Jestem twoją kobietą

Jesteśmy gdzieś w dużym mieście lat 70-tych. Tutaj żyje Jean oraz Eddie. Ona – młoda kobieta, nie mogąca mieć dzieci, w zasadzie niesamodzielna, ciągle będąca w domu. On – ciągle wychodzi, coś załatwia, ma jakieś interesy, nie informując o tym swojej żony. Pewnego dnia przychodzi razem z niemowlakiem, mówiąc: „To jest nasze dziecko, nazwij je jak chcesz”. Tak została matką, a pewnej nocy wchodzi przyjaciel i zmusza do ucieczki, dając jej 200 tysięcy dolarów oraz namiar na znajomego.

Myśląc o kinie gangsterskim raczej przychodzą do głowy twardzi faceci, strzelaniny oraz sprawy podniosłe, poważne. Kobiety tam pełnią raczej za tło: nieme, posłuszne i niezaangażowane albo robią za ładny dodatek do męskiego świata. Ten film idzie w zupełnie innym kierunku – wyobraźcie sobie „Chłopców z ferajny” pokazanych z perspektywy żony głównego bohatera. „Jestem twoją kobietą” pokazuje bardzo trudną drogę kobiety nieświadomej do końca (albo nie zadającej pytań) działalności swojego męża. W zasadzie jest ona od niego bardzo zależna, pozbawiona własnej woli, w zasadzie będąca w domu/złotej klatce. Pozbawiona instynktu przetrwania zmuszona zostaje do walki, w czym pomagają jej obcy ludzie. A jednocześnie cały czas przypomina dziecko we mgle, powoli odkrywając prawdziwą działalność Eddie’ego oraz bagna jakie ją otacza. I tu się zaczyna cała heca.

Debiut reżyserski Julii Hart jest zaskakująco wyciszonym filmem. Nie ma tutaj popisów strzeleckich czy krwawej rozpierduchy, za to jest ciągłe poczucie niepewności i zagrożenia. Tutaj każde zapukanie do drzwi oraz drobne scenki mogą pójść w zupełnie innym kierunku. Napięcie jest budowaniu na detalach, oszczędnie dawkowanej muzyce oraz subtelnie serwowanych dialogach. Wszystko zamknięte mocnym finałem oraz bardzo przekonującą ewolucją głównej bohaterki.

A propos głównej bohaterki – jestem absolutnie porażony kreacją Rachel Brosnahan. To jak za pomocą mikrospojrzeń i bardzo drobnych gestów ta postać ewoluuje. Z samotnej i bezwolnej kobiety zmienia się w osobę z oczami dookoła głowy. Nawet paląc papierosa robi to w sposób nerwowy, pozornie tylko pozwalając sobie na chwilę oddechu. Niesamowita rola, której nie można przeoczyć.

To jest bardzo rzadkie spojrzenie na kino gangsterskie w zasadzie bez gangsterki oraz typowych elementów tego gatunku. Bardzo świeża perspektywa, choć miłośnicy strzelana, pościgów, kupy szmalu i eksplozji mogą nic nie znaleźć dla siebie. Dojrzałe, trzymające w napięciu, mocne kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Wonder Woman 1984

Trudno jest zapomnieć naszą wojowniczą Amazonkę Dianę. Nadal pracuje w muzeum Smithsonian, gdzie bada relikty przeszłości. Teraz jednak jest rok 1984, czyli czasy kiczu, abstrakcji oraz rozpędzonego konsumpcjonizmu. Pojawia się też nowe zagrożenie w postaci Donalda Trumpa, eeeee, przepraszam. Chodzi o Maxwella Lorda – medialnego przedsiębiorcę, który tak naprawdę jest bankrutem. Wierzy jednak, że dzięki pewnemu magicznemu kamieniowi znajdującemu się… w muzeum odmieni się jego los. Konsekwencje dla świata mogą być katastrofalne.

