Poziom mistrza

Czy można zrobić porządny, prosty film akcji klasy B, by trzymał poziom produkcji z wyższym budżetem? Oczywiście, że tak. tylko trzeba mieć na to pomysł, nie traktować filmu śmiertelnie poważnie, dodać parę znanych twarzy i czerpać frajdę z kręcenia. Czyli wszystko to, czego nie było w „W nieskończoności”.

Co nie wyszło Antoine’owi Fuqua, udało się za to Joe Carnahanowi. W swoim „Poziomie mistrza” bohaterem uczynił byłego wojskowego, kapitana Roya Pulvera. Mężczyzna wpadł w pętlę czasową, co może brzmieć świetnie, ale nie jest. Bo po przebudzeniu nasz bohater jest atakowany i choćby nie wiadomo czego próbował, zawsze kończy się to śmiercią. Ale kto i dlaczego? Czemu się budzi tego samego dnia? Roy nic nie pamięta, jednak powoli zaczyna układać kolejne elementy układanki. Zwłaszcza, że jest to spowodowane wydarzeniami z dnia poprzedniego i jego byłą żoną.

boss level1

Taki „Dzień świstaka” polany sosem kina akcji? A czemu kurde nie. Reżyser jest świadomy z czym się mierzy i momenty repetycji przyspiesza montażem, by uniknąć nudy. Jeszcze jest polane humorem, głównie dzięki ironicznym komentarzom bohatera o aparycji Franka Grillo. Aktor dźwiga swoją postać kilogramami charyzmy oraz wyczyniając szalone piruety kaskadersko-pirotechniczne. Strzały świszczą na prawo i lewo, wybuchy są na porządku dziennym, nawet broń biała ma swoje pięć minut. Wszystko w bardzo pomysłowy i kreatywny sposób, pokazując pewną rękę Carnahana. Nieważne, czy mówimy o pojedynku na broń białą z Guan-Yin, włamaniu do siedziby złola za pomocą auta czy ucieczce z domu. Szaleństwo jest tutaj normą. Tak samo jak samoświadome poczucie humoru z masą odniesień do popkultury.

boss level2

Jednak najbardziej złapały mnie momenty, kiedy Roy przypadkiem spotyka syna i zaczyna z nim spędzać więcej czasu. Tutaj bardziej czuć stawkę dla naszego wojaka, pokazując jego ludzką stronę oraz szansę na poprawę relacji. Ale też daje możliwość dokonania wolty oraz doprowadzenia do poruszającego finału.

Grillo tutaj absolutnie błyszczy i jest najmocniejszym punktem aktorsko. Równie świetnie sprawdza się Mel Gibson jako czarny charakter o żądzy władzy. Ten błysk w oku pomaga w zbudowaniu postaci demonicznej, choć strasznie rozgadanej. Twarzy znanych jest wiele, choć wiele z nich ma tylko kilka minut jak Ken Jeong (szef knajpy) czy Michelle Yeoh (mistrzyni miecza Dai Feng). Ale i tak frajdy jest bardzo dużo.

boss level3

Prosta, bezpretensjonalna rozrywka na wysokim poziomie – tak opisać szalone dzieło Carnahana. I jest to zaskakujący przykład jak z ogranych, znajomych koncepcji spłodzić świeże, dostarczające kino. Bez ambicji i udawania, że chodzi o coś więcej niż tylko dobra zabawa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

W nieskonczoność

Czasami pomysły niektórych filmowców potrafią zmrozić krew w żyłach i wprawić w konsternację. Nie inaczej jest z poronionym filmem „W nieskończoność” od reżysera Antoine Fuqua, będący zbitką „Matrixa”, „The Old Guard”, „Piątego elementu” oraz „Assassin’s Creed” (gry, nie filmu). Bo jak wyjaśnić tę pokręconą historię akcji z SF i reinkarnacją w tle.

infinite1

Bohaterem jest niejaki Evan McCauley – mężczyzna w średnim wieku ze zdiagnozowaną schizofrenią, który nie jest w stanie znaleźć jakiegokolwiek zatrudnienia. Niemniej posiada czasem takie umiejętności, jakich nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Na przykład wykucie japońskiego miecza jakby był samym Hattori Hanzo. Jak się okazuje, jest reinkarnacją jednego z wiecznych wojowników, Heinricha Treadwaya. Myk polega na tym, że żyjący w nieskończoność podzielili się na dwa obozy. Jedni traktują to jako dar, inni jako przekleństwo i chcą z tym skończyć. Ci drudzy pod wodzą Otto Bathursta skonstruowali Jajo, które jest w stanie zmieść z powierzchni ziemi wszystko, co żyje i oddycha. Tylko, że ten przedmiot zaginął i obie strony go szukają.

