Rock Dog! Pies ma głos

Bono to pies z Tybetu, którego ojciec jest strażnikiem wioski, co chroni ją przed wilkami. Podczas jednego z ataków zostaje dokonany zakaz grania muzyki. Bo ona uśpiła czujność mieszkańców przed zagrożeniem. Więc jest spokojnie, ale jednocześnie strażnik próbuje wprowadzić dyscyplinę oraz stworzyć coś w rodzaju armii. Ale chłopaka kompletnie to nie interesuje, a muzykę kocha nad życie. Zostaje ona spotęgowana przez radio, co spadło z nieba i tam usłyszał Głos. Idol zwał się Angus, a muzyką żył dłużej niż ktokolwiek. Chłopak decyduje się wyruszyć do miasta, by zrobić karierę, ale jeśli się nie uda, wróci do domu.

rock dog1

„Rock Dog” to dziwna hybryda, bo to animacja zrobiona przez Amerykanów, ale na podstawie chińskiego komiksu. Zresztą Chińczycy także współprodukowali film. Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa. Chodzi o młodego, naiwnego chłopaka marzącego o realizowaniu swojej pasji zderzonego z dużym miastem. Tutaj idol okazuje się zblazowanym, pozbawionym weny wypaleńcem, a idealiści łatwo mogą stracić swoją pasję. No i jeszcze grupa wilków, która chce zaatakować wioskę, mają w mieście spelunę oraz noszą garniaki niczym gangsterzy. Lecz oprócz szefa to są bardzo niezdarni kretyni i robią tutaj za akcent humorystyczny.

rock dog3

Ale zderzenie Wschodu z Zachodem (tybetańska wioska na wielkiej górze vs wielkie miasto a’la Nowy Jork) jest bardzo mdłe. Albo inaczej, produkcja jest bardziej skierowana dla młodszego widza. Gdzieś tak w wieku 6-8 lat. Humor jest mocno slapstikowy, opowieść jest bardzo przewidywalna i pozbawiona postmodernistycznych zabaw. Innymi słowy, dorośli wynudzą się jak diabli. Nawet ładna animacja (zwłaszcza początek jest śliczny) oraz parę fajnych piosenek nie przykuły mojej uwagi na dłużej.

rock dog2

Sytuację oraz ocenę podnosi polski dubbing. On dodaje troszkę humoru w dialogach, przez co słucha się tego lepiej. A i same głosy też bardzo dobrze dobrano z niezłym Kubą Molędą jako Bono (świetnie śpiewa, a sam bohater budzi sympatię) oraz niezawodnym Marcinem Dorocińskim jako lekko zblazowany i wypalony gwiazdor rocka Angus.

„Rock Dog” przypomina zapaleńca, który jest bardzo nakręcony i czasami potrafi fajnie zagrać. Ale zapał nie jest w stanie zastąpić umiejętności, jakie z czasem na pewno się pojawią. Niemniej warto kibicować, zaś młodemu widzowi powinien się spodobać.

6/10

Radosław Ostrowski

Paddington 2

Pierwsze spotkanie z misiem Paddingtonem było sporym zaskoczeniem. Inspirowany serią książek Michaela Bonda zarobił na tyle dużo i odebrany był tak ciepło, że musiała powstać kontynuacja. Tym razem reżyser Paul King przeszedł samego siebie i zrobił najlepszy film w swojej karierze.

paddington2-1

Nasz miś został pełnoprawnym członkiem rodziny Brownów. Stara się być po prostu dobrym misiem, nie robiącym żadnych złych rzeczy. Jedyne, o czym teraz myśli, to o odpowiednim prezencie na urodziny swojej cioci Lucy. Antykwariusz, pan Gruber pomaga wybrać i znajduje składaną książeczkę opisującą Londyn. Ale ponieważ jest bardzo droga, miś decyduje się znaleźć pracę, by mieć za co ją kupić. Niestety, sprawy bardzo mocno się komplikują, bo książka zostaje skradziona. A za kradzież zostaje oskarżony… Paddington i skazany. Rodzina jednak próbuje ustalić kto wrobił naszego bohatera, a podejrzanym staje się pewien podstarzały aktor.

paddington2-2

Reżyser tutaj postanowił zaszaleć i opowiada o wiele bardziej skomplikowaną intrygę niż w poprzedniej części. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, a stawka jest o wiele wyższa. Nadal humor w sporej części oparty jest na slapsticku i ciągle to śmieszy, bez popadania w wulgarność czy archaiczność. Ciągle to bardzo ciepłe, familijne kino w dobrym stylu. Ale najbardziej zadziwia tutaj praca kamery i kąty, z jakich filmowana jest historia. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to mógłby być film… Wesa Andersona, tylko bez pastelowych kolorów. Co najbardziej widać w scenach, kiedy nasz miś trafia do pierdla, zaś w skutek jego pomyłki, ich ciuchy są… różowe. Cały czas akcja jest popychana do przodu, odkrywając kolejne elementy układanki. Historia potrafi trzymać w napięciu, choć wiemy, kto za tym wszystkim stoi. Ale nie wiemy dlaczego. Jednak dzięki niemu widzimy piękne krajobrazy oraz zabytki miasta. Miasta pełnego kulturowego tygla, gdzie najbardziej niesympatycznym okazuje się rdzenny Anglik o aparycji Petera Capaldiego.

paddington2-4

Sam bohater jest tak sympatyczny, że każde miejsce nabiera kolorów i przynosi szczęście. Nawet więzienie, co jest ogromną niespodzianką. Reżyser akcję też potrafi poprowadzić brawurowo, co pokazuje podczas sceny włamania i pościgu, gdzie miś jedzie na… psie niczym na koniu. Nie wspominam o finałowej konfrontacji w pociągu z pogonią na dachu niczym w „Mission: Impossible”, co podkręca tempo oraz adrenalinę. Nawet ucieczka z więzienia wygląda imponująco (w większości kręcona w jednym ujęciu) i trzyma wręcz za gardło. A i nie brakuje momentów wzruszających, zaś stworzony komputerowo miś wygląda cudnie.

paddington2-3

Niektórzy pewnie będą narzekać, że to jest naiwne, zaś morał o tym, iż warto być dobrym, bo ono wraca wydaje się naiwne. Jednak jest to tak przekonująco „sprzedawane”, że nie da się w to nie uwierzyć. Przy okazji reżyser troszkę skomentuje swój stosunek do Brexitu (w końcu nasz bohater to imigrant z Peru) oraz serwuje uniwersalne prawdy. A finał… przekonajcie się sami. I nadal to świetnie zagrane kino. Wracają starzy znajomi (m.in. Hugh Bonneville, Sally Hawkins czy użyczający głosu misiowi Ben Whishaw), ale film kradnie dwójka nowych postaci. Absolutnie rozbrajający jest Hugh Grant w roli antagonisty. Niby czarujący aktor, lecz tak naprawdę egotyczny narcyz pragnący poklasku i splendoru, jednocześnie zmieniający wygląd niczym kameleon. Drugim jest Brendan Gleeson jako szef więziennej kuchni Golonka z twardymi pięściami, lecz dobrym sercem i dodaje pewnej lekkości. Obaj panowie jeszcze bardziej podnoszą poziom całości.

Jak tak dalej pójdzie, to trzecia część będzie arcydziełem w swoim gatunku. Bo drugi „Paddington” przebija oryginał wielokrotnie, a reżyser nie musi się martwić, że nikogo nie będzie obchodził los najbardziej kulturalnego misia. Szalona jazda bez trzymanki, potrafiąca rozbawić i nawet złapać za serce. Można się rozsmakować niczym w marmoladzie.

8/10

Radosław Ostrowski

Earl i ja, i umierająca dziewczyna

Sam tytuł zapowiada coś w rodzaju romantycznej opowieści z umieraniem w tle. Może nawet z szansą zbudowania trójkąta miłosnego. Jednak debiut Alfonso Gomez-Rejona oparty na powieści Jesse’ego Andrewsa idzie w zupełnie innym kierunku. Ale rozbijmy tytuł na czynniki pierwsze.

Ja ma na imię Greg, jest uczniem ostatniego roku liceum i o studiach nawet nie myśli. Jest w zasadzie samotnikiem, który trzyma się ze wszystkimi, ale jego relacje są bardzo płytkie. Earl to jego najlepszy kumpel, choć go tak nie nazywa. Znają się od dziecka i razem kręcą filmy inspirowane klasyką kina światowego. Życie Grega powoli zostaje wywrócone do góry nogami przez jego matkę. Kobieta chce, by zaczął się spotykać z chorującą na białaczkę córkę sąsiadki. Zostaje do tego zmuszony, co jemu i dziewczynie o imieniu Rachel nie odpowiada. Ale w końcu decydują się na ten jeden raz. Nie trzeba być geniuszem, by odkryć co będzie dalej. Prawda?

earl, ja i dziewczyna1

Nie do końca, bo reżyser skupia całą historię z perspektywy Grega, przez co reszta postaci (w tym również Rachel) sprawia wrażenie niejako statystów na planie filmu. Sam film sprawia wrażenie samoświadomej zabawy z konwencją, gdzie dramat i komedia mieszają się ze sobą niczym w tyglu. A jeśli spodziewacie się komedii romantycznej czy romansidła dla nastolatków z umieraniem w tle, to pomyliliście adresy. Nie ma tutaj ani nadęcia i kiczowatych scen, czy górnolotnych, patetycznych słów, o które się aż tu prosi. Wyznania miłości też tu nie znajdziecie, ale nie jest to aż tak depresyjne jak mogłoby się wydawać.

earl, ja i dziewczyna2

Reżyser wykorzystuje ten ograny motyw, by przedstawić historię dojrzewania naszego protagonisty. Człowieka tak wycofanego, nie znoszącego samego siebie i skupionego na sobie, że dla wielu jest to nie do wytrzymania. I to powoli zaczyna do niego docierać, a widać to najbardziej w jego pasji. Hołdy dla klasyki kina z jednej strony mają charakter parodii i są bardzo zabawne, ale już ostatni film pokazuje zupełnie inną formę, bez masakrowania Kurosawy, Godarda, Lyncha czy Herzoga. To jednak zobaczycie sami. Całej historii pomaga także sposób realizacji z wieloma płynnymi jazdami kamery, szybkim montażem czy drobnymi scenkami z… plasteliny (opowieść o łosiu i wiewiórce). I to wszystko pomaga zaangażować się, serwując kilka mocnych scen. Nawet jeśli wydają się delikatnie zarysowane i bez fajerwerków. A tego się w życiu nie spodziewałem, sądząc po temacie.

earl, ja i dziewczyna3

Jeszcze trudniejsze zadanie mieli aktorzy, którzy – poza głównym bohaterem w wykonaniu Thomasa Manna – wydają się być tłem dla przemiany tej postaci. Nie oznacza to jednak, że nie udaje się z tego wycisnąć coś więcej. Tak jest choćby z Olivią Cooke jako Rachel, której chemia z Mannem jest duża i oboje grają bardzo naturalnie, subtelnie, bez przeszarżowania w kluczowych momentach. Tak samo dobrze wypada CJ Ryler jako Earl, będący jedynym kumplem dla Grega, choć nie widać tego od razu. Z dorosłych największe wrażenie zrobiła na mnie Molly Shannon, czyli matka Rachel, lubiąca sobie troszkę wypić, lekko oderwany ojciec Grega w wykonaniu Nicka Offermana oraz wytatuowany nauczyciel historii o aparycji Jona Bernthala.

Niezależny film, który wykorzystuje już ograny motyw do opowiedzenia o drodze do dojrzewania i wychodzenia poza czubek swojego nosa. Zaskakująco świeże, kreatywne i lekkie kino, niepozbawione emocji i wzruszeń.

7/10

Radosław Ostrowski

Playmobil. Film

Klocki Playmobil od momentu powstania (lata 70.) zawsze były w cieniu Lego, choć miały swoje grono fanów. Teraz wielbiciele niemieckiej myśli zabawkowej mają szansę zobaczyć klocuszki w formie animacji, zrobionej przez… Francuzów. I mocno tutaj inspiruje się „Lego Przygodą”, ale samo w sobie nie musi być złe. Ale po kolei.

playmobil1

Cała historia skupia się na rodzeństwie: Marli i Charliem. Ona jest starsza i chciałaby podróżować zamiast iść na studia, zaś młodszy bardzo lubi się bawić. Nie tylko klockami. Niestety, ich spokojnie życie zmienia śmierć rodziców. Dziewczyna zmuszona jest niejako opiekować się swoim bratem, lecz to troszkę za bardzo. To doprowadza do sytuacji, gdzie braciszek ucieka z domu. Siostrzyczka znajduje go na wystawie zabawek Playmobil. Wskutek pewnego zbiegu okoliczności, oboje trafiają do świata z klocków i zostają rozdzieleni.

playmobil2

Sama historia jest bardzo znajoma, wręcz standardowa dla kina familijnego. Reżyser próbuje zapewnić atrakcje i miesza kompletnie konwencje. Western miesza się z SF, kinem szpiegowskim, Wikingowie walczą z piratami, a w cesarstwie wszyscy walczą z potworem-dinozaurem. Jakoś to się trzyma, na cienkiej nitce i domyślam się, czemu jest taki rozgardiasz. Chodziło o pokazanie różnorodności świata i jego bogactwa, tylko że efekt jest odwrotny. Za mało czasu spędzamy w każdym z tych światów, przez co brakuje tutaj czegoś głębszego. I to wszystko pędzi za szybko, przez co ten rollercoaster zwyczajnie zaczyna nudzić. Nawet humoru jest tutaj jak na lekarstwo, bo uśmiałem się ze 3, może 4 razy, zaś odniesienia do wydarzeń w Polsce nie działa za bardzo.

playmobil3

Sama animacja nie jest jakaś strasznie brzydka i jest to wyższa półka europejska. Klocki wyglądają solidnie, tak jak ich ruchy. Stąd moje skojarzenie z „Lego Przygodą”, choć nie ma tutaj stylizacji na animację poklatkową. Nie jest to zbyt szczegółowe na poziomie znanym Pixara, lecz nie ma się czego wstydzić. Nie brakuje kilku fajnie zrobionych scen (włamanie do rosyjskiej bazy wojskowej czy finałowe starcie), jednak to jest troszeczkę za mało.

playmobil4

Sytuację częściowo ratuje polski dubbing, dzięki dobrze dobranym głosom. Zadziorna Julia Kijowska (Marla), bardziej wyluzowany Tomasz Karolak (właściciel wozu z żarciem Del) oraz kradnący całość Marcin Dorociński (agent Rex) dają prawdziwego kopa, sprawiając o wiele więcej frajdy. Tylko, że oryginalny scenariusz nie daje wiele pola do popisu.

