Kill Bill: The Whole Bloody Affair

Nawet w największych snach się nie spodziewałem, że będę miał kiedykolwiek obejrzeć „Kill Billa” na dużym ekranie. Żeby jednak było jeszcze bardziej ekscytująco, Tarantino sklei obydwie części w jeden długi film. Ponad 4-godzinny epos (z 15-minutową przerwą) o zemście może brzmieć przytłaczająco, ale już od pierwszych scen wszystko staje się jasne.

Jak wszyscy pamiętamy historia skupia się wokół ciężarnej Panny Młodej (Uma Thurman), która pada ofiarą rzezi przed ślubem. Giną w niej wszyscy uczestnicy (w tym pastor, pan młody, świadkowie i organista). Mimo postrzału w głowę nie ginie, tylko zapada w śpiączkę. Po czterech latach w końcu się wybudza, przekonana o śmierci dziecka, planując jeden cel i jeden cel tylko: zemścić się na swoich zabójcach. A byli to jej dawni znajomi, należący do grupy Zabójczego oddziału Żmij pod wodzą Billa (David Carradine). Poza nim celami są: O-Ren Ishii (Lucy Liu) – obecna szefowa Yakuzy, brat Billa Budd (Michael Madsen), jednooka Elle Driver (Daryl Hannah) oraz Vernita Green (Vivica A. Fox).

Tarantino, jak to w swoim stylu, bawi się konwencją, chronologią oraz estetykami. W kolejnych rozdziałach poznajemy historię panny młodej (na początku jej imię jest ocenzurowane), pozostałych członków barwnych zabijaków oraz ich sprzymierzeńców. Zderzenie wschodnich sztuk walki, amerykańskich gangsterów, Yakuzy, mieczy samurajskich, kung-fu, westernowej muzyki od Luisa Bacalova i Ennio Morricone tworzy jedną z najbardziej zwariowanej, nieoczywistej mieszanki. Okraszonej jak zawsze świetnymi dialogami, niepozbawionymi humoru i odniesień do popkultury, niemal ciągle zmieniając rytm i tempo. O ile pierwsza połowa jest brutalna, krwawa oraz (ciągle) szokująco makabryczna – krew leje się wiadrami niczym w slasherze, o tyle druga bardziej skupia się na dialogach, włącznie z finałową konfrontacją z Billem.

Całość jest świetnie sfotografowana – to była pierwsza współpraca reżysera z Robertem Richardsonem, znanym ze współpracy m. in. z Oliverem Stonem i Martinem Scorsese – oraz bardzo efektownie zmontowana. Nie brakuje tu długich ujęć (akcja w japońskiej knajpie przed jatką), przejść z koloru na czarno-białą taśmę (chwila przed zabójstwem Panny Młodej czy zakopanie kobiety żywcem), a nawet dłuższej sekwencji anime (przeszłość O-Ren i jej krwawa droga zemsty – kapitalny moment, który sprawdziłby się jako krótki metraż), więc nie ma tu miejsca na nudę. Sama akcja jest bardzo intensywna, bardzo szybko (choć czytelnie) zmontowana: wielka rozpierducha z Obłędem 88 – tym razem pokazana w kolorze, pełnej okazałości – pełna szaleństwa i nadal imponujących popisów kaskaderskich z lataniem niczym w filmach wuxia, bardzo ciasna walka w kamperze z Elle czy intensywny trening u szorstkiego Pai Mei. Te momenty zostają na długo w pamięci.

Jedynym dla mnie zgrzytem tej wersji „Kill Billa” jest dodany na końcu (dłuuuuuuuuuuuuuuugim końcu z ilością napisów końcówki dłuższą niż we „Władcy Pierścieni”) zagubiony rozdział. Czyli animowana sekwencja osadzona w świecie… gry „Fortnite”. Kreska w stylu growym wypada ok, głosy brzmią nieźle (włącznie z samym Tarantino), ale tak naprawdę jest zwyczajnie zbędna i niepotrzebna.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Kill Bill: The Whole Bloody Affair” jest fenomenalnym doświadczeniem, który całkowicie pochłania. Od absolutnie kapitalnego aktorstwa (dla mnie to najlepszy występ Umy Thurman, ale także rewelacyjny są David Carradine, Lucy Liu, Michael Madsen czy w podwójnej roli Michael Parks) przez oszałamiającą zabawę warstwą audio-wizualną aż po rewelacyjnie napisany scenariusz. Absolutnie nie spodziewałem się, że produkcja z 2003 roku będzie najbardziej elektryzującym filmem obejrzanym w tym roku. Wstyd nie znać.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wichrowe wzgórza

Przenoszenie na ekran klasyki literatury jest w zasadzie sprawdzonym sposobem na zarobienie kupę kasy. Nawet po kilkanaście razy – od nieśmiertelnej Biblii po dokonania Mary Shelley. Nie inaczej jest z „Wichrowymi wzgórzami” Emily Bronte, przenoszonej już 13 razy na duży i mały ekran. Żadnej ekranizacji nie widziałem, a książki też nie czytałem, ale chyba reżyserka Emerald Fennell też nie czytała.

