwarte zakończenie sprawia, że mam ochotę czekać na dalszy ciąg (bo pewnie będzie, prawda?).

10_cloverfield_lane2

Dodatkowo jest to świetnie zagrane, chociaż wydawałoby się, że nie ma tu zbyt wiele pola do popisu. Mary Elisabeth Winstead bardzo przekonuje w roli delikatnej, zmuszonej do oswojenia się z rzeczywistością Michelle, przez co łatwo się z nią identyfikować. Przemiana w najtwardszą sucz pokazana jest bez udziwnień oraz komplikacji, jednak tak naprawdę jest to popis Johna Goodmana, który jest rewelacyjny. Howard to postać bardziej złożona niż się nam to wydaje – ex-żołnierz z obsesjami na punkcie teorii spiskowych, może sprawiać wrażenie wariata, ale tak naprawdę skrywa się za tym twardziel, nie znoszący sprzeciwu, mogący wybuchnąć pod byle pretekstem. Objawienie po prostu.

10_cloverfield_lane3

„10 Cloverfield Lane” zapowiada się jakby fragment większej całości, którą dopiero będziemy odkrywać. Świata, który może fascynować, intrygować i zaskakiwać. Obok „Deadpoola” to największa niespodzianka tego roku – mam nadzieję, że nie ostatnia.

8/10

Radosław Ostrowski

Eddie zwany Orłem

Skoki narciarskie stały się w Polsce strasznie popularne, odkąd pojawił się słynny skoczek z Wisły, co wąsy miał i na imię Adam. Jednak ta dyscyplina sportowa funkcjonowała od dawna, a wielu zawodników stało się legendami – Jens Weissflog, Matti Nykanen, Sven Hannawald. Ale był też jeden wyjątkowy zawodnik, któremu Matka Natura odmówiła talentu, za to dała determinację i wolę walki, nazywał się Michael Edwards, ale w świadomości wszystkich zapamiętany był jako Eddie Orzeł.

eddie_orzel1

Już jako dzieciak chciał być olimpijczykiem, tylko nie mógł znaleźć dla siebie odpowiedniej dyscypliny sportowej. Wytrzymanie pod wodą, rzut oszczepem, w końcu jazda na nartach – zawsze się to kończyło kontuzjami (głównie kończyn dolnych) i wyrzuconymi w błoto pieniędzmi. Aż pewnego dnia, gdy miał iść do pracy doznał olśnienia, postanowił zostać skoczkiem narciarskim, mimo kompletnego braku doświadczenia oraz przygotowania. Podczas zgrupowania w Garnisch poznaje niejakiego Bronsona Peary’ego – kierowcę pługu i pijusa, ale kiedyś był to obiecujący amerykański skoczek. Mężczyzna, chcąc mieć święty spokój, staje się trenerem zdeterminowanego Eddie’ego.

eddie_orzel2

Film Dextera Fletchera (aktora znanego z takich produkcji jak „Porachunki” czy „Kompania braci”) postanowił opowiedzieć historię, którą niby dobrze znamy z tysiąca produkcji sportowych: z góry skazaną na przegraną zawodnik bierze udział w wielkim wydarzeniu i wygrywa. Powiedzmy, chociaż wygraną nie będzie tutaj medal olimpijski, ale szacunek innych ludzi. Ponieważ jest to brytyjska produkcja, więc została okraszona wyspiarskim humorem (świetne sceny treningowe, gdy wybicie z progu zostaje porównane do… seksu czy początkowe sceny pokazujące zmagania sportowe Eddie’ego jako dziecka), z kolei sceny samych skoków wyglądają niemal jak transmisja telewizyjna. Mimo znanego kierunku, udało się sprawić, że kibicujemy naszemu bohaterowi, a sceny sportowe trzymają w napięciu. Zarówno pierwszy skok ze skoczni 70 m, jak i finałowy na olimpiadzie z 90 m („Na Dzikim Zachodzie szykowaliby ci trumnę, gdy już byś tam wszedł”) podkręca adrenalinę, chociaż twórcy grają znaczonymi kartami. A jednak film mi się podobał, gdyż przypomina – być może po raz tysięczny – że nigdy, ale to nigdy nie należy się poddawać i walczyć o realizację swoich marzeń, nawet nie mając sojusznika.

