Kronika świąteczna: Część druga

Chris Columbus to filmowiec, który ewidentnie czuje ducha świąt Bożego Narodzenia. W końcu to ona nakręcił „Kevina samego w domu”, ale też napisał „Gremliny rozrabiają” czy netflixową „Kronikę świąteczną”. W tym ostatnim filmie Kurt Russell jako św. Mikołaj został namierzony przez dwójkę dzieciaków oraz wskutek pewnych komplikacji cała trójka musiała uratować święta. Teraz minęły dwa lata i w rodzince Pierce’ów doszło do poważnych roszad.

Rodzinka spędza wakacje na plaży, gdzie obok krąży potencjalny partner ze swoim synem. Dla wierzącej w świętego Kate to problem, bo nadal nie jest w stanie wymazać z pamięci zmarłego ojca. I bardzo chce się stamtąd wyrwać. Razem z Jakiem (synem gacha o imieniu Bob) trafiają na biegun północny. Wszystko to okazuje się być planem dawnego elfa, który został przemieniony w człowieka. I – jak zapewne się domyślacie – Święta znowu są zagrożone. Czy tym razem uda się zapobiec katastrofie?

Na pierwszy rzut oka sequel wydaje się powtórką z rozrywki. Ale tym razem jesteśmy w wiosce Mikołaja przez połowę filmu, poznając troszkę bliżej tą miejscówkę. Jest parę fajnych patentów: od fabryki lizaków po chatę, gdzie powstają… gry komputerowe. Fajnie, że Miki jest na bieżąco z nowoczesną technologią, jednocześnie poznajemy jego historię oraz skąd się wzięły elfy (ładnie animowane, mają w sobie to urocze coś a’la Minionki). A także czemu Balsnicker (solidny Julian Dennison) przeszedł na ciemną stronę życia elfa. Oraz Mocy.

I mimo przewidywalności, ten film po prostu fajnie się ogląda. Klimat świąteczny wylewa się z ekranu wiadrami, efekty komputerowe nie kłują w oczy, a muzyka jeszcze bardziej buduje atmosferę. Nie zabrakło też odrobiny akcji (pościg saniami) czy humoru. No i jest Kurt Russell jako św. Mikołaj, który jest zajebisty w tej roli. Ma tą energię, luz oraz kilotony charyzmy. Zwłaszcza w scenach z panią Mikołajową, czyli Goldie Hawn (pamiętacie ją jeszcze) – ta relacja jest pokazana bezbłędnie. Z kolei dzieciaki, czyli Darby Camp (Kate) oraz Jazhir Bruno (Jack) wypadają bardzo solidnie, co w przypadku ról dziecięco-nastoletnich nie jest łatwym zadaniem.

Film ten – jak część pierwsza – ma spory potencjał na zostanie świątecznym klasykiem. Minimalnie jest lepszy od poprzednika, bardziej rozbudowujący świat brodacza w czerwonym oraz wieloma fajnymi scenami. Na ten okres wydaje się odpowiednim prezentem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Biały Potok

Są takie filmy, które sprawiają wrażenie jakby bardziej pasowały do wystawienia na scenę teatralną. Potem ktoś doszedł do wniosku, że można z tego zrobić tekst na film. Czasem udaje się zrobić z tego coś interesującego oraz wartego uwagi. Taki jest właśnie przypadek debiutu Michała Grzymowskiego „Biały potok”.

bialy potok1

Zaczyna się – jak w większości przypadku – spokojnie i banalnie. Poznajemy parę sąsiadów, którzy znają się już 10 lat. Razem wyjeżdżają na wycieczki oraz sprawiają wrażenie naprawdę mocno zaprzyjaźnionych, choć dzieli ich wiele. Michał i Ewa są bardziej bogaci, oczekują drugiego dziecka, zaś Bartek z Kaśką są mniej zamożni, niedawno wyszli z długów, jednak sytuacja nie jest za wesoła. Bartek jest w sytuacji podbramkowej i potrzebuje pożyczki na spłatę pracowników, ale tym razem odpowiedź brzmi nie. Między parą dochodzi do kłótni, podczas której padają słowa jakie paść nie powinny.

bialy potok2

„Biały Potok” w zasadzie troszkę przypomina farsę, chociaż nie jest aż tak przerysowana i szarżująca. Jest to komedia, ale twórcy nie walą na siłę żartami. Bardziej przypomina to satyrę na sąsiedzkie relacje, które pod wpływem niedopowiedzeń oraz nieporozumień komplikują się bardziej niż intrygi polityczne na szczytach władzy. I właśnie te sceny doprowadzają na największych wybuchów śmiechu, gdzie postacie brną w zaparte przy swoich podejrzeniach, obsesjach czy próbują ogarnąć co się, do cholery dzieje? Gdzie jest ten moment, gdzie dochodzi do przekroczenia punktu bez odwrotu? I czy jest jakaś szansa na wyjaśnienie tej absurdalnej sytuacji?

bialy potok3

Choć całość jest bardzo krótka, intensywność wydarzeń staje się coraz bardziej odczuwalna. Jest jeden moment na złapanie oddechu (nakręcona w slow-motion scena snu) i tylko ona sprawia wrażenie jakby z innej opowieści. Oczywisty może się wydawać finał, gdzie dochodzi do kumulacji wydarzeń oraz eksplozji. Brawura nabiera tu nowego znaczenia, a ostatnie kadry sugerują, iż nastał spokój. Pytanie tylko na jak długo.

Zaś aktorzy w tej sytuacji odnajdują się po prostu świetnie. Najbardziej mi znanymi twarzami tego filmu byli Marcin Dorociński (Michał) oraz Dobromir Dymecki (Bartek). Pierwszy wydaje się być spokojny, opanowany oraz pełen empatii, rozsadza wręcz ekran swoją obecnością. Zwłaszcza w chwilach, gdy próbuje ogarnąć wynikły chaos. Z kolei Dymecki jest kontrastem: porywczy, zazdrosny nieudacznik, pakujący się w tarapaty i nie szanowany przez żonę. Równie świetne są Julia Wyszyńska (Ewa) oraz Agnieszka Dulęba-Kasza (Kasia), które mają swoje mocne momenty, pięknie uzupełniając się z panami.

Dawno się tak nie uśmiałem, a był to śmiech bardzo gwałtowny. Chociaż humor nie zawsze jest wprost, to zawsze przyjemnie jest zobaczyć udaną komedię, która nie jest ani romantyczna, ani prostacka czy chamska. Bardzo udana alternatywa.

8/10

Radosław Ostrowski

Sposób na świętego

O świętym Mikołaju powstała masa filmów i opowieści, gdzie albo pełni główną rolę, albo przewija się gdzieś w tle. Co jeszcze można w tym temacie wymyślić? Bracia Nelms znaleźli na to pytanie pokręconą odpowiedź. Otóż wyobraźcie sobie Mikołaja, który jest zgorzkniały, zmęczony życiem i ledwo radzący sobie z roznoszeniem prezentów. Nie dlatego, że jest ich dużo, lecz wręcz przeciwnie: dzieci stały się coraz mniej grzeczne i dużo węgla pójdzie pod choinki. Chyba trzeba będzie zamknąć interes. Albo pójść na układ z armią USA i tworzyć części do myśliwców.

To jednak tylko początek kłopotów Chrisa. Wszystko z powodu rozpieszczonego chłopaka, mieszkającego razem z chorującą babcią. Oraz służącymi. Bardzo rozpieszczony gnojek Billy, który mógłby być krewnym Richie Richa. Nie mogąc znieść porażki, gnębi koleżankę z klasy, okrada babcię w celu wynajęcia płatnego mordercy. Jednak jego prawdziwy wybuch gniewu nastaje, gdy w Święta dostaje węgiel. I decyduje się na wynajęcie zabójcy z celu likwidacji Mikołaja. Tylko jak się do niego dostać?

Sam film przeskakuje między poważnymi momentami, pokręconą komedią a kinem akcji. Po opisie fabuły można było się spodziewać wariackiego kina z akcją bardzo przerysowaną i pełną absurdalnych pomysłów. Część z tego tutaj jest, ale wszystko zaskakuje przyziemnością, co wynika z niewielkiego budżetu. Akcja niemal w całości osadzona jest w domu Mikołaja, gdzie mieszka z żoną oraz fabryce prezentów, która znajduje się w stodole. Wszystko sprawia wrażenie bardzo realistycznego świata, gdzie o obecności Chrisa wiedzą tylko nieliczni.

Skromnie, prosto, bez fajerwerków. W zasadzie tak można opisać „Sposób na świętego”, będący bardzo powolną opowieścią. Dopiero w trzecim akcie dochodzi do ostatecznej konfrontacji i ta zaskakuje przyziemnością. Nie oznacza to jednak braku napięcia czy nudę. Nie brakuje też refleksji związanej z faktem, że Święta oznaczają napędzającą komercjalizację, co dla świętego jest powodem rozgoryczenia oraz wątpliwości w siłę swoich wpływów. Że ludzie bardziej są egoistyczni, liczy się tylko własne ego i każdą porażkę traktują osobiście. Tak jest z Billym, ale też zabójcą mającym osobiste porachunki z brodaczem w czerwonym stroju. Refleksje nad tym światem są prowadzone między słowami i to pozwala myśleć troszkę cieplej.

A wszystko w ryzach trzyma świetna obsada. Mikołajem jest tutaj sam Mel Gibson z kozackim zarostem i tym spojrzeniem, które czyni tą postać nieobliczalną. Wszelkie emocje wygrywa bezbłędnie, zaś chemia między nim a Marianne Jean-Baptiste (Ruth, pani Mikołajowa) działa mocno. Mimo tego, że wspólnych scen jest niewiele, lecz ciepło oraz sympatia aktorki jest namacalna. Jednak prawdziwym szaleństwem jest Walton Goggins w roli mordercy. Równie rozczarowany światem, mający obsesję na punkcie zabicia Mikołaja, serwuje wiele smolistych tekstów z kamienną twarzą. Ma parę zadziwiających momentów (zastraszanie dziewczynki czy kupno samolociku), pokazujących inną twarz tej postaci.

To całkiem niezłe kino ze świetnym aktorstwem (z toną charyzmy) i nie do końca wykorzystanym pomysłem, gdzie można było zaszaleć. Aż prosiło się, by zrobić z Mikołaja herosa kina akcji, podlewając wszystko absurdalnym humorem w stylu ZAZ czy Mela Brooksa. Może znajdzie się jakiś wariat, który pójdzie w tą stronę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zupa nic

Ile to już mieliśmy podróży naszych filmowców do czasów PRL-u? i to w niemal każdym gatunkowym aspekcie: od kryminału („Jestem mordercą”) po groteskę („Pan T.”) i czarną komedię („Rewers”). Zdarzały się też słodko-gorzkie komedie i w tym kierunku podąża Kinga Dębska w swojej „Zupie nic”. Osadzona w Warszawie lat 80. opowieść skupia się na mieszkającej w blokowisku rodzinie w składzie: ojciec, matka, babcia oraz córki: Marta i Kasia. W zasadzie fabuły jako takiej nie ma, a kamera przygląda się wszystkim naszym bohaterom – od oglądania meczy reprezentacji Antoniego Piechniczka po wycieczkę na Węgry. Zbiór mikroscenek okraszonych humorem. Wspomniałem, że jest to prequel „Moich córek krów”?

W zasadzie trudno o takich filmach opowiadać, bo wszystko ma tutaj konstrukcję skeczy. A wątki pojawiają się i znikają, czasami w bardzo brutalny sposób. Wszystko wynika ze zderzenia charakterów, którzy stanowią rodzinę. Matka (świetna Kinga Preis) jest pielęgniarką, działającą w Solidarności. Bywa nerwowa i porywcza. Ojciec (Adam Woronowicz nadal trzyma fason) to architekt-frustrat, co lubi sobie wypić oraz jest kompletną pierdołą. Babcia (dawno nie widziana Ewa Wiśniewska, która kradnie ekran) to weteranka powstania warszawskiego z zasadami. Zaś dziewczynki to skontrastowane siostry: od fizycznego wyglądu po sprawność intelektualną. I są zmuszone spać w jednym łóżku, bo na drugim leży babcia. Obserwujemy to wszystko bez ironii, sarkazmu czy złośliwości, lecz ze sporą ilością ciepła i zrozumienia.

Nawet w momentach, kiedy dochodzi do spięć oraz konfliktów, by potem jednak pogodzić się. Czyli potwierdza tezę, że z rodziną najlepiej wypada się na zdjęciu. To, co imponuje to szczegółowość w odtworzeniu realiów epoki, pokazując tą jaśniejszą stronę życia. Scenografia jest tutaj niesamowita: od wnętrza mieszkania bohaterów przez ulicę, sklepy aż po samochód marki Maluch. Jeszcze bardziej imponują wplecione materiały archiwalne, gdzie pojawiają się postacie z filmu. I nie wywołuje to żadnego zgrzytu, tak jak do świetnej obsady. Nawet dziecięcej, co jest tak częstym zjawiskiem jak uczciwy polityk.

Ja jako osoba nie mająca kompletnie żadnych wspomnień z epoki komuny (rocznik ’87) mogę wydawać się nieodpowiednim odbiorcą. Niemniej „Zupa nic” była bardzo sympatyczną niespodzianką, choć fanem filmów z luźną fabułą nie jestem. To już powinno wiele mówić i nie trzeba znać „Moich córek krów”, by się tu odnaleźć, co jest pewnym plusem.

7/10

Radosław Ostrowski

Detektyw małolat

Kolejna próba zabawy konwencją kina noir, gdzie bohaterem jest mężczyzna relatywnie młody, żyjący przeszłością. A był to czas, kiedy jako dziecko Abe Applebaum był detektywem, co rozwiązywał za drobną opłatę i zyskiwał szacunek miasteczka. Wszystko to się zmieniło, kiedy córka burmistrza – i sekretarka naszego bohatera – zaginęła bez śladu. Takie zdarzenie może mocno odbić się na psychice. Jako dorosły nadal jest prywatnym detektywem, tylko nikt go już nie traktuje poważnie. Innymi słowy: jest bardzo źle. W końcu dostaje „dorosłą” sprawę: dziewczyna prosi o pomoc w sprawie morderstwa swojego chłopaka.

Dziwaczny to miks, który z jednej strony przypominał mi „Brick” z „Tajemnicami Silver Lake”. Poniekąd jest to dekonstrukcja kryminału, gdzie bohaterem jest niby dorosły, lecz pozbawiony dojrzałości Abe (Adam Broody wygląda jak mniej zadbany Hugh Dancy). Dziecko w ciele dorosłego, co lubi wypić, nie ma poczucia czasu i z dużym poczuciem winy. Nikt go nie traktuje poważnie, a on sam dał sobie spokój, siedząc u współlokatora i wegetując. Ale ta naprawdę debiut Evana Hansena wykorzystuje elementy gatunku do opowiedzenia historii o dojrzewaniu. Nie jest to droga łatwa i wyboista, a dochodzenie prowadzone jest… specyficznie. Nie brakuje zabawnych sytuacji (ukrywanie się w szafie czy ucieczka przed ogonem, którym są… rodzice Abe’a), jednak też intryga potrafi zaskoczyć. Narkotyki, nastolatki, tajemnica oraz masa ekscentrycznych postaci, gdzie każdy sztukę sarkazmu opanował do perfekcji.

Tylko ta cała humorystyczna otoczka ze stylową muzyką włącznie skrywa coś o wiele cięższego i poważniejszego. Jak wspomniałem jest to historia dojrzewania naszego bohatera do stania się mężczyzną. Ale co to naprawdę oznacza? Czy musi to być pozostanie zgorzkniałym, cynicznym osobnikiem pozbawionym wiary i nadziei? A może po prostu podchodzenie do pewnych spraw bardziej serio? Czy udźwignięcie większego bagażu doświadczeń? Te pytania przewijają się w tle i pojawiają się między słowami w dialogach. Każda postać ma o wiele więcej warstw, wpisując się zarówno w konwencję kryminału oraz kina niezależnego: od zleceniodawczyni (urocza Sophie Nelisse) po dyrektora szkoły (mocny Peter MacNeill).

To wszystko by nie zadziałało bez Brody’ego, który znakomicie sprawdza się w roli zagubionego Abe’a. Przegryw, którego (prawie) nikt nie szanuje, lecz konsekwentnie dąży do rozwiązania sprawy. Chociaż nie ma poczucia czasu i nie od razu łączy pewne fakty, to cały czas budzi sympatię. Nawet w momentach zażenowania, a to nie jest łatwe. Sprzeczności wygrywa bezbłędnie, a ostatnie minuty to w pełni jego szoł. I dzięki niemu „Detektyw małolat” to historia z drugim dnem. Pod warunkiem, że się go zauważy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

W lesie dziś nie zaśnie nikt 2

Dla wielu ludzi oglądanie polskich filmów jest horrorem – same ważne, poważne tematy oraz rzeczywistość tak nieprzyjemna, że tylko się zabić. Jeśli dodamy do tego niewyraźne zdjęcia oraz chujowy dźwięk – tragedia gotowa. Przy seansach niektórych tytułów powinny być dołączane żyletki oraz pigułki pomagające szybciej opuścić ten świat. Ale jeszcze nikt na to nie wpadł. Ja jednak nie o tym, ale o polskim horrorze.

w lesie dzis nie zasnie nikt2-1

„W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” to sequel zaskakująco udanego slashera od Bartosza M. Kowalskiego i mamy tu dwa wątki. Z jednej strony mamy Zosię (Julia Wieniawa), która po zdarzeniach z „jedynki” trafia na posterunek policji. Ale tak naprawdę wszystko widzimy z perspektywy Adama (Mateusz Więcławek) – młodego policjanta, który jest twardy, męski i waleczny. Szkoda, że tylko w snach. Bo tak naprawdę to miękkiszon pizdowaty, co jak widzi zagrożenie najchętniej by się ukrył. I wtedy staje się najgorsze: komendant poszedł z Zosią na wizję lokalną, a ta kończy się w najgorszy możliwy sposób. Dziewczyna trafia na maź meteorytu, zmienia się w monstrum, zaś gliniarz zostaje rozszarpany na pół. I co robić?

w lesie dzis nie zasnie nikt2-2

Reżyser bawi się regułami gatunku, tym razem jednak zgrabniej balansując między samoświadomym humorem a krwawą rzeźnią. Tutaj zamiast ataku na las, mamy tutaj grupkę ludzi, co ruszają na obławę. I jest to pokręcona zbieranina postaci: cykorowaty Adam razem z brawurową Wanessą to jedyni gliniarze w akcji, gdzie to ona wydaje się podchodzić racjonalnie oraz jest gotowa na konfrontację. Jako wsparcie dostajemy dwóch braci z Obrony Terytorialnej, co znają teren i pułapki zastawić potrafią oraz ukrywającą się w obozie Adrenalina prostytutkę. Wariacki skład, nie ma co, a jakie mają szanse? Relacje między postaciami nie są pozbawione humoru, co daje pewnego emocjonalnego kopa.

w lesie dzis nie zasnie nikt2-3

Ale gdzieś w połowie dochodzi do wolty, gdzie widzimy akcję z perspektywy kosmicznych monstrów. I tu robi się najciekawiej: nasza parka zaczyna mówić w nieznanym językiem, gdzie nawet sceny mordu potrafią być obrzydliwe oraz zabawne. Nadal imponująca jest charakteryzacja, zaś destrukcja ciał wygląda bardzo realistycznie. Jest też napięcie (próba złapania za pomocą przynęty) przeplatane z humorem, świetne zdjęcia oraz elektroniczno-pulsująca muzyka Jimeka. Zagrane jest to bardzo porządnie, z paroma znanymi twarzami (Więcławek, Grabowski, Wabich), ale szoł skradli Sebastian Stankiewicz (Mariusz z Obrony Terytorialnej) oraz Zofia Wichłacz (Wanessa). To ostatnie aż mnie wprawiło w osłupienie.

w lesie dzis nie zasnie nikt2-4

Kowalski pokazuje, że można zrobić w Polsce udany film z gatunku horror und groza und krew. O wiele brutalniejszy i makabryczny, lepiej wykonany, z iskrzącymi relacjami oraz o wiele pewniejszą ręką. Niemniej tak jak przy pierwszej części pozostaje jedno pytanie: czy ktoś pójdzie tym tropem i pojawią się kolejne opowieści z dreszczykiem i/lub wiadrem krwi.

7/10

Radosław Ostrowski

Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun

Nie mam pojęcia z jakiej planety pochodzi Wes Anderson, ale to musi być planeta niezwykła. Nasz uzdolniony stylista kina powraca z kolejną opowieścią, która tym razem dzieje się we francuskim miasteczku lat 70. Tutaj znajduje się redakcja amerykańskiego „Kuriera Francuskiego” – dodatku do wydaia Liberty, Kansas Evening Sun. A sam film jest nietypowy, bo to nowelowa historia wokół ostatniego wydania tej gazety. Dlaczego ostatniego numeru? Bo zmarł redaktor naczelny Arthur Howitzer Jr. (Bill Murray kolejny raz będący Billem Murrayem), a ten w swoim testamencie zapisał, że wraz z jego ostatnim tchnieniem „Kurier” ma zniknąć z powierzchni ziemi.

Na początek mamy relację z dnia codziennego, gdzie poznajemy miasteczko Ennui-sur-Blaze. Przez te kilka minut poprowadzi nas Herbaint Sazerac (Owen Wilson) na swoim rowerze, łamiąc czwartą ścianę. To jednak początek, bo potem dostajemy trzy, większe historie. I jakież to są opowieści. W pierwszej poznajemy Mosesa Rosenthala (cudowny Benicio Del Toro) – skazanego za podwójne morderstwo więźnia, co przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Tam odkrywa w sobie talent artystyczny (dokładnie malarski), zaś jego muzą staje się… strażniczka Simone (eteryczna Lea Seydoux). Druga historia dotyczy rewolucji studentów kierowanej przez niejakiego Zeffirelliego (Timothee Chalamet) przeciwko rodzicom. Z kolei trzecia miała być relacją Rosebuck Wrighta (fantastyczny Jeffrey Wright) z kolacji u komisarza policji (Mathieu Amalric), gdzie na posterunku pracował mistrz kuchni, porucznik Nescaffier. Jednak wieczór kończy się porwaniem syna policjanta oraz pościgiem za bandziorami.

Czyli mamy tu swoistą mieszankę gatunkową, gdzie wszelkie emocje zmieniają się jak w kalejdoskopie: od śmiechu po łzy, gdzie radość i tragedia przeplatają się ze sobą niczym w niezapomnianym tańcu. I już od pierwszej sceny widać, że to jest film Wesa Andersona z niepodrabialnym stylem, choć jest jedna istotna różnica. Film przez większość czasu jest… czarno-biały, a kolor pojawia się nagle i niespodziewanie. Głównie w scenach, kiedy naczelny czyta tekst artykułu przy jego autorze (to się pojawia niczym refren), ale nie tylko. Reżyser ciągle bawi się formą (jedna scena jest opowiedziana w formie… spektaklu teatralnego, zaś pościg policyjny zmienia się w… komiksową animację), a akcja miejscami tak pędzi na złamanie karku, iż nie ma czasu na rozsmakowanie się detalami. Każda z relacji jest opowiadana z offu przez każdego autora (kolejno: Tilda Swinton, Frances McDormand i Jeffrey Wright), choć w przypadku pierwszej i ostatniej mają one swoją klamrę – pierwsza jest odczytem, a ostatnia wywiadem w telewizyjnym talk-show. W zasadzie styl Andersona wydaje się doprowadzony do ekstremum i wątpię, żeby dało się w nim jeszcze coś upchnąć. Ale pewnie na to stwierdzenie reżyser powie: potrzymaj mi piwo! i znowu nas zaskoczy.

Ale jednocześnie „Kurier Francuski” poza zabawą formą oraz kreowaniem kolejnego świata Andersona z ekscentrycznymi postaciami i absurdalnym humorem jest czymś jeszcze. To hołd złożony wobec zawodu dziennikarza. Osoby, która nie ogranicza się tylko do siedzenia za biurkiem oraz stukania tekstu na maszynie do pisania. Jest ona także uczestnikiem wydarzeń, czasem nawet próbując ingerować (rewolucja szachowa), co może wywołać pewien konflikt.

A wszystko opowiada w bardzo kwiecistym stylu, godnym najlepszych gawędziarzy. I się tego słucha oraz ogląda z niekłamaną przyjemnością. Aż chciałoby się tam pracować. 😊 Szkoda, że takich miejsc już nie ma.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Teściowie

Ile to już na ekranie było wesel z Polski? Aż za dużo i ile można jeszcze nowego opowiedzieć w tym temacie, gdzie w tle przewijał się Polaków portret własny. Od czasu Smarzowskiego w 2004 żadne polskie wesele nie zrobiło na mnie wrażenia. Aż tu wchodzi debiutant Jakub Michalczuk i zaprasza na kolejną imprezę z gośćmi, których widzi się raz od wielkiego dzwonu. Różnica jednak jest taka, że na tym weselu… nie ma państwa młodych. Co z tego, bo wszystko jest opłacone, goście przyszli, nie przerwiemy tej imprezy.

tesciowie2

Wszystko widzimy z perspektywy przyszłych teściów, których dzieli wszystko – pozycja społeczna, stan majątkowy, pochodzenie, wykształcenie. Ale niejako protagonistami (że się tak wyrażę) są nowobogaccy, co sponsorowali całą imprezę: Andrzej i Małgorzata (fantastyczny duet Marcin Dorociński/Maja Ostaszewska). Na początku dowiadujemy się, że ich syn porzucił pannę młodą przed ołtarzem i ma wyłączony telefon, zaś panna młoda jest w swoim domu zapłakana. Dlaczego do tego doszło? Ustalić ciężko, a żeby było jeszcze ciężej na wesele przyjeżdżają rodzice panny młodej (równie mocny duet Iza Kuna/Adam Woronowicz). Też są skonfundowani, choć Wanda sprawia wrażenie podminowanej, twardej zołzy. Zaczyna się szukanie winnego, a potem zaczyna się słowna wojenka.

tesciowie3

Sama koncepcja bardzo przypominała mi „Rzeź” Romana Polańskiego, gdzie też dorośli chcieli wyjaśnić sytuację związaną z ich dziećmi. I także jest oparta na sztuce teatralnej, co widać choćby w tym, że dialogi są prowadzone głównie przez maksymalnie czterech bohaterów. Czyli naszych teściów, gdzie emocje biorą górę nad opanowaniem i wyłażą kompleksy, frustracje, zawiść oraz cała ta reszta. Niby nic nowego, jednak sporo jest ironii oraz bardzo złośliwego humoru. I te zderzenie dwóch mentalności (kapitalistyczne mieszczuchy vs wieśniacy, co niczego nie odpuszczą) wywołuje iskry, a kolejne tajemnice pokazują, że każda strona jest bardziej lub mniej podła. Każdy ma swoje za uszy, co prędzej czy później obróci się przeciw nim.

tesciowie1

By jednak zdynamizować całą akcję przenosimy się dość często na sale weselną, gdzie impreza idzie na całego albo do innych pomieszczeń. Pod tym względem najbardziej wybija się otwierający film mastershot, trwający ponad 15 minut przenosząc się z miejsca na miejsce w najbardziej płynny sposób, jaki możecie sobie wyobrazić. Jest to obłędne, a sam film zagęszcza atmosferę z minuty na minutę. Aż ciężko jest złapać chwilę na odsapnięcie, co może być problemem. Wszystko jednak rekompensuje iście wybuchowy, choć lekko absurdalny finał oraz wręcz brawurowe aktorstwo. Tutaj wybija się duet Dorociński/Ostaszewska – on wydaje się podchodzi do sprawy z głową i spokojem, choć tak naprawdę ledwo trzyma nerwy na wodzy, ona jest wręcz nadwrażliwa oraz porywcza. To połączenie jest wręcz wybuchowe, a po drugiej stronie bardzo zawzięta, wręcz dumna Kuna i troszkę naiwny, choć sympatyczny Woronowicz. Ten ostatni balansuje na granicy przerysowania oraz groteski, ale nigdy jej nie przekracza. Mocarna kombinacja, dająca wiele świeżości w ogranym schemacie.

Więc „Teściowie” mnie bardzo zaskoczyli, serwując sprawną mieszankę komedii i tragedii bez pokazywania patologii w stylu Smarzowskiego czy Wyspiańskiego. Michalczuk debiutuje w dobrym stylu, a czy kolejne jego filmy będą równie interesujące? Czas pokaże, ale na tym weselu będziecie się bawić lepiej niż się spodziewacie. Chyba, że już jesteście strasznie zmęczeni kolejną imprezą rodzinną.

7/10

Radosław Ostrowski

Klasyczny horror

Horror od Netflixa – już samo w sobie brzmi przerażająco. Zwłaszcza, że to horror włoski, co jest dziś równie częstym zjawiskiem jak turecki film akcji. Dobry, turecki film akcji. Brzmi absurdalnie? Już sam tytuł sugeruje, że klimat będzie przypominał kino grozy sprzed co najmniej 30 lat. Jazda na ogranych schematach oraz zapach naftaliny?

Punkt wyjścia dzieła duetu Roberto De Feo/Paolo Strippoli jest bardzo znajomy. Mamy grupę obcych ludzi, którzy razem wyruszają kamperem. W ramach videobloga prowadzonego przez Fabrizio, dopasowani dzięki specjalnej aplikacji. Mamy lekarza (Riccardo), młodą parę (Mark i Sofia) oraz dziewczynę czekającą na zabieg (Elisa). Wskutek zderzenia z drzewem wóz trafia w sam środek lasu, gdzie znajduje się dziwny dom. Okazuje się, że w okolicy przebywają rolnicy, co w zamian za plony składają ofiary trzem monstrom. Zgadnijcie, co z tego połączenia może powstać.

„Klasyczny horror” sięga po znajome motywy z niskobudżetowych filmów grozy: młodzi ludzie bez doświadczenia, mężczyzna z przeszłością oraz ktoś, kto nie jest tym za kogo się podaje, tajemnicze domostwo, mroczna legenda, krwawa jatka. Ale muszę przyznać, że parę razy twórcy rzucają teksty oraz sceny pokazujące samoświadomość twórców. Szczególnie mocnie to czuć w postaci Fabrizio – niespełnionego reżysera, a obecnie vlogera. Czy kiedy odnosi się do Sama Raimiego, opowiada lokalną legendę czy poznajemy tajemnicę tego miejsca. Miejsca, z którego nie da się uciec i dzieją się dziwne rzeczy. Nie brakuje też krwi oraz nieprzyjemnych, nagłych scen przemocy.

Ale nie do końca mogłem wejść w ten film z powodu nieciekawych postaci. Oprócz Fabrizio i Elisy reszta nie miała ani zbyt dobrze zarysowanego tła, ani historii. Aktorstwo też nie było zbyt porażające, poza w/w dwójką, czyli Matildą Lutz i Francesco Russio. Zwłaszcza Russio ze swoim bardzo przerysowanym stylem dodaje wiele energii. Jednak najciekawsze oraz najbardziej zaskakujące rzeczy dzieją się przez ostatnie pół godziny, niemal wszystko wywracając do góry nogami. Niczym w najlepszych filmach Shyamalana, ale nie powiem więcej.

Jest tu kilka niedociągnięć, ale w ostatecznym rozrachunku „Klasyczny horror” wypada całkiem nieźle. Potrafi przestraszyć i rozśmieszyć jednocześnie, przy okazji pokazując jak bardzo pragniemy oglądać brutalne, pełne przemocy filmy.

6/10

Radosław Ostrowski

American Assassin

Skoro był już amerykański gangster, bohater, nawet ninja, to teraz pora najwyższa na amerykańskiego zabójcę. Nie jest to jednak asasyn z serii Assassin’s Creed, lecz małoletni gnojek o imieniu Mitch Rapp. Z takim nazwiskiem mógłby zostać rap(p)erem, wozić się po mieście, wyrywać panienki i szastać hajsem. Jak został zabijaką? Zaczęło się niewinnie na plaży w Ibizie, gdzie chłopak spędza wakacje ze swoją dziewczyną i decyduje się na kolejny ważny krok: oświadczyny. Brzmi jak piękny sen, ale w jednej sekundzie sny zmieniają się w koszmary. A ten ma twarz uzbrojonych terrorystów, dokonujących krwawej rzeźni, wskutek czego ginie dziewczyna Rappa, on sam zaś zostaje postrzelony.

american assassin1

W takiej sytuacji wyjścia są dwa: albo znaleźć spokój i żyć dalej, co wymaga masę czasu, albo pójść na skróty, podążając drogą zemsty, zabijania oraz wojny ze całym ścierwem tego świata. Jak myślicie, jaką ścieżkę wybrał nasz bohater? Półtora roku później Rapp próbuje zinfiltrować komórkę terrorystyczną w jakimś kraju arabskim, jednak nasz bohater jest obserwowany przez CIA i akcja kończy się likwidacją. A potem dostaje szansę jedną na milion, czyli przeszkolenie w superelitarnej jednostce komandosów pod wodzą Stana Hurleya – podobno ten gość w poprzednim wcieleniu był Batmanem. Trzeba się jednak spieszyć, bo ktoś zarąbał kilka kilogramów plutonu i chce zbudować bombę atomową.

american assassin2

Jak możecie się domyślić film Michaela Cuesty brzmi jak jeden z wielu thrillerów/akcyjniaków, gdzie losy świata zależą od dzielnych Amerykanów. Nawet jeśli nie działają zgodnie ze wszelkimi regulaminami czy protokołami, kierują się emocjami zamiast mózgiem. Niby próbuje się pokazać działanie tajnych służb, ale bardziej skręca w stronę opowieść o mścicielu działającego jak jednoosobowa armia. Tylko, że po drodze całość zaczyna gubić tempo i nawet momenty budowania napięcia są niszczone przez przewidywalne zwroty akcji oraz braku mocniejszego kopa. Jakiejś mocnej sceny akcji, która wyróżniałaby ten film z grona tysięcy innych filmów a’la Jason Bourne, bo realizacja w zasadzie jest standardowa. Niby są strzelaniny, pościgi, bijatyka czy tortury, ale nic tutaj nie urywa żadnej części ciała.

american assassin3

Sytuacji nie poprawia także antagonista grany przez Taylora Kitcha. Aktorowi brakuje charyzmy, by przykuł uwagę, nie ma ciekawej motywacji. W zasadzie jest lustrzanym odbiciem protagonisty, tylko działa po drugiej stronie barykady. Dylan O”Brien wcielający się w Rappa wypada solidnie, zwłaszcza w scenach akcji i te momenty sprzedaje najlepiej. Ale jeśli szukacie charyzmy oraz dobrego grania, tutaj serwuje je Michael Keaton jako mentor Hurley. Szorstki, surowy, z mroczną przeszłością ciągnie ten film na swoich barkach.

„American Assassin” ma w sobie pewien sznyt staroszkolnego kina akcji z lat 90., tylko że te polityczne wątki bardziej są balastem i spowalniają go przed staniem się klasykiem gatunku. Niby jest otwarta furtka na sequel (informacji o nim brak), ale to bardziej produkcja na raz. Zobaczysz, zapomnisz i poczekasz na coś lepszego w tym gatunku.

6/10

Radosław Ostrowski