Akcja dzieje się gdzieś na przełomie XVIII i XIX wieku na wrzosowiskach Yorkshire, w którym znajduje się tytułowy majątek Wichrowe Wzgórza. Właścicielem jest podupadający lord Earnshaw (Martin Clunes), co lubi ostro chlać i grać w karty. Także samodzielnie wychowuje córkę Catherine. Pewnego dnia mężczyzna przyjmuje pod swój dach przybłędę, którego córka nazywa Heathcliffem. Chłopak zostaje parobkiem, a także zaczyna przyjaźnić się – przynajmniej na początku – z dziewczyną. I tak to trwa przez kilkanaście lat, aż oboje dorastają, co wzmacnia iskry. Wszystko zmienia się, kiedy w okolicy pojawiają się nowi sąsiedzi – pan Lipton (Shazad Latif) ze swoją siostrą, Isabellą (Alison Oliver). A że Earnshawowie potrzebują pieniędzy, Catherine (Margot Robbie) zapoznaje się z sąsiadami i… decyduje się poślubić Liptona. Reakcji Heathcliffa można się domyślić.

Reżyserka ewidentnie chce nam pokazać „Wichrowe wzgórza” jako gotycką historię niespełnionej miłości wskutek okoliczności, przy okazji pokazując jedną z najbardziej toksycznych par od czasu „50 twarzy Greya”. W efekcie powstał dziwny twór. Z jednej strony wizualnie wręcz olśniewający – od przepięknych krajobrazów (Linus Sandgren nie zawodzi jako autor zdjęć) po pełne mocnych kolorów kostiumy i scenografię. Szczególnie druga połowa filmu (dom Liptona) imponuje kompozycjami kadrów, które chciałoby się przerobić na tapetę. Ale z drugiej coś tu się nie zgadza w tej historii. Oboje wychowywani w izolacji, z mocno podpitym i przemocowym patriarchą stają się naznaczeni: Heathcliff fizycznie (rany od bicza), zaś Catherine psychicznie. Bliskość przez traumę? To daje pewne możliwości do prowadzenia historii.

Jednak im dalej w las, tym bardziej oboje zaczynają działać mocno irytująco. Podejrzewam, że to ma pokazać obsesyjne oblicze przywiązania do drugiej osoby, ale czuć tu mocno fałsz. Catherine niby wydaje się rozdarta między sercem a potrzebą utrzymania się (poznać to można po łzach z jej twarzy oraz nieobecnym, pustym, wręcz apatycznym wyrazie twarzy), ale potrafi być bardzo narcystyczną, wywyższającą się oraz uważającą się za lepszą pindą – powiedziałbym mocniej, ale to byłoby obrazą dla pind. Ale nasz Heathcliff wcale nie jest lepszy: nie dość, że cierpi w milczeniu i jest niedouczony (z własnej woli), to potem znika odmieniony oraz nadziany – niczym hrabia Monte Christo. Tutaj nagle robi się mroczniej i potencjalnie mogło skręcić w kierunku zemsty (uwiedzenie Izabeli oraz upokarzanie jej), jednak Fennell wycofuje się jakby bała się przekroczyć pewnej granicy. Niby całość próbuje być bardziej „pieprzna”, nęci potencjalnie seksualnym napięciem, tylko że nie jest ani porno, ani duszno. Za to jest bardzo infantylnie, kiczowato oraz… durnie, jak ze słabego harlekina.

Jeszcze bardziej nie pomaga fakt, że Margot Robbie i Jacob Elordi w swoich rolach wypadają słabo, wręcz karykaturalnie oraz nieprzekonująco. Do tego nie ma między nimi ŻADNEJ chemii (więcej chemii widziałem w chińskiej zupce w proszku) ani napięcia, oboje stają się bardzo nieznośni, irytujący, odpychający. Ich rzekoma miłość jest tylko deklaracją bez pokrycia oraz kompletnie irracjonalna, przez co totalnie niewiarygodna. Aktorzy nie bardzo mają tutaj, co grać i dlatego nie zapadają w pamięć. Wyjątkiem od tej reguły jest bardzo opanowana Hong Chau (służąca Nelly), zaskakujący Martin Clunes (pan Earnshaw) oraz intrygująca Alison Oliver (Isabella).

Ku mojemu rozczarowaniu „Wichrowe wzgórza” od Emerald Fennell są pięknie wyglądającym pustakiem, który najlepiej by się sprawdził jako niemy film albo krótka rolka pod social media (tak jest zmontowany). Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak często ziewałem w kinie, wyczekując napisów końcowych niczym zbawienia i ulgi, że już mam to za sobą.

4/10

Radosław Ostrowski

Figurant

Kolejny odcinek polskiego kina historycznego, skupionego wokół religii. Czyli znowu mamy prosty podział na „dobry” Kościół i „zły” system, próbujący ich złamać? A jeśli dodamy do tego równania nazwisko Roberta Glińskiego, należy spodziewać się sporego rozczarowania. Po biograficznym „Ziei” teraz przyszedł czas na bardziej fikcyjnego „Figurant”.

Samo słowo figurant oznacza osobę rozpracowywaną przez służby specjalne, w tym przypadku Służbę Bezpieczeństwa. Wziętym pod obserwację jest młody krakowski biskup Karol Wojtyła. Jednak nie on jest głównym bohaterem filmu, tylko Bronisław Budny (Mateusz Więcławek) – młody chłopak, który wstępuje do SB. Zdolny, inteligentny, a także utalentowany fotograf. Do inwigilacji nowego duchownego przydziela go pułkownik Wojnar (Zbigniew Stryj). W trakcie pracy mężczyzna poznaje Martę (Marianna Zydek) – studentkę ASP, do której zaczyna czuć coś więcej. Do tego stopnia, że zawierają małżeństwo.

