Bez skrupułów Toma Clancy’ego

Fanom thrillerów nazwisko Toma Clancy’ego nie wymaga przedstawienia. Zmarły w 2013 roku pisarz specjalizował się w technothrillerach, gdzie skupiał się na napiętej sytuacji geopolitycznej, technologicznych wynalazkach, intrygach na szczycie władzy oraz próbujących ich powstrzymać agentach CIA lub wojskowych. To Clancy stworzył postać Jacka Ryana, a także wojskowego Johna Clarka, tworząc o nim osobną serię rozpoczynającą się powieścią „Bez skrupułów”.

Plany adaptacji tej książki zaczęły się na początku lat 90., kiedy Clarka miał zagrać Keanu Reeves. Ostatecznie jednak wszystko zaczęło się krystalizować w 2018 roku, gdy obsadzono w tej roli… Michaela B. Jordana, zaś za kamerą stanął włoski reżyser Stefano Sollima. Z kolei historia została uwspółcześniona i zaczyna się od odbicia agenta CIA z rąk Syryjczyków w Aleppo. Dopiero na miejscu John Kelly razem z dowódczynią, komandor Karen Green odkrywają, że miejsce przetrzymywania to tak naprawdę magazyn wojskowy… Rosjan. Trzy miesiące po akcji zaczynają ginąc jej uczestnicy, ale zamiast Kelly’ego zostaje zabita ciężarna żona. Dla mężczyzny pozostaje już tylko jedno – zemsta.

Na papierze brzmi to bardzo interesująco, prawda? Zemsta, grubszy spisek, nieczyste zagrywki osób gotowych podpalić świat dla własnych korzyści, wywiad, wojsko. Niby akcja dzieje się w wielu częściach świata, a wygląda to jakoś strasznie tanio. Sama akcja ogranicza się do bijatyk (świetna walka Kelly’ego w celi więziennej) oraz strzelanin, którym zwyczajnie brakuje kopa czy adrenaliny. Wiem, że u Clancy’ego akcja była tylko dodatkiem do trzymającej w napięciu opowieści. Problem w tym, że historia jest bardzo przewidywalna, napięcie siada w połowie i już nie wraca, a samo wykonanie jest w najlepszym wypadku poprawne. Brakuje w tym wszystkim ognia oraz serca.

Jedyną w pełni działającą rzeczą jest Michael B. Jordan jako Kelly, który później staje się Clarkiem.  Wygląda groźnie, ma tonę charyzmy i bardzo przekonująco wypada jako bezwzględnie dążący do celu mściciel. Taki o wiele lepszy i wyrazistszy Liam Neeson, potrafiący w samotności pokazać swój ból i stratę. Ale tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy. Reszta obsady nie dorównuje mu poziomem – najbliżej jest Jodie Turner-Smith jako komandor Karen Greer, czyli dowódca Kelly’ego. Jedyna osoba, przed którą czuje respekt i tworzy silną więź. Ale Guy Pierce jako sekretarz stanu stanowi przykład człowieka-spojlera, wokół którego główny twist jest aż nadto widoczny.

Wielka szkoda, że „Bez skrupułów” to takie rozczarowanie. Po takim reżyserze jak Sollima oraz takim scenarzyście jak Taylor Sheridan należało oczekiwać dużo więcej. Niby finał sugeruje ciąg dalszy, ale po chłodnym odbiorze nie liczyłbym na to.

5/10

Radosław Ostrowski

Luca

Ile można mówić o tym Pixarze? Że to nie rysownicy i animatorzy, tylko czarodzieje kreujący niezwykłe światy, że jakość ich animacji jest na najwyższym poziomie? I nigdy nie zrobili filmu złego. Parę rozczarowujących – tak, bo sami sobie bardzo wysoko podnieśli poprzeczkę. Tym bardziej mnie zaskoczył brak dużego szumu wokół ich ostatniego dzieła, czyli „Luca”. Czy to wynika z faktu, iż jest to debiut reżyserski? Enrico Casarosa nie ma jednak czego się wstydzić, bo ten film naprawdę mu wyszedł. Ale może po kolei.

Jesteśmy we Włoszech lat 50., a dokładnie w nadmorskim miasteczku Portorosso. Pod wodami tej okolicy mieszkają wodne monstra, które po wejściu na powierzchnię przybierają ludzką twarz. Taki jest właśnie Luca, który mieszka z rodziną i pilnuje rybich… owiec. No i nie może wyjść na powierzchnię, bo jest niebezpiecznie – ludzie, statki oraz takie inne groźne rzeczy. Chłopiec, jak na każde dziecko przystało, jest zbyt ciekawe świata i poznaje niejakiego Alberto. Chłopak mieszka w wieży i o wiele lepiej sobie radzi na zewnątrz, czyli na wyspie poza miasteczkiem. W samy Portorosso odbywa się coroczny triatlon, który od lat wygrywa miejscowy rozrabiaka, Ercole Visconti. Pokonanie go da szansę chłopakom na spełnienie marzenia, czyli kupna skutera Vespa. Jednak bez pomocy nie dadzą sobie rady i tu pojawia się zdeterminowana Giulia.

Jak widzicie, sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa, ale nie oznacza to, iż „Luca” jest filmem nudnym. Bo wątków jest tutaj sporo, choć najbardziej liczą się dwa. Pierwsza to przyjaźń między dwoma chłopakami, która – ze względu na miejsce akcji –  skojarzyła mi się z… „Tamte dni, tamte noce”. Luca i Alberto niby są z tego samego świata, ale jakby nie do końca. Alberto wydaje się być tym odważniejszym, nie bojącym się ryzyka oraz swoich marzeń, zaś Luca jest zafascynowany nowym otoczeniem, napędzany przez ciekawość. Kiedy jednak do duetu dołącza Giulia, wszystko się komplikuje i pojawia się zazdrość. Ale jest jeszcze ważna kwestia, czyli lęk przed obcym z obydwu stron. Ludzie i morskie potwory boją się nawzajem, a strach mieszkańców jest pokazany w samym wyglądzie Portorosso, gdzie przewijają się elementy związane z morzem, harpunami i innymi narzędziami zmniejszania populacji wodnych organizmów. Strach jednak wynika z poczucia obcości wobec tego, co inne, nieznane, nie mniej jest szansa na przełamanie tego irracjonalnego lęku.

Osadzenie akcji we Włoszech lat 50. buduje troszkę nostalgiczną otoczkę, odtworzona ze sporymi detalami (włącznie z pokazanym w telewizji fragmentem filmu Federico Felliniego) oraz włoskimi piosenkami z epoki. Animacja może nie powala szczegółowością jak inne produkcje Pixara, ale ta stylizacja działa na plus. Jeśli miałbym wymienić ulubione sceny, to momenty materializacji marzeń tytułowego bohatera, które oszałamiają wizualną kreatywnością i skręcają ku surrealizmowi. Ale sceny podwodne także prezentują się bardzo dobrze, więc trudno technicznie się do czegoś przyczepić. O humorze nie zapomniano, tak jak o sympatii wobec postaci (poza Ercole) oraz emocjonalnym zaangażowaniu. A bez tego ostatniego, „Luca” byłby tylko średniakiem, zaś sceny treningu przed triatlonem jak i same zawody zainscenizowane są fantastycznie.

Polecam obejrzeć ten film z oryginalną ścieżką dźwiękową, gdzie słychać fantastycznie dobrane trio: Jacob Trambley/Jack Dylan Glazer/Emma Berman w głównych rolach. Cudownie słyszy się te głosy z wplecionymi włoskimi słówkami, zaś aktorzy (między innymi Maya Rudolph czy zaskakujący Sacha Baron Cohen) czarują i nie czuć zgrzytu. Ale jestem pewny, że polski dubbing też da radę (bo zawsze daje, zwłaszcza kiedy reżyserem jest Wojciech Paszkowski).

Niewiele oczekiwałem po „Luce”, ale dostał bardzo sympatyczny, pełen uroku i magii film. Może i jest on bardziej skierowany do młodego widza niż dorosłego, ale to absolutnie nie przeszkadza w czerpaniu wielkiej przyjemności z oglądania. Tą sztukę potrafią osiągnąć najlepsi. A że piszę te słowa podczas bardzo intensywnego deszczu, to przeniesienie się w słoneczną Italię jest bardzo miłą odskocznią od widoku z okna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kingsman: Złoty krąg

Do dziś pamiętam jak mnie uderzyło pierwsze spotkanie z Kingsmanami. Nie kojarzycie ich? To brytyjska niezależna, elitarna komórka wywiadowcza, gdzie dołączył do niej młody chłopak z ulicy. Po wydarzeniach z pierwszej części Eggsy działa jako pełnoprawny członek o kryptonimie Galahad. Świat został ocalony, a facet poznał pewną skandynawską księżniczkę, z którą planuje związać przyszłość. Niestety, stracił mentora Harry’ego, co mocno się na nim odbiło, a kłopoty dopiero się zaczynają. Albowiem siedziba Kingsmanów i wszyscy agenci zostają zmieceni z powierzchni ziemi. Wszyscy, oprócz Eggsy’ego oraz Merlina. Kto za tym stoi i dlaczego dokonał tego ataku? Panowie są zdani na siebie, ale udaje się znaleźć wsparcie w postaci kuzynów z USA – Statesman.

„Złoty Krąg” w zasadzie to jest powtórka z rozrywki, tylko jeszcze bardziej podkręcona, brutalna, efekciarska i porąbana. Im więcej bym wam zdradził z fabuły, tym mniejsza szansa na frajdę z kolejnych niespodzianek. Bo jeśli myślicie, że Matthew Vaughn wystrzelał się z pomysłów i inscenizacji, jesteście w wielkim Błędzie. Reżyser lawiruje między drobnymi wątkami obyczajowymi (kolacja z rodziną królewską), szpiegowską intrygą a kompletną zgrywą. Wszystko polane bardzo ironicznym, brytyjskim poczuciem humoru oraz niemal teledyskowym sposobem realizacji. I to wszystko nadal działa, serwując prawdziwy rollercoaster. Ale jeśli nie oglądaliście pierwszej części, możecie nie bawić się aż tak dobrze, bo odniesień i aluzji jest od groma.

Akcja jest szalona, gdzie krew i odrywane kończyny lecą oraz leją się we wszystkie możliwe kierunki, a fabuła potrafi zaangażować. Bo nadal zależy nam na Eggsym (świetny Taron Egerton) i jego ekipie. Chociaż sami Statesmani też są niczego sobie – mocno przesiąknięci amerykańską kulturą kowboje, których ksywy są od rodzajów alkoholu, a w uzbrojeniu mają choćby lasso i rewolwery. Dzięki temu sceny rzezi i masakry nabierają jeszcze większej mocy (bójka w barze czy zadyma we Włoszech), mimo poczucia pewnej wtórności. Choć muszę przyznać, że powrót Harry’ego zza grobu (uroczy Colin Firth balansujący między nieporadnością a byciem totalnym kozakiem) nie wydaje się pomysłem z czapy wziętym.

I jak to jest cudownie zagrane, choć nie wszyscy aktorzy zostają w pełni wykorzystani. Stara wiara w postaci tria Firth-Egerton-Strong ciągle trzyma fason, a chemia między nimi jest wybuchowa niczym pole minowe przed eksplozją. Jeśli chodzi o nowych herosów, to tutaj Statesmani mają masę znanych twarzy, choć w pełni wykorzystani zostają Halle Berry (Ginger, czyli amerykański odpowiednik Merlina) oraz świetny Pedro Pascal jako twardy kowboj Whiskey. Co ten facet robi z lassem i biczem, czyni go największym zagrożeniem świata. Troszkę w cieniu jest zarówno Jeff Bridges (szef Champagne) oraz Channing Tatum (Tequila), zwłaszcza tego drugiego chciałoby się zobaczyć w akcji. Za to głównym złolem jest tutaj panna Poppy w wykonaniu Julianne Moore, która jest o wiele lepsza od Valentine’a. Jeszcze bardziej przerysowana o prezencji pani domu z lat 50., z diabolicznym planem podboju świata i tak słodkim uśmiechem, że może przyprawić o ból zębów.

„Złoty Krąg” to godna kontynuacja szpiegowskiej parodii, podnosząca wszystko do kwadratu. Jeszcze brutalniejsze, bardziej szalone i komiksowe. Aż boję się pomyśleć, z czym jeszcze wyskoczy Vaughn w kolejnej części. Bo przecież będą, prawda?

7/10

Radosław Ostrowski

Ad Astra

W ostatnim czasie nie brakuje ambitnych filmów SF za duże pieniądze. „Interstellar”, „Marsjanin” czy „Pierwszy człowiek” – to niektóre przykłady, do których zdecydowanie próbuje dołączyć nowy film Jamesa Graya. Historia skupia się na astronaucie, majorze Royu McBride, który dostaje bardzo poważne zadanie. Ziemia zostaje zaatakowana przez coś, co nazwano Udarem – fale antymaterii, które niszczą elektryczne urządzenia na planecie i może doprowadzić do zniszczenia życia. Major wyrusza z tajną misją rozwiązania źródła problemu.

Dziwaczny to film, na pewno nie dla ludzi, którym kino SF kojarzy się z epicką napierdalanką, wybuchami oraz wszelkimi komputerowymi bajerami. Tak naprawdę jest to psychologiczne kino drogi, skupione na wędrówce naszego bohatera. Tylko, ze ta podróż nie obejmuje tylko częściowo skolonizowanego kosmosu, ale przede wszystkim w głowie McBride’a. Kamera niemal przyklejona jest do jego twarzy, pokazując każde spojrzenie, grymas twarz. A jego portretu dopełnia także narracja z offu Roya – zazwyczaj taki zabieg wydaje się drogą na skróty.

Jeśli miałbym do czegoś porównać nowy film Graya, zdecydowanie najbliżej jest do… „Czasu Apokalipsy”. Ekspedycja ta ma dla bohatera charakter osobisty, jednak więcej wam nie powiem. Im więcej zaczniecie odkrywać tajemnic, niespodzianek oraz twistów, tym bardziej ten film was złapie. I zmusi do zastanowienia, pokazując niezbyt przyjemną stronę człowieka. Może technologicznie zdolnego do osiągnięcia niemożliwego, ale tak samo egoistycznego, niszczącego, samotnego, ogarniętego swoimi własnymi obsesjami i demonami. Wielki i mały jednocześnie, zdolny do poświęcenia jak także do zabijania, eksperymentowania, szaleństwa.

By jednak nie zanudzić tymi ważkimi refleksjami, reżyser dodaje odrobinkę akcji jak choćby podczas ucieczką przed piratami na Księżycu. Jednak Gray znany jest z tego, że do oczywistych elementów podchodzi w nieoczywisty sposób. Wizualnie „Ad Astra” to prawdziwa perła w koronie, gdzie niemal każdy kadr mógłby spokojnie być tapetą na komputerze. Znakomite zdjęcia Hoyte van Hoytemy podkreślają klimat poszczególnych miejsc, które – niby osadzone w niedalekiej przyszłości – wyglądają jakby z filmów SF lat 70. i 80. bez widowiskowych efektów specjalnych, z nieobecnym dźwiękiem w przestrzeni kosmicznej. Poczucie odrealnienia oraz samotności potęguje jeszcze minimalistyczna muzyka Maxa Richtera, a powolne tempo pozwala rozsmakować się estetyce kina.

Aktorsko pojawia się tu wiele znajomych twarzy na drugim planie, ale prawda jest taka, iż są tak naprawdę tylko drobnymi epizodami. Całość na swoich barkach musiał dźwigać Brad Pitt, co troszkę mnie zaskoczyło. Zwłaszcza, iż reżyser bardzo często współpracuje z Joaquinem Phoenixem. Ale to Pitt był producentem, więc ta zmiana ma więcej sensu. Aktor gra tutaj w bardzo wyciszony sposób, co wynika z charakteru bohatera, który ma być profesjonalistą oraz jest nauczony tłumić emocje w sobie. Bardzo drobnymi detalami pokazywana jest powoli odbywająca się przemiana McBride’a, mierzącego się ze swoimi demonami.

Choć film ma nierówne tempo, dialogi w większości to ekspozycja i czasami jest sporo repetycji „Ad Astra” pozostaje intrygującym doświadczeniem. Ambitnym SF z niesamowitą warstwą audio-wizualną oraz klimatem samotności i alienacji. Mnie to wystarczy, a czy wy spróbujecie wyruszyć w tą podróż?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Raya i ostatni smok

Kiedy ostatni raz mnie zachwyciła animacja Disneya? To była pierwsza „Kraina lodu” (Pixara nie biorę pod uwagę, bo Disney tylko go dystrybuuje) i wydawało się, że w rywalizacji między fabryką Myszki Miki a kreatywnymi szaleńcami z Pixara zwycięzcą musi być ten drugi. I choćby nie wiadomo co wymyślali, czarowali, panowie od Disneya nie mają takiej mocy. Jednak od czasu do czasu nawet oni potrafią zaskoczyć. Jak w przypadku „Rai i ostatniego smoka”.

Jak sam tytuł wskazuje, główną bohaterką jest Raya, a akcja osadzona jest w świecie z chińskiej mitologii. Dawno temu (jakieś 500 lat) był jeden zjednoczony kraj nad rzeką oraz masa smoków, dbających o to, by ludziom żyło się lepiej. Pojawiły się jednak na świecie paskudne Drummy, co zamieniały wszystko w kamień. Smokom jednak udało się uratować ludzkość po stworzeniu Smoczego Kamienia, jednak wszystkie smoki zamieniono w kamień. A ludzie – no cóż – pozostali ludźmi, podzielili się i chcą przejąć przedmiot dla siebie. To doprowadza do zniszczenia kamienia, który pilnował lud Serca oraz zamienienia ludzkości w kamień. Prawie całej ludzkości, więc nasza Raya wyrusza do wszystkich krain, by połączyć artefakt i uratować świat. Oraz odnaleźć ostatniego smoka, który – według opowieść – przeżył.

Brzmi znajomo? „Raya” to sklejka znajomych elementów kina fantasy i przygodowego zmieszanego z kulturowymi elementami Wschodu. I już słyszę głosy, że film został celowo zrobiony, by podbić chiński rynek. Ale mimo korzystania ze znajomych szablonów oraz schematów jest to zaskakująco poważny film Disneya, gdzie humor nie jest wrzucony na siłę (wynika z sytuacji), zaś postaci będącej comic reliefem zwyczajnie brak. Zaskoczeni? Bo ja bardzo. Klimatem miejscami troszkę to przypomina „Indianę Jonesa” (przynajmniej na początku), tylko ze smokami oraz w świecie Wschodu. Głównie z jednym smokiem, który wygląda zjawiskowo oraz dołączającymi do tej pary resztą drużyny. I to dość wariackiego składu: od młodego chłopca-kucharza przez samotnego wojownika po niemowlaka-złodzieja z gangiem małpek. Choć te postacie nie są dokładnie opisane, to jednak wiemy na tyle dużo, że ich los mnie obchodził.

Jeszcze bardziej ciekawy był fakt, że nie ma tutaj postaci jednoznacznie moralnej, czyli chodzącego dobra lub zła. A także skupienie na relacjach między osobami i zmienna dynamika w chwilach wyciszenia oraz spokoju. Najbardziej interesujący był zarówno interakcja między nieufną Rayą a bardziej otwartą, niemal przypominającą dziecko smoczycą oraz zaznaczona w retrospekcji więź między dziewczynką a Namaari. W tym drugim przypadku wydawało się, że spoiwem będzie fascynacja smokami, jednak doszło do zdrady oraz nienawiści. Czy jest z tego wyjście? Tak, ale wymaga sporo wysiłku oraz przełamania uprzedzeń, co pokazuje finał.

Tak mówię o wątkach fabularnych oraz bardzo mądrym przesłaniu, ale jak to wygląda? Disney w niczym nie ustępuje konkurencji i sama animacja jest zachwycająca, pełna kolorów oraz imponujących detali. Zaś kiedy dochodzi do scen akcji, jest to coś, co najbardziej przyciągnie uwagę dorosłych. Choreografia walk w niczym nie ustępuje współczesnym filmom akcji i jest pokazana bardzo czytelnie. Nie ważne, czy do gry wchodzi broń biała czy pięści, prezentuje się to świetnie, przez co dorośli nie będą się nudzić. A jak jeszcze zagra muzyka Jamesa Newtona Howarda, odlot będzie gwarantowany i nie wyjdzie wam to z uszu.

Naprawdę jestem zaskoczony, że jeszcze Disney potrafi przypomnieć sobie, iż – cytując jeden z ich filmów – „ma tę moc”. „Raya” jak żadna inna animacja z tego roku obudziła we mnie wewnętrzne dziecko, poszukujące po prostu zabawy oraz wielkiej przygody. Bardzo przyjemna niespodzianka z mądrym morałem, nie rzucanym prosto w twarz.

8/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Universum

Człowiek-Pająk ostatnio się nam rozmnożył i na przestrzeni 20 lat pojawiał się z różnymi twarzami: od Toby’ego Maguire’a przez Andrew Garfielda aż do Toma Hollanda. Co nowego w materii jednego z bardziej przyziemnych superherosów można opowiedzieć? Animowany oddział Sony postanowił pójść w kompletnie innym kierunku: Spider-Wersum. Czyli co by się stało, gdyby w Nowym Jorku pojawiło się kilku Spider-Manów z różnych wersji świata? A głównym bohaterem nie byłby Peter Parker?

spider-verse1-1

To po kolei. naszym bohaterem jest Miles Morales – czarnoskóry chłopak z Brooklynu, który trafił do elitarnej szkoły. Jest strasznie nieśmiały, nie do końca odnajduje się w nowym otoczeniu, a jego wielką jest graffiti oraz hip-hop. Z tym ostatnim problem ma jego ojciec-policjant, kompletnie inaczej niż jego wujek. Podczas tworzenia swojego graffiti, chłopak zostaje pogryziony przez pająka. Reszty się pewnie domyślacie, ale nie do końca. Odkrywa w sobie moce, ale nie czuje się na siłach. Próbując odnaleźć pająka, odkrywa przypadkiem tajemniczą maszynę zwaną Zderzaczem. Wskutek odpalenia dochodzi do trzęsienia ziemi oraz śmierci Spider-Mana, który próbował powstrzymać Kingpina. W tym samym czasie w Nowym Jorku pojawia się kilku Spider-Manów z różnych wymiarów świata.

spider-verse1-2

Już na samym początku twórcy sugerują wizualne szaleństwo, gdzie czołówki zaczynają się nakładać na siebie. Stylistyczny kolaż, od którego można dostać oczopląsu, sprawiający wrażenie niemal żywcem wzięty z komiksu (włącznie z użyciem paneli czy onomatopei). Wynika to z obecności różnych Spider-Manów: od dziewczyny z mangi i towarzyszącym jej robotem przez detektywa z czarnego kryminału, pstrokatą Gwen Stacy po kreskówkowego Spider-Hama (pół pająk-pół świnia) oraz Petera Parkera w wieku dorosłym. Każdy z nich – mimo różnych czasów i konwencji – ma bardzo zbliżoną historię, co dla twórców staje się źródłem jednego z gagów. Ale jeśli nasze Pajęczaki nie wrócą do siebie, zginą, więc stawka jest wysoka.

spider-verse1-3

Akcja niemal non-stop pędzi na złamanie karku, bardzo rzadko sobie pozwalając na chwilę oddechu oraz przetrawienie wszystkiego. Kamera niemal dostaje ADHD, a jednak wszystko jest bardzo jasne i czytelne. Każde starcie – czy to kradzież laptopa z laboratorium, konfrontacja w domu ciotki May czy finał pod Zderzaczem – wygląda niesamowicie, balansując między powagą a zgrywą. Spora ilość humoru może być wielkim zaskoczeniem, gdzie żarty są jak w szwedzkim stole: od slapsticku przez popkulturowe odniesienia czy mignięcia dla fanów komiksów o Pajęczaku. Dość szybko poznajemy różne wersje Spider-Manów i każda z nich jest na tyle wyrazista, że mnie obchodził ich los. Mimo faktu, że „Uniwersum” jest origin story Milesa Moralesa jako Spider-Mana. Szalenie satysfakcjonującym, z obłędną muzyką Daniela Pembertona, która miesza symfoniczne brzmienia z hip-hopem, tworząc kolejny dźwiękowy koktajl Mołotowa.

spider-verse1-4

Również oryginalny dubbing robi fantastyczna robotę. Shameik Moore cudownie spisał się jako Morales, pokazując bardzo przekonującą przemianę z nieśmiałego i wystraszonego chłopaka aż po troszkę bezczelnego i odważnego chłopaka, co podąża swoją drogą. Jednak dla mnie absolutnym strzałem w dziesiątkę był 40-letni Peter Parker, czyli głosowo Jake Johnson. Parker w jego wykonaniu to facet, któremu życie się posypało i w zasadzie nie ma żadnego celu. Spotkanie z Milesem przypomina początkowo zderzenie cynicznego, wypalonego herosa z zapalonym entuzjastą, jednak z czasem – choć w dość nieoczywisty sposób – staje się wspierającym mentorem. Sporo też dodał rozbrajający Spider-Ham (John Mulaney), bardzo wycofana Gwen (cudowna Hailee Steinfeld) oraz twardy Spider-Man Noir z głosem samego Nicolasa Cage’a (nie sądziłem, że dożyję chwili, gdy Cage zagra Człowieka-Pająka). Jest jeszcze wiele innych znanych głosów, ale odkrycie ich pozostawię wam.

spider-verse1-5

Ja widziałem w życiu wiele animacji, ale czegoś takiego jak „Spider-Man: Uniwersum” nie potrafię porównać do czegokolwiek. Surrealistyczno-awangardowo-mainstreamowa hybryda, po obejrzeniu której chce się tylko jednej rzeczy: sequela. Głównie, by lepiej poznać działanie multiwersum i zobaczyć, co jeszcze twórcy wymyślą.

9/10 + znak jakości

PS. Scena po napisach w tym filmie to jedna z najlepszych scen w historii adaptacji Marvela.

Radosław Ostrowski

Zombie express 2: Półwysep

Pierwszy „Zombie express” był bardzo świeżym spojrzeniem na filmy o zombie prosto z Korei Południowej. Epidemia i ucieczka pokazywała, że większymi potworami od żywych trupów byli ludzie walczący o przetrwanie. Ta mieszanka dramatu z horrorem potrafiła poruszyć i trzymała w napięciu bardziej niż większość filmów tego gatunku, co było zasługą reżysera Sang-ho Yeona. Tym bardziej byłem zaskoczony, że postanowiono zrealizować sequel. Historia wydawała się być zamknięta, więc nie widziałem żadnego sensu.

zombie express2-1

Od czterech lat Koreę Południową opanowała epidemia zombie. By uniknąć rozpowszechniania zarazy, cały półwysep został odizolowany od całego świata. Nie pojawia się żadna pomoc, żadne statki nie przypływają i nie przyjmują cywilów. Jednym z niewielu uciekinierów jest były wojskowy Jung-seok, który razem ze szwagrem przebywają w Hongkongu. Obaj czekają na azyl i są traktowani nieufnie wobec mieszkańców. Dostają jednak szansę na poprawę swego statusu społecznego, ale jest pewien warunek: muszą dotrzeć na półwysep, zabrać ciężarówkę z forsą (20 milionów dolarów), wrócić do portu. W trzy dni. Brzmi jak prosty plan? Tylko brzmi.

zombie express2-2

Druga część z podtytułem „Półwysep” idzie w zupełnie innym kierunku niż oryginał. Zamiast horroru kino akcji z kupą kasy w tle, klimatem bardziej przypominającym „Ucieczkę z Nowego Jorku”. Mamy opustoszałą okolicę, pełną zombie. Może nocą słabo widzą, ale i tak są bardzo groźne. Do tego jeszcze w tej układance mamy matkę z dwójką bardzo zaradnych córek oraz nawiedzonym ojcem, a także coraz bardziej zwyrodniali wojskowi. Mieli chronić cywili, sami jednak zmienili się w ogarniętych szaleństwem egoistów, z których najbardziej wybija się nieobliczalny sierżant oraz oderwany od rzeczywistości dowódca.

zombie express2-3

Na papierze ten konflikt i wyścig o pieniądze brzmi jak coś trzymającego w napięciu, mogącego zaangażować czy chwytać za gardło. Problem w tym, że dla mnie ten sequel jest zbyt efekciarski, za bardzo skupiony na akcji i paroma przegięciami. Bo jak wyjaśnić sytuację, gdy niepełnoletnia córka zasuwa samochodem niczym kierowca rajdowy? Dużo jest, niestety, przewidywalnych zbiegów okoliczności, zaś finał jest tak heroiczny, patetyczny i hollywoodzki, iż byłem pewny, że film produkowali Amerykanie. Kompletnie mnie nie obchodził główny bohater, czyli były wojskowy po stracie żony i dziecka. Takich historii znałem wiele, a reżyser nie interesuje się odświeżeniem ogranych klisz. Same sceny akcji są zrobione świetnie, choć głównie dzieją się w nocy – od pościgów i strzelanin po ucieczkę przed zombiakami.

Ktoś tą koreańską potrawę, będącą pomieszaniem z poplątaniem, próbował przerobić na hamburgera, by łatwiej sprzedać zachodniemu podniebieniu. „Półwysep” kompletnie zmienia ton, zmieniając trzymający w napięciu horror, idzie ku kinu akcji, tracąc wiele ze swojego charakteru. Jedno z większych rozczarowań tego roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Wojna o jutro

Kolejna produkcja zrobiona za dużą kasę, która nie trafiła do kinowej dystrybucji. Szkoda, bo na kinowym ekranie zrobiłaby o wiele większe wrażenie niż przed telewizorem czy laptopem. Nowy film Chrisa McKaya, czyli twórcy „LEGO: Batman” nie jest animacją, tylko blockbusterem za ponad 200 baniek sklejającym znane pomysły w nową jakość. Przynajmniej taki jest plan.

wojna o jutro1

Akcja toczy się w Boże Narodzenie roku 2022, kiedy trwają Mistrzostwa Świata w piłkę nożną w Katarze. A naszym bohaterem jest Dan Forester – kiedyś wojskowy, obecnie nauczyciel biologii, chcący rozwijać swoją karierę naukową. Ale szanse na to drugie są niezbyt wielkie. I podczas meczu dochodzi do dziwnej sytuacji: na boisku pojawiają się… żołnierze z przyszłości. A konkretnie sprzed 30 lat od tej chwili, gdzie prowadzona jest wojna z kosmicznymi bestiami zwanymi kolcami. Walka wydaje się przegrana, więc o pomoc zostają poproszeni obecni wojskowi oraz cywile, by pomogli. Wśród nich trafia też Dan, którego zadanie zostaje przez dłuższy czas tajemnicą. A na miejscu okazuje się, że oddziałem R (naukowcy), gdzie zostaje oddelegowany nasz bohater, dowodzi jego… dorosła córka.

wojna o jutro2

„Wojna o jutro” jest miksem kina akcji i SF o temacie w zasadzie tak znanym, że bardziej się już nie dało. Bo ile było opowieści o walce z kosmitami? Do tego wpleciony motyw podróży w czasie (zaskakująco świeżo), paskudne monstra w CGI niewiadomego pochodzenia oraz kilka potencjalnie ciekawych wątków, które są w zasadzie ledwo liźnięte. Czuć tutaj spory budżet, a wiele scen jest w bardzo dużych przestrzeniach. Kiedy trzeba reżyser w scenach akcji bardzo spokojnie buduje napięcie, idąc nawet wręcz ku horrorowi (dotarcie oraz ucieczka z laboratorium). Niemniej jednak do tych momentów trzeba dotrzeć, bo McKay nie atakuje nimi od początku, tylko po kilkudziesięciu minutach.

wojna o jutro3

Na pewno chodziło o budowania świata, gdzie ludzie jednoczą się wspólnie przeciwko wspólnemu wrogowi. Czasu jednak jest niewiele, bo przejście na dwie linie czasowe jest tylko jedno. I to jeszcze podnosi stawkę. Poza walką z kosmitami, reżyser w chwilach oddechu skupia się na paru interesujących wątków. Od próby zbudowania relacji Dana ze swoją dorosłą córką, znającą jego przyszłość (i ten wątek działa najmocniej) przez bardzo trudną i szorstką relację Dana ze swoim ojcem – przed podróżą w czasie – powolny skręt świata ku zagładzie aż do proekologicznego przesłania. Nie wszystkie wątki zostają w pełni wykorzystane, jednak dodają pewnego kolorytu do całości. Tak samo mamy bardzo dobrą realizację (zdjęcia miejscami przypominały mi kolorystyką „Na skraju jutra”) oraz elektroniczno-militarną muzykę.

wojna o jutro4

Aktorsko jest tutaj naprawdę nieźle, ale psychologicznej głębi raczej tu nie szukajcie. Niemniej jest parę ciekawych rzeczy do docenienia. Czy Chris Pratt pasuje do roli everymana, zmuszonego do dokonywania heroicznych czynów kosztem prywatnego życia? Daje sobie radę, chociaż z tym kaloryferem troszkę nie wygląda na szarego człowieka. Jednak kiedy zaczyna wchodzić w tryb dowódcy, trudno się do niego przyczepić. Dla mnie najbardziej błyszczy Yvonne Strahovski wcielająca się w pułkownik Forester, czyli dorosłą córkę Dana. Ma najlepsze cechy swojego ojca, choć naznaczona jest pewną tajemnicą. Sceny wspólnych rozmów były najmocniejsze emocjonalne i zależało mi na tej dwójce. Szoł jednak kradnie obecny głównie w trzecim akcie J.K. Simmons, czyli ojciec Dana, naznaczony wojennymi demonami twardziel. Nie widziałem jeszcze tego aktora tak przykokszonego.

Film McKaya to sklejka „Na skraju jutra”, „Interstellar” i „Żołnierzy kosmosu”, z której powstaje smaczne oraz bardzo przyzwoite widowisko. Ma rozmach, kilka ciekawych pomysłów i porządnych efektów specjalnych, a kiedy trzeba poruszy. Bardzo smaczny hamburger.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mortal Kombat

Każdy fan gier miał styczność z serią Mortal Kombat – brutalnych i krwawych bijatyk w świecie fantasy. Zresztą oparty na jej popularności film z 1995 roku pozostaje jedną z najlepszych filmowych adaptacji gier komputerowych. Po tym jak seria przy przejściu w trzeci wymiar grafiki straciła trochę mocy, ale w 2011 roku z dziewiątą częścią marka odzyskała blask oraz fanów. Więc czemu by nie zrobić nowego filmu opartego o tą franczyzę?

mortal kombat (2021)2

Nowy „Mortal Kombat” od debiutanta Simona McQuoida jest w zasadzie rebootem i prequelem, który ma wprowadzić do serii. Akcja osadzona jest tuż przed dziesiątym turniejem Mortal Kombat, gdzie mają przeciwko siebie stanąć reprezentanci Wymiaru Ziemskiego oraz Pozaświatów. Jeśli ten drugi świat wygra po raz dziesiąty, ludzkość zostanie niewolnikami czarnoksiężnika Shang Tsunga. Oprócz tego jest przepowiednia, który mówi, iż krew legendarnego wojownika ninja Hanzo Hasashiego zjednoczy wojowników Ziemi. Można ich poznać po znamieniu smoka. Jednym z takich fighterów jest Cole Young – młody wojownik MMA, który zwraca uwagę dwójki wojskowych, badających historię Mortal Kombat: Sonyę Blade oraz Jaxa. W ślad za Cole’m rusza Sub-Zero, pragnący wybić cały ród Hasashi.

mortal kombat (2021)1

Historia jest dość prosta i zaskakująco mocno trzyma się reguł świata gier. Jest krwawa jatka, fatality oraz specjalne ciosy znane z uniwersum. Pojawiają się (choć na krótko) postacie z tego świata, łącznie ze skonfliktowanym Scorpionem i Sub-Zero na czele. Nie zawsze mają dużo czasu, a brak turniejowej otoczki to nie do końca to, czego oczekiwałem. Raczej jest to zapowiedź kolejnego filmu, gdzie już będziemy mieli coś w stylu gry, inspirowanej kultowym „Wejściem smoka”. Same walki wyglądają bardzo dobrze (zwłaszcza otwierająca między Hanzo a Bi-Hanem, czyli przyszłym Scorpionem i Sub-Zero oraz finałowa potyczka na zamarzniętej siłowni), choć sporo z nich jest zbyt szybko zmontowanych.

mortal kombat (2021)3

W zasadzie film powinien mi się podobać, ma odpowiednie tempo i wszystko wydaje pasować do siebie, a także czuć miłość twórców do materiału źródłowego. Jest jednak kilka ale. Po pierwsze, nasz protagonista jest zwyczajnie nudny i pozbawiony charyzmy, przez co nie obchodził mnie jego los. Po drugie, motyw związany z arcana. Chodzi o ukryte moce, które muszą odkryć w sobie nasi herosi, by móc mieć szanse na pokonanie. Jak je wyzwolić? Za pomocą odpowiednich emocji i to brzmi niedorzecznie, nawet jak na fantastykę. Wydawało się, że sensowniejszym wyjście byłoby za pomocą treningu, ćwiczeń i doskonalenia się w sztukach walki. A ta koncepcja bardziej pasuje do kina superbohaterskiego, cholera jasna. Sam świat też wygląda zaskakująco skromnie, co może wynikać z niewielkiego budżetu, jednak sam wygląd Pozaświata nie powala. Niemal pustynne, opustoszałe miejsce jakby wzięte z postapokaliptycznego krajobrazu, pozbawiona jakichś lokacji i nie wytrzymuje porównania z wersji z 1995 roku.

mortal kombat (2021)4

Aktorsko jest dość nierówno, choć z paroma intrygującymi perełkami. Szoł kradnie absolutnie rozbrajający Josh Lawson jako pyszałkowaty, tępy Kano. Absolutne komediowe złoto z tekstami, odnoszącymi się do popkultury dodają odrobinę lekkości. Równie cudowni są Ludi Lin jako Liu Kang (niemal żywcem wzięty z gry) oraz dodający ciężaru Hiroyuki Sanada (Hanzo Haseshi/Scorpion). Szkoda, że ten drugi pojawia się tak krótko.

Jak traktować nowe „Mortal Kombat”? W zasadzie jako wprowadzenie do nowej historii, która – mam nadzieję – da wiele więcej frajdy. Mimo niedoskonałości oraz dziwnych decyzji fabularnych, bije w tym filmie serce fana gry. Przyzwoita robota, ale liczę na lepszą kontynuację.

6/10

Radosław Ostrowski

Poziom mistrza

Czy można zrobić porządny, prosty film akcji klasy B, by trzymał poziom produkcji z wyższym budżetem? Oczywiście, że tak. tylko trzeba mieć na to pomysł, nie traktować filmu śmiertelnie poważnie, dodać parę znanych twarzy i czerpać frajdę z kręcenia. Czyli wszystko to, czego nie było w „W nieskończoności”.

Co nie wyszło Antoine’owi Fuqua, udało się za to Joe Carnahanowi. W swoim „Poziomie mistrza” bohaterem uczynił byłego wojskowego, kapitana Roya Pulvera. Mężczyzna wpadł w pętlę czasową, co może brzmieć świetnie, ale nie jest. Bo po przebudzeniu nasz bohater jest atakowany i choćby nie wiadomo czego próbował, zawsze kończy się to śmiercią. Ale kto i dlaczego? Czemu się budzi tego samego dnia? Roy nic nie pamięta, jednak powoli zaczyna układać kolejne elementy układanki. Zwłaszcza, że jest to spowodowane wydarzeniami z dnia poprzedniego i jego byłą żoną.

boss level1

Taki „Dzień świstaka” polany sosem kina akcji? A czemu kurde nie. Reżyser jest świadomy z czym się mierzy i momenty repetycji przyspiesza montażem, by uniknąć nudy. Jeszcze jest polane humorem, głównie dzięki ironicznym komentarzom bohatera o aparycji Franka Grillo. Aktor dźwiga swoją postać kilogramami charyzmy oraz wyczyniając szalone piruety kaskadersko-pirotechniczne. Strzały świszczą na prawo i lewo, wybuchy są na porządku dziennym, nawet broń biała ma swoje pięć minut. Wszystko w bardzo pomysłowy i kreatywny sposób, pokazując pewną rękę Carnahana. Nieważne, czy mówimy o pojedynku na broń białą z Guan-Yin, włamaniu do siedziby złola za pomocą auta czy ucieczce z domu. Szaleństwo jest tutaj normą. Tak samo jak samoświadome poczucie humoru z masą odniesień do popkultury.

boss level2

Jednak najbardziej złapały mnie momenty, kiedy Roy przypadkiem spotyka syna i zaczyna z nim spędzać więcej czasu. Tutaj bardziej czuć stawkę dla naszego wojaka, pokazując jego ludzką stronę oraz szansę na poprawę relacji. Ale też daje możliwość dokonania wolty oraz doprowadzenia do poruszającego finału.

Grillo tutaj absolutnie błyszczy i jest najmocniejszym punktem aktorsko. Równie świetnie sprawdza się Mel Gibson jako czarny charakter o żądzy władzy. Ten błysk w oku pomaga w zbudowaniu postaci demonicznej, choć strasznie rozgadanej. Twarzy znanych jest wiele, choć wiele z nich ma tylko kilka minut jak Ken Jeong (szef knajpy) czy Michelle Yeoh (mistrzyni miecza Dai Feng). Ale i tak frajdy jest bardzo dużo.

boss level3

Prosta, bezpretensjonalna rozrywka na wysokim poziomie – tak opisać szalone dzieło Carnahana. I jest to zaskakujący przykład jak z ogranych, znajomych koncepcji spłodzić świeże, dostarczające kino. Bez ambicji i udawania, że chodzi o coś więcej niż tylko dobra zabawa.

7,5/10

Radosław Ostrowski