Najmro

Polskie kino rozrywkowe kojarzy się głównie z trzema rzeczami. Pierwszą to (nie)śmieszne komedie romantyczne made in TVN, wyglądające niczym z żurnala, plastikowe i nudne. Druga to Patryk Vega – śmieciowe kino-sensacyjno-gangsterskie, oblane bluzgami, krwią i bardzo prostackimi żartami. Jest jeszcze próba trzecia, czyli podrabianie amerykańskiego stylu i przeszczepienie go na nasze podwórko. To jednak wydawało się robione na siłę oraz bez pomysłu. Ale czasem pojawiają się perełki i czymś takim jest „Najmro”.

najmro1

Debiutant Mateusz Rakowicz inspiruje się życiorysem Zdzisława Najmrodzkiego – słynnego złodzieja oraz króla ucieczek, jednej z barwniejszych postaci polskiego półświatka. Ale jeśli spodziewacie się faktograficznej biografii, trafiliście pod zły adres. „Najmro” czerpie pewne elementy z życiorysu bandyty, tworząc portret oparty na micie romantycznego złodzieja. Wszystko zaczyna się pod koniec działania systemu PRL-u, kiedy Najmro z ferajną nadal okrada Pewexy. Ale milicja nadal jest na jego tropie, wszystko z powodu nowego gliniarza Barskiego – ambitnego, doświadczonego i nieustępliwego psa w średnim wieku. Pojawia się jeszcze jedna komplikacja, a imię jej Kobieta – Tereska, pracuje jako bileterka w kinie. I między nimi zaczyna iskrzyć, lecz by zbudować związek, on musi skończyć z ferajną oraz zniknąć z radaru milicji.

najmro2

Już od pierwszych scen rzuca się jedna rzecz – jak bardzo stylowy jest to film. Od mocno nasyconych kolorów (nawet w scenach nocnych) przez dość częste wykorzystanie slow-motion po zabawy montażowe, gdzie ekran niemal żywcem wygląda jak kadry z komiksu. Niektórzy powiedzą, że te ostatnie elementy są zbyt efekciarskie, sprawiając wrażenie teledysku, ale nie jest to zbyt nadużywane. Jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, że mamy tu pościgi samochodowe (i to bardzo dobrze zrobione), jedną strzelaninę, w tle grają hity z lat 80. (ale muzyka napisana przez Smolika też się świetnie sprawdza). Czego chcieć więcej do szczęścia – oprócz paru scen z „Klątwy doliny węża”?

najmro3

By jednak nie było za dobrze, finał robi się bardzo mroczny, choć jest jedna przewrotka na koniec. Bo wchodzimy w lata 90., gdzie bandyterka staje się bardziej bezwzględna, krwawa i brutalna w nowej rzeczywistości. Spryt zastąpiła siła, ale czy to była dobra zmiana? Musi też dojść do konfrontacji starej szkoły z nową (Najmro vs Anton, który sypnął swojego szefa), a jej wynik został sprytnie ograny. I jak to jest zagrane – Ogrodnik w roli Najmro jest rewelacyjny, pełen uroku oraz działający z głową. W scenach z Tereską (przeurocza Masza Wągrocka) iskrzą chemią i wydają się tak naturalne jak to jest możliwe. Troszkę jego ekipa wydaje się tak naprawdę tylko tłem (poza Jakubem Gierszałem jako Antonem), a chciałoby się ich lepiej poznać. W kontrze do nich jest Robert Więckiewicz, który zawsze trzyma poziom i nie inaczej jest tutaj. Twardy gliniarz, z zasadami i potrafiący użyć mózgownicy czyni go godnym przeciwnikiem Najmrodzkiego oraz jego ekipy. W ogóle na drugim planie jest parę znajomych twarzy (nie powiem kto, bo to dodatkowa frajda), dający z siebie wszystko.

Bardzo lubię takie niespodzianki, gdzie twórcy bez kompleksów i wstydu robią kino gatunkowe na poziomie oraz z własnym charakterem. „Najmro” jest kolorowym ptakiem wśród naszego kina rozrywkowego, który czaruje, uwodzi i zachwyca. Jeśli nie widzieliście, co tu jeszcze robicie?