Gliński zaczyna intrygująco za pomocą pięknych czarno-białych zdjęć Adama Bajerskiego (kto widział „Pana T.”, wie czego się spodziewać) sklejając je z archiwalnymi materiałami. Dzięki temu zabiegowi „Figurant” sprawia wrażenie niemal dokumentu. W tle gra bardzo elegancka muzyka, a reżyser sprawnie oddaje realia czasów Gomułki. Pod tym względem najbardziej zapadają w pamięć sceny z występów Piwnicy pod Baranami czy krwawa pacyfikacja protestu pod krzyżem w Nowej Hucie. W przypadku Wojtyły widzimy go albo przez obiektyw aparatu fotograficznego, kamery filmowej czy gdzieś daleko w tle. A jednak jego wpływ na innych jest namacalny i odczuwalny, co prowadzi do – niestety, przewidywalnego – przebiegu wypadków. A reżyser próbuje dodać pewnej odrobiny szarzyzny. Czy to pokazując destrukcyjną siłę obsesji i oddaniu swojej pracy (to jednak ostatecznie sprowadza do przewidywalnego finału), czy księży-informatorów, przekazujących meldunki bezpiece. Najmocniej jednak wypada tu kwestia werbunku księdza Macieja (świetny Adrian Brząkała) za pomocą szantażu oraz podszywania się pod przyjaciela. Tutaj pojawiają się bardziej „ludzkie” odruchy naszego ubeka. Problem w tym, że to wszystko tylko okruchy, dające potencjał na coś o wiele głębszego, mocniejszego, bardziej złożonego. Przez to dzieło Glińskiego nie angażuje.

Sytuację ratuje dobra obsada, ze szczególnym wskazaniem na Mateusza Więcławka. Dzięki niemu Bronek, choć niezbyt rozbudowany scenariuszowo, staje się bardziej ludzki. To nie tępy, brutalny osiłek, ale zdeterminowany, pełen sprytu człowiek, używający inteligencji, podstępu i nawet szantażu. Ale to w momentach rozmów z księdzem Maciejem zaczynamy zauważać jego zagubienie, bezsilność i może nawet coś więcej. Brząkała w roli (nieświadomego) informatora wypada równie przekonująco, próbując dostrzec bardziej ludzką twarz systemu totalitarnego. Reszta wypada solidnie (od budzącego respekt Zbigniewa Stryja przez solidną Mariannę Zydek aż po drobne epizody Juliusza Chrząstowskiego i Andrzeja Mastalerza).

W porównaniu do ostatnich filmów Glińskiego (średnich „Kamieni na szaniec”, fatalnego „Czuwaj” i rozczarowującego „Ziei”) „Figurant” prezentuje się o wiele lepiej, ale to nadal wyższe rejony stanu średniego. Zbyt czarno-biały w portrecie rzeczywistości, która miała w sobie o wiele więcej odcieni szarości, będące zaledwie liźnięte. A była szansa na o wiele mocniejsze i odważniejsze kino.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Orzełek Iggy

Czy ktoś jeszcze kojarzy Bartka Kędzierskiego? Twórca kultowych (w pewnych kręgach) „Włatców much” był jednym z fenomenów animacji dla dorosłych do czasu wkroczenia Bartosza Walaszka. Jednak teraz reżyser postanowił wrócić z filmem animowanym (oczywiście) skierowanym do młodszego widza. Ale czy „Orzełek Iggy” poleci niczym nasz orzeł? Tak, o Małysza też chodzi.

Wszystko dzieje się w świecie antropomorfizowanych ptaków, które od bardzo dawna – dzięki technologii – nie latają skrzydłami. Po co same mają latać, skoro mają samoloty wszelkiej maści, także poruszają się autami, motocyklami itp. Tak jak my. I właśnie tutaj pojawia się młody, skrzydlaty chłopiec o imieniu Iggy. Jego rodzice są tak sprzeczni jak tylko możliwe – nadopiekuńcza korpo-pracownica, z telefonem niemal cały czas oraz strażak na wymuszonej emeryturze, który jest trochę bardziej wyluzowany. Chłopak ma jedno marzenie, żeby latać. Tylko niemal wszyscy (od nauczycieli po uczniów) uważają to za nierealne. Ale wszystko zmienia się, kiedy poznaje nową koleżankę Ewę.

Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa i dla doświadczonych kinomanów (do których ewidentnie ten film nie jest adresowany) nie będzie zbyt wielką niespodzianką. Kędzierski prowadzi wszystko w formie narracji z offu przy udziale starej sowy-bibliotekarki. Tematy dotykane tutaj może nie zaskakują (przełamywanie schematów, przyjaźń, zderzeń fantazji z rzeczywistością, uzależnienie od technologii), ale wszystko jest opowiedziane w elegancki, choć bardzo bezpośredni sposób. Jeszcze mamy tutaj rodziców, którzy są jak magnezy z dwóch kierunków, sprytną i inteligentną koleżankę (z tajemnicą), wymyślonego przyjaciela Feliksa oraz… zombie-kuraki, czyli parodia zombie z „Nocy żywych trupów”. Jest tu troszkę humoru, ale bardziej skierowanego dla młodszych widzów.