infinite2

Na papierze brzmi jak potencjalnie sympatyczny film rozrywkowy z obiecującym światotwórstwem. Tylko, że reżysera ten świat kompletnie nie interesuje. Podaje to też tak poważnie, że aż miejscami popada w śmieszność. Za dużo tutaj efektów komputerowych, zostawiając wiele niejasności oraz znaków zapytania. Na przykład dlaczego po stronie złych jest tylko jedna osoba – Bathurst (łysy Chiwetel Ejiofor, który bawi się rolą) i jego sługusowa? Gdzie są pozostali Nihiliści? Ilu istnieje osób przechodzących reinkarnację? Czy można to wszystko przerwać? Jaką rolę pełni tu postać grana przez Toby’ego Jonesa, który pojawia się na dwie sceny? Fuqua robi ten film trochę tak jakby to miało być wprowadzenie do większego uniwersum, które dopiero będziemy poznawać.

infinite3

Zamiast tego reżyser chce się skupić na scenach akcji, które – znowu teoretycznie – są widowiskowe. Niby są pościgi i strzelaniny, a nawet mordobicie, tylko za szybko zmontowane, za mało czytelne, a poczucie stawki jest praktycznie zerowe. W paru miejscach nawet widać, że sceny akcji wykonują kaskaderzy i choć jest parę pomysłów jak finałowe starcie w samolocie a’la Incepcja, to obok jest masa bzdur (Evan wjeżdża motorem na samolot i przytrzymuje się skrzydła… mieczem samurajskim). A Mark Wahlberg w roli głównej jest po prostu sztywny, nudny, nijaki. Tak jak reszta osób sprzyjających naszemu bohaterowi pozbawiona charakteru.

„W nieskończoność” jest przykładem tego, że pozornie interesujący pomysł można spartaczyć w najbardziej spektakularny sposób. Marnotrawstwo potencjału, wtórność, brak pomysłu, za dużo CGI, za mało treści. Panie Fuqua, co się stało z panem?

4/10

Radosław Ostrowski

Nikt

W ostatnim czasie kino akcji zaczęło łapać drugi oddech, co spowodowało trend obsadzania w tych produkcjach aktorów w wieku 50+. Zaczęło się od „Uprowadzonej”, która odmieniła wizerunek Liama Neesona i trwa w zasadzie do dziś. Teraz do grona nowych gwiazd kina akcji postanowił dołączyć Bob Odenkirk – aktor raczej komediowy, znany głównie z roli złotoustego adwokata Saula Goodmana. Casting ten może wydawać się szalony, jednak to wszystko działa.

nikt1

Odenkirk gra tutaj Hutcha Mitchella – zwykłego księgowego, mające żonę i dwójkę dzieci. Życie jego jest nudne oraz przewidywalne jak kolejność dni w tygodniu. Tak daleko siedzi w rutynie, że staje się dla rodziny przezroczysty. Pewnej nocy do domu wchodzą włamywacze, lecz mężczyzna – mając szansę na neutralizację problemu – pozwala zabrać niewielką kasę oraz swój zegarek. Niby chroni bliskich, ale nawet oni (a dokładnie syn) i znajomi uważają go za miękkiszona. To wywołuje w naszym bohaterze frustrację, co ma bardzo porażające konsekwencje. A wszystko zaczęło się od pewnej nocy, gdzie szukał złodziei. Zwykły powrót do domu autobusem przerwała obecność kilku narąbanych Ruskich. Finał może być jeden: mordobicie oraz poważne problemy.

nikt2

Jeśli kojarzy wam się to z „Johnem Wickiem”, nie jest to dziwne. Dużo jest wspólnych elementów: bohater z tajemniczą przeszłością, rosyjska mafia jako antagoniści, skarbiec z pieniędzmi. Ale reżyser Ilja Najszuler ze scenarzystą Derekiem Kostelem (seria „John Wick”) nie robią bezczelnej kopii, tylko idą swoją własną ścieżką. Bo najważniejszą różnicą jest to, że Hutch – w przeciwieństwie do Baby Jagi – ma rodzinę, przed którą ukrywa swoją brutalną przeszłość. A także nie jest niezniszczalną maszyną do zabijania i wielokrotnie dostaje łomot. Reżyser przez większość czasu skupia się na relacji bohatera z rodziną, zaś akcja zostaje zepchnięta na dalszy plan.

nikt3

Dopiero po akcji w autobusie proporcje się odwracają, a reżyser pozwala na miejscami szaloną jazdę bez trzymanki. I nie chodzi tylko o bójkę w autobusie, która jest zaskakująco realistyczna. Jest też brutalny atak do dom Hutcha czy finałowa konfrontacja z szefem mafii w budynku firmy. Tak dzieją się szalone, wybuchowe rzeczy z pułapkami godnymi komandosów. Jest to tak znakomicie zrealizowane: od zdjęć Pawła Pogorzelskiego, który wcześniej odpowiadał za „Hereditary” przez użycie piosenek z lat 50. i 60. aż po bardzo płynny montaż.