eddie_orzel3

Dodatkowo wszystko jest wyreżyserowana pewną rękę, z dowcipnymi dialogami oraz ejtisową w duchu muzyką. Dodatkowo jest to wdzięcznie, naturalnie zagrane. Podoba mi się młody Taron Egerton, który powoli wybija się na nową gwiazdę – po „Kingsman” znowu tworzy świetną postać ambitnego, starającego się udowodnić swoją wartość Orła. Początkowo może sprawiać wrażenie idioty biorącego się za zadanie ponad swoje możliwości, ale upór wywołał we mnie sympatię, a radość po oddaniu skoku (uznane za małpowanie) było autentyczną frajdą. Klasę potwierdził Hugh Jackman w (stereo)typowej roli trenera z tajemnicą, ale też mądrością oraz charyzmą. Chemia między tą dwójką jest mocna, nakręcająca ten film i budząca moje skojarzenia… z „Ed Woodem” Burtona, gdzie też dwóch bohaterów potrzebowało siebie nawzajem, by móc osiągnąć sławę, stając się przyjaciółmi. Drugi plan nie specjalnie wybija się z tłumu, ale zawsze przyjemnie było zobaczyć Jima Broadbenta (komentator BBC) i drobny epizod Christophera Walkena (Warren Sharp).

eddie_orzel4

Pozornie „Eddie zwany Orłem” to kolejna opowieść o walce do realizacji swoich marzeń i schematyczna opowieść od zera do bohatera. Jednak widać, że twórcy włożyli w nią wiele serca, a kilka scen (rozmowa w windzie z Matti Nykenenem) zostanie w pamięci na długo. Tak się robi dobry feel-good movie.

8/10

Radosław Ostrowski

Sprawiedliwy

Czy jest sens tworzenia kolejnych filmów o Holocauście? W czasach, gdy wydaje się, że wiedza na ten temat została niemal wyczerpana, odpowiedź wydaje się jedna i jedyna możliwa: nie. Dowodem na potwierdzenie tej tezy jest najnowsza polska produkcja „Sprawiedliwy”.

sprawiedliwy1

Debiutujący na stanowisku reżysera Michał Szczerbic (scenarzysta „Róży” i znienawidzonego „Wiedźmina”) opowiada swoją opowieść dwutorowo, gdzie akcja toczy się zarówno podczas wojny, jak i kilka lat po. Przyczynkiem do całej tej historii są losy Hanii – żydowskiej dziewczyny, która ukrywała się w czasie wojny w jednej ze wsi. Powraca, by wręczyć ukrywającej ją rodzinie Polaków medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – Anastazji i Janowi. Ci jednak nie są do tego skorzy. Sama konstrukcja fabuły jest sporym plusem, podobnie jak oparta na żydowskim instrumentarium muzyka i stonowane zdjęcia. Ale największym problemem jest tutaj scenariusz, a będąc bardziej dokładnym bohaterowie. Cel był dość prosty: pokazanie ludzkich postaw wobec nazistowskiego zła oraz zabijania (wywożenia) Żydów. Nie brakuje zarówno prawych (i sprawiedliwych), ale też ludzi wystraszonych, szmalcowników, konfidentów. Tylko wszystko jest tutaj takie zero-jedynkowe i kompletnie nieangażujące, dodatkowo zrealizowane niemal bez polotu, przypominając zbiór niekoniecznie mocno powiązanych scenek.

sprawiedliwy2

Z jednej strony jest brutalnie i ostro (karanie szmalcowników za pomocą chłosty), ale są też pewne momenty łagodne, Mielna liryczne (relacja Hani z wiejskim chłopem, Pajdkiem). To też wywołuje pewien zgrzyt. Nie zabrakło też obowiązkowego bicia w areszcie, rewizji Niemców, ukrywania się. I mogłoby to zrobić wrażenie, gdyby nie powstało wcześniej takich filmów jak „Lista Schindlera”, „Pianista” czy ostatnio „Syn Szawła”.