Sama animacja to hybryda ręcznie rysowanych postaci z trójwymiarowymi tłami. I byłem bardzo zaskoczony, bo tła (budynki, wnętrza mieszkań) wyglądały bardzo namacalnie. Jakby postacie zostały dorysowane do naszego świata, co dość mnie zaskoczyła. Kreska może nie jest zbyt szczegółowa – poza sekwencjami sennymi, gdzie tła wyglądają imponująco – ale wygląda przyzwoicie. Szczególnie horrorowe wejścia zombie-kurczaków oraz drobne efekty specjalne. Złego słowa także nie powiem o polskim dubbingu, ze wskazaniem na przekonujące role dziecięce w wykonaniu Tymoteusza Gliszczyńskiego (Iggy), Kosmy Pressa (Feliks) oraz Antoniny Baduchowskiej (Ewa). Wspierani przez bardziej doświadczonych aktorów jak Piotr Adamczyk (Leon, ojciec Iggy’ego), Agnieszka Dygant (Julia, matka Iggy’ego), Anna Seniuk (bibliotekarka) czy Danuta Stenka (dyrektorka – nie do poznania) tworzą bardzo zgraną grupę bez słabego ogniwa.

„Orzełek Iggy” może nie robi aż takiego wrażenia jak niedawny „Smok Diplodok”, ale to kawałek bardzo przyzwoitego kina dla młodego widza. Niedzisiejszy w formie, choć dotyka jak najbardziej współczesnych, jak i bardziej uniwersalnych kwestii. Dorośli mogą poczuć się troszkę znudzeni, ale krótki czas trwania nie pozwala się wiercić w trakcie seansu.

6/10

 

Radosław Ostrowski

Nowokaina

Chyba żaden film akcji w ostatnich latach nie miał takiego wpływu na gatunek jak „John Wick”. Można stwierdzić to także po ilości (lepszych lub gorszych) naśladowców – od wersji kobiecej („Atomic Blonde”) przez drugowojenną („Sisu”) aż po okraszone humorem („Nikt”). Teraz pojawił się jeszcze bardziej komediowa „Nowokaina”. Z prostym konceptem, który chyba nie do końca został wykorzystany.

Tytułowy „Nowokaina” to ksywa Nathana Caine’a (Jack Quaid) – pozornie 30-letniego faceta, który pracuje w banku w San Diego. I to nie jako szary pracownik, lecz zastępca kierownika. Lubi grać w gry, jest strasznie nieśmiały oraz ma paskudne choróbsko. Otóż Nate kompletnie nie czuje bólu fizycznego, co może brzmieć jak supermoc. Ale nie oznacza to, że nie może się wykrwawić, połamać i nawet stracić kończyny, nie mając o tym pojęcia. Jednak jego życie w kokonie się zmienia, kiedy w końcu umawia się z dziewczyną swoich marzeń – Sherry (Amber Midthunter). I może coś by z tego wyszło, gdyby nie… napad na bank. Nawet nie chodzi o to, że skradziono kasę i zastrzelono kierownika, ale porwano Sherry. I nasz „Nowokaina” postanawia na własną rękę odbić dziewczynę.

I już tutaj widać dokąd zmierza to wszystko. Duet reżyserski Dan Berk/Robert Olsen tworzy niby „Johna Wicka”, ale będącego kompletnie przypadkowym herosem. Skoro może znieść wiele w trybie pierdoła/superman (bicie, pchnięcia, postrzał, kłucia, nawet poparzenie), robiącego rzeczy wbrew sobie. I mającego więcej szczęścia niż przeciętny Kowalski, co postanowił zgrywać twardziela. Problem jednak w tym, że po mocnym uderzeniu oraz dobrze zrobionej pierwszej konfrontacji w kuchni restauracyjnej zaczyna brakować energii. Całość staje się przewidywalna (włącznie z kwestią złodziei/porywaczy), z krótkimi przebłyskami geniuszu (dom jednego ze złoli pełen pułapek), ale nie zapada za mocno w pamięć. Nawet humor też nie do końca trafia, co widać w przypadku duetu policjantów.

Sytuację częściowo ratuje uroczy i rozbrajający Jack Quaid w roli tytułowej, dając sporo frajdy. Same jego reakcje na absurdalne sytuacje, gdzie dokonuje bardzo brutalnych eliminacji, dostając solidny łomot to małe złoto. Może czasem przypomina Hughiego z „The Boys” (szczególnie na lunchu), jednak z czasem to zmienia się w coś własnego. Drugi plan nie ma tu zbyt wyrazistych postaci, choć nikt nie gra tu źle (najbardziej wybija się Amber Midthunder w roli „dziewczyny” oraz w drobnym epizodzie Jacob Balaton jako kumpel growy).

Nowokaina” przypomina granie w grę z wpisanym kodem na nieśmiertelność. Niby daje to frajdę z grania, ale nie czuć kompletnie stawki i po pewnym czasie przestaje angażować. Był tu potencjał na fajne, lekkie kino rozrywkowe, lecz nie do końca to zagrało.

6/10

Radosław Ostrowski

28 lat później – część II: Świątynia kości

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery dotyczące fabuły „28 lat później”.

Chyba nikt tak szybko nie spodziewał się kontynuacji do „28 lat później”, czyli historii o tym, że człowiek człowiekowi zombie. Wynika to z prostego faktu: obydwa filmy były kręcone równocześnie. Jest to o tyle imponujące, że „Świątynię kości” nakręciła Nia DeCosta, a nie Danny Boyle. Czy to się jakoś odbiło mocno na jakości?