8/10

Radosław Ostrowski

Przedszkolanka

Na pierwszy rzut oka Lisa Spinelli wydaje się być kobietą spełnioną. Mąż, dwoje dzieci w wieku licealnym, 20 lat pracy w przedszkolu – czy może czegoś brakować do szczęścia? Kobieta chodzi na zajęcia dla dorosłych z pisania wierszy, ale powiedzmy, że świat artystyczny jej dzieł nie będzie pamiętał. W końcu dochodzi do zaskakującego przełomu, a wszystko przez poznanego w szkole 5-letniego Jimmy’ego. Chłopak potrafi niczym z kapelusza rzucić kilka linijek, by potem o nich zapomnieć. Lisie udaje się zanotować wiersz i jest pod wielkim wrażeniem, dostrzegając geniusz młodego człowieka. Niespełniona artystka chce „pilnować” Jimmy’ego, by nie zmarnował swojego talentu, ale czy aby na pewno?

przedszkolanka1

Oparty na izraelskim dramacie film Sary Colangero to bardzo frapujący dramat. Jak tytuł wskazuje nie skupia się na uzdolnionym chłopaku, ale na jego nauczycielce. Kwestia talentu lub jego braku u bardzo młodego człowieka jest w zasadzie drugorzędna, jednak zmusza do postawienia sobie pytania. O to, co należy zrobić z talentem młodego człowieka – eksplorować i zostawić ku potomnych czy dać sobie z tym spokój oraz pozwolić dzieciakowi żyć swoim życiem? Dla Lisy ta relacja zaczyna zmieniać się w obsesję, chcąc niby zachować jego wiersze, lecz tak naprawdę wykorzystuje chłopca i relacja staje się bardzo niejednoznaczna. Czy ona naprawdę chce dla niego (i jego talentu) najlepsze, czy może tylko żeruje na nim i go wykorzystuje? Skrywając się za ciepłym głosem i serdecznością, w środku jest ciągle nasilające się poczucie niespełnienia, ciągłe niepogodzenie się ze swoimi ambicjami oraz brakiem talentu do pisania poezji.

przedszkolanka2

I te sprzeczne emocje bardzo delikatnie pokazuje znakomita Maggie Gyllenhaal, przez co trudno przewidzieć jej zachowanie. Do czego się ona posunie? Finał potrafi uderzyć z siłą huraganu, ale też parę drobnych scen z rodziną. Jedyną osobą wspierającą jej pasję jest kochający mąż oraz – po przesłaniu wierszy chłopaka – nauczyciel poezji o aparycji Gaela Garcii Bernala. Wydaje się być zachwycony „jej” talentem, zachęcając ją do dalszego tworzenia. A wiemy, co to oznacza – dalszą relację z chłopcem (cudowny Parker Jevak), będącą kluczem do całego filmu.

przedszkolanka3

Bez tego „Przedszkolanka” byłaby filmem zbyt dziwnym i niestrawnym. Choć toczy się powoli i bez fajerwerków, prowokuje do myślenia, a to już jest coś. Jeśli dodamy do tego zjawiskową Gyllenhaal, dostajemy naprawdę mocny dramat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Maryjki

To, że na naszym podwórku pojawiają się filmy, które nazywam porąbanymi nie jest niczym niezwykłym. Zazwyczaj są to produkcje artystyczne, sprawiające wrażenie albo oderwanych od rzeczywistości, albo są tak skrajnie pretensjonalne, iż nie do oglądania. Ale czasem z tej półki coś w najgorszym wypadku ciekawego. Taki jest przypadek „Maryjek” od Darii Woszek.

maryjki1

Bohaterką filmu jest Maria (przełomowa rola Grażyny Misiorowskiej) – 50-letnia kobieta, mieszkająca sama w domu pełnym figurek Matki Boskiej. Pracuje jako ekspedientka w sklepie, a po pracy czyta romansidła spod znaku harlequina. No i oczywiście jest dziewicą, a to stereotypu pani w średnim wieku brakuje tylko moherowego beretu oraz słuchania Radia Maryja. Jak żyć w takim stanie? Ale wszystko się zmieni. I to nie tylko z przyjazdu siostrzenicy – bardziej wyluzowanej (powiedzmy) Heleny, ale też przez wizytę u ginekologa. Lekarz zapisuje jej hormony w formie plastrów na klimakterium. Co się stanie, kiedy się weźmie za dużo hormonów? Niezła jazda.

maryjki2

Reżyserka wizualnie troszkę idzie w kierunku Wesa Andersona. I nie tylko ze względu na pracę kamery, kiedy jest przyklejona do postaci (jest ona w jednym miejscu), a wszystko inne idzie w ruch. Ale także z powodu użycia kolorystyki czy scenografii (zwłaszcza w sklepie, gdzie pracuje nasza bohaterka). Jednak „Maryjki” są tak naprawdę portretem kobiety w średnim wieku, gdzie budzi się w niej seksualność i pożądanie. Choć wiele razy zaczynamy skręcać w stronę absurdu – od drobnych majaków z obrazem Jezusa po dźwiękowe halucynacje. I ten humor potrafi czasem trafić, ale tylko czasem. Ale najbardziej intrygowały mnie sceny z Marią, przechodzącą przemianę od wycofanej do coraz bardziej świadomej swoich pragnień oraz dążenia do nich.