sprawiedliwy4

Dawno nie widziałem tak letniego filmu, a sytuację częściowo próbują ratować aktorzy, jednak nie mają zbyt wiele do zagrania. Najbardziej z tego zestawu wybijają się dwie postacie – Pajdek, czyli pozornie wiejski głupek, ale starający się żyć normalnie mimo wszystko (świetny Jacek Braciak) oraz jego siostra Dziunia, twardo stąpająca po ziemi kobieta ze skomplikowanym życiorysem (kompletnie zaskakująca Katarzyna Dąbrowska). Za to strasznie irytowała mnie Aleksandra Hamkało w roli dorosłej Hani – od samego jej głosu więdły mi uszy.

sprawiedliwy3

Niepotrzebny, nudny, nieangażujący – lista grzechów „Sprawiedliwego” jest cała masa. Szczerbic potwierdza tylko, że powinien odpuścić sobie reżyserowanie, gdyż kompletnie sobie nie radzi. Z pisaniem scenariuszy jest troszkę lepiej.

4/10

Radosław Ostrowski

Intruz

Tytułowym „intruzem” jest John – młody chłopak, który wychodzi z poprawczaka. Jest wychowywany przez ojca, wprowadza się do jego domu, gdzie mieszka także z bratem. Blond włosy chłopiec także wraca do szkoły, jednak jest traktowany jako obcy.

intruz1

Debiutujący na dużym ekranie absolwent łódzkiej filmówki, czyli polski reżyser Magnus von Horn zrobił iście skandynawski dramat. Pamiętacie taki film „Polowanie” z Madsem Mikkelsenem? Tutaj reżyser próbuje stworzyć podobną aurę zaszczucia, stawia pytania o genezę zła. Jeśli jednak myślicie, że będzie to zapodane w łatwy i przystępny, zapomnijcie o tym. Ujęcia są długie, tempo jest bardzo powolne, a karty odsłaniane stopniowo. Na szczęście, pojawiają się pewne poboczne watki związane z bratem Johna, jego chorym dziadkiem. To jednak drobiazgi, a całość jest strasznie duszna, wręcz nieprzyjemna. Wiele scen i ujęć pokazuje sytuacje poza kadrem (pobicie Johna w nocy czy zastrzelenie psa), a czasami jesteśmy bardzo blisko bohatera. Ale w tym chłodnym stylu jest metoda, gdyż kilka scen jest tak intensywnych, naszpikowanych emocjami, że nie wiedziałem, co się tak naprawdę stanie. Tak było w finale, gdy bohater odwiedza kobietę ze strzelbą w ręku.

intruz2

John (fantastyczny Urlik Montier) to trudna w ocenie postać – przez większość czasu jest wyciszony, spokojny, małomówny, niemal delikatny. Gdy jednak pojawia się szansa na bliższą relację, przypomina wystraszone zwierzę, które zaczyna atakować. Zaczyna wtedy krzyczeć, nawet bić, chociaż wydaje się, że sytuacja jest opanowana. Ale mieszkańcy pamiętają zło wyrządzone przez Johna – jego obecność staje się wyrzutem, przypominającym najgorsze. Dlatego reakcje uczniów w klasie mnie nie dziwią, ale z tego grona jest ktoś zainteresowany chłopcem. To Malin (intrygująca Loa Ek), ale i ona w końcu się odwróci – strach i lęk jest silniejszy. Nawet ojciec (Mats Blomgren) nie do końca wie, jak się zachować, trzyma się na dystans.

intruz3

To nie jest łatwe, lekkie i przyjemne kino, ale „Intruz” ma w sobie coś takiego, że nie pozwala o sobie zapomnieć. Jest jak zadra, która zostaje. Do „Polowania” niewiele zabrakło, jednak skandynawski klimat zachowano. I dla niego warto się zmierzyć z tym tytułem.

7/10

Radosław Ostrowski