nikt4

Jedynym słabym ogniwem jest tutaj antagonista, który wydawał mi się jakiś… niepoważny. Nie czułem, by stanowił jakiekolwiek zagrożenie dla Hutcha, co kompletnie mnie zaskoczyło. O wiele lepiej wypada sam Odenkirk jako pozornie-niepozorny Hutch, który bardzo mocno silnie tłumi trzymany na smyczy gniew oraz wściekłość. I to czyni jego postać zarówno interesującą, jak też bardzo ludzką, o co było bardzo trudno. Także w scenach akcji radzi sobie bardzo dobrze. Aż chciałoby się, że Hutch Mitchell i John Wick pojawili się w jednym filmie, choć ten pierwszy byłby tylko wsparciem dla drugiego. Ale dla mnie sporym zaskoczeniem była obecność Christophera Lloyda oraz rapera RZA w drobnych, choć istotnych rolach.

„Nikt” mógłby się wydawać pozornie słabą podróbką „Johna Wicka”, ale film Najszulera ma swoją własną tożsamość. Oraz otwartą furtkę na sequel. Czy film odmieni oblicze Odenkerka, czyniąc z niego nową gwiazdę kina akcji? Nie miałbym nic przeciwko temu.

8/10

Radosław Ostrowski

Ruchomy chaos

Jesteśmy na planecie zwanej Nową Ziemią w XXIII wieku. Tutaj trafili pierwsi ludzcy koloniści i założyli osadę Prentissness, po burmistrzu. Ale wszystko jest dziwne – nie ma tu żadnych kobiet, zaś mężczyźni są obdarzeni tzw. Szumem. Innymi słowy, dosłownie słyszą swoje myśli. Kimś takim jest urodzony na planecie Todd – młody chłopak, wychowywany przez dwóch facetów na ranczu. Czuje się znudzony okolicą i chciałby zostać docenionym jako facet. Wtedy dochodzi do najdziwniejszej możliwej sytuacji: rozbija się statek kosmiczny, którą jedyną ocaloną jest dziewczyna. I to jest początek ważnej wędrówki, jaką muszą odbyć oboje.

ruchomy chaos1

Dla Douga Limana praca przy tym filmie to było piekło. Zdjęcia zaczęły się w 2017 roku, w między czasie zmieniło się szefostwo studia Lionsgate, a premiera miała nastąpić w 2019 roku. Więc co poszło nie tak? Ano pokazy testowe filmu, gdzie widownia odebrała całość negatywnie. W końcu w kwietniu 2019 roku zrobiono poważne dokrętki, a premiera odbyła się na początku 2021 roku. Dlaczego w czasie największej posuchy filmowej w USA? Tak się robi, kiedy film uważany jest za niewypał. Wiec tu powinna zapalić się lampka ostrzegawcza.

ruchomy chaos2

Sam pomysł na dystopię w kosmosie, niemal opustoszałym świecie jest bardzo intrygujący. Planeta wygląda wrogo, wręcz oschle, zaś technologia padła dawno temu. Estetycznie miejscami „Ruchomy chaos” przypomina western, gdzie bohaterowie poruszają się konno i noszą charakterystyczne dla gatunku stroje. Obecność kobiety – one nie są w sobie Szumu, więc nie słychać ich myśli – początkowo intryguje, a jej cel początkowo jest niejasny, zaś plecak posiada różne technologiczne bajery. Ale jeśli spodziewacie się widowiskowego, rozbuchanego SF – nie jest to odpowiedni tytuł.

ruchomy chaos3

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że twórcy powrzucali rzeczy do gara, by sprawdzić jaka mieszanka z tego wyjdzie. Nie wiadomo skąd wziął się ten Szum, powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę wokół przeszłości planety, zaś burmistrz okazuje się przebiegłym manipulatorem. Ale czy może być kimś innym, skoro gra go etatowy spec od złoli w Hollywood – Mads Mikkelsen? Dużo jest niejasności, jakby miały być podstawą pod domyślną kontynuację. Obecność innych osad, geneza Nowej Ziemi, tajemnicza rasa Szpakli (nic o nich nie wiemy), bełkoczący kaznodzieja. Dzieje się dużo i nic się nie dzieje, przez co od pewnego momentu film ogląda się z obojętnością.

ruchomy chaos4

Gdyby nie budowana relacja między Toddem (świetny Tom Holland) a Violą (intrygująca Daisy Ridley), odpuściłbym sobie ten seans. Dynamika komplikowana przez nie do końca opanowany Szum dodaje paru iskier i działa. On – pierwszy raz trafiający na osobę innej płci, ona początkowo nieufna i milcząca. Ale o dziwo nie tworzy z naszych bohaterów romantyczną parę (nawet to zostaje potraktowane żartem), co jest sympatyczną niespodzianką. Ale nawet ta dwójka nie jest w stanie udźwignąć filmu do samego końca.