maryjki3

Ale choć film trwa nieco ponad godzinę, potrafi znużyć i czasem ciężko wejść do tego pokręconego świata. Sytuację częściowo ratuje drugi plan ze świetną Heleną Sujecką oraz wycofanym Januszem Chabiorem na czele, a także trzymająca w napięciu scena kolacji. W tej scenie film potrafi wejść w o wiele mroczniejsze rewiry i stanowi punkt przełomowy dla naszej bohaterki. Inną niespodzianką jest choćby mocno chóralna muzyka w tle oraz epizod Katarzyny Nosowskiej. Dzięki temu „Maryjki” to intrygujący, ciekawy wizualnie komediodramat nie bojący się sięgać po tabu jakim jest seks po 50-tce. Ale nie zawsze balans między humorem a dramatem zostaje zachowany.

6/10

Radosław Ostrowski

Obietnica

Na hasło współczesny polski film o nastolatkach czuję pewien rodzaj dreszczy na granicy z obrzydzeniem. Bo zazwyczaj takie próby kończyły się niewypałem lub rozczarowaniem (może z wyjątkiem „Sali samobójców”): sztuczne dialogi, bardzo drewniane aktorstwo, niewiarygodne postacie i/lub pewne oderwanie od rzeczywistości. Dlatego z pewnymi obawami podchodziłem do „Obietnicy” z 2014 roku, choć pewną nadzieję dawał Magnus von Horn jako współscenarzysta. Ale jak śpiewał Kazik: „nadzieja jest matką głupich i swoich dzieci nie lubi”.

obietnica1

Cała historia pokazana jest z perspektywy Lili (debiutująca Eliza Rycembel) – dziewczyny, którą wychowuje matka i jej chłopak, bo ojciec mieszka w Danii z nową rodziną. Kiedy ją poznajemy, rozmawia ze swoim chłopakiem (także debiutant Mateusz Więcławek), gdzie zarzuca mu niewierność. Dochodzi do kłótni, gdzie podczas wymiany zdań (w formie tekstowej) dziewczyna rzuca: Jeśli mnie kochasz, masz 24 godziny, żeby się jej pozbyć. Jeśli czujecie, że coś wisi w powietrzu, dochodzi do wybuchu.

obietnica2

Sam pomysł jest interesujący, dając szansę na poznanie umysłu tej dziewczyny. Z jednej strony wydaje się być zagubiona i niestablina, z drugiej bardzo silna manipulantka, świadoma swojej siły wobec swojego chłopaka. Tylko dlaczego nie mogę pozbyć się wrażenia, że te dwie osobowości nie są w stanie połączyć się w jedną osobę, co widać w wielu przeszarżowanych scenach (przesłuchanie na posterunku). Ale to nie jest jedyny problem, bo po intrygującym początku „Obietnica” rozdrabnia się, zaś sama tragedia wywołuje jedynie obojętność. Jakby wiem, że chodziło o pokazanie jaki wpływ może mieć słowo rzucone w sieci, że brak silnego autorytetu może doprowadzić do zezwierzęcenia. Że młodzi ludzie trzymają swoich rodziców w niewiedzy na temat swojego życia to wręcz oczywisty fakt. Tylko, że te wnioski wykładane przez reżyserkę są zwyczajnie banalne i brakuje mocniejszego uderzenia jak w „Sali samobójców”. Skupienie się na Lili troszkę przypomina kino skandynawskie z kamerą miejscami wręcz przyklejoną do jej twarzy, co jest pewną zaletą.

obietnica3

Ale jest to broń obosieczna – przez to „Obietnica” jest filmem chłodnym, pozbawionym emocji i zaangażowania. Jestem pewien, że był to celowy zabieg, jednak poszło to o krok za daleko. Historia nie angażuje, zaś postacie – w tym nasza bohaterka – są ledwo zarysowane, nie mając zbyt wiele do pokazania czy zaoferowania (dotyczy to głównie rodziców chłopaka). Wyjątkiem od tej reguły są: pojawiający się z Danii ojciec (mocny Andrzej Chyra) oraz chłopak matki (solidny Dawid Ogrodnik), postawienie w kontraście do siebie. Pierwszy, nieobecny i wycofany, drugi bardziej otwarty, wyluzowany oraz odpowiedzialny. Ale nawet oni nie są w stanie podnieść tego filmu na wyższy poziom.