Akcja dzieje się troszkę po wydarzeniach z poprzedniej części. Nasz nastoletni Spike (Alfie Williams) trafił do grupy złośliwie po seansie nazywano Power Rangers pod wodzą Jimmy’ego (Jack O’Connell). Ale tak naprawdę Palce są brutalnym gangiem i jego lider to nawiedzony satanista, wymagający bezwzględnego posłuszeństwa. Chłopak nie bardzo radzi sobie z zaadaptowaniem się do nowego otoczenia, ale szansa ucieczki w zasadzie nie istnieje. W tym samym czasie doktor Kelson (Ralph Fiennes) ciągle siedzi w swojej samotni z czaszek, budując dziwną więź z niejakim Samsonem – Alfą z długimi włosami oraz ogromną posturą. Więź to może za dużo, bo lekarz wali w niego strzałkami z morfiną. Zaczyna jednak zauważać pewne zmiany w zarażonym, co może doprowadzić do zwalczenia wirusa.

Już od pierwszy scen widać poważną zmianę w stylu oraz reżyserii. DaCosta nie bawi się w szalony montaż Boyle’a, jednak pozostaje bardzo intensywnym kinem. W zasadzie mamy dwie historie, które przez większość czasu dzieją się obok siebie. W końcu jednak musi dojść do zderzenia brutalnej siły fanatyzmu i religijnej manipulacji z racjonalizmem. Nasz Spike zostaje zepchnięty na dalszy plan, próbując znaleźć swój wzorzec i kogoś dającego bezpieczeństwo w tym „dzikim” świecie. Kogo wybierze? Odpowiedź raczej nie zaskoczy, o ile jakiś wybór będzie.

Nie oznacza to jednak, że „Świątynia kości” nie jest horrorem. Każde pojawienie się zarażonego wywołuje niepokój, choć dość szybko są eliminowani. Jednak największa groza pojawia się podczas sceny w domku na wsi, gdzie gang wpada do środka i… udziela „łaski” jego mieszkańcom. Wtedy jest krwawo (w opór i bez znieczulenia), wręcz makabrycznie, co prowadzi do oczywistej konfrontacji. Nieoczywiste jest tu rozwiązanie z niemal tanecznym popisem lekarza do rytmu Iron Maiden (kapitalnie zmontowana i nakręcona z furią) oraz zaskakującym cameo. Nic więcej nie zdradzę, bo jest tu parę niespodzianek. Jeszcze bardziej jest tu podbite skojarzenie między światem po wirusie do pandemii i Brexitu, z grupką zagubionych dzieciaków, pozbawionych jakiejkolwiek nadziei oraz ludzi próbujących przetrwać. Wydaje się, że powrotu do przeszłości nie będzie.

Technicznie jest inaczej niż w pierwszej części, ale to stonowanie naprawdę działa. Jest tu parę time lapse’ów (przyspieszenia czasu), kamery „przyklejonej” do sylwetki, świetnej muzyki z lat 80. oraz zadziwiająco sporo humoru. Wygląda to wizualnie bardzo dobrze, z pięknymi zdjęciami i momentami wyciszenia. A wszystko na barkach trzyma Ralph Fiennes oraz Jack O’Connell. Pierwszy to lekarz żyjący przeszłością, wyznający zasadę memento mori i pełen pokory. Ten drugi, przypominający z wyglądu Jimmy’ego Savile’a (brytyjskiego dziennikarza, DJ-a oraz – jak się okazało po śmierci – seryjnym pedofilem), z dużym krzyżem na piersiach jest nieobliczalny, szalony i bardzo sprytny. W każdej chwili może zaatakować, bez mrugnięcia okiem, modląc się do ojca (Starego Nicka).

„28 lat później: Świątynia kości” może nie rozwija świata przedstawionego, ale DaCosta jest o wiele bardziej skupiona formalnie i tematycznie. Z bardzo satysfakcjonującym finałem, wyrazistymi postaciami oraz konfrontacją światopoglądową, które prowokuje do myślenia. Wielu mówi, że to najlepsza część serii – sam nie widziałem poprzednich części, by rzucić taką tezę – lecz na pewno świetnie uzupełnia się z poprzednikiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Ballada o drobnym karciarzu

Każdy kontynent ma swoje miasto, będące wielką stolica hazardu i kasyn. W Ameryce jest Las Vegas, w Europie – Monte Carlo, zaś w Azji byłoby to Makau. Ta dawna portugalska kolonia jest miejscem akcji filmu „Ballada o drobnym karciarzu” – najnowsze dzieło Edwarda Bergera stworzone dla Netflixa.

Tytułowym karciarzem jest lord Doyle (Colin Farrell), a przynajmniej tak się przedstawia. Wygląda jak jeden wielki bajzel z tymi niewyspanymi oczami (przekrwionymi), czerwonym garniturem oraz żółtymi rękawiczkami. Dużo butelek w pokoju, żarcie oraz bardzo mało kasiory. Ale w końcu się odbije – dziś, jutro, za tydzień, wkrótce. A pieniędzy potrzebuje i to szybko – na już, na teraz, zaraz. Ma masę długów do spłacenia, zaś szczęście już dawno go odpuściło. Do tego stopnia, że nawet nie może nigdzie dostać kredytu. Wszystko zmieniają dwie kobiety. Pierwsza to lichwiarka Dao Ming (Fala Chen), która daje mu kredyt i wsparcie, zaś druga to niejaka Betty (Tilda Swinton), która go ściga i chce dopaść.