Pierwsza „Wonder Woman” była zaskoczeniem oraz światełkiem w tunelu dla Warnera i jego „uniwersum” DC. Kompetentnie zrobiona, z fajnymi scenami akcji (chociaż nadużywająca slow motion), bohaterką zderzoną z nieznaną rzeczywistością oraz… rozczarowującym finałem. Takie starcie z bossem a’la Zack Snyder, gdzie nic nie było widać. Reżyserka Patty Jenkins wyciągnęła wnioski i kontynuacja jest odrobinę lepsza, chociaż ma pewne drobne problemy. To jest nadal film akcji ze sporym budżetem, pędzącą akcją oraz charakterną protagonistką. Tutaj wszystko skupia się wobec szaleństwa, egoizmu połączonego z mocą spełniania każdego życzenia. Haczyk polega na tym, że za to jest pewna cena. Czy warto ją zapłacić? To nie jest łatwe pytanie, które jest pretekstem do rozpierduchy. Bardzo dobrze wyglądającej, z bardzo płynnym montażem oraz inscenizacją na poziomie klasyków. Ogląda się to świetnie, zaś finał (w tym starcie z Cheetah) daje o wiele więcej satysfakcji niż w poprzedniej części. A jak w tle zagra Hans Zimmer, miłosierdzia nie będzie,

Jest troszkę humoru, ale nie na tyle, by stać się Marvelem. „1984” pozostaje bardziej serio pokazując do czego może doprowadzić ślepe dążenie do sukcesu. Jenkins wydaje się pewniej prowadzić historię, chociaż zdarzają się pewne momenty przestoju. Ale w przypadku dwu i półgodzinnego filmu bywa to wręcz wskazane. Niemniej kilka rzeczy mi nie podeszło. Po pierwsze, nie bardzo czuć tu za bardzo klimatu lat 80-tych. Może poza kostiumami czy sporadycznymi piosenkami, ale to jednak za mało. Drugim – nie za dużym minusem – są efekty specjalnie, nie robiące jakiegoś wielkiego szału, lecz nie wybijają ani nie kłują mocno w oczy. Można było jednak nad tym popracować.

Także aktorsko jest tu parę ciekawych rzeczy. Gal Gadot pasuje bardzo do tej postaci i znowu to potwierdza. Obecność postaci granej przez Chrisa Pine’a może wydawać się absurdalna, ale cieszy. Próba odnalezienia się Steve’a w nowych czasach daje troszkę okazji do pośmiania się. Całość jednak kradnie dwoje o wiele bardziej wyrazistych antagonistów z bardziej prostymi motywacjami niż rozwalenie świata. Zaskakuje Kristen Wiig jako bardzo wycofana i nieśmiała Barbara, chcąca być silną, przebojową oraz dostrzeganą przez innych kobietą. Szoł jednak kradnie rozbrajający Pedro Pascal. Jego Maxwell Lord to taki Donald Trump, sprawiający wrażenie człowieka sukcesu i luzaka, ale skrywa się za tym żądny sukcesu karierowicz oraz oszust.

„1984” kontynuuje dobrą passę Warnera oraz świata DC. Reżyserska ręka o wiele sprawniej się porusza po wysokobudżetowym kinie, nie gubiąc przy tym postaci. Niemal wszystko podnosi całość na wyższy poziom, przy okazji dorzucając parę potknięć. Niemniej jak Diana walczy do samego końca, za co należy ją szanować.

7/10

Radosław Ostrowski

The Tax Collector

David Ayer to filmowiec, który ostatnio ma mocno pod górkę. Tak mniej więcej od czasu „Legionu samobójców” każdy jego tytuł kończył się rozczarowaniem. Wydawałoby się, że powrót na ulice pełne gangsterów w Los Angeles przywróci reżyserowi moc oraz siłę. Brudny, nieprzyjazny klimat, gdzie kula może pojawić się z każdej strony, a walka o przetrwanie trwa cały czas.

Bohaterami jest dwóch przyjaciół – David i Creeper. Zajmują się pobieraniem procentów z każdego interesu, działając dla przebywającego w więzieniu szefa zwanego Czarodziejem. Creeper bardziej robi tu za twardziela, co wiele przeszedł, wiele widział i wiele zabijał. Współpraca idzie dobrze, nawet bardzo, zaś każdy gang oddaje procent bez problemów. Ale sprawa zaczyna się komplikować z powodu nowego zawodnika, niejakiego Conejo. Mafiozo współpracował z kartelem, a Czarodziej próbował go wcześniej skasować. Teraz on wraca i chce wywrócić cały porządek do góry nogami.

Sam początek jest naprawdę obiecujący. Powoli poznajemy układy panujące na ulicy, szybko pracujących gangsterów oraz silną więź między naszymi bohaterami. Mimo bandyckiej profesji, rodzinne wartości są dla nich silne, co może wywołać pewną konsternację. Problem w tym, że sama historia swoim spokojnym tempem oraz większym skupieniem na wątek obyczajowy traci swój impet. I tej sytuacji nie jest w stanie zmienić ani przemoc (zbyt rzadka i mało szokująca), ani rzucane bluzgi (zbyt częste). Są tylko dwie strzelaniny i są za krótkie, a cała ta walka o przetrwanie oraz władzę okazuje się pusta, efekciarska, nieangażująca. Więcej niby dowiadujemy się w dialogach, jednak nie zawsze się to pokrywa z wydarzeniami na ekranie. Zaś finał nie daje żadnej satysfakcji i przebiega zbyt łatwo. Ayer potrafi zbudować klimat, jednak za bardzo gubi swoich bohaterów.