Reżyser nie daje pola znanym aktorom (poza w/w są tu jeszcze m.in. Cynthia Erivo czy Demian Bichir), zostawia wiele pytań bez odpowiedzi i zwyczajnie przynudza. Daje świat, który teoretycznie jest interesujący, ale w praktyce nie poświęca mu wiele czasu. Tak się koncertowo marnuje potencjał.

5/10

Radosław Ostrowski

Ci, którzy życzą mi śmierci

Dawno nie zdarzyło mi się obejrzeć filmu tak durnego i głupiego, że w trakcie seansu nie wierzyłem, w co widzę. Tak się stało z nowym filmem Taylora Sheridana – aktora oraz scenarzysty, odpowiedzialnego za fabuły do „Sicario” oraz „Aż do piekła”. Sheridan drugi raz postanowił spróbować swoich sił jako reżyser i… spadł z wielkim hukiem. Ale po kolei.

pragna smierci1

Fabuła skupia się na Hannie – strażaczce, naznaczonej pewną akcją, która poszła kompletnie nie tak i zachowuje się jak wariatka. Nie mogąc w pełni wrócić do fachu, zostaje przydzielona do wieży w środku lasu. By obserwować i przekazywać informację o pożarach. W tym samym czasie do miasteczka dociera księgowy, który przekazał ważne dane prokuratorowi, razem z synem. Problem w tym, że prokurator został zabity, a śladem dwójki bohaterów wyrusza para morderców.

pragna smierci2

Możecie się domyślić, co będzie się działo po drodze: mężczyzna zostaje zabity, chłopakowi udaje się uciec, trafia do Hanny, zaś para morderców sieje śmierć i spustoszenie. Przy okazji doprowadzają do pożaru, by odwrócić uwagę od poszukiwań. Takiego natężenia klisz nie widziałem od dawna, zaś para cyngli (duet Aiden Gillen/Nicholas Hoult) to po prostu banda idiotów, działająca niekonsekwentnie. Zabicie matki z niemowlakiem to pryszcz, ale załatwienie ciężarnej kobiety (żony zastępcy szeryfa) jest niewykonalnym zadaniem. Do tego dają się jej podejść, zostawiając nieogarnięty bajzel. Nie byłbym w stanie zatrudnić takich niekompetentnych idiotów. Głupich scen w rodzaju nagle przerwanej burzy czy ucieczki przed piorunami jest jeszcze więcej.

pragna smierci3

Sheridan gubi całą akcję, choćby z powodu kretyńskiego punktu wyjścia. Czemu nasz księgowy przekazuje ważne informacje na kartce i daje swojemu synowi, by ten przekazał je mediom? Nie mógł ich wysłać mailem, zamiast bawić się w takie udziwnienie? Inaczej nie mielibyśmy całej historii. Nawet Angelina Jolie w roli głównej wydaje się zbyt dobrze wyglądać do tej roli, czego nie dało się zakryć szorstką charakteryzacją czy podniszczonymi ubraniami. O ogniu w scenach pożarów (bardzo dobrze sfotografowanych), gdzie ewidentnie jest zrobiony komputerowo, nie chce mi się mówić.

pragna smierci4

„Ci, którzy życzą mi śmierci” to przykład filmu, który ma być w założeniu thrillerem, jednak po kilkunastu minutach napięcie siada, a zainteresowanie wyparowuje niczym ziemia po spaleniu. Ewidentnie coś poszło nie tak, zaś forma Sheridana jest bardzo chwiejna. Trudno przewidzieć jak dalej potoczy się kariera tego zdolnego scenarzysty.

4/10

Radosław Ostrowski

Armia umarłych

Zack Snyder jaki jest, każdy widzi. Jedni go kochają, inni kochają nienawidzić. Esteta, któremu bliżej jest do Michaela Baya, choć próbuje być bardziej poważny i dojrzały. Efekt może być tylko jedno: śmieszność. Po zakończeniu swojej przygody z uniwersum DC, reżyser poszedł na deal z Netflixem, by nakręcił jaki mu się k****a podoba, za ile chce i z kim chce. Więc co zrobił nasz uzdolniony twórca? Postanowił zrobić heist movie podczas apokalipsy zombie – brzmi super i daje spore pole do popisu, prawda? Tylko, że nakręcił to Zack Snyder, więc efekt jest… eeeeeeeeeeeeee.

armia umarlych1

Sam pomysł jest prosty: pewien japoński biznesmen wynajmuje grupę najemników, by zgarnęła jego kasę znajdującą się w kasynie w Las Vegas. Problem w tym, że Las Vegas wygląda jak Manhattan z „Ucieczki z Nowego Jorku” Johna Carpentera. Miasto jest otoczone murem z kontenerów, przy nim jest obóz dla uciekinierów, a wszystko nie jest przez nikogo pilnowane. Wszędzie jest za to od cholery zombiaków, więc trzeba się uzbroić po zęby. Plan jest prosty: wejść do środka, zabrać 200 milionów baksów i spierdalać helikopterem znajdującym się na dachu. Gang może dla siebie zabrać jedną czwartą sumy. Ferajnie dowodzi Scott Ward, razem z nimi są dawni kumple z woja, niemiecki kasiarz oraz szef ochrony zleceniodawcy, któremu nikt nie ufa. Ja też nie, bo zdradę ma na pysku namalowaną.

armia umarlych2

Z jednej strony Snyder nie udaje, że robi coś więcej niż planował, ale nawet tego nie jest w stanie porządnie zrealizować. O ile początek, gdzie poznajemy przyczynę epidemii oraz jej rozwój w Mieście Hazardu jest świetny (Viva Las Vegas), dalej dzieją się rzeczy co najmniej zadziwiające. Po pierwsze, postacie – poza Wardem, granym przez Dave’a Bautistę – nie mają żadnej zarysowanej motywacji i są w zasadzie jednowymiarowi niczym kartka papieru. Po drugie, cała intryga jest przewidywalna i ma tyle pobocznych wątków: matka wdzierająca się do miasta po hajs, sanitariuszka-córka Warda – a jakżeby inaczej – ruszająca jej na odsiecz, zdrajca z własnym, ukrytym planem. Nawet wszyscy zaczynają się zachowywać jakby inteligencja została im obniżona za pomocą lobotomii. Tutaj bryluje córeczka-i tak pójdę z wami, c***a mi zrobisz, doprowadzając mnie do szewskiej pasji.

armia umarlych3

Jeszcze gorszy jest Snyder, który film wyreżyserował, wyprodukował, napisał (nie sam) oraz… sfotografował. Jezu Chryste, ostatni aspekt wyróżnia się zaskakującą ilością nieostrych, rozmytych kadrów. Nawet jeśli był to celowy zabieg, mający wywołać poczucie izolacji i osamotnienia, wywoływał jedynie dezorientację. Za dużo skupienia na detalach, choć jest parę ładnych widoków. Ale jeszcze bardziej wkurzało mnie parę pomysłów, które nie zostały wykorzystane, choć zapowiadało się coś zajebistego. Na przykład piła do mordowania zombiaków, ostatecznie zostaje użyta do… zrobienia drzwi przez ścianę czy zombie ożywiające pod wpływem deszczu, o czym słyszymy. Tylko słyszymy. Rozumiecie, o co chodzi? Nawet zombiaki posiadające IQ i dowodzące innymi zombiakami nie mają żadnego znaczenia.

armia umarlych4

Nawet aktorzy, którzy dają z siebie wiele, nie mają zbyt wiele pola do manewru. Powiem tylko, że szoł kradnie kilka postaci z drugiego planu: od zajaranego kasiarza Dietera (cudny Matthias Schweiglofer), wyluzowaną pilotkę (rozbrajająca Tig Nataro) po zaprawioną w boju Kojot (mocna Nora Arnezeder). Próby zbudowania jakichś głębszych relacji brzmią sztucznie i nieprzekonująco, co jest spowodowane bardzo mechanicznymi dialogami.

Snyder od dawna nie wywołał we mnie tak skrajnych emocji. Akcja ma fajne momenty, lecz jest przeładowana takimi absurdalnymi decyzjami, że miałem to wszystko gdzieś. Jak można było tak zmarnować potencjał? A Netflix straszy, że będzie robił uniwersum wokół tego filmu.

5/10

Radosław Ostrowski

Cherry: Niewinność utracona

Zawsze interesujący jest moment, kiedy filmowcy wychodzą ze swojej strefy komfortu i chcą zaryzykować z czymś nowym. Tak postanowili zrobić braci Russo – obecnie chyba najlepsi reżyserzy pracujący dla Marvela. Ale czy przejście z blockbustera na o wiele bardziej kameralne „Cherry” zaskoczyło i pokazało inne oblicze filmowców?

Adaptacja autobiograficznej powieści Nico Walkera skupia się na młodym chłopaku oraz jego bardzo wyboistej drodze. Zaczęło się od poznania dziewczyny, miłosnych perturbacjach zakończonych złamanym sercem i pójściem do wojska. Stamtąd walczy w Iraku, gdzie nabawia się PTSD, z którym nie może sobie poradzić, co kończy się jednym z gorszych scenariuszy: narkomanią. Wciąga w to swoją żonę, lecz kończy się szybko kasa, a za coś trzeba zapłacić za koks. Co robi chłopaczek? Napada na banki.

cherry1

Sam opis „Cherry” nie brzmi jak coś, co mogłoby powalić kogokolwiek na kolana. Bracia Russo wydają się być tego świadomi i starają się zwrócić uwagę realizacją. Tu się zaczynają schody, bo historia jest opowiedziana w sposób co najmniej chaotyczny. Bohater grany przez Toma Hollanda pełni rolę narratora, co niby ma pomóc w połapaniu się tej historii. Nawet łamie też czwartą ścianę, lecz to nie pomaga. Russo rozbijają całość na rozdziały, zaś styl narracji próbuje naśladować „Forresta Gumpa”. Tylko, że tutaj wszystko zostaje wrzucone do jednego worka, na siłę rozciągnięte, z postaciami pojawiającymi się i znikającymi, że kompletnie mnie nie obchodziły. Brak perspektyw, trauma i okrucieństwo wojny, wykluczenie przez społeczeństwo, uzależnienie od narkotyków – Jezu, czego tutaj nie ma.

cherry2

Nawet nie chodzi tutaj o przesyt, ale bardzo przerażające marnotrawstwo: czasu (film ma ponad dwie i pół godziny), ekipy, tematu, aktorów. Bracia wielokrotnie wykorzystują wiele czasu na sceny zwyczajnie zbędne i wywołujące pewien zgrzyt w kwestii tonu. Mamy parę minut na temat pierwszej partnerki naszego bohatera (nawet jest taniec na imprezie) czy jakimś dalekim znajomym, by potem do tego nie wrócić. Albo wrócić nagle i niespodziewanie, nie wiadomo po co. Są też sceny co najmniej tak dziwaczne, że aż ohydne (badanie odbytu – tego nie da się odzobaczyć).

cherry3

Jeśli coś na mnie zadziałało, to segment poświęcony wojsku oraz wojnie. Nie chodzi tylko o zmianę formatu obrazu, lecz pokazanie tej brutalności, bezsilności i traumy. Krew się leje, świszczą kule, wybuchy oraz wiele trupów. Te sceny dają to, czego przez większość filmu nie ma – emocje, zaangażowanie, grozę. Bo zarówno momenty narkotycznego uzależnienia, napadów na banki za bardzo są efekciarskie, za bardzo bawią się formą, zaś treść jest w zasadzie miałka. I jeszcze te nazwy przewijające się – Bank Rucha Amerykę, Jakiś Bank. Jak mam to traktować poważnie?

cherry4

Prawda jest taka, że gdyby nie Tom Holland, który daje z siebie wszystko, „Cherry” byłoby nieoglądalną, pretensjonalnym, przestylizowanym badziewiem. Tym właśnie jest film braci Russo i absolutnie odradzam ten seans komukolwiek. Choć technicznie trudno się do czegoś przyczepić (zdjęcia są świetne), kompletnie nie angażuje i za bardzo na tej realizacji się skupia. A chyba nie taki był cel.

4/10

Radosław Ostrowski

Upiorne opowieści po zmroku

Są takie nazwiska twórców, których obecność na plakacie od razu zwraca uwagę na dany tytuł. Nawet jeśli ich rola ogranicza się do bycia producentem. Tak mam choćby z Guillermo del Toro, którego producencki dorobek raczej nie powala tak jak jego reżyserowane filmy. Jednak Meksykanin nie odpuszcza, dając szansę kolejnym filmowcom na pokazanie się z horrorowej strony.

Tak się stało z Norwegiem Andre Orvedalem oraz jego adaptacją „Upiornych opowieści po zmroku” – antologii opowiadań grozy od Alvina Schwartza z ilustracjami Stephena Gammella. Zamiast jednak robić film, będący zbiorem kilku opowieści, mamy tutaj spoiwo w postaci grupki nastolatków z małego miasteczka w Pensylvanii końca lat 60. Kieruje ją fanka opowieści z dreszczykiem – Stella. Obok niej jest jeszcze racjonalny do bólu Auggie, troszkę lubiący żartować Chuck i dołącza nowo przybyły Ramon. Cała paczka w Halloween trafia do opuszczonego domostwa, gdzie – podobno – przebywała rodzina z bardzo dziwnym dzieckiem o imieniu Sarah. Dziewczyna była trzyma w odizolowanym pokoju i podobno miała odpowiadać za zniknięcie oraz śmierć kilkunastu dzieci. A mówiąc dokładniej, jej mroczne opowieści z pisanej krwią księgi. Odkrywając domostwo, Stella znajduje księgę i zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

Od razu mogę powiedzieć, że film Norwega ewidentnie skierowany jest do młodego widza, pierwszy raz stykającego się z horrorem. Skąd ten wniosek? Nie chodzi tylko o śladowe ilości krwi czy makabrycznych scen, lecz z powodu bardzo wielu znajomych schematów. Te dla koneserów gatunku będą znajome aż za nadto. Skromnie zarysowana paczka bohaterów, gdzie jeśli któryś oddziela się zostaje skonfrontowany z potworem? Jest. Mroczna, gotycka atmosfera z tajemnicą? Jest. Elementy nadprzyrodzone? Od groma i więcej. Napięcie i poczucie grozy? No tutaj coś nie pykło.

I nie chodzi tu o kwestię realizacyjną czy brak pomysłów – bo jest kilka dobrych strzałów jak strach na wróble czy wizualnie poprowadzona próba ucieczki przed potworem w szpitalu psychiatrycznym. W tym ostatnim mocno użyto czerwieni. Sam wygląd potworów też jest niczego sobie, co jest sporą zasługą odpowiednio zmiksowanych praktycznych i komputerowych efektów specjalnych. Klimat lat 60., z wojną w Wietnamie i wyborami prezydenckimi w tle też się prezentuje solidnie. Ale to wszystko wydawało mi się za bardzo znajome, zachowania postaci przewidywalne (zwłaszcza szeryf wydaje się być idiotą), zaś aktorstwo mniej znanych twarzy raczej nie powala – może poza Zoe Colletti jako Stelli.

Nie mniej jednak „Upiorne opowieści…” mają potencjał jako opowieści z dreszczykiem dla nastolatków. Tylko jak znaleźć sposób, by mocniej podziałały na widza, co przemoc i makabrę widział tak często, że bardzo rzadko robi na nim wrażenie? Niby czuć tutaj troszkę inspirację „To” Kinga czy „Stranger Things”, ale zmiana sztafażu nie wystarczy.

6/10

Radosław Ostrowski

Miłość i potwory

Ile już było filmów o tematyce postapokaliptycznej? Wiele i wiele jeszcze będzie, ale co można nowego wymyślić w tym temacie? Reżyser Michael Matthews poszedł w lżejszy ton, dając odrobinę świeżości i to działa. Ale po kolei.

Akcja toczy się siedem lat po zagładzie. Wtedy na Ziemię zbliżyła się asteroida Agatha, więc ludzkość podjęła jedną, słuszną decyzję: napieprzyć w nią całym arsenałem. Problem w tym, że rakiety zawierały jakiejś paskudne chemikalia, które wróciły na naszą planetę i doszło do rozpierdolu. Innymi słowy: wszelkie gady, płazy, owady zmutowały w bestie, wojsko dostało łomot, reszta ludzkości zaś ukrywa się w podziemiach. Jakbyśmy oglądali live-action wersję „Fallouta”. W jednym z bunkrów mieszka niejaki Joel – młody chłopak, ogarniający kuchnię oraz radiostację. Przed całą anihilacją miał dziewczynę, która obecnie jest w innym schronie. Po przerwanej komunikacji chłopak się ruszyć do niej. Ale są dwa problemy: po pierwsze, do pokonania jest około 100 mil, po drugie Joel jest totalnym miękkiszonem. Na widok potwora dostaje paraliżu, nigdy nie wychodził na zewnątrz, więc szansę na przetrwanie są równie duże jak wygrana naszych piłkarzy na mistrzostwach.

love & monsters1

Już sam tytuł sugeruje, że to nie będzie jakaś poważna rozkmina na temat życia w zjebanym świecie po zagładzie. Są potwory, jest miłość napędzająca głównego bohatera oraz klimat znany z masy produkcji o tematyce postapokaliptycznej. Towarzyszący bohaterowi pies? Jest i ma imię Chłopiec – właścicielem chyba była córka Kratosa 😉. Poznany po drodze mentor, udzielający porad w kwestii przetrwania? Jest, ma strój prawie jak Indiana Jones i twarz Michaela Rookera, co jest fantastyczną kombinacją. Zmutowane i powiększone monstra? Są, a mimo skromnego budżetu – 30 milionów dolców na SF to jest żart – prezentują się bardzo dobrze.

love & monsters2

Więc w czym jest problem? Tempo jest dość nierówne, przejście z poważnego w lżejszy ton potrafi troszkę zgrzytnąć, zaś trzeci akt idzie w bardziej mroczne rewiry, serwując sporo akcji. Taka sklejka różnych pomysłów i znajomych klisz, co może wywołać pewien niekontrolowany chaos. Muszę przyznać, że w tym szaleństwie jest metoda i jest wiele zalet. Przepięknie sfilmowana natura oraz opustoszała okolica trochę kojarzyła mi się z „Anihilacją”, bardzo dobrze się sprawdza muzyka. Równie cudowny jest design potworów, choć nie ma ich tu zbyt wiele – wiadomo, skromny budżet. Świat intryguje, zakończenie daje szansę na sequel.