Sama historia jest bardzo prosta i nieskomplikowana, bo Berger nie wchodzi zbyt głęboko w kwestię hazardu oraz uzależnienia. Dla niego jest to pretekst do historii odkupienia oraz wyjścia z pętli nałogu. Jak na miasto hazardu przystało, wali neonowymi kolorami, obiecuje bogactwo i przyciąga ludzi obietnicą nowego, dostatniego życia. Każdy może być kim chce i udawać, ale cena do zapłacenia może być wysoka. Czuć coraz bardziej zapętlającą się pętlę, zaś każda próba wyrwania się kończy się zapadnięciem w większą dziurę. Pewnym dodatkiem jest pewien element etnicznego posmaku: nasz heros nazywany jest gwei lo (biały duch), jakby zupełnie był kimś przezroczystym, nieobecnym; w tle trwa Święto Zmarłych, zaś wokół „lorda” krążą dziwne rzeczy oraz oniryczne sceny. Dlaczego ta lichwiarka próbuje mu pomóc? Co się naprawdę dzieje? Czy nasz protagonista naprawdę żyje, a może jest duchem? I muszę przyznać, że ten film działa na poziomie immersyjnym. Czuć tutaj poczucie ciągłego osaczenia i pułapki, z której nie ma ucieczki.

Wizualnie całość wygląda pięknie niczym film Refna, gdzie każdy kadr oszałamia kolorami, bawi się kątami oraz ustawieniami kamery. Płynnie jest to zmontowane, podkreślając niepokojącą atmosferę. I jeszcze w tle ta oszczędno-sakralna muzyka, brzmiąca niczym zapowiedź końca świata, że stanie się coś nieuniknionego, ostatecznego. Tym bardziej zaskakuje finał, który skręca w nieoczywistym rejonie. A wszystko trzyma na swoich barkach niezawodny Colin Farrell, dający z siebie więcej niż fabryka daje. Jego rozedrgane oczy, niemal ciągłe patrzenie przed siebie i fasada eleganckiego dżentelmena, skrywająca desperata, samotnika oraz „uroczego” krętacza.

Choć sam film spotkał się z dość mieszanym odbiorem, to „Ballada…” jest zadziwiająco solidnym thrillerem psychologicznym. Bardzo oszczędnym w treści i może przez to wydawać się mało interesującym, ale trudno oderwać oczu od specyficznego klimatu i magnetyzującego Farrella.

7/10

Radosław Ostrowski

Wielka Warszawska

Tytułowa Wielka Warszawska to najbardziej prestiżowe wyścigi konne w Europie, która odbywa się od 1895 roku na warszawskim torze Służewiec. I to wokół tego wydarzenia toczy się akcja nowego filmu sensacyjnego. Oparty na scenariuszu Jana Purzyckiego, będącą częścią nieoficjalnej trylogii (po „Wielkim Szu” i „Piłkarskim pokerze”) skupionej wokół hazardu, sportu oraz korupcji, był jednym z bardziej oczekiwanych polskich filmów tego roku. Czy warto było czekać?

Akcja toczy się w roku 1991, skupiając się wokół młodego i aspirującego dżokeja Krzyśka Salomona (Tomasz Ziętek). Chłopak z Sopotu pracuje w stajni pod okiem trenera Jana Peltza (Tomasz Sapryk), doglądając koni i marząc o braniu udziału w wyścigach. Tak jak kiedyś jego ojciec (Ireneusz Czop) wygrał prestiżową Wielką Warszawską w 1969 roku. Problem w tym, że zrobił to wbrew oczekiwaniom bukmacherów i za to złamano mu nogę. Jednym z egzekutorów był niejaki Omar (Marcin Bosak), który obecnie ustawia wyniki. Jednak wskutek okoliczność Krzysiek wsiada na konia i zaskoczeniu wszystkich wygrywa. Tutaj zaczyna się prawdziwa gra, gdzie chłopak zostanie zderzony z brutalną rzeczywistością układów oraz przekrętów.

Tym razem za kamerą stanął Bartłomiej Ignaciuk, który zadebiutował zaskakująco udaną komedią romantyczną „Podatek od miłości”, a także współreżyserował „Wielką wodę”. Więc na pierwszy rzut oka był to zaskakujący wybór do realizacji tego typu produkcji. Niemniej muszę przyznać, że byłem dość pozytywnie zaskoczony. Reżyser przekonująco odtwarza realia początków III RP – kraju będącego na skraju sporych możliwości oraz potencjału. Powoli razem z bohaterem zaczynamy odkrywać kolejnych graczy, którzy próbują zarobić na hazardzie – od drobnych bukmacherów (zwanych bukami) przez dżokei, większych graczy pokroju Omara aż po mafię. Każdy próbuje go wykorzystać i kusić, a my trafiamy do nocnych klubów, prywatnych domów, a nawet i trafiamy na Bazar Rózyckiego. Kostiumy i scenografia pomagają wejść w epokę, zaś w tle gra zarówno świetnie dobrane piosenki z lat 80. oraz instrumentalne dzieło duetu Jan Komar/Bartłomiej Tyciński, bardzo przypominająca mi pierwsze soundtracki Daniela Blooma. Świetnie wypadają także same sceny wyścigów, choć jest tu sporo zbliżeń na twarze dżokejów, ale obok pojawia się plansza pokazująca obecną pozycje zawodników. Dzięki temu udaje się uniknąć dezorientacji oraz zagubienia.