I bardzo szkoda tutaj aktorów, a szczególnie zaskakującego Shia LaBeoufa jako mocno narwanego, elegancko ubranego Creepera. Facet kradnie każdą sceną samą swoją obecnością, pokazując zupełnie inne oblicze. Ale nawet on nie jest w stanie wznieść całości powyżej przeciętnej. Ayer tutaj tylko udaje twardziela, a podczas konfrontacji ucieka jak tchórz. Takich ludzi nie chcecie znać, ani spłacać jakichkolwiek długów.

5/10

Radosław Ostrowski

Guns Akimbo

Znacie takich ludzi jak Miles – taki szaraczek bez osiągnięć, nienawidzi swojej pracy i jest mocno uzależniony od Internetu. Do tego ciągle kocha swoją byłą dziewczynę, co nie jest dla niej łatwe. Pewnej nocy nasz bohater decyduje się zrobić wielkie głupstwo. Wchodzi na forum internetowe Skizma – takiej gry, gdzie psychole, świrusy i zabijacy walczą ze sobą o przetrwanie. Tam pisze dużo złośliwości oraz chamskich tekstów, podchmielając sobie alkoholem. Kiedy trzeźwieje odkrywa, że ma w dłoniach… przyspawane pistolety i został dołączony do gry. Ma też pokonać najlepszą zawodniczkę czyli Nix w ciągu 24 godzin.

Zrobienie filmu w stylu gry komputerowej wydawało mi się co najmniej szalone i bardzo ryzykowne. Po pierwsze, nie ma tej immersji co gra. Po drugie, taka przeładowana stylistyka z czasem staje się nużąca. To pokazał parę lat wcześniej „Hardcore Henry”. Ale z „Guns Akimbo” jest trochę inaczej. Film Jasona Howdena jest polaną absurdalnym humorem komedią sensacyjną. Trochę klimatem przypomniał mi się „Nerve”, gdzie też była gra wirtualna i ludzkie życie było stawką. Tutaj jednak wszystko jest bardziej przerysowane, absurdalne, niedorzeczne. Fabuła jest pretekstem do pokazania strzelanin oraz zderzenia Milesa z rzeczywistością. Szaraczek znający świat z gier, tutaj musi wyjść ze swojej strefy komfortu, by obudzić w sobie wojownika oraz zacząć żyć. Brzmi głęboko, ale to nie jest poważne kino. Reżyser skupia się na bardzo dynamicznym, efekciarskim wręcz pokazywaniu scen akcji, gdzie dzieją się rzeczy. Kamera wręcz tańczy wokół postaci, kule świszczą ze wszystkich stron, a postacie rzucają czasem sucharkami.

Wszystko polane jeszcze mocno elektroniczną muzyką, która podbija rytm i buduje klimat przypominający grę komputerową. Ale także czuć podskórnie poczucie pewnego zagrożenia, z którego nie można się wyplątać. Nie brakuje tutaj zaskoczeń, przerysowanego antagonisty oraz krzywego spojrzenia na ludzi, którzy uwielbiają oglądać takie rzeczy jak Skizm. Zwykłych szaraczków, prowadzących nudne życie i nie mających odwagi czegoś zmienić. Albo szukających czegoś, co je ubarwi.

A to wszystko nie zadziałoby, gdyby nie dwie fantastyczne kreacje. Pierwszy jest ciągle zadziwiający Daniel Radcliffe, który w roli jest świetny. Początkowo przerażony, zdezorientowany i zagubiony okazuje się całkiem sprytnym facetem, w którym budzi się twardziel. Ale show kradnie Samara Weaving jako Nix i to jest postać silniejsza niż się wydaje. Może i wygląda bardziej jak chłopczyca, fetyszyzująca broń, walcząca bezwzględnie, konsekwentnie, z cynizmem oraz ironią jako wsparcie. Oboje działają jak prawdziwe petardy.