No cóż, filmowe spotkanie z klockami Playmobil jest średniakiem pozbawionym elementu zaskoczenia. Da się to obejrzeć i jest kilka niezłych scen, jednak dla mnie był zbyt przewidywalny, nudny, nieciekawy. Może młodemu widzowi się spodobać, choć pewności nie mam.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Mowa ptaków

Czy my lubimy reżyserów-wariatów? Takich, co grają wszystkim na nosie – krytykom, widzom, kolegom z branży. A po obejrzeniu ich dzieł ma się taki mętlik, że nie wiadomo, co z tym fantem zrobić? Możecie próbować to rozgryźć, tylko że to może być droga donikąd, bo nie wszystkie sensy są jasne i czytelne. Albo wskoczyć do tego rozpędzonego pociągu z nadzieją, że wrócicie w jednym kawałku. Już na samym plakacie jest ostrzeżenie: To nie jest film dla Ciebie. Prowokacja, prawda czy wyzwanie? Zostaliście ostrzeżeni.

mowa ptakow1

O fabule nie chce mówić, bo w zasadzie trudno ją opisać, a całość skupia się na czterech bohaterach. Marian jest nauczycielem języka polskiego i etyki, który zostaje zwolniony z pracy. Wszystko dlatego, że stanął w obronie kolegi Ludwika – historyka. Ten przez swoich uczniów, co wchodzą mu na głowę, dołącza do grupy kibolów. Jest jeszcze kompozytor Józef ze swoją dziewczyną, Anią. Ona sprząta u nowobogackiego prezesa banku, on chce napisać przebój i choruje na trąd. Jest jeszcze ktoś piąty: „szpiegówa” Ala, co filmuje wszystko na swoim telefonie i kocha kino. Wszystko się skupia na zderzeniach tych postaci z naszą rzeczywistością, a konstrukcją podzielone jest na segmenty.

mowa ptakow4

„Mowa ptaków” to takie problematyczne kino, które bardzo trudno jest opowiedzieć. To inna bajka, gdzie nie do końca wiadomo czego się spodziewać. Właściwie ciężko też rozgryźć (na początku) o co tu w ogóle chodzi. Bo tematów dotykanych przez reżysera jest multum. Bardzo krzywe spojrzenie na rzeczywistość, pełną bełkotu oraz pustej gadaniny, świadomych (lub nie) odniesień do (pop)kultury, estetyczne kolaże, dziwaczne jazdy kamery, tzw. inteligencja (choć nie wiem, czy pasuje do definicji) posługująca się swoim własnym, niezrozumiałym językiem, hołd skierowany ku Żuławskiemu oraz próba rozliczenia z nim, relacja ojciec-syn. To ja wyłapałem, ale na pewno jest tego o wiele więcej. I wiem jedno: jeden seans nie wystarczy, by posklejać to wszystko do kupy.

mowa ptakow2

Jak ogarnąć ten cały pierdolnik? Chaotyczne, wariackie, pokręcone, bełkotliwe, a może genialne? Ja wam tej odpowiedzi nie dam. A jeśli myślicie, że reżyser też jej udzieli. Najwyżej może pokazać wam środkowy palec i walnąć takimi słowami, iż nie będziecie wiedzieli co odpowiedzieć. Granie na nosie widać tu wielokrotnie: od konstrukcji narracji przez lekko surrealistyczną muzykę i gwałtowne cięcia montażowe aż po ostatnią scenę. A ona rozrywa głowę na strzępy, nie zostawiając nic. Czegoś takiego nie widziałem od dawna.

mowa ptakow3

Wszystko jest też świetnie zagrane. Po prostu. Zarówno młodzi z Erykiem Kulmem i Jaśminą Polak, jak i bardziej doświadczeni pokroju Andrzeja Chyry oraz Daniela Olbrychskiego. Jednak jest jeden aktor, który zawłaszcza ekran dla siebie i jest to… Sebastian Fabijański. Jego Marian to dziwaczna postać: niespełniony pisarz, inteligent pełnokrwisty, ale dialogi wypowiada jakby był dresiarzem. Magnetyzuje swoją obecnością, z czasem stając się kimś w rodzaju demiurga, zmieniającego rzeczywistość według własnych reguł. Ja chcę tego aktora oglądać częściej w takich rolach.

Nie jestem w stanie ogarnąć tej kosmicznej przestrzeni zwanej „Mową ptaków”. Bełkot, grafomania czy geniusz? Na pewno jest to unikatowe, niesamowite doświadczenie, mocno odbijające się od poziomu polskiego kina. Ale ostrzegam, to nie będzie łatwa przeprawa, lecz warta spróbowania.

7,5/10, może nawet 8/10

Radosław Ostrowski

Kosmos

Ugryzienie na ekran powieści Witolda Gombrowicza jest zadaniem karkołomnym. Do tej pory mierzyli się z nim Jerzy Skolimowski („Ferdydurke”) oraz Jan Jakub Kolski („Pornografia”), ale spotkały się one z bardzo chłodnym odbiorem. I kiedy wydawało się, że filmowcy polegli z tą trudną materią, jeden szaleniec wziął sprawy w swoje ręce. Ale że miał długą przerwę, to i obawy były spore. Tym gościem był Andrzej Żuławski, a na warsztat wziął „Kosmos”. Co z tego lotu wyszło?

Akcja została przeniesiona z Zakopanego do Francji i została umieszczona we współczesnych realiach. Bohaterem jest Witold – młody student prawa, który marzy o napisaniu powieści. Razem z poznanym kolegą Fuchsem wynajmują pokój w domu dość ekscentrycznej rodziny. Wśród domowników jest starsze małżeństwo, ich córka Lena związana z Ludwikiem oraz mająca lekko zdeformowane usta służąca Katasia. Podczas poszukiwania lokum uwagę chłopaka przykuwa pewien szczegół: powieszony wróbel na sznurku w lesie. Przypadkowe zdarzenie czy może jednak coś więcej? Witold razem z Fuchsem próbuje wyjaśnić sprawę, zaś kierunki śledztwa są dość zaskakujące.

kosmos1

Reżyser uwspółcześnia fabułę, jednak same pytania stawiane przez autora pozostają. A chodzi o obserwację rzeczywistości. Co jest w stanie wychwycić nasz umysł, jaki to ma sens i czy w ogóle on istnieje? Bo my, ludzie, mamy skłonność do szukania sensu w tym bezsensownym świecie. Ale czy tak naprawdę chodzi tu o „śledztwo”? Bo „Kosmos” nie jest stricte kryminałem, gdyż za dużo tu groteski, przerysowanych postaci (Leon i jego żona, tajemniczy Fuchs marzący o pracy w środowisku mody). Same „poszlaki” też wydają się dziwne: zalany sufit w kształcie strzałki, przeniesiona siekiera, znikający trup wróbla. O co tu w ogóle chodzi? Bo jest jeszcze fascynacja Witolda Leną, czuje coś do niej. Fascynację, pożądanie, pragnienie – ciężko to określić, gdyż nie ma tu jednoznacznej odpowiedzi.

kosmos3

Jednocześnie Żuławski – nie mając nic do stracenia – bawi się tym wszystkim. Dialogi to wariacka mieszanka fascynacji kinem, filozofią, ale i zabawą słowami, zdrobnieniami (tak bardzo „gombrowiczowskie”). Reżyser dorzuca też swoją niemal wykrzywioną, choć wysmakowaną pracę kamery oraz nadekspresyjne aktorstwo czy krótkie przebitki montażowe. To wszystko jeszcze bardziej kluczy, mąci, ale i intryguje. Też szukałem, próbowałem zebrać wszystko do kupy, lecz samo dochodzenie rozczarowuje. Nie o to jednak tu chodzi, lecz o fascynację, tajemnicę i kilka niezapomnianych scen. Pani Wojtys rąbiąca siekierą po nocy, zbliżenia ust Leny i Katasii czy śpiewana w lesie aria przez Leona. Nie mówiąc już o fragmentach pisania powieści przez Witolda z nerwowym wzrokiem jakby w amoku.

kosmos2

I to jest naprawdę bardzo dobrze zagrane przez aktorów francuskich, których nie znam za dobrze. Nawet ta nadekspresja staje się prawdziwą siłą, co widać w kreacjach Sabine Azemy oraz Jean-Francois Balmera (państwo Wojtis). Równie intrygujący jest Jonathan Genet jako Witold, który mógłby być bratem… Adama Drivera, tylko bardziej nabuzowany oraz pociągająca Victoria Guerra robiąca niby za femme fatale.

Czy Żuławski przeczuwał, że „Kosmos” może być jego ostatnim filmem? Mogę się tylko domyślać, ale ta interpretacja Gombrowicza wydaje się zaskakująco stonowana na tle innych dokonań reżysera. Nie oznacza to, że nie jest szalony i pokręcony, jednocześnie potrafi przyciągnąć do siebie jak magnez. Cóż za paradoks.

7/10

Radosław Ostrowski

Monument

Zaczyna się dość banalnie. Grupa młodych ludzi jedzie autobusem w nocy. To studenci hotelarstwa, przybywający na praktyki do hotelu w celu zdobycia zaliczenia. Tam kierowniczka niemal wszystkich trzyma za pysk i daje im wejść na głowę. Wszyscy mają jednakowy uniform, a nawet plakietki mają takie same imiona oraz mają określone zadania do wykonania. Sprzątanie, usuwanie szczurów, wymiana pościeli i czyszczenie pewnego pomnika na zewnątrz. Z czasem jednak coraz bardziej zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

monument3

Jagoda Szelc już w swoim debiucie pokazała, że zamierza iść własną drogą i tworzyć kino absolutnie nie dla każdego. „Monument” był filmem dyplomowym dla studentów IV roku Wydziału Aktorskiego łódzkiej Filmówki, która dała na produkcję… 200 tysięcy złotych. Za takie pieniądze jednak nie można za bardzo zaszaleć, a do tego trzeba każdemu studentowi dać szansę zabłysnąć. Takie ograniczenia raczej przeszkadzają, ale dla reżyserki nie jest to żaden problem. Film wygląda bardzo zawodowo oraz na droższy, a jednocześnie kompletnie olewa klasyczną konstrukcję i narrację. Historia zaczyna rozpadać się na zbiór scenek, gdzie przenosimy się do każdej grupki na różne miejsca. Od hotelowego pokoju, kuchnię, pływalnię, piwnicę oraz tego cokołu/monumentu, który mimo czyszczenia ciągle jest brudny.

monument1

Lawirujemy między psychodramą, horrorem a… no właśnie, czym. Kolejne minuty zaczną wywoływać mętlik w głowie. Normalność zaczyna być przełamywana jakimiś pokręconymi sytuacjami. Czas wydaje się jakby zakrzywiony, ciągle panująca noc, zaś zachowania studentów coraz bardziej wymykają się sensowi. Trzy dziewuchy w hotelowym pokoju palące papierosy, dziewczyna jedząca szczury, lekko chorowity chłopak jakby zombiak czy czyszczenie cokołu.

monument2

To dopiero początek tego wariackiego snu jakby wziętego z kina Davida Lyncha, obecny równie w debiucie. Świetnie opanowany światłocień, niemal chropowata kolorystyka, a w tle jeszcze słyszymy przemielone dźwięki oraz… wiadomości z telefonów. Nie brakuje repetycji, pewnej monotonii zdarzeń, co wywołuje dezorientację i próbę znalezienia odpowiedzi na jedno pytanie: co ja tu obejrzałem? Czy to jest opowieść o dehumanizacji, buncie, zachowaniu własnego charakteru, dewiacjach? A może to jakiś senny koszmar, stworzony przez jakieś majaki? Zakończenie częściowo daje odpowiedź i potrafi mocno uderzyć swoim oniryczno-szamańskim klimatem.

Od dawna nie miałem takiej sytuacji, że nie potrafię opisać wrażenia, jaki wywołuje film. „Monument” na pewno będzie we mnie siedział, stanowiąc poważną układankę do rozwiązania. Widzę klocki, ale jeszcze nie wiem jak je dopasować. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że jeszcze do niego wrócę.

?/10

Radosław Ostrowski

Pan T.

Rok 1953 to był dziwny czas w Warszawie. Miasto podnosiło się z kolan, czuwał nad nim I sekretarz Bierut, a wisi nad nim Pałac Kultury i Nauki. I w tym mieście żyje niejaki pan T. – literat w średnim wieku, którego twórczość nie jest publikowana. Nie pisze, nigdzie nie pracuje, a i z udzielaniem korepetycji jest problem. Bo ciężko znaleźć uczniów, z których dałoby się coś ulepić. Jest jeszcze przystępująca do matury Dagna, ale ona ma pociąg nie tyle do polskiego, co do korepetytora. A nasz bohater nie chce iść na kompromis z systemem i ma pod górkę.

pan t1

Filmów o czasach stalinowskich było wiele. Albo pokazywały one świat z perspektywy tzw. „wrogów ludu” („Przesłuchanie” czy spektakle Teatru Tv należące do Sceny Faktu) albo próbowały wykorzystać realia do gatunkowej zabawy jak „Rewers”. Najnowszemu dziełu Marcina Krzyształowicza bliżej jest do drugiej opcji, chociaż nie do końca. Podobno film jest inspirowany życiorysem słynnego pisarza Leopolda Tyrmanda, ale twórcy się zapierają. Uważni obserwatorzy zauważą podobieństwa pana T. do autora „Złego”, jednak wydaje się to tylko pretekstem do przyjrzenia się tym wariackim czasom. Trudno tutaj mówić o fabule, bo całość jest zbiorem scenek luźno ze sobą połączonych. Reżyser przygląda się tej absurdalnej sytuacji, gdzie można pisać niejako zgodnie z doktryną partyjną. Nasz bohater chce przeczekać ten okres, do tego jeszcze przechodzi blokada twórcza i problemy z utrzymaniem. Dochodzi do czasem tak dziwnych sytuacji jak profesorowie filozofii malujący krasnale czy niemal wszędobylska obecność lalek dla dorosłych. O co z nimi chodzi? To już się sami przekonacie.

pan t3

Te scenki rodzajowe dodają wiarygodności realiom, a kilka z nich (jak spadająca moneta i jej trajektoria czy przesłuchanie w UB) to prawdziwe perełki, których „Pan T.” jest pełen. Wszystko pokazane w monochromatycznych, czarno-białych zdjęciach (świetnych zresztą) oraz jazzową muzyką z epoki (albo ją świetnie imitującą). Przełamaniem są momenty, kiedy bohaterowi się śni wysadzenie Pałacu Kultury i Nauki, co przeplata się z całą narracją. Przez to można czasami się odbić, a nadmiar groteski może być nie do przełknięcia.

pan t2

Ale jak to jest zagrane!!! W roli tytułowej pojawia się absolutnie znakomity Paweł Wilczak, który przechodzi samego siebie. Jego pan T. jest z jednej strony bardzo zdystansowany, bardzo ironiczny, ale jednocześnie bardzo stłamszony i sfrustrowany pewną bezsilnością wobec systemu. Systemu narzucającego jedyne słuszne myślenie, mówienie i działanie. Jak przy tym tworzyć? Równie świetny jest Sebastian Stankiewicz jako sąsiad Filak, dla którego pan T. jest kimś w rodzaju mentora, autorytetu. Chociaż motywacja tego faceta w kwestii kontaktów z panem T. nie jest taka jednoznaczna, ale wpływ tych rozmów będzie ogromny. I jest tu masa znanych twarzy w epizodach, z których najbardziej zapada w pamięć Jerzy Bończak jako Bolesław Bierut oraz trio profesorskie. Ale kto tam jeszcze się pojawia, przekonajcie się sami.

Dyskusja o tym, czy „Pan T.” jest biografią Leopolda Tyrmanda czy jedynie jest nią zainspirowana wydaje mi się bezcelowa. Liczy się tylko, czy film jest udany czy nie. Krzyształowicz wraca tutaj do formy, choć ta luźna narracja i groteskowe spojrzenie na lata 50. nie wszystkim będą odpowiadać. Niemniej uważam, że lepiej tej epoki przedstawić się nie dało.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Powrót

Witajcie w małomiasteczkowej polskiej prowincji z Bogiem na ustach. Tutaj wraca do domu młoda dziewczyna, która kiedyś brała udział w programie typu talent show. Potem zniknęła i wraca, choć tak naprawdę nikt na nią nie czeka. Siedzi dziewucha zamknięta w domu jakby była duchem. Co się tak naprawdę stało? Jak jej najbliżsi zareagują na tajemnicę?

powrot(2018)2

Magdalena Łazarkiewicz to reżyserka, która zawsze będzie w cieniu swojej znanej siostry. Niemniej co jakiś czas próbuje o sobie przypomnieć, że jeszcze tworzy. „Powrót” jest inspirowany prawdziwą historią dziewczyny, która została oszukana i przeszła piekło. Powrót do rodzinnych stron miał przynieść ukojenie oraz odzyskanie sił, ale okazało się to pułapką. Rodzina okazała się mieć Boga tylko w słowach, bo przyzwyczaili się żyć bez Uli. Wydaje się kimś w rodzaju balastu, jest bardzo wycofana, jakby nieobecna. Bardzo powoli jest odkrywana jej tajemnica, jednak to wszystko służy pokazaniu znanego obrazka Polski B. Zacofanej, bałwochwalczej, gdzie dominuje religijna hipokryzja oraz obłuda. To, co ludzie mogą o tobie pomyśleć staje się ważniejsze od więzi rodzinnych. Bo to może zaszkodzić reputacji, interesom i wywołuje większy ból dziewczynie niż można to sobie wyobrazić. Dom pełen dewocjonaliów, które albo są tylko czymś, co trzeba powiesić albo skrytką na papierosy.

powrot(2018)1

Niby wydaje się prawdziwe i poruszające, ale nie mogę pozbyć się wrażenia pewnego przejaskrawienia. Bo jest tylko chlanie, bicie i w sumie nie ma ani jednego pozytywnego bohatera. Poza Ulą, która znosi to wszystko i nie robi z siebie ofiary. Pokazanie całego dramatu w skali mikro, bardzo kameralnej jest samo w sobie niezłym pomysłem. Niemniej jest kilka momentów, gdy całość zaczyna trzymać się na ślinę jak wątek byłego chłopaka Uli. Od samego początku ma wyglądać groźnie i jest zły do tego stopnia, że rodzina nie dzwoni na policję. Niby można to tłumaczyć poczuciem wstydu, ale po wyjawieniu tajemnicy Uli nie powinno być decydującym czynnikiem. Ani razu nawet taki pomysł nie zostaje wspomniany i to jest ewidentnie podporządkowane z góry narzuconej tezie. Takie szczególiki psują wiarygodność tego świata, chociaż może się mylę.

powrot(2018)3

Trudno mi się przyczepić realizacji, bo ona miejscami bardzo pomaga. Klimat budują świetne zdjęcia, niemal skupione na detalach oraz twarzach. Dziwnie w tle wypada muzyka, bardziej pasująca pod thriller, co wywołuje miejscami dysonans. Ale jest kilka momentów mocno łapiących za gardło jak scena przymierzania ubrań czy wyznania Uli przed księdzem, co nie czyni tego filmu obojętnym.

Tak samo najmocniejszym punktem są tutaj dwie świetne kreacje aktorskie: matki i córki. Pierwszą gra dawno nie widziana Agnieszka Warchulska, gdzie widać w niej konflikt między religijnym fanatyzmem, a trudną do wyrażenia miłością. Pokazane jest to bardzo delikatnie, choć scenariusz nie zawsze pozwala. Ale odkryciem była dla mnie Sandra Korzeniak jako Ula. Bardzo wycofana, wręcz subtelnie poprowadzona postać dziewczyny naznaczonej piekłem i odrzucona przez bliskich magnetyzuje. Nawet kiedy nie robi nic, co jest nieprawdopodobne.

„Powrót” nie odkrywa niczego nowego  temacie hipokryzji małego zaścianka i jest to kolejne ostre (w założeniu) spojrzenie na Kościół. Nie zawsze subtelne, czasami przypomina to wyważanie otwartych drzwi, ale ciągle potrafi parę razy uderzyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Syberiada polska

Dla mieszkających bliżej wschodniej granicy Polaków wrzesień 1939 roku zaczął się względnie spokojnie. Nie było jakiś gwałtownych ataków – poza ulotkami propagandowymi – zaś sami Sowieci sprawiali wrażenie bardziej sprzymierzeńców. Wszystko zmieniło się zimą, kiedy to Polacy zostali wyrzuceni ze swoich domów i wywiezieni w głąb kraju, na Syberię. By pracować do wyczerpania sił.

syberiada polska1

Janusz Zaorski zdecydował się wrócić po latach do kręcenia filmu, zaś materiałem była powieść Zbigniewa Domino. Sam punkt wyjścia był świetny, bo tematyka zesłańców na Syberię nie jest zbyt często poruszana. O czasach, gdzie najważniejsze było przeżycie niemal za wszelką cenę. A jednocześnie wszystko miało miejsce w bardzo nieprzyjaznych okolicznościach przyrody. Niby pięknie wyglądającej, ale brutalnej i nieprzyjaznej. Takie wydawałoby się założenie na mocny i poruszający dramat. Problem w tym, że „Syberiada polska” to absolutny niewypał. Tu praktycznie nic nie gra, a uczynienie  bohaterem zbiorowości okazuje się chybionym pomysłem. Niby historia skupia się na rodzinie Jana Doliny, ale po drodze jeszcze pojawiają się inni: profesor z córką, matka z trójką dzieci czy młoda żydowska dziewczyna. Oczywiście są też źli Sowieci, co nienawidzą Polaków (przerysowany komendant obozu), ale nie wszyscy. Niby próbuje się nadać odcieni szarości, jednak z powodu braku głębszego zarysowania postaci, wywołuje to kompletną obojętność. Mało tego, historia jest wręcz poszatkowana, pozbawiona ciągu przyczynowo-skutkowego i trudno stwierdzić kierunek tej niby historii.

syberiada polska3

Obojętność to najgorsza rzecz jaką popełnia Zaorski, ale nie jedyna. Kompletnie nie czułem żadnego zagrożenia w tym obozie. Jasne, niby jest zima i bardzo daleko od cywilizacji, ale nie widać, by rezydujący w obozie wyglądali gorzej niż przed pojawieniem się. Żadnego brudu, zmęczenia, zużytych ubrań, wychudzonych ciał. Pojawia się troszkę trumien i momentów umierania, ale to troszeczkę za mało. Nawet nie da się zorientować w jakim okresie się znajdujemy. Takie chaosu w polskim kinie nie widziałem od czasu „Historii Roja”. Zrealizowane jest to poprawnie i miejscami ładnie wygląda, a w tle gra wręcz sielska muzyka.

syberiada polska2

Aktorsko problem jest taki, że nie bardzo jest tu co grać, zaś skokowa narracja jeszcze bardziej przeszkadza. Bo tu nie ma postać, a jedyny wyraźny dylemat ma postać grana przez Sonię Bohosiewicz. I jest tutaj zamysł, by kobieta dla ratowania życia dzieci zostaje kochanką ważnej persony w obozie. Adam Woronowicz jako protagonista (niby) próbuje pokazać więź ze swoimi synami, jednak mocno ograniczony zestaw nie daje pola manewru. Młoda ekipa radzi sobie poprawnie (Krucz, Rybicka, Więdłocha), stanowiąc tło.

Polskie kino historyczne o wydarzeniach z życia Polski w XX wieku ostatnio ma mocno pod górkę. Niestety, dzieło Zaorskiego to bardzo pokraczny niewypał, którego spodziewałbym się po jakimś debiutancie. Pozbawiony sensu, fabuły oraz czegokolwiek wartego uwagi.

4/10

Radosław Ostrowski