W zasadzie mam tutaj dwa duże problemy. Po pierwsze, jest tu aż tłoczno od postaci i wątków, co jest bronią obosieczną. Z jednej strony pokazuje jak bardzo jest to bogaty świat, pełen barwnych, wyrazistych postaci. Problem w tym, że przez ten nadmiar wiele postaci sprawia wrażenie zbędnych. Tak jest w przypadku właściciela koni, Marka Lewandowskiego (Tomasz Kot) czy potencjalnej dziewczyny Krzyśka (debiutująca Mary Pawłowska) czy dżokei granych m. in. przez Piotra Trojana czy Adama Bobika. Druga sprawa to przyspieszenie akcji w drugiej połowie, dające dodatkowe kopa i bardziej skupione na sprytnym planie młodego. Problem w tym, że jest to storpedowane przez urwane zakończenie, sugerujące o wiele ciekawszą historię. A tak dostajemy strzał z liścia, co potwierdza moje podejrzenia, że pierwotny skrypt został skompresowany oraz powycinany.

Sytuację ratuje tutaj obsada z masą bardzo rozpoznawalnych twarzy. Tomek Ziętek jest przekonujący w roli aspirującego dżokeja, którego idealizm zostaje zderzony z układami, klikami oraz dużymi pieniędzmi. Jak się zachowa i czy będzie w stanie lawirować między dziwnymi siłami? I to działa. Ale wszystko tutaj robi świetna obsada drugoplanowa: od solidnego Ireneusza Czopa (złamany przez życie ojciec Krzyśka, coraz bardziej cyniczny i pozbawiony złudzeń) przez bardziej poważnego Tomasza Sapryka (trener Pelz) i mocnego Ernesta Nitę (dżokej Zbyszek) aż po bardzo dobrego Marcina Bosaka (Omar) oraz niezawodnego Andrzeja Konopkę (bukmacher Zyga Kaparski). Warto jednak wspomnieć dwie najciekawsze, wręcz kradnące ekran występy. Po pierwsze Agnieszka Żulewska w roli Ireny, która przedstawia się jako dziennikarka, pewna siebie kobieta, lecz tak naprawdę skrywa desperację zaplątanej w długi. Ale największe wrażenie robi Mirosław Kropielnicki wcielający się w pana Ryszarda – bardzo opanowanego i spokojnego gościa, ale bardzo bezwzględnego gangstera. Fakt, że aktor wygląda niczym sam Piotr Fronczewski jeszcze bardziej podbija jego prezencję.

Nie będzie zaskoczeniem, że „Wielka Warszawska” mocno odstaje od dwóch poprzednich dzieł opartych na scenariuszach Purzyckiego. Niemniej pozostaje bardzo przyzwoitą i satysfakcjonującą rozrywką, przypominającą klimatem choćby serialowy „Rojst”. Technicznie porządny, ze zgrabnymi dialogami i dobrem aktorstwem, ale jednak czegoś mi tu zabrakło.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dreams

Meksykański reżyser Michel Franco jest jednym z tych, który lubi prowokować do myślenia i wsadzać kij w mrowisko. Tak się czułem w przypadku psychologicznego dramatu „Sundown”, a teraz twórca wraca z „Dreams” – trochę dramat, trochę romans o zabarwieniu erotycznym, trochę kino społeczne, a pod koniec wręcz thriller. Pokręcona mieszanka, ale co z tego wyszło?

Sam początek jest bardzo niepokojący – widzimy samą ciężarówkę stojącą gdzieś na drodze. W nocy słychać z niej odgłosy walenia oraz ludzkie krzyki. Tak, to nielegalni imigranci przekroczyli granicę amerykańsko-meksykańską, zaś wśród wybiega niejaki Fernando (Isaac Fernandez). Po paru dniach trafia do San Francisco, gdzie wchodzi do czyjegoś domu (wcześniej znajdując klucz). A kiedy pojawia się w nocy właścicielka Jennifer (Jessica Chastain), widać, że się znają. I to bardzo dobrze. Problem w tym, że ona jest współzałożycielką fundacji pomagającej Meksykanom (oraz jest strasznie dziana), a on uzdolnionym tancerzem baletowym. I dużo młodszym gołodupcem.

Franco wiele tutaj rzeczy nie mówi wprost, w zasadzie nie zdradzając zbyt wiele. Dialogów jest tu niewiele i rzadko pełnią rolę ekspozycji, nie bawiąc się w tłumaczenie czegokolwiek. Wszystko toczy się wolnym rytmem, z długimi oraz statycznymi kadrami, gdzie na pierwszy rzut oka nic się nie dzieje. Ale to zależy od tego, co się samemu wyciągnie pomiędzy tymi ujęciami. Samo „Dreams” przypominało mi „Babygirl”, gdzie też była skomplikowana relacja miłosno-erotyczna między starszą kobietą a młodszym mężczyzną. I tam też ciągle było takie lawirowanie między pożądaniem, miłością i… kontrolą, manipulacją, toksycznością. Jakby bariera społeczno-materialna była zbyt wielka, a większe znaczenie mają pozory. Wszystko wydaje się bardziej rozmyte, by w połowie wywrócić wszystko do góry nogami. Robi się bardziej nerwowo, niepokojąco, zaś finał to nagłe uderzenie – brutalne, zimne, bezwzględne.