„Obietnica” daje intrygujący początek, by dalej zakończyć się tylko niespełnieniem. Ciekawy pomysł oraz skandynawski chłód zderzone zostały z nijakością scenariusza oraz nierównym aktorstwem. Kolejna próba pójścia w trendy opowieści o młodzieży.

5/10

Radosław Ostrowski

Mistrz

Połączenie kina sportowego z realiami wojennymi brzmi jak coś szalonego. Ale jest to możliwe do zrealizowania, jeśli trzyma się reguł gry, a stawka jest wysoka i namacalna. Takie zadanie postawił sobie debiutujący reżyser Maciej Barczewski w „Mistrzu”. Co pchnęło profesora prawa do podążania ścieżką filmowca jest dla mnie tajemnicą.

mistrz (2020)4

Tytułowym mistrzem jest przedwojenny pięściarz Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski o aparycji Piotra Głowackiego. To jeden z pierwszych więźniów obozu koncentracyjnego Auschwitz, więc łatwo nie będzie. Praca fizyczna, której celem jest łamanie więźniów, by walczyli między sobą o każdy kawałek jedzenia. Przetrwanie staje się głównym celem, więc nasz bokser nie zgrywa twardziela. Ale wbrew sobie przez kapo prezentuje swoje umiejętności jako pięściarz. I to zwraca uwagę jednego z oficerów obozu, który razem z komendantem decyduje się organizować walki na ringu z Pietrzykowskim ku rozrywce dla niemieckich oficerów.

mistrz (2020)3

Brzmi aż za bardzo znajomo? Reżyser chyba zdawał sobie z tego sprawę i skupia się przede wszystkim na walce Teddy’ego. Początkowo – jak każdemu więźniowi – chodzi tylko o przetrwanie, mimo że na pierwszym apelu więźniowie są pozbawieni złudzeń, co do szans na wyjście stąd żywym. „Jedyne wyjście prowadzi przez komin krematorium” – tak mówi Raportfuhrer (zaskakujący Grzegorz Małecki), a szansy na ucieczkę praktycznie nie ma. I to poczucie beznadziei udaje się pokazać, choć ten obrazy (egzekucje, kąpiel i głosy umierających w tle) znałem i widziałem wielokrotnie. Jednak tutaj liczą się dwie rzeczy: walki Pietrzykowskiego z innymi więźniami oraz budowana relacja boksera z młodym współwięźniem – chłopcem o imieniu Janek (Jan Szydłowski).

mistrz (2020)2

Absolutnie błyszczy ten film dzięki rewelacyjnym zdjęciom Witolda Płóciennika, które pomagają w budowaniu brudnego, nieprzyjemnego klimatu. Ale także dzięki nim sceny walk są tak czytelne i pełne dynamiki. Nie są statyczne, gdzie kamera stoi w miejscu lub się delikatnie oddala, lecz niemal krąży wokół naszego bohatera, a montaż podnosi adrenalinę. A także sam Głowacki jest rewelacyjny w roli Pietrzykowskiego, głównie używając mowy ciała i pokazując wielką siłę ukrytą w drobnym ciele.

mistrz (2020)1

Ale „Mistrz” ma swoje problemy. Po pierwsze, jest bardzo skrótowy w pokazaniu życia obozowego jak i życiorysu Pietrzykowskiego. Czułem się jakby to był wstęp do większej, ciekawszej historii, urwanej w teoretycznie najciekawszym momencie. Po drugie, w zasadzie nie istnieje tutaj drugi plan, zepchnięty do bycia bezbarwną masą ze znanymi twarzami. Jedyną bardzo wyraziście zarysowaną postacią jest Raportfuhrer grany przez Małeckiego – pozornie jego twarz wydaje się obojętna, ale pod nią potrafi się skryć więcej emocji niż się wydaje. Bardzo zaskakująca kreacja w dorobku tego aktora. No i troszkę dużo chleba tam dają w tym Auschwitz.

Niemniej nie mogę powiedzieć, że „Mistrz” Bartkowskiego to absolutny niewypał, gdyż okazuje się być solidnym kinem gatunkowym ze wspaniałą rolą Głowackiego, który podnosi całość na wyższy poziom. Jednak nie mogę się pozbyć poczucia nie do końca wykorzystanego potencjału i chciałoby się więcej wyciągnąć z tej historii.

7/10

Radosław Ostrowski

Nauczycielka

Czeskie kino w naszej – przynajmniej mojej – świadomości kojarzy się z lekko jowialnymi komediodramatami, gdzie powaga i śmiech przeplatały się ze sobą. Tym bardziej jestem zaskoczony takim filmem jak „Nauczycielka”. Dzieło Jana Hrebejka z 2016 roku opowiada historię osadzoną w roku 1983 na słowackiej części kraju. Odbywa się zorganizowane przez dyrekcję zebranie rodziców w sprawie nowej nauczycielki – Marii Drezderowej. Co się stało? Doszło do pewnego incydentu, związanego z jedną uczennicą.

nauczycielka1

Reżyser przeplata dwa wydarzenia: samo zebranie i jego przebieg oraz retrospekcje pokazujące przebieg wydarzeń, które doprowadziły do tego zebrania. Ta dwutorowość może wydawać się trochę zbyt łatwym rozwiązaniem, ale działa bardzo mocno. Początkowo tylko rodzice Danki są na tyle zdeterminowani, by podpisać skargę i doprowadzić do zwolnienia Drezderowej. Jednak reszta rodziców broni ją i chcą nawet oskarżyć Kucerów o oczernianie niewinnej kobiety. Zresztą na pierwszej lekcji nauczycielka (znakomita Zuzana Maurery) nie zachowuje się podejrzanie: prosi tylko uczniów, by się przedstawili i powiedzieli czym się zajmują rodzice. Więc w czym problem? Z tym, co potem robi nauczycielka zarówno z uczniami, jak i rodzicami. W zamian za pewne – nazwijmy to przysługi – o które prosi rodziców, uczniowie dostają lepsze oceny. Chyba, że się postawisz, to masz przerąbane.

nauczycielka2

Już możecie się domyślić, że reżyser serwuje bardzo poważny dramat. Prowadzony bardzo spokojnie, jednak z podskórnie wyczuwalnym napięciem oraz narastającym poczuciem bezsilności. Bo paru osobom – zwłaszcza z tzw. wyższej sfery – taki układ odpowiada i utrzymanie status quo. Ale coraz bardziej zaczynamy słyszeć kolejne relacje osób, które decydują się mówić i pojawia się paradoks. Z jednej strony Drezderowa wydaje się być osobą budzącą sympatię, wyrozumiałą i w zasadzie miłą. Tylko, że z relacji pokrzywdzonych wyłania się portret osoby skupionej na własnych korzyściach, mistrzyni manipulacji oraz mszczącej się na osobach, które się przeciwstawiają jej. I tu zaczynają się mocne rzeczy, a demoniczność nauczycielki wynika z bierności innych ludzi niż jej samego charakteru.

nauczycielka3

Oglądałem ten film z napięciem jakby to był thriller i niemal do samego końca wyczuwałem, że to się wszystko źle skończy. Bo co może zrobić szary człowiek z potężną osobą u władzy? Odpowiedź mnie zaskoczyła, a sam film bardzo mocno polecam. Jest świetnie zagrany, napisany, zmontowany i wyreżyserowany, z masą niezbyt rozpoznawalnych aktorów w naszym kraju. Bardzo prowokujący, pełen szarości film.

8/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible – Fallout

Seria „Mission: Impossible” to obecnie jedyna marka, która stanowi jakąkolwiek konkurencję dla przygód agenta 007. Bo Ethan Hunt i grający go Tom Cruise robi tutaj takie cuda na kiju, że można zastanowić się nad „prawdziwym” pochodzeniem tej postaci. Jakby nie był zwykłym człowiekiem, ale Supermanem czy innym herosem powstałym z niezniszczalnium albo innego adamantium. Ideał amerykańskiego bohatera, którego można połamać, poobijać i wykręcić wszystkie organy, ale nie da się zabić.

mission impossible7-1

„Fallout” to szósta część przygód, która a) jest bardzo mocno powiązana z wydarzeniami poprzedniej części i b) nakręcił ją reżyser poprzedniczki, Christopher McQuarrie. Tym razem Ethan Hunt mierzy się z niedobitkami Syndykatu Salomona Lane’a zwanymi Apostołami. Celem do zdobycia jest skradziony rosyjski pluton, z którego można zbudować trzy bomby nuklearne. Ale akcja przejęcia ich w Berlinie przez ekipę IMF kończy się niepowodzeniem, przez co świat znajduje się na krawędzi zagłady. Huntowi zostaje dokooptowany do pomocy agent Walker od nowej szefowej CIA jako obserwator. I pojawia się szansa na odzyskanie skradzionych ładunków.

mission impossible7-4

Co ja wam będę mówił? Jak widzieliście poprzednie części, to wiecie czego należy się spodziewać. Akcja nakręcona adrenaliną, proste plany, które są proste tylko z nazwy oraz powroty paru starych znajomych. Skok z samolotu wysokości nastu tysięcy kilometrów, pościg na motorze przeciw policji, zdrady, zamachy, biegający tysiące kilometrów Tom Cruise, pościg helikopterów (!!!) czy bijatyka dwóch na jednego w toalecie. Nawet jeśli napięcie jest pozorowane, bo wszystkie te mistyfikacje, maski na twarzy widziałem wiele razy, paradoksalnie ten film wsysa jak odkurzacz i czekałem cały czas na kolejne szalone atrakcje. Totalne szaleństwo, czyli standard serii i nie mogę uwierzyć, że jeszcze można coś nowego wymyślić.

mission impossible7-3

Może i sama historia brzmi zbyt znajomo, bez żadnego elementu zaskoczenia, ale czy dla fabuły ogląda się serię „Mission: Impossible”? Absolutnie nie, lecz z powodu realizacji akcji i popisów kaskaderskich, a te są na bardzo wysokim poziomie. Wszystkie sceny akcji wyglądają znakomicie, wszystko jest bardzo czytelne z paroma niesamowitymi MOMENTAMI (pościg na motocyklu w Paryżu i odbicie więźnia klimatem przypominało mi… „Ronina”, tylko podkręconego, bijatyka w łazience niczym z „Prawdziwych kłamstw” oraz pościg helikopterów). Obsada też ma swoje momenty i to dotyczy zarówno starego składu, czyli Cruise’a, Pegga oraz Rhymesa, a także znajomych z „Rogue Nation” granych przez Aleca Baldwina i Rebeccę Ferguson. Jednak prawdziwym złotem jest tutaj Henry Cavill jako obserwujący akcje IMF agent Walker – potężny koksu z pięknym wąsem oraz pięściami o sile Mjolnira. Takiej mieszanki nie da się wymazać z pamięci.

mission impossible7-2

Jak to jest, że oglądając szóstą część serii nadal mam frajdę z oglądania tego wizualnego cyrku? Nie mam zielonego pojęcia, ale McQuarrie z Cruise’m nakręcili ten film z pasji. I tę pasję widać, by pójść krok dalej, zrobić masę szalonych rzeczy za kupę szmalu. Nie jest to część, która przebija poprzednią, jednak jest zbyt dobrze wykonana, by ją zignorować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Na lodzie

Są tacy reżyserzy, że stworzą jeden tak wyrazisty film, iż swoimi następnymi produkcjami nie są w stanie tego sukcesu wymazać. Taki jest przypadek Sofii Coppoli oraz „Między słowami”, czyli jej drugim filmem w karierze. Po sukcesie tej kameralnej opowieści żaden film nie spotkał się z takim uznaniem zarówno krytyki, jak i widowni. Czy zrealizowana dla Apple Tv+ produkcja „Na lodzie” zmienia ten stan rzeczy?

na lodzie1

W zasadzie punkt wyjścia dzieła studia A24 przypomina skromną historię obyczajową jakich było setki czy tysiące. Bohaterką jest Laura – kobieta z dwójką dzieci oraz czarnoskórym mężem, co prowadzi firmę start-upową. Kobieta kiedyś napisała powieść, jednak praca nad nowym dziełem idzie dość opornie. Do tego jeszcze mąż niemal ciągle w pracy, więc zajmowanie się dziećmi i domem, spadło na nią. Jeden drobny incydent zmuszą ją do zastanowienia się nad wiernością swojego męża. Wątpliwości jeszcze podsyca ojciec kobiety, który żyje samotnie we Francji i zaczyna szukać dowodów niewierności.

na lodzie2

Jak możecie się domyślić, „Na lodzie” to komediodramat pokazujący całą tą historię z perspektywy kobiety. Szkielet jest dość wątły, zaś wiele wątków pobocznych to w zasadzie albo pełnią rolę repetycji momenty (rozmowy ze znajomą podczas zaprowadzania dzieci do szkoły), albo są sytuacji jednorazowymi jak wizyta u matki Laury. W jednym i drugim przypadku są to zapychacze, które na siłę wydłużają czas seansu. Niby mają one naświetlić życie codzienne Laury (bardzo solidna Rashida Jones), jednak z czasem zaczynają zwyczajnie nużyć. Energia pojawia się dopiero z pojawieniem się ojca (Bill Murray, którego przedstawiać nie trzeba), który reprezentuje wszystko, co najgorsze mógł zrobić mężczyzna – hedonista, podrywacz, niestały uczuciowo.

na lodzie3

To właśnie dynamika między rozsądną, opanowaną Laurą a bardziej podejrzliwym ojcem są najmocniejszym punktem całego filmu. Zarówno pod względem komediowym, jak i emocjonalnym. Te wszystkie podchody, obserwacja, wreszcie rozwiązanie w postaci lotu do Meksyku. Oj się dzieje dużo i wtedy iskrzy. Szkoda, że cała reszta nie porywa, a same obserwacje na temat relacji damsko-męskich nie zaskakują niczym nowym.