Dawno nie widziałem tak bezwstydnego, szalonego oraz ostrego kina akcji, które jest też zaskakująco przemyślane. I kolejny przykład tego jak nieoczywiste przedsięwzięcia bierze na siebie Radcliffe, który zamierza nas zaskakiwać. Cały czas mu się to udaje.

7/10

Radosław Ostrowski

7500

To miał być zwykły lot z Berlina do Paryża. Solidne niemieckie linie lotnicze, z doświadczoną załogą na pokładzie. Jednym z pilotów jest mieszkający w Niemczech Tobias Elis. Razem z nim samolotem leci jego dziewczyna, turecka stewardessa. Niestety, spokój nie jest dany na trwałe, gdyż podczas lotu kilku terrorystów próbuje się przebić do kokpitu, co udaje się jednemu. Zostaje pozbawiony przytomności, zaś kapitan zostaje ranny. Sytuacja staje się nerwowa.

Sam pomysł wydaje się prosty, ale jest bardzo efektywny. Niby było już parę filmów o porwaniu (bądź jego próbie) samolotu jak choćby „Lot 93”. Ale debiutujący reżyser Patrick Volbrath jest tego bardzo świadomy. Więc co robi? Umieszcza całą akcję w kabinie pilota, bez jakiegokolwiek kontaktu z zewnątrz. Chyba, że włączy widok kamery od drzwi. Poza tym totalna izolacja, komunikaty radiowe, walenie do drzwi oraz ciągłe poczucie zagrożenia. Takimi prostymi środkami buduje się napięcie, wynikające z tego jak pilot samolotu radzi sobie z taką sytuacją. Niby są pewne procedury (za wszelką cenę nie otwierać drzwi do kabiny), ale na takie zagrożenie nigdy nie jest się w stu procentach przygotowanym. Emocje będą brały górę nad wszelkimi procedurami, bo w końcu są to tylko ludzie. Wszystko oparte jest tutaj na miejscami bardzo nerwowym montażu oraz pracy kamery, jeszcze bardziej podkręcając napięcie niemal do samej granicy. Jak w takiej sytuacji może zachować się człowiek – pilot, terrorysta? Gdzie jest granica radzenia sobie z presją, stresem, napięciem? Niby nie ma tu elementu zaskoczenia, a jednak „7500” potrafi walnąć między oczy.

Wszystko to by nie zadziało, gdyby nie dawno nie widziany Joseph Gordon-Levitt w roli pilota Elisa. Aktor przez niemal większość czasu jest zdany tylko na siebie, a kamera niemal wręcz przykleja mu się do twarzy. A na niej malują się wszelkie emocje: od strachu i lęku po opanowanie oraz spokój. I to wszystko pokazane jest bardzo dobrze, bez łaszczenia się o poklask czy stosując emocjonalny szantaż. Oprócz niego wybija się Omir Memar jako skonfliktowany terrorysta Vedat, będący ofiarą manipulacji swoich kolegów. I tak para napędza drugą, pozornie mniej gwałtowną połowę filmu.

To jest kolejny przykład filmu, gdzie liczy się pomysł oraz konsekwentna realizacja, a nie duży budżet. Trochę budziło mi skojarzenia z „Winnymi”, gdzie też mieliśmy zamkniętą przestrzeń oraz podnoszone napięcie, co jest mocną rekomendacją.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Willy’s Wonderland

Sprawa wydaje się być prosta jak konstrukcja cepa. Jest tu małe miasteczko, o którym wszyscy już zapomnieli. A tam był tytułowy plac zabaw dla dzieci, gdzie były mechaniczne zwierzątka i można było spędzić czas z rodziną. Coś jednak poszło nie tak, a budynek stał się siedliskiem zła. Opustoszały, zamknięty, zapomniany. Tutaj przybywa nieznajomy, przejeżdżający po drodze. Psuje mu się auto, a nie ma jak zapłacić za naprawdę mechanikowi. Gotówki brak, a bankomaty nie działają. I dostaje szansę na spłatę: ma wysprzątać w ciągu nocy Plac Zabaw Willy’ego w zamian za naprawę. W tym samym czasie do budynku zbliża się grupa nastolatków, którzy chcą spalić budynek.

Dziwnymi torami toczy się kariera Nicolasa Cage’a, który jeszcze 15 lat temu potrafił prezentować się w imponujący sposób. Ale od tego czasu Hollywood nie upomniało się o niego, a sam aktor utknął w B-klasowych śmieciach. Ostatnie lata jednak zaskakują ciekawych doborem produkcji: „Geniusze zbrodni”, „Mandy”, „Historia wulgaryzmów”. Czy do tego grona dołączy ten film Kevina Lewisa? Odpowiedź nie jest jednoznaczna.