A to wszystko działa dzięki pierwszoplanowemu duetowi. Jessica Chastain potwierdza klasę i jest świetna w roli Jennifer. Pozornie delikatna, cicha i spokojna, lecz po tym wszystko skrywa się samotność, niepewność, wręcz melancholia. Chodząca sprzeczność – niby być chce być ze swoim facetem, ale najlepiej kiedy nikt ze znajomych albo rodziny ich nie widzi. A jeszcze lepiej gdzieś poza San Francisco. W kontrze do niej jest debiutujący Isaac Fernandez (zawodowy tancerz baletowy) w roli Fernando. Błyszczy nie tylko w scenach baletowych (a tych nie brakuje), ale pokazuje on człowieka podążającego za marzeniami o karierze zawodowej, lepszym życiu i niezależności. Ich wspólne sceny, spojrzenia i gesty napędzają ten film, gdzie wiele rzeczy pulsuje pod powierzchnią luksusowego życia bogaczy.

Dla mnie „Dreams” to kolejny mocny strzał meksykańskiego reżysera w społeczeństwo. Franco może rozkręca się powoli i oszczędnie dawkuje, ale bardzo brutalnie przypomina o tym, że kiedy przetrwanie jest najważniejsze, człowieczeństwo składa się w ofierze. Gorzkie, nawet szokujące kino dla dorosłych.

7/10

Radosław Ostrowski

Mała Amelia

W dzisiejszych czasach ręcznie rysowana animacja wydaje się czymś w przestarzałym, kiedy to duże wytwórnie korzystają z trójwymiarowej grafiki komputerowej. Nadal jednak ona ma się dobrze, głównie w krajach europejskich i Japonii. A także jest w stanie zdobywać uznanie oraz prestiżowe nagrody, co udowodniły dwie produkcje ostatnio nagrodzone Oscarem: japoński „Chłopiec i czapla” oraz łotewski „Flow”. A kolejnym magicznym filmem w stylu stała się dla mnie „Mała Amelia”.

Ta francusko-japońska animacja oparta jest na autobiograficznej powieści Amelie Nothomb „Metafizyka rur”. I skupia się na pierwszych trzech latach z życia pisarki, kiedy urodziła się oraz mieszkała w Japonii. Razem z ojcem konsulem, mamą oraz dwójką rodzeństwa. Jednak dziewczynka w zasadzie pozostaje biernym obserwatorem, niemal jakby nieobecna. Wszystko zmienia się, gdy w domu pojawia się babcia i dzięki białej czekoladzie. To sprawia, iż dwuletnia dziewczynka ożywia się, a wszystko nabiera dodatkowej mocy z pojawieniem się Nishio-san – opiekunki, pomagającej rodzicom z domem.

Za animację odpowiada studio Maybe Movies, znane choćby z przepięknego „Ernesta i Celestyny”. Tym razem duet reżyserski Mailys Vallade/Liane-Cho Han (oboje doświadczeni animatorzy) niby idzie po znajomy motyw świata pokazywania z perspektywy dziecka. ALE nie w taki szalony sposób, w czym pomaga niepozbawiona humoru narracja z offu. W niej dziewczynka niejako przyjmuje perspektywę… Boga, uwięzionego w małym ciele. Kiedy próbuje mówić, wypadają pojedyncze słowa i doprowadza ją do płaczu. Jednak pojawiają się dwa silne zapalniki: babcia oraz młoda opiekunka. Szczególnie relacja z Nishio, z którą spędza najwięcej czasu i czuje niemal silne przywiązanie do Japonii. Do tego stopnia, że sama Amelia uważa się za Japonkę.

Dla mnie najpiękniejsze momenty były skręcające w kierunku surrealizmu. Rozpędzona dziewczynka idąca w ogrodzie, który zaczyna zakwitać. Amelia zjada białą czekoladę i nagle (ku zaskoczeniu wszystkich) uspokaja się i zaczyna… mówić, karmienie karpi, które zaczynają mieć… twarz jej brata czy krople deszczu wyglądające niczym głowa Amelii. Nie wspominając także o bardziej dramatycznych momentach (zatonięcie Amelii na plaży czy „zjedzenie” przez karpia), potrafiących uderzyć bardziej emocjonalnie niż się spodziewałem. A wszystko przypominało malowane farbami obrazy, którym blisko klasycznego anime (duże oczy, mocne kolory). Takich momentów jest więcej, a ja z każdą minutą byłem kompletnie oczarowany oraz oszołomiony oprawą wizualną. Jak dodamy do tego okraszoną „japońskimi” instrumentami muzyką, przypominającą dzieła Joe Hisaishiego z animacji Studia Ghibli, mamy animowany odpowiednik emocjonalnej bomby atomowej.

Nie wiem, czy mogę bardziej polecić „Małą Amelię”, która przypomina czym była dziecięca ciekawość świata i czyniąc zwykłe czynności oraz wydarzenia czymś magicznym, wyjątkowym, zaczarowanym. Fenomenalnie napisane, z cholernie dobrym polskim dubbingiem i pełne dużej dawki wrażliwości. Po sensie dla dorosłych i dzieci da szansę do rozmów na różne tematy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski