Ciche miejsce 2

Muszę się do czegoś przyznać: nie jestem fanem pierwszego „Cichego miejsca”. Punkt wyjścia można uznać za interesujący (narodziny dziecka w świecie zdominowanym przez kosmiczne monstra, co są wyczulone na słuch), ale wszelkie napięcie zabiło wiele głupot i bzdur. Dlatego niespecjalnie czekałem na sequel od twórcy oryginału, Johna Krasinskiego. W końcu obejrzałem drugą część i… jestem zaskoczony.

Akcja zaczyna się po wydarzeniach z sequela, gdzie rodzina Abbottów (skład: matka, niesłysząca córka, syn oraz noworodek) zmuszona zostaje do ucieczki ze swojej farmy. Nadal po okolicy szaleją potwory, więc ucieczka nie jest zbyt łatwa. Familia trafia do kryjówki dawnego znajomego, Emmetta, który stracił żonę oraz synów, z wyczerpującymi się zasobami. Sytuacja staje się o wiele poważniejsza, gdy córka (Reagan) odkrywa sygnał radiowy i chce tam dotrzeć. Choćby po to, aby wykorzystać swój aparat słuchowy oraz jakby musiała zrobić to wbrew woli rodziny.

Krasinski na samym początku potrafi uderzyć, bo dostajemy początek. Czyli pierwszy dzień pojawienia się potworów i ten wstęp robi piorunujące wrażenie z wieloma mastershotami oraz zabawą perspektywą. Nadal w scenach z perspektywy Reagan panuje cisza, co buduje napięcie. Opowieść nadal pozostaje kameralna, jednocześnie rozszerzając cały ten świat. Nie oznacza to jednak, że „Ciche miejsce” nagle skręca w stronę „Wojny światów”, jednak druga połowa filmu zaczyna iść w stronę… „The Last of Us”. Powoli budząca się relacja między Emmettem a Regan zaczyna procentować ze sceny na scenę, pokazując więź przypominającą ojca i córkę. Dochodzi do pewnego bardzo ważnego twistu (nie zdradzę wam), zmieniającego wiele w tym świecie. Problem jednak w tym, że to wydarzenie sprawia, iż „dwójka” jest środkową częścią trylogii. Czyli daje odpowiedzi oraz serwuje kolejne pytania.

Natomiast realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, a najbardziej wybija się udźwiękowienie. Zarówno, kiedy widzimy zdarzenia z perspektywy Regan (znakomita Millicent Simmonds) – dziewczyna tu wyrasta na główną bohaterkę filmu – jak i sygnalizowana jest obecność potworów. Świetne są zdjęcia oraz dwie rewelacyjne sceny z użyciem montażu równoległego, gdzie suspens oraz poczucie niepokoju potrafi podskoczyć do granicy. Każdy z obsady ma swoje momenty błysku, choć wybija się Simmonds oraz bardzo stonowany Cillian Murphy jako połamany, wycofany Emmett. Ta dynamika trzyma całość w ryzach, chociaż Emily Blunt i Noah Jupe także mają wiele do zaoferowania.

„Ciche miejsce 2” to przykład sequela, który wszystko robi lepiej od poprzednika: jest więcej napięcia, aury tajemnicy i wiele zasygnalizowanych momentów (zdziczali, niemi ludzi), które mogą zaprocentować w finale. Czekam bardzo na sequel, choć tym razem będzie robił ją inny reżyser (jeszcze nie wybrany). To samo w sobie powinno być rekomendacją.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Diuna

Na żaden inny film nie czekałem w tym roku bardziej niż na „Diunę”. Powieść Frank Herberta już była przeniesiona na ekran przez Davida Lyncha, ale została zmasakrowana przez krytyków, widownię oraz fanów książki. Potem jeszcze był mini-serial w roku 2000, jednak o nim nikt nie pamięta. Wszystko się zmieniło 3 lata temu, gdy do kolejnej adaptacji postanowił podjąć się Denis Villeneuve. Kanadyjczyk kino SF znał dobrze, co pokazał „Nowy początek” oraz bardzo udany sequel do „Blade Runnera”, więc kto jak nie on?

Sama historia jest bardzo znajoma. Osadzona w roku 10191 roku akcja toczy się wokół tytułowej planety, gdzie znajduje się najcenniejszy surowiec – przyprawa zwana melanżem. Planeta była oddana w lenno rodowi Harkonnenów przez 80 lat, ale wolą Imperatora zostaje przekazana ich wrogom: Atrydom. Książę Leto Atryda przyjmuje ten zaszczyt, wiedząc iż jest to pułapka zastawiona przez poprzedników. Czy uda się wznowić produkcję melanżu, a rodowi Atrydów znaleźć wyjście z całej sytuacji?

Najtrafniejszą decyzją reżysera było podzielenie historii z książki na dwie części. To daje więcej czasu na poznanie świata, gdzie jest wielu graczy i każdy ma tutaj wiele do zyskania, lecz także i stracenia. Tutaj polityka, ekonomia, religia oraz genetyka mieszają się ze sobą, zaś wiele postaci zostaje tutaj wspomniane, bez fizycznej obecności (Imperator). Dialogi odbywają się głównie między paroma osobami na ekranie (niczym w teatrze), a jednocześnie widać wielką skalę przedsięwzięcia. Pozbawienie głębszych wyjaśnień z jednej strony może wywołać potrzebę zadawania pytań, jednocześnie czyni narrację łatwą do śledzenia i obserwowania. Nawet chwile ekspozycji są zaskakująco oszczędne, nie sprawiając wrażenia upchniętej na siłę. Jedynie kilka detali może zwrócić uwagę na bardzo istotne informacje.

Sam świat też jest fascynujący, choć zbudowany na paradoksach. Z jednej strony potężne statki oraz technologia, ale z drugiej brak sztucznej inteligencji czy czegoś na kształt komputerów, zaś starcia fizyczne odbywają się za pomocą broni białej. Żadnych laserów, pistoletów czy innych futurystycznych pukawek. Zadziwiająca decyzja, dzięki której „Diuna” wyróżnia się z tłumu. Otoczka SF jest tylko pretekstem do opowiedzenia o politycznej walce i mierzeniu się z przeznaczeniem, co najdobitniej widać w wątku głównego bohatera. Paul (rewelacyjny Timothee Chalamet) – 15-letni chłopak musi się skonfrontować z losem, który wydaje się być dawno zaplanowany przez sterujący z ukrycia zakon Bene Gesserit oraz Imperatora, bojącego się silniejszych wpływów Atrydów. Jednocześnie mieszkańcy pustynnej planety – Fremeni – widzą w nim Mesjasza, który da im upragnioną wolność. A podatność chłopaka na melanż jeszcze bardziej komplikuje całą sytuację, gdzie wybór wydaje się być iluzją.

Ta filozoficzna warstwa jest tylko jedną z wielu, a Villeneuve bardzo pewnie przedstawia kolejne zakręty. Wizualnie ten film wręcz oszałamia skalą, imponujące są wszelkie pojazdy (ornitoptery, żniwiarka) oraz scenografia i kostiumy. Piasek pustyni jest wręcz namacalny, a efekty specjalne wykonane są bezbłędnie. Od dawna nie miałem poczucia przez wysokobudżetowym filmie wejścia w ten świat – bez zastanowienia się, co zostało stworzone przez człowieka, a co efektem komputerowym. Samych scen akcji jest niewiele, ale jak się pojawia, jest wykonana bez zarzutu. I każdy z obsady, która jest tak imponująca, że nie starczyłoby miejsca na wymienienie wszystkich (na mnie największe wrażenie z tego grona zrobiła kapitalna Rebecca Ferguson jako lady Jessica oraz idealny Stellan Skarsgard wcielający się w barona Harkonnena) gra świetnie, tworząc bardzo dobrze naoiliwioną maszynę. Nawet mając do dyspozycji dosłownie kilka scen – nieprawdopodobne.

Rzadko, BARDZO rzadko mi się zdarza, żebym poszedł do kina dwa razy na jeden film. Jedyne czego żałuję, że na dalszy ciąg tej opowieści będę musiał czekać dwa lata.  To będzie długie czekanie, ale po tej części wiem, że warto czekać. Czy muszę mówić, że „Diuna” była dla mnie niesamowitym doświadczeniem kinowym?

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Poradnik łowczyni potworów

Biblioteka platform streamingowych zazwyczaj służy do serwowania różnego rodzaju filmowego śmiecia – kiedyś wrzucanego od razu na video. Tanie, tandetne, czasem celowo dziadowskie, okraszone znanymi twarzami. Lub nie, głównie adresowane dla nastoletnich widzów. Więc po co ja to oglądam? Bo czasem zdarza się, że trafi się na coś bardziej znośnego albo nawet przyzwoitego. Ale film Rachel Talalay nie jest w stanie do tego poziomu się przebić. Troszeczkę zabrakło.

Ale po kolei. „Poradnik łowczyni potworów” oparty jest na powieści Joe Ballariniego (także napisał scenariusz) i skupia się na Kelly. Dziewczyna jako dziecko miała wizje koszmarów, które niemal ożywały każdej nocy. Najgorsze jest to, że rozpowiedziała to i dzięki temu dostała ksywę Bestiara. Jest też traktowana jako dziwadło w szkole. No i ma typowe problemy nastolatki: podoba jej się chłopak, ale jest zajęty, ma tylko jednego kumpla oraz zamiast pójść na imprezę, trafia do domu dzianej szefowej mamy jako opiekunka dla jej syna. Obostrzenia i zakazy są wobec niego większe niż wobec wielu krajów świata. Szykuje się bardzo ciężka noc, zwłaszcza że pojawia się koszmar z jej dzieciństwa, a dzieciak zostaje porwany. I tak poznaje opiekunkę o imieniu Liz, która okazuje się członkinią tajnego stowarzyszenia opiekunek walczących z potworami.

Można w zasadzie powiedzieć, że „Poradnik” to taka nastoletnia wersja historii w stylu „Facetów w czerni” czy „Pogromców duchów”. Gdzie są wszelkiego rodzaju monstra, potężne duchy czy czarownice, choć więcej się o nich mówi niż pokazuje. Zupełnie jakby to był wstęp do większej serii (jeśli w ogóle powstanie). Mimo skromnego budżetu, udało się stworzyć barwne lokacje i wszystko okraszone niezłymi efektami specjalnymi. Ładnie to wygląda, w tle pojawiają się sympatyczne numery popowe, a kolejne komplikacje są pokonywane dość łatwo. ALE wszystko ciągnie w dół ta cała nastoletnia otoczka – przewidywalna, wtórna i w zasadzie zbędna. Bardziej mnie interesowała cała zabawa w walkę z potworami oraz wszystkie bajery (scena zdobywania elementów do broni przez telefon – cudeńko).

Zagrane jest to poprawnie, bez jakiegoś szału z mniej znanymi twarzami. Najbardziej wybijają się dwie kreacje: Oona Laurence jako liderka zespołu Liz oraz Tom Felton jako główny antagonista, Wielki Guignol. Pierwsza jest zadziorna, charyzmatyczna i twarda kobietka, co nie daje sobie w kaszę dmuchać, ale to niezapomniany Draco kradnie ten film. Ukryty pod charakteryzacją aktor gra w sposób mocno przerysowany, ale widać jak wiele ma frajdy z grania tej postaci i ta energia się przenosi na widza. Bez niego ten film nie byłby taki znośny.

Sam film wywołuje bardzo mieszane uczucia. Bo wychodzi z tego całkiem sympatyczny film, o którym zapomni się dość szybko. Czuć mocno, że jest to produkcja skierowana dla młodszego odbiorcy (widać to w humorze czy muzyce), stare pierdziele jak ja mogą potraktować najwyżej jako guilty pleasure z niewykorzystanym potencjałem.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Biegnij!

Ileż to było thrillerów z bohaterem/ką, który jest zmuszony do walki w odizolowanej przestrzeni? Pomysł w sam sobie prosty, przez co ta formuła działa. Jeśli jest dobrze wyegzekwowana jak w przypadku „Biegnij!”.

Cała historia skupia się na matce i córce, które mieszkają w domostwie gdzieś na odludziu. Z dala od miasta, Internetu i sprawnej sieci telefonicznej. Córka, Gracie, ma 17 lat, porusza się na wózku inwalidzkim, ma astmę i bierze masę leków. Dziewczyna jest bardzo zaradna, samodzielnie uczy się w domu oraz stara się zapisać na uniwersytet. W zasadzie wszystko wydaje się działać w porządku. Ale – co jest dość łatwe do przewidzenia – do czasu. Chloe przypadkiem zauważa w torbie z zakupami lekarstwa. Wypisane na jej matkę. Niby nic dziwnego, ale te tabletki dostaje dziewczyna. Powoli zaczyna zauważać inne dziwne rzeczy, podejrzewać matkę o ukrywanie jakieś tajemnicy.

Nowy film Aneesha Chaganty’ego potwierdza talent filmowca do budowania napięcia oszczędnymi środkami oraz powolnym dawkowaniem informacji. Tylko, że w przeciwieństwie do „Searching” akcja nie odbywa się na ekranie monitora. Skala jest o wiele większa, a kolejne tajemnice zmuszają do uważniejszego przyglądania się matce. Ale już pierwsza scena filmu może sygnalizować jaką tajemnicę skrywa Diane. Dlaczego na każde newralgiczne pytanie unika odpowiedzi? Ale nawet jej odkrycie nie daje żadnej szansy na uwolnienie się od kobiety, bo wózek inwalidzki mocno ogranicza możliwości mobilne dziewczyny.

I to jak kolejne problemy ma Chloe (rewelacyjna Kiera Allen) – zmuszona do walki o swojej życie nastolatka, która zaczyna podejrzewać matkę o celowe trucie oraz osłabienie jej zdrowia. Nawet doprowadzenie do paraliżu. Nie mówiąc już o totalnej kontroli nad nią. A matka (fantastyczna Sarah Paulson) pozornie wydaje się zachowywać normalnie, jednak podskórnie czuć, że coś jest nie tak. i widać to w bardzo plastycznej twarzy aktorki, kiedy nagle wybucha, by parę chwil potem wyciszyć się jakby nic się nie stało. Ta dynamika między Paulson i Allen jest najmocniejszym punktem, gdzie dochodzi dosłownie do konfrontacji. Napięcie jest bardzo intensywna w czym pomaga zarówno świdrująca muzyka, montaż oraz praca kamery. Dzięki tym zabiegom takie sceny jak rozmowa przez telefon czy ucieczka z zamkniętego pokoju trzymają tak mocno za gardło. Zaś finał to mała perełka, co pokazuje wpływ toksycznej relacji rodzicielskiej.

To jest kolejne potwierdzenie, że nie trzeba wielkiego budżetu, wielkich gwiazd i dużych lokacji do zrobienia świetnego filmu. Trzyma za gardło, wręcz niemal czuć desperację oraz bezsilność głównej bohaterki, a to jest naprawdę rzadka rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski

Hiacynt

Który to już kryminał w realiach kraju zwanego PRL-u? Do tego grona dołącza kolejny polski film Netflixa, czyli „Hiacynt” od Piotra Domalewskiego. I to jest drugi film z naszego kraju, zrealizowany przez streamingowego potentata, który udało mi się obejrzeć do końca. A to już o czymś mówi. Czy jednak warto dotrwać do końca?

Tytułowy Hiacynt to operacja Urzędu Bezpieczeństwa organizowana w latach 1985-87 w celu spisania i stworzenia teczek osób homoseksualnych. Po co? Żeby ich szantażować i zmuszać do współpracy pod groźbą ujawnienia swojej orientacji najbliższym, kolegom z pracy itd. W samym filmie jest to tło dla poważniejszej sprawy – morderstwa niejakiego Grzegorzka. Mężczyzna był bardzo dzianym oraz wpływowym człowiekiem. Jak się potem okaże, także pederastą. Sprawa ma być poprowadzona szybko, a zabójca ma być na wczoraj. Brzmi jak łatwizna dla Roberta Mrozowskiego i Huberta Nogasia. Podczas obławy na gejów w latrynie, Robert poznaje Arka i ta relacja mocno namiesza. Zarówno zawodowo (młody student zostanie – nieświadomym – informatorem), jak i prywatnie.

Jest bardzo mrocznie, gdzie prawda jest tutaj najmniej wartościową rzeczą, a każdy skrywa tajemnice. I każdy jest poddany inwigilacji, obserwacji, by znaleźć wszelkie brudy do szantażu. Ewentualnie do założenia knebla. Intryga jest prowadzenia bardzo powoli, gdzie gliniarz z zasadami dochodzi do prawdy na własną rękę. Ale kiedy wydaje się, że znajdzie rozwiązanie, ciągle ktoś jest o krok przed nim i kolejne tropy się urywają, a świadkowie giną. Łatwo się można domyślić czyja to ręka odpowiada, ale dlaczego, na czyje zlecenie. Jednak całe to dochodzenie jest tylko pretekstem do pokazania psychologicznego portretu Roberta.

Mrozowski (bardzo stonowany, ale przykuwający uwagę Tomasz Ziętek) jest typowym młodym idealistą, która kariera bywa zależna od ojca, pułkownika milicji (solidny Marek Kalita). On – pośrednio – wręcza kolejne dochodzenia, rekomenduje go do szkoły milicyjnej itd. I to przeszkadza naszemu bohaterowi. Wszystko jeszcze komplikuje Arek (absolutnie rewelacyjny Hubert Miłkowski), który początkowo zostaje wykorzystany jako informator. Z czasem jednak zaczyna tworzyć się silniejsza więź, przez co Robert zostaje zmuszony do odpowiedzenia sobie na pytanie kim jest naprawdę. I to dla mnie esencja tego filmu oraz prawdziwe clou.

Oczywiście, nie brakuje znajomych klisz: partyjni, potężni aparatczycy, szef pragnący świętego spokoju, partner używający pięści (kradnący film Tomasz Schuhardt), działający w ukryciu tajniacy, glina-idealista, wspierająca dziewczyna-koleżanka z pracy. Ale to wszystko działa, co jest zasługą sprawnej ręki reżysera. Klimat czasów PRL-u budują także absolutnie świetne zdjęcia, pulsująca elektroniczna muzyka oraz szczegółowa scenografia. Problemem na początku jest udźwiękowienie, gdzie przez pierwsze kilkanaście minut dialogi są niewyraźne. Na szczęście potem przestaje to być problemem.

Wszystko tutaj działa dzięki świetnym rolom Ziętka oraz Miłkowskiego, gdzie te relacja mocno ewoluuje. Pierwszy jest skonfliktowany między swoją pracą, dziewczyną a poznanym chłopakiem – troszkę podobnym z charakteru. Czyli młodym, zbuntowanym idealistą, chcącym po prostu normalnie żyć. W końcu dochodzi między nimi do zbliżenia i to jest zrobione bardzo ze smakiem. Drugi plan kradnie Schuhardt jako osiłkowaty, chamski Nogaś, zaś wśród twarzy przebija się m.in. Andrzej Kłak, Tomasz Włosok i Sebastian Stankiewicz. Każdy z nich ma swoje pięć minut.

Od razu wyjaśnię sprawę: „Hiacynt” nie jest najlepszym filmem w dorobku Domalewskiego i jego wejście w kino gatunkowe nie jest spektakularne. ALE jest to na tyle solidnie zrobione, z masą dobra do zaoferowania, a wątek LGBT ubarwia całą historię. Jest pozostawiona furtka do kontynuacji, jednak wątpię, by do tego doszło.

7/10

Radosław Ostrowski

Possessor

Czy można jeszcze zrobić film w klimatach cyberpunku? Ale bez tego futurystycznego walenia neonami po oczach i podrabianiem klimatu „Blade Runnera”? Tylko, jeśli jest to film niskobudżetowy, gdzie można sobie pozwolić na wiele. No i trzeba mieć także nazwisko Cronenberg, niekoniecznie na imię David.

possessor1

Sam początek jest bardzo tajemniczy. Widzimy czarnoskórą kobietę, która wkłada sobie na głowę kabel i kręci jakimś urządzeniem. Potem ubiera się jako stewardessa i razem z kumpelami jadą windą. Po pewnej chwili zauważa mężczyznę, by potem go zaszlachtować nożem. Kobieta przykłada sobie pistolet do ust, a następnie mówi „Przenieś mnie”. Ale zamiast samobójstwa pada od kul policji. Wtedy okazuje się, że stewardessa była „sterowana” przez białowłosą kobietę podłączoną do dziwacznego kasku. Okazuje się, iż ta dziwna osoba – Tasya Vos – jest zabójczynią działającą dla korporacji, która wykorzystuje innych ludzi, by ich rękoma dokonać morderstw oraz innych zbrodni. Szaleństwo, prawda? Ale to przyszłość i tam mogą takie rzeczy się dziać. Nie ma jednak mowy o przerwie, bo szykuje się kolejne zlecenie. Tym razem celem jest John Parse – szef korporacji odpowiedzialnej za zarządzanie danymi, a „narzędziem” ma być jego zięć – Colin Tate (bardzo stonowany Christopher Abbott) – ex-diler narkotykowy. Jak dokonać zbrodni? Zrobić z Tate’a wariata i po przyjęciu dokonać zabójstwa Parse’a i jego córki, a Tate ma popełnić samobójstwo. Zadanie wydaje się proste, zwłaszcza że cel wygląda jak Sean Bean, więc jego los jest przypieczętowany.

possessor2

„Possessor” brzmi jak pokręcona, niskobudżetowa wersja wczesnych filmów Davida Cronenberga z bardziej wyrafinowanym stylem wizualnym. Nic dziwnego, skoro ten film jest dziełem… syna Kanadyjczyka, Brandona. Wiele jest tu cyberpunkowych elementów (transhumanizm, przejmowanie tożsamości, duże korporacje i duża kasa), ale idzie swoją drogą. Jednocześnie jest tu poważny dysonans wokół Tasyi (magnetyzująca Andrea Riseborough) – z jednej strony profesjonalistka w swoim fachu, ale z drugiej strony czuć jak praca działa na nią oraz jej relacje rodzinne (czyli byłego męża i syna). Jedno i drugie niszczy jej psychikę, osłabiając ją zarówno jako matkę i żonę oraz zabójczynię i operatorkę. Czy tym razem podoła zadaniu?

possessor3

Problemem może być fakt, że Tate stawia opór i ma momenty zawieszenia, przez co w drugim oraz trzecim akcie czułem się zdezorientowany. O to też tutaj chodzi – kto tym ciałem steruje, a kto jest tutaj pasożytem. Montaż dostaje ADHD i wali stroboskopami, co jeszcze bardziej dezorientuje, nie dając odpowiedzi na to pytanie aż do przewrotnego finału. Kluczem jest kreacja Abbotta i to jak bardzo drobnymi spojrzeniami pokazuje jego zagubienie, dezorientację. Sama akcja, choć rzadko obecna, jest bardzo, BARDZO krwawa, brutalna i miejscami bardzo szokująca, a reżyser umie trzymać w napięciu.

possessor4

Ale czasami „Possessor” – mimo bardzo porządnej realizacji i kilku pomysłowych kadrów – potrafi zmęczyć, chociaż trwa bardzo krótko. Trudno jednak odmówić młodemu Cronenbergowi inspiracji dziełami swojego ojca, lecz także podąża swoją własną drogą. Na pewno warto uważniej się temu twórcy przyglądać.

7/10

Radosław Ostrowski

Nie oddychaj 2

Nie pamiętam bardziej niepokojącego seansu w ostatnich latach niż „Nie oddychaj”. Drugi film Fede Alvareza był thrillerem z gatunku home invasion. Troje nastolatków z Detroit decydowało się na włam do domu niewidomego weterana wojennego, który miał rzekomo duży majątek. Finał był krwawy, mroczny i szokujący, gdzie każdy z bohaterów był zły albo jeszcze gorszy. Tym bardziej byłem zaskoczony, iż powstaje sequel do tego filmu. Bo co jeszcze można było wycisnąć z opowieści o Normanie? Jak się okazuje zaskakująco sporo.

nie oddychaj2-1

Druga część zaczyna się osiem lat po wydarzeniach z części pierwszej. Mężczyzna opiekuje się 11-letnią dziewczyną o imieniu Phoenix, którą znalazł na ulicy i przyjął jak własną córkę. Wmówił jej nawet, że jest jej ojcem. Wychowanie jej bardziej przypomina szkolenie w szkole przetrwania, trzymając ją niemal na uwięzi i z daleka od ludzi oraz cywilizacji. Podczas jednej z wizyt poza domem zostaje zauważona przez nieznajomego. Wieczorem mężczyzna razem z kumplami nawiedzają dom Normana.

nie oddychaj2-3

Współodpowiedzialny za scenariusz Rodo Sayaguez zastępuje Alvareza na stanowisku reżysera, ale klimat – na szczęście – pozostaje niezmieniony. To mroczny, miejscami bardzo brutalny i krwawy film, gdzie znamy mroczną tajemnicę i przeszłość, która nie daje spokoju. A ta jest związana z Phoenix (świetna Madison Grace) – otoczona nicią kłamstw, odkrywa prawdę o sobie oraz biologicznej rodzinie. Ale jeśli myślicie, że jej życie od tej pory będzie ładne, ciepłe i spokojne, pomyliliście drzwi. To jest thriller pełen przewrotek oraz niespodzianek, gdzie rodzice dziecka mają wobec niego dość niepokojące plany. I wierzcie mi, po tym twiście znowu poczułem się niekomfortowo – znowu nie wiedziałem komu kibicować, bo był wybór między Złem a ZŁEM.

nie oddychaj2-2

Więcej wam nie mogę zdradzić, ale jeśli spodobała się część pierwsza, tutaj też będziecie się dobrze bawić. Nadal to krwawa i brutalna, która w połowie zmienia otoczenie. Też są pewne nielogiczności, a nasz heros o aparycji Stephena Langa wydaje się niemal superherosem z wyostrzonymi zmysłami. Może nawet za bardzo, ale nie przeszkadza mu to balansować między bezwzględnością i szorstkością a bardziej… ludzkimi odruchami (co może niepokoić). Drugi plan też ma wiele do roboty (zwłaszcza wspomniana Grace oraz Brendan Sexton III), zaś finał wali w mordę z całej siły.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jeźdźcy sprawiedliwości

Co wam przychodzi do głowy, gdy słyszycie hasło: kino zemsty? Jednoosobowa armia kontra wielka grupa ludzi do rozwalenia przed Głównym Złym. Po tym jak nasz Kopiący Dupę Koksu stracił żonę/matkę/córkę/psa/kota/popielniczkę/auto (niepotrzebne skreślić). Tak przynajmniej robią to Anglosasi i ludzie, co próbują ich kopiować. Jednak reżyser Anders Thomas Jensen postanowił pójść swoją drogą.

jezdzcy sprawiedliwosci1

Bohaterem „Jeźdźców sprawiedliwości” jest Markus (Mads Mikkelsen) – żołnierz stacjonujący w Afganistanie, który rzadko bywa w domu. Na tyle rzadko, że jego nastoletnia córka jest dla niego obca. Dziewczyna miała ruszyć do szkoły, ale skradziono jej rower, a samochód nie chce odpalić. Więc matka z córką robią sobie wolne i jadą pociągiem, co kończy się katastrofą pojazdu oraz śmiercią kobiety. Mathilde (córka) jest straumatyzowana, a ojciec wraca do domu i próbuje jakoś nawiązać relacją z nastolatką. Ale pewnego wieczoru przychodzi do niego dwóch ekscentrycznych jegomościów. Są przekonani, że wypadek nie był wypadkiem, tylko zamachem, w którym miał zginąć członek gangu motocyklowego Riders of Justice na kilka dni przed rozprawą sądową, gdzie miał zeznawać przeciw swoim kumplom. Markus decyduje się zrobić jedną, jedyną słuszną rzecz – zemścić się, zabijając członków gangu. Proste? Łatwo powiedzieć, zrobić już mniej.

jezdzcy sprawiedliwosci2

Jeśli spodziewacie się, że ten film będzie (pokręconą, ale jednak) wersją opowieści w stylu filmu zaczynającego się na John, a kończącego na Wick – popełniacie wielki błąd. Jensen tworzy hybrydę, mieszającą film sensacyjny, dramat psychologiczny, czarną komedię i… „Przypadek” Kieślowskiego. Brzmi jak coś, co mogło spłodzić jakieś azjatyckie dziecko, bo tylko ono mogłoby to skleić w jedną, spójną narrację. Ale Jensen nie jest od nich gorszy, jednocześnie potrafi zachować balans między brutalnymi, krwawymi scenami akcji, komedią z odrobinką sytuacyjnych gagów oraz psychologicznym dramatem. Na pierwszy plan wysuwają się dwa tematy: przepracowywanie traumy przez ojca i córkę oraz jak wiele zależy tutaj od przypadku.

jezdzcy sprawiedliwosci3

Zwłaszcza to drugie jest mocno zaznaczone, niemal od pierwszej sceny w Tallinie. A jeśli dodamy do tego tych trzech ekscentrycznych jegomości: matematyk Otto (Nikolaj Lie Kaas w brodzie nie do poznania) – specjalista od algorytmów, haker Lennart (pokręcony Lars Brygmann) i zajmujący się rozpoznawaniem twarzy Emmenthal (Nicholas Bro w chyba swojej najlepszej roli), efekty są zaskakujące. Może początkowo wydają się grupą geeków, robiących za oderwanych od świata ludźmi. Ale kiedy poznajemy ich bliżej – panowie wypatrzeni przez córkę Markusa udają… terapeutów – okazuje się, że to połamańcy naznaczeni paskudnymi wydarzeniami z przeszłości: znęcanie się, molestowanie seksualne czy śmierć najbliższych. I ta dynamika działa najlepiej, zwłaszcza w przypadku Mathildy. Ale też pozostałych członków grupy, przez co ich los mnie obchodził. A kiedy dochodziło do strzelanin, nie było miłosierdzia – jest krwawo, brutalnie i realistycznie, bez przerysowania, włącznie z finałem.

jezdzcy sprawiedliwosci4

I jest to rewelacyjnie zagrane, dając każdemu aktorowi spore pole manewru. Wariackie trio Bro-Kaas-Brygmann świetnie się uzupełnia, bardzo przekonująco pokazując swoje obsesje oraz silną przyjaźń. I każdy z nich ma swój własny charakter. Na protagonistę wyrasta tutaj Mikkelsen, który gra tak jak zawsze – jest bardzo powściągliwy, tłumiący swoje emocje, pełny gniewu i wściekłości. Ciężko mu się odnaleźć i nawiązać relację z córką, której nie rozumie oraz jest od niej oddalony. Ale kiedy jego gniew wybucha i jest zagrożony, eliminuje problem ze skutecznością Johna Rambo. Bardzo mocna i porażająca rola.

„Jeźdźcy” potwierdzają, że da się jeszcze w kinie zrobić coś mniej konwencjonalnego, hollywoodzkiego, a jednocześnie bardzo realistycznego w pokazaniu świata. Świata, gdzie sens trzema nadać samemu, bez korzystania z algorytmów i statystyk, a wiele rzeczy zależy od przypadku.

8/10

Radosław Ostrowski

Wcielenie

Najgorsze, co można zrobić dla filmu to źle go sprzedać, przez co nie przyniesie żadnych zysków. Czasami może być tak, że film jest trudny do sprzedania, bo… jest zbyt dziwny, zbyt niekonwencjonalny albo pokręcony. I są dwa wyjścia: albo pokazać rzeczy porąbane licząc, że przykują uwagę wielu ludzi albo… nie, licząc na bezpieczną drogę, znajome rewiry oraz klimat. W tym kierunku poszedł marketing najnowszego filmu Jamesa Wana „Wcielenie”, że jest to troszkę w klimacie serii „Obecność”. Jeśli tego oczekujecie, popełnicie jeden z największych błędów waszego żywota.

Cała historia skupia się na Madison – kobiecie, która życie w toksycznym związku i spodziewa się dziecka. Podczas kolejnej kłótni kobieta dostaje głową w ścianę, co kończy się krwawieniem – niezbyt dużym na szczęście. Ale w nocy dochodzi do włamania domu, gdzie mężczyzna zostaje zaatakowany (i pozbawiony głowy), zaś kobieta traci przytomność i dziecko. To jednak dopiero początek poważnych kłopotów, bo Madison zaczyna widzieć… morderstwo, będąc jednocześnie na miejscu zbrodni i w swoim domu. Sparaliżowana, nie ma żadnego wpływu na cała sytuację. Śledztwo prowadza para policjantów, która zaczyna podejrzewać, że kobieta jest zamieszana w te zbrodnie.

Na pierwszy rzut oka film Wana wydaje się być horrorem opartym na znanych szablonach: szpital psychiatryczny o wyglądzie gotyckiego zamku, duży skrzypiący dom, kasety video z niepokojącymi scenami z dzieciństwa bohaterki, MROCZNA tajemnica, morderca w czerni niczym z „Bloodborne” czy innego giallo. Kim jest ten morderca o imieniu Gabriel? Wymyślonym przyjacielem? Aniołem? Szatanem? Demonem, co opętał jej ciało? Dlaczego w ciągu dwóch lat poroniła trzykrotnie? Reżyser cały czas podpuszcza i powoli ujawnia kolejne elementy układanki, bardzo efektywnie korzystając ze znanych tricków. Różnica jednak polega na tym, że Wan nie używa jump-scare’ów jako jedynego dostępnego środka w swoim arsenale, ale robi to znienacka albo podpuszcza, że będzie jump-scare i podpuszcza, by spuścić gardę. Wtedy dopiero zadaje cios, trzymając w napięciu, by uważniej obserwować wszystko, co dzieje się na ekranie.

I nie wierzę, że ktokolwiek – poza scenarzystą – jest w stanie przewidzieć przebieg tej historii. Ale jednocześnie mamy szalony pieszy, parkourowy pościg, bardzo brutalne sceny mordu, policjantów strzelających niczym szturmowcy z Imperium (ale para śledczych to bardzo kompetentni fachowcy), body horror z Cronenberga, muzykę mieszającą świdrujące smyczki z elektroniką a’la John Carpenter, drętwe dialogi i aktorstwo na poziomie kina klasy B. Kamera też nie stoi w miejscu i nie boi się pokazać ucieczki z tzw. oka Boga czy bardzo krwawą jatkę na komisariacie niczym w „Aquamanie”. A od momentu wyjawienia tajemnicy Gabriela oglądałem „Wcielenie” na skraju fotela, będąc jednocześnie zafascynowany, zszokowany i przerażony, nie mając zielonego pojęcia, co się znowu wydarzy.

A o to chodzi w kinie grozy. „Wcielenie” jest miejscami szaloną jazdą po bandzie, mogąca służyć jako metafora walki o kontrolę nad swoim życiem, z toksycznymi relacjami oraz sile siostrzanej miłości. No i jest także hołdem dla kina lat 80. w bardzo brutalnym stylu. Dla mnie to obok „Ojca” najlepszy horror tego roku.

8/10

Radosław Ostrowski

Najmro

Polskie kino rozrywkowe kojarzy się głównie z trzema rzeczami. Pierwszą to (nie)śmieszne komedie romantyczne made in TVN, wyglądające niczym z żurnala, plastikowe i nudne. Druga to Patryk Vega – śmieciowe kino-sensacyjno-gangsterskie, oblane bluzgami, krwią i bardzo prostackimi żartami. Jest jeszcze próba trzecia, czyli podrabianie amerykańskiego stylu i przeszczepienie go na nasze podwórko. To jednak wydawało się robione na siłę oraz bez pomysłu. Ale czasem pojawiają się perełki i czymś takim jest „Najmro”.

najmro1

Debiutant Mateusz Rakowicz inspiruje się życiorysem Zdzisława Najmrodzkiego – słynnego złodzieja oraz króla ucieczek, jednej z barwniejszych postaci polskiego półświatka. Ale jeśli spodziewacie się faktograficznej biografii, trafiliście pod zły adres. „Najmro” czerpie pewne elementy z życiorysu bandyty, tworząc portret oparty na micie romantycznego złodzieja. Wszystko zaczyna się pod koniec działania systemu PRL-u, kiedy Najmro z ferajną nadal okrada Pewexy. Ale milicja nadal jest na jego tropie, wszystko z powodu nowego gliniarza Barskiego – ambitnego, doświadczonego i nieustępliwego psa w średnim wieku. Pojawia się jeszcze jedna komplikacja, a imię jej Kobieta – Tereska, pracuje jako bileterka w kinie. I między nimi zaczyna iskrzyć, lecz by zbudować związek, on musi skończyć z ferajną oraz zniknąć z radaru milicji.

najmro2

Już od pierwszych scen rzuca się jedna rzecz – jak bardzo stylowy jest to film. Od mocno nasyconych kolorów (nawet w scenach nocnych) przez dość częste wykorzystanie slow-motion po zabawy montażowe, gdzie ekran niemal żywcem wygląda jak kadry z komiksu. Niektórzy powiedzą, że te ostatnie elementy są zbyt efekciarskie, sprawiając wrażenie teledysku, ale nie jest to zbyt nadużywane. Jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, że mamy tu pościgi samochodowe (i to bardzo dobrze zrobione), jedną strzelaninę, w tle grają hity z lat 80. (ale muzyka napisana przez Smolika też się świetnie sprawdza). Czego chcieć więcej do szczęścia – oprócz paru scen z „Klątwy doliny węża”?

najmro3

By jednak nie było za dobrze, finał robi się bardzo mroczny, choć jest jedna przewrotka na koniec. Bo wchodzimy w lata 90., gdzie bandyterka staje się bardziej bezwzględna, krwawa i brutalna w nowej rzeczywistości. Spryt zastąpiła siła, ale czy to była dobra zmiana? Musi też dojść do konfrontacji starej szkoły z nową (Najmro vs Anton, który sypnął swojego szefa), a jej wynik został sprytnie ograny. I jak to jest zagrane – Ogrodnik w roli Najmro jest rewelacyjny, pełen uroku oraz działający z głową. W scenach z Tereską (przeurocza Masza Wągrocka) iskrzą chemią i wydają się tak naturalne jak to jest możliwe. Troszkę jego ekipa wydaje się tak naprawdę tylko tłem (poza Jakubem Gierszałem jako Antonem), a chciałoby się ich lepiej poznać. W kontrze do nich jest Robert Więckiewicz, który zawsze trzyma poziom i nie inaczej jest tutaj. Twardy gliniarz, z zasadami i potrafiący użyć mózgownicy czyni go godnym przeciwnikiem Najmrodzkiego oraz jego ekipy. W ogóle na drugim planie jest parę znajomych twarzy (nie powiem kto, bo to dodatkowa frajda), dający z siebie wszystko.

Bardzo lubię takie niespodzianki, gdzie twórcy bez kompleksów i wstydu robią kino gatunkowe na poziomie oraz z własnym charakterem. „Najmro” jest kolorowym ptakiem wśród naszego kina rozrywkowego, który czaruje, uwodzi i zachwyca. Jeśli nie widzieliście, co tu jeszcze robicie?

8/10

Radosław Ostrowski