Sam film jest klasycznym slasherem, osadzonym w jednej przestrzeni. Wrogami są tutaj zmechanizowane zwierzątka, które mordują nastolatków. Bo chcąc ratować naszego bohatera, idą do środka. Co może pójść nie tak? Oczywiście, nastolatki inteligencją nie błyszczą, więc są bardzo łatwym celem, a ich zgony (prawie wszystkich) dają odrobinę frajdy. Sam film brzmi jak kino klasy B z niezbyt dużym budżetem oraz bzdurną fabułką. Czemu maszynki zabijają dowiadujemy się za pomocą retrospekcji i brzmi… idiotycznie. I co z tego? Absolutnie nie przeszkadzało mi to, a bardziej liczyła się rzeźnia. Że zamiast krwi jest olej? Żaden problem. Jasne, jest to przewidywalne oraz brakuje jakiegoś mocnego elementu zaskoczenia, jednak efekt końcowy jest bardzo przyzwoity.

Tutaj liczy się tylko jeden gość i jest to Nicolas Cage. Rola jest świetna oraz zaskakująca. Wynika to z faktu, że aktor… w ogóle się nie odzywa. Zupełnie jakby był protagonistą gry komputerowej, co zdarzyło mi się oglądać tylko raz (pamiętacie Hardkorowego Henryka?). I tutaj to działa, bo aktor tutaj wszelkie emocje wyraża twarzą oraz mową ciała. Jedyną wybijającą się postacią jest tutaj szeryf z mroczną przeszłością (cudna Beth Grant), bo drugi plan tutaj po prostu jest.

Jeśli szukacie filmu do obejrzenia z kumplami przy piwku (najlepiej marki Łomot) i lubicie śmieciowe kino bez ambicji, „Willy’s Wonderland” spełni wasze oczekiwania. Cage znowu prezentuje wysoką formę, rzeź jest fajna (chociaż trochę krótka), a realizacja całkiem solidna. Czysty fun i nic więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach?

Sam tytuł może wprawić w zaskoczenie, bo czego można oczekiwać? Kina edukacyjnego o tym jak zagadać przedstawicielkę płci pięknej przez niedoświadczonego chłopaka? Młodzieżowej komedii w stylu „American Pie” ze sprośnymi żartami? A może jest to film erotyczny? Na każde z tych pytań odpowiedź jest jedna: NIE. Ale to jest film o miłości, niekoniecznie fizycznej, za to w duchu punka.

Jest Londyn roku 1977, kiedy królowa Elżbieta II świętowała 25 lat siedzenia na tronie. I to w tych czasach narodziła się muzyka punkowa – antysystemowa, bez szacunku dla starszych ludzi (w sensie od rodziców wzwyż). A jednym z jej fanów jest niejaki Emm. Jest młodym chłopakiem, co buja się z dwoma kumplami od imprezy do imprezy, słucha muzy punkowej, a nawet wydaje taki fanowski magazyn. Pewnej nocy idzie pokątnie na imprezę i poznaje Ją. Taką kobietę, z którą chciałoby się pożyć, a może nawet spędzić resztę życia. Ma na imię Zan i… jest kosmitką o ciele kobiety. Zresztą na tej imprezie niemal wszyscy to przybysze z innej planety, którzy przybyli zaszaleć po raz ostatni.

Reżyser John Cameron Mitchell postanowił wziąć na warsztat opowiadanie Neila Gaimana. To wyjaśnia skąd takie pokręcone elementy, ale nawet nie jesteście na to gotowi. Bo jest dziwacznie, klejąc komedię romantyczną w duchu kina niezależnego z SF oraz dawką absurdalnego poczucia humoru. I powiem szczerze, że nie dowierzałem. Punkowa muza, zbuntowani młodzi ludzie, kosmici żywiący się swoimi dziećmi oraz podzieleni na kasty, menadżerka zespołu żyjąca dosłownie punkowym stylem życia, dziwaczny seks. Od samego wymieniania już mnie boli głowa, a reżyser jeszcze eksperymentuje z formą. Najbardziej czułem to w scenie koncertu, gdzie Zan zostaje wokalistką, okraszona animowaną wstawką.

Ogląda się to z zaciekawieniem, ale wielokrotnie w trakcie seansu zdarzało mi się „wyłączyć”. Gubiłem rytm, wątki mieszały się ze sobą i wywoływały dezorientację, zaś absurd czasami do mnie trafiał (koncert czy próba odbicia Zen siłowo przerwana… chwilką na herbatę), a czasem nie (erotyka czy tłumaczenie zasad kosmitów). Sytuację ratują dwie fantastyczne role – odrealniona Elle Fanning (próbująca się odnaleźć w naszym świecie Zen) oraz kradnąca film Nicole Kidman w charakteryzacji a’la David Bowie z „Labiryntu” (menadżerka Boadicea). Dawno nie widziałem tej aktorki w tak energetycznej, postrzelonej i wariackiej kreacji.

„Jak rozmawiać z…” to bardzo dziwaczny film, który nie każdemu się spodoba. Czasami zbyt absurdalny, postrzelony i próbujący skleić kilka gatunków ze sobą. W nie zawsze udany sposób, ale z pasją oraz punkową duszą.

6/10

Radosław Ostrowski

Nowi mutanci

Seria filmów o X-Men po wpadce w postaci „Mrocznej Phoenix” oraz przejęciu 20th Century Fox przez Disneya została niejako zamknięta. Mutanci na pewno pojawią się w MCU, ale przyjdzie nam na nich jeszcze poczekać. Pojawiło się jednak coś w rodzaju skromnego epilogu dla całej marki, choć droga była bardzo wyboista. Zdjęcia nakręcono latem 2017 roku, a premiera miała pojawić się rok później. Niestety, spięcia między reżyserem a studiem plus fuzja Foxa doprowadziła do 3-letniej (!!!) obsuwy. Ale w końcu są „Nowi mutanci”, gdzie jesteśmy w samym świecie X-Men, ale bez żadnej rozpoznawalnej postaci cyklu.

Cała historia skupia się na piątce nastoletnich dzieciaków z mocami, którzy trafiają do szpitala psychiatrycznego. Kierująca ośrodkiem doktor Reyes prowadzi terapię w celu kontrolowania ich mocy. Ale czy aby na pewno? Budynek otoczony jest niewidzialną barierą (niczym kolonia z „Gothica”), a budynek w zasadzie jest niemal pusty. Oprócz naszych pacjentów i lekarki, a całą historię poznajemy z perspektywy Dani. Młoda dziewczyna indiańskiego pochodzenia, Dani, trafia do tego miejsca jako jedyna ocalona z niewyobrażalnej tragedii – cała osada (i jej ojciec) zginęli wskutek tornada. Nie jest ona świadoma swoich mocy w przeciwieństwie do współtowarzyszy.

Film niejako podzielić na dwie mocno wyróżniające się części. Pierwsza bardziej skupia się na relacji Dani z pozostałymi mutantami. I są to bardzo wyraziste, choć czasami wycofane postacie. Schizofreniczna Iljana, małomówny, ciągłe połamany Sam, przystojny i dziany Roberto oraz mocno wierząca Rahne. Ich moce odkrywamy bardzo powoli, bez pośpiechu, a nad wszystkim unosi się duch niezależnego kina inicjacyjnego. Ale cały czas jest skrywana tajemnica oraz prawdziwe intencje stojące za tym niby szpitalem. A może jest to bardziej więzienie czy może ośrodek badawczy?

Dopiero w drugiej połowie reżyser podkręca śrubę i zaczyna pojawiać się groza, obecna krótko na początku. Poznajemy moce naszych postaci (od teleportacji przez użycie energii słonecznej po przemianę w wilkołaka), a także mroczne tajemnice oraz lęki każdego z nich. I wtedy jest naprawdę niepokojąco, nawet krwawo i brutalnie (bliżej końca). Zaskoczyło mnie to bardzo, zaś finał daje wiele satysfakcji. Problem jednak w tym, że to mnie nie porwało za bardzo. Nie oznacza to, że się nudziłem. Efekty specjalne są całkiem przyzwoite, sceny grozy odpowiednio zmontowane – czuć rękę fachowca. Ale zabrakło mi jakiegoś mocniejszego uderzenia oraz większego… straszenia.

Pochwalić za to trzeba aktorów, gdzie czuć silną chemię między nimi. Największą niespodzianką dla mnie była Blu Hunt jako Dani – zagubiona, niepewna, skrywająca bardzo niepokojącą moc. Czy będzie w stanie ją kontrolować? Jak zareaguje na to reszta grupy? I czy się w tym bajzlu odnajdzie? Oprócz niej bardzo dobrze wypada Maisie Williams (Rahne) – relacja tej dwójki postaci to najmocniejszy punkt tego filmu, stanowiąc dla mnie emocjonalny kościec. Ale całość kradnie Anya Taylor-Joy jako Iljana – bezczelna, arogancka, kierująca się własnymi zasadami. Wręcz gotowa zabić każdego, kto stanie na jej drodze. Tylko, że za tym skrywa się zupełnie inna, bardziej delikatna twarz. Bardzo silna mutantka w tym gronie. Reszta składu (Charlie Heaton, Henry Zaga i Alice Braga) też ma swoje przysłowiowe pięć minut, trzymając poziom.

Jak na produkcję mocno „odleżoną”, mutanci Boone’a prezentują się naprawdę przyzwoicie. Kameralny charakter i skupie się na relacjach daje wiele frajdy, może poza ostateczną walką z kreaturą w CGI. Zakończenie daje pewną furtkę na kontynuację, jednak nie widzę na to szans. Kompetentna robota, choć można było bardziej straszyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mank

Dzisiaj sobie odświeżyłem sobie „Obywatela Kane’a” i nie była to kwestia przypadku. Podjąłem się tego, kiedy pojawiła się informacja od Netflixa. Mianowicie, że David Fincher – jeden z moich ulubionych reżyserów – podpisał 4-letnią umowę na wyłączność dla streamingowego giganta. Jednym z dzieł tej umowy jest „Mank”, czyli o pracy nad scenariuszem reżyserskiego debiutu. Film, gdzie Welles miał pełną kontrolę nad swoim dziełem, bez ingerencji studia i nakręcić na dowolny temat. Kwestia autorstwa zaś pozostaje dyskusyjna, choć w czołówce wymienieni są Orson Welles oraz Herman J. Mankiewicz – producent, dziennikarz oraz doświadczony scenarzysta.

Scenariusz do „Manka” powstał ponad 30 lat temu przez ojca Davida Finchera, Jacka (zmarł w 2003 roku), film zaś miał powstał po „Grze”, a główne role mieli zagrać Kevin Spacey i Jodie Foster. Lata mijały i dopiero dzięki Netflixowi sprawa ruszyła z kopyta. Jaki jest efekt? Cóż, może powiem po kolei.

Sama historia skupia się na Hermanie Mankiewiczu, który po wypadku samochodowym, gdzie złamał nogę, dostaje propozycję. W szpitalu od młodego filmowca, Orsona Wellesa. Ma dla niego napisać scenariusz w dwa miesiące na ranczu z dala od cywilizacji, alkoholu i hazardu. Za to z pielęgniarką oraz sekretarką przepisującą pomysły Manka. Wskutek umowy nasz bohater ma nie być wymieniony w czołówce jako scenarzysta.

Cały film pokazuje pracę Manka nad tekstem (to akurat nie zajmuje nawet 1/3 całego filmu), reakcji ludzi z najbliższego otoczenia oraz retrospekcjami z lat 30., czyli okresu aktywnej pracy scenarzysty. Praca nad „Obywatelem Kane’m” dla Manka staje się pretekstem do pewnego rodzaju rozliczenia i świadomym gwoździem do trumny wobec swojej kariery. A wszystko to w czasach moralnej degrengolady Hollywoodu – na zewnątrz Krainy Snów, gdzie wierzy się, że King Kong jest wysoki na 10 piętek, a 40-letnia aktorka jest dziewicą. Bo to leży w kwestii producentów, zaś praca przy filmie to gra zespołowa, gdzie nie ma miejsca na indywidualizm. I jeszcze jedna kwestia, czyli zbliżenia kina z polityką oraz wykorzystywanie jej do politycznych celów jak kampania wyborcza na urząd gubernatora. Oraz jaka jest cena sprzedania się do tych celów. To wszystko brzmi fascynująco, a kilka scen pozostaje mocno w głowie.

Są jednak dwie istotne sprawy, o których musicie wiedzieć przed obejrzeniem „Manka”. Po pierwsze, musicie znać „Obywatela Kane’a”, bo Fincher mocno się do niego odwołuje. I nie chodzi tu tylko o czarno-białe zdjęcia (fantastyczna robota Erica Messerschmitta – solidna, niemiecka marka 😉) czy utrzymaną w jazzowym tonie, inspirowaną Bernardem Herrmannem muzyką. Ale też chodzi o skupienie na detale, konstrukcję scenariusza (praca Manka przeplatana jest retrospekcjami) oraz wiele podobnych – nie identycznych – scen. No i druga sprawa: bez znajomości historii, zwłaszcza historii kina lat 30. nawet nie podchodźcie. Bo Fincher nie będzie niczego tłumaczył, prowadząc za rączkę, tylko rzuci na głęboką wodę. Pojawia się masa nazwisk i postaci – Mayer, Thalberg, Hearst, Joseph Mankiewicz, Upton Sinclair – oraz odniesień do epoki, literatury, kultury, że bez tej wiedzy nie odnajdziecie się. To najbardziej hermetyczny i niewygodny dla widza film. Być może też dlatego miałem takie wrażenie, jakby oglądał film przez szybę.

Trudno mi się realizacyjnie do czegokolwiek przyczepić – ten film wygląda i brzmi zachwycająco. Nawet dźwięk brzmi jak z kina lat 40. Takiej imitacji nie widziałem od czasu „Artysty” oraz „Dobrego Niemca”. Zagrane jest to pierwszorzędnie – Gary Oldman to klasa sama w sobie, zaskakuje bardzo pozytywnie Amanda Seyfried jako dziewczyna/żona Hearsta, a przebogaty drugi plan prowadzony przez Charlesa Dance’a (Hearst) bywa wręcz oślepiający.

Niemniej „Mank” nie jest filmem, w którym zakochacie się od razu. Jestem więcej niż pewny, że z kolejnymi seansami ten film będzie rósł w moich oczach. Ale na chwilę obecną to „tylko” bardzo dobre kino, pokazujące skupioną na detalach pracę Finchera. Szanuję, podziwiam, lecz „jeszcze” nie wielbię, a ocena końca jest naciągana. Troszkę.

8/10

Radosław Ostrowski

Biały, biały dzień

Islandia, zimny kraj pełen zimnych ludzi, tłumiących gorące namiętności. Tutaj przyszło żyć niejakiemu Ingimundurowi – policjantowi, który stracił żonę, remontuje dom, a jedyna osobą trzymającą go przy życiu jest wnuczka. Jeszcze też chodzi na terapię, choć nic mu nie daje. Odkrywając rzeczy zmarłej żony odkrywa, że nie wiedział o niej wszystkiego. I że przyprawiała mu rogi.

Kino skandynawskie znane jest z tego, że pozornie wydaje się chłodne, jednak jak się bliżej przyjrzeć, to aż się gotuje. Takie jest też dzieło Hlynura Palmassona, robiący kino gatunkowe w arthouse’owym stylu. Czuć to od pierwszej sceny wypadku we mgle, nakręconej w jednym ujęciu. Wiele będzie takich nietypowych kadrów czy mastershotów, co dodaje mu charakteru. Same zdjęcia, jeśli pokazują bohaterów to albo z bardzo bliska (pierwsza scena wizyty u terapeuty), albo przez szyby z daleka. I to wszystko służy pokazaniu portretu człowieka niepogodzonego ze stratą najbliższej osoby. Tylko jak sobie z tym poradzić? Z tym żalem, wściekłością oraz coraz bardziej wzbierającym gniewem. W końcu musi dojść do eksplozji i konfrontacji, jednak droga do niej jest bardzo powolna. Napięcie zaś jest podskórnie obecne przez cały czas, nie do końca dając jakiekolwiek wskazówki co dalej.

W zasadzie jest to dramat psychologiczny, miejscami polany gwałtownymi scenami agresji (wybuch podczas terapii prowadzonej online), zaś kulminacją jest konfrontacja z kochankiem na świeżo wykopanym dole. Wtedy reżyser pokazuje pewien moment przebudzenia Ingimundura (znakomity Ingvar Sigurdsson), który od wypadku wydaje się bardziej chłodny i wycofany niż Skandynawowie przyzwyczaili. Bo tak naprawdę przez cały czas odczuwa tylko ból oraz pustkę, którą chce w jakiś sposób zapełnić. A wspólne sceny z wnuczką (cudowna Ida Mekkin Hlynsdottir) wnoszą odrobinę światła do tego dość ponurego świata. I ta dynamika działa najmocniej.

Kto się spodziewał kina zemsty w stylu amerykańskich akcyjniaków lub przynajmniej „Trzech billboardów…”, to będzie rozczarowany. Dzieło Palmassona jest bardziej stonowane i pod koniec zaczyna eksplodować, czyniąc film satysfakcjonującym. Głębokie wejście w umysł człowieka niepogodzonego ze stratą oraz zemsta zrobiona w mniej oczywisty sposób. Wciągające, ale nieoczywiste kino.

7/10

Radosław Ostrowski