love & monsters3

Obsada ma swoje momenty i potrafi oczarować. Nie miałem wcześniej styczności z Dylanem O’Brianem, ale jako pierdołowaty Josh wypada naprawdę bardzo dobrze. Przekonująco pokazuje przemianę z nieporadnego, zagubionego chłopaka w pełnego sprytu twardziela. Nie jest to przemiana skokowa, ale konsekwentnie poprowadzona. Ale tak naprawdę film kradnie Michael Rooker z Arianą Greenblatt, czyli duet doświadczonych mistrzów przetrwania. Są na tyle wyraziści, że zasługują na osobny film, a ich wspólne sceny z O’Brienem to najlepsze momenty tego filmu.

Jest wiele niedoskonałości i bałaganu, jednak nie mogę odmówić tego, że „Miłość i potwory” jest filmem zrobionym z serca oraz pasji. Jeśli kupicie tą konwencję, będziecie się dobrze bawić. Lekka, po prostu fajna zabawa i nic więcej. Ja to kupuję.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sweat

O tym kim jest influencer chyba nie trzeba mówić. Używa social mediów, by dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców na temat stylu życia. Zazwyczaj domyślamy się jak to niby-życie takich osób wygląda, ale ktoś postanowił to pokazać. Razem z reżyserem Magnusem van Hornem obserwujemy taką osóbkę.

Poznajcie Sylwię Zając – jest influencerką fitness. Kiedy ją poznajemy realizuje ćwiczenia dla swoich fanów w centrum handlowym. Ma wkrótce wystąpić w programie Dzień dobry TVN, jednak sprawy się komplikują. W między czasie jeszcze szykuje się na urodziny matki, przygotowuje filmiki dla swoich fanów i wydaje jej się, że ma stalkera. Innymi słowy, dzieje się i to sporo. A żeby zwrócić uwagę swoich followersów (ponad 600 tysięcy !!!!) trzeba się napocić. Zwłaszcza, że o dziewczynie zrobiło się głośno, gdy parę dni temu nagrała filmik, w którym pokazuje się ze słabszej strony. Czyli jest rozpłakana, mówiąca o swojej samotności i potrzebie spotkania bliskiej osoby.

sweat1

Już pierwsze sceny sugerują, że von Horn zamierza podejść do sprawy sławy oraz uzależnienia od niej z bardziej ludzkiej perspektywy. Kamera niemal cały czas jest bardzo blisko Sylwii. Już podczas sceny ćwiczeń podążą za nią, jej ruchami ciała, co tylko podkreśla poczucie intymności. Obserwujemy ją niemal jak owada pod mikroskopem – nie tylko podczas prowadzenia relacji na Instagramie, ale też przy zwykłych chwilach dnia codziennego. Schodzenie po schodach z prezentami, ćwiczenia na siłowni, spotkanie z matką w dniu jej urodzin czy przypadkowe spotkanie z dawną niewidzianą koleżanką. Ta bliskość wywoływała we mnie poczucie podglądactwa, zaś kilka wątków poszło w zupełnie innym kierunku jak w przypadku stalkera.

sweat2

To wszystko, by nie miało znaczenia, gdyby nie absolutnie rewelacyjna Magdalena Koleśnik w roli Sylwii. Bezbłędnie pokazuje sprzeczności swojego charakteru: od nabuzowanej energią podczas ćwiczeń czy na początku w galerii handlowej po chwile wyciszenia, z bardzo tłumionymi emocjami. Czasami ciężko wyczytać z jej twarzy myśli, można odnieść wrażenie – być może mylne – że potrzebuje atencji. A tak naprawdę chodzi o… akceptację. Tylko i aż tyle, co dobitnie pokazuje scena obiadu na urodzinach matki (cudowna Aleksandra Konieczna). Ale może się mylę? Reżyser jej nie osądza, tylko obserwuje, zaś wnioski daje samemu do wyciągnięcia.

sweat3

Jedynym poważniejszym zgrzytem jaki mam wobec „Sweat” są drobne dźwiękowe problemy na początku. Dialogi w scenie toczącej się w centrum handlowym są zagłuszane przez muzykę. Oprócz tego van Horn kolejny raz potwierdza, że warto go uważnie obserwować. Jego spojrzenie na social media pełne delikatności i bez komentarza jest bardzo odświeżające. Szczere, dynamicznie zrobione kino z lekko społecznym zacięciem.

7,5/10

Radosław Ostrowski