Sofia Coppola chyba już do końca pozostanie reżyserem tzw. one-hit wonder. I film dla Apple Tv+ nie jest w stanie zmienić tego trendu, więc albo pozostaje zrobić sobie przerwę, albo już sobie odpuścić reżyserię i skupić się na czymś innym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Legion samobójców: The Suicide Squad

Jak wszyscy pamiętamy, pierwsze spotkanie z Legionem samobójców w 2016 roku nie należało do przyjemnych. Chaotyczna narracja, nijaka antagonistka, brak interakcji między członkami zespołu, przeładowanie ogranymi do bólu piosenkami, za dużo postaci. Innymi słowy, pomysł opowieści o antybohaterach, którzy w zamian za ratowanie świata/przywrócenie porządku mogą liczyć na skrócenie kary lub amnestię, został bezczelnie zmarnowany. Szanse na powrót wydawały się znikome. ALE zdarzył się Cud i nową opowieść o Legionie samobójców (oficjalna nazwa Task Force X) tym razem opowiada James Gunn.

Tym razem grupa kierowana przez prokurator Amandę Waller i pułkownika Ricka Flaga wyrusza na wyspę Corto Maltese. Tutaj doszło do przewrotu, gdzie obalono siłowo prezydenta. Ale celem jest tajemnicza baza w Jotunhaim, gdzie zbiegli naziści przeprowadzali bardzo niejasne eksperymenty. Teraz pojawia się nazwa Projekt Rozgwiazda, który może dotyczyć istoty pozaziemskiej. By dotrzeć do bazy i zinfiltrować ją, muszą porwać i zmusić do współpracy głównego naukowca, Thinkera. Zostają do tego wysłane dwie niezależne grupy: jedna pod wodzą Flaga (ostatecznie żywi z tego wychodzą Flag i Harley Quinn), druga Bloodsporta.

Od samego początku reżyser nie patyczkuje się i serwuje krwawą jatkę polaną bardzo czarnym humorem. Nie ma tutaj wyjaśniania, o co chodzi z Legionem i po co powstał, tylko jesteśmy rzuceni na głęboką wodę. Może fabuła i postacie wydają się znajomymi elementami (skojarzenia ze „Strażnikami Galaktyki” są nieuniknione), stanowiąc pretekst do bezpardonowej rozpierduchy (jak „Deadpool”), stawiając jednak nacisk na jedną istotną sprawę: postacie oraz relacje między nimi. Zwłaszcza, że umiejętności niektórych z nich są wręcz tak absurdalne (kontrolowanie szczurów przez Ratcatchera 2 czy Polka Dot Man strzelający… kropkami), iż mogłyby powstać w umysłach Monty Pythona. Każdy z członków zespołu ma swoją historię, ale nawet to nie pozwala przewidzieć, kto wyjdzie z tej konfrontacji żywy.

I jest to bardzo w duchu Gunna: sceny akcji są zrealizowane wręcz obłędnie (ucieczka Harley Quinn, bijatyka pokazana przez… odbicie hełmu) z bardzo dynamicznym montażem, w tle grają mniej znane piosenki lub gitarowo-perkusyjna muza Murphy’ego (daje ona adrenaliny). Tempo miejscami jedzie na złamanie karku, by potem zwolnić i dać troszkę czasu na złapanie oddechu, a także rzucenie żartem. Ale niejako przy okazji reżyser pokazuje tą ciemniejszą stronę działań rządu USA. nie chodzi tylko o zmuszanie współpracy przez szantaż. Chodzi o tuszowanie i zacieranie śladów wokół brudnych tajemnic za wszelką cenę. Nawet ludzkiego życia – tego raczej w kinie o gościach ze spandeksowymi strojami NIE dostajemy (chyba, że mówimy o serialu „The Boys”), jednak to tylko dodatek.

A w całym tym wariactwie świetnie się odnajdują aktorzy. Show kradnie znowu Margot Robbie, dodając element nieprzewidywalności oraz obłędu jako Harley, o wiele lepiej wypada Joel Kinneman (Rick Flag), pokazując nie tylko większą charyzmę, ale też mocny kręgosłup moralny, zaś Viola Davis nadal pozostaje diabelnie niebezpieczną Amandą Waller.

Jednak nowi bohaterowie też dodają sporo kolorytu, z czego najbardziej wybijają się Idris Elba oraz John Cena. Pierwszy jako Bloodsport jest cynicznym, szorstkim komandosem, trzymającym się na dystans wobec wszystkiego i wszystkich. Jednak z czasem pokazuje swoje bardziej wrażliwe oblicze oraz zadatki na lidera. Z kolei Cena w roli Peacemakera może się wydawać początkowo przerysowaną karykaturą Kapitana Ameryki (i najlepszym comic reliefem ze składu), jednak to on odpowiada za największą woltę w tej produkcji. No jeszcze nie wspomniałem o Ratcacherze II (dziecięco naiwna Daniela Melchior), naznaczonym silną traumą Polka Dot Manie (cudowny David Dastmalchian) oraz – będącym bardziej przypakowanym Grootem – King Sharku z głosem Sylvestra Stallone’a. Jedyną postacią, o której mogę powiedzieć, że nie do końca została wykorzystana jest Thinker w wykonaniu Petera Capaldiego, którego chciałoby się lepiej poznać.

Byłem więcej niż pewny, że nowy „Legion samobójców” będzie lepszy od produkcji Davida Ayera. Ale że różnica między nimi będzie aż tak WIELKA, zaskoczyło mnie całkowicie. Chyba od czasu „Deadpoola” nie bawiłem się tak dobrze na filmie superbohaterskim, a kategoria R nie jest tylko dodatkiem samym w sobie. Prawdziwa jazda po bandzie, która dostarcza wszystko, co obiecuje. To kiedy będzie sequel?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pasażer nr 4

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że wyrusza misja kosmiczna na Marsa. Jej celem jest hodowla roślin, by stworzyć ziemską atmosferę. Statek jest dwuosobowy, lecz został tak zaadaptowany, by mogły w nim przebywać trzy osoby: dowódca, lekarz oraz biolog. Dotarcie do celu ma potrwać dwa lata, jednak pojawia się tytułowa komplikacja. W przegrodzie z systemem podtrzymywania tlenu znajduje się mężczyzna, który… stracił przytomność. Sam system zostaje uszkodzony i cała misja jest zagrożona.

pasazer4-2

Joe Penna jako reżyser zaskoczył survivalowym dramatem „Arktyka”, a teraz zrobił w zasadzie podobną opowieść. Ale lepszą, bo w kosmosie!!!!!!! Prawda? Troje członków załogi, pasażer na gapę oraz coraz bardziej kurczący się tlen. I jak rozegrać tą sytuację? Ktoś musi umrzeć, bo potencjalne opcje (próba dotarcia do przodu statku ze zbiornikiem z tlenem, użycie roślin) przestają działać. Początek wydaje się spokojny, a z odkryciem tajemniczego pasażera (Michaela) pojawia się parę pytań. Skąd się tu wziął? Czemu nikt go nie zauważył? I co dalej? Ale z każdą minutą wszelkie dyskusje zaczynają tracić na sile, zmieniając się tylko w deklaracje. Dość łatwo jest ustalić kto jaki ma plan (komandor trzyma się wytycznych, biolog jest bardzo pragmatyczny, lekarka empatyczna i walczy o pasażera). Ale napięcie szybko gaśnie przez bardzo wolne, wręcz ospałe tempo. Brakuje tutaj silniejszych, bardziej intensywnych emocji. To wręcz niewiarygodne!!!

pasazer4-1

Zaskakuje bardzo minimalistyczna warstwa wizualna, ale w końcu jesteśmy wewnątrz statku kosmicznego. Scenografia względnie trzyma się realizmu, zaś kamera ma parę fajnych mastershotów jak choćby załoga idącą w sztucznej grawitacji po wnętrzu. Ale w decydującym momencie dochodzi do wyjścia na zewnątrz i wtedy – dopiero! – zaczyna odzywać się suspens. Jednak dla samego filmu było już za późno. Nie pomagały ani efekty specjalne, ani (poza zdjęciami) warstwa techniczna.

pasazer4-3

Sami aktorzy wyciskają co mogą ze scenariusza i dają radę stworzyć przekonujące postaci. Pod tym względem najbardziej wybija się Toni Collette jako komandor Marina Barnett oraz Anna Kendrick jako lekarka Zoe. Obie te role są bardzo rozbudowane i interesujące. Za to bardzo zawodzi tytułowy bohater o aparycji Shamiera Andersona, bo jest zwyczajnie nijaki i stanowi tylko zapalnik dla całej sytuacji. Kompletnie mnie nie interesował, co mnie wprawiło w osłupienie. Dawno nie byłem jeszcze aż tak rozczarowany filmem z potencjałem. To mogła być intrygująca historia o człowieczeństwie w sytuacji ekstremalnej, jednak pomysł zostaje rozwodniony przez bardzo średnią realizację. Niedogotowany film z ciekawymi składnikami.

5/10

Radosław Ostrowski