Noc Walpurgi

Noc z 31 maja na 1 czerwca w mitologii germańskiej była nazywana nocą Walpurgi. Nocą, gdzie budzili się zmarli lub demony. Tej nocy w 1969 roku do Szwajcarii przybywa młody chłopak. Robert jest dziennikarzem, który ma przeprowadzić wywiad z divą operową. Kobieta początkowo ignoruje mężczyznę i odmawia, jednak po pewnym czasie zaprasza do siebie. Rozmowa zaczyna przebieg w dość nietypowym kierunku.

Debiutujący reżyser Marcin Bortkowski chyba naoglądał się psychologicznych dramatów Romana Polańskiego. Inspirując się monodramem Magdaleny Czaus opowiada historię dwojga ludzi oraz prowadzonej między nimi psychologicznej gry. Gry pachnącej erotyzmem, perwersją i tajemnicą. Przeszłość obudzi się w najmniej spodziewanym momencie, maski zaczną się zmieniać niczym rękawiczki i ciężko będzie rozgryźć tą zabawę. Co w niej jest prawdą, kto kogo udaje i jakie są prawdziwe intencje. Znudzona diva z obozową przeszłością oraz młody, blondwłosy chłopak, mogący być jej synem. I noc, gdzie coś wisi w powietrzu, coś erotycznego, perwersyjnego. Walka o dominację, kontrolę miesza się z przeszłością i potrafi to nawet wciągnąć. Tylko trzeba do tego wiele cierpliwości.

Najbardziej przyciągającą rzeczą do tego filmu jest jego realizacja. Od czarno-białych, bardzo stylowych zdjęć oraz szczegółowej scenografii po bardzo elegancką muzykę. Nawet dialogi, choć miejscami mogą wydawać się pretensjonalne, brzmią nie najgorzej. Reżyser potrafi się też pobawić formą (jedna scena stylizowana na kino nieme czy scena zbliżenia rozgrania w półmroku) i jest to świetnie zagrane przez duet Małgorzata Zajączkowska (to jej najlepsza kreacja w karierze)/Philippe Tłokiński. Choć muszę przyznać, że to Zajączkowska magnetyzuje całą siłą i fascynuje.

Ale czegoś mi tutaj zabrakło i nie porwało mnie. Niby jest tu wszystko na miejscu, jednak emocje wydają się być takie letnie i oglądałem na zimno. Niemniej Zajączkowska jest na tyle wyrazista, że dzięki niej nie da się zapomnieć tego debiutu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wspomnienie lata

Jesteśmy w jakimś małym miasteczku gdzieś w latach 70. podczas wakacji. Wszystko poznajemy z perspektywy 12-letniego Piotrka, który jest tutaj razem z matką. Ojciec przebywa poza krajem, pracując na utrzymanie. A wiadomo, co się dzieje podczas wakacji: pierwsza dziewczyna, pierwszy alkohol, ale też pewna tajemnica. Bo matka dość często wychodzi z domu i pewnej nocy chłopak idzie za nią.

wspomnienie lata2

Adam Guziński w 2006 roku debiutował jako reżyser „Chłopcem na galopującym koniu”, który kompletnie przeszedł bez echa. Dziesięć lat później wraca z tym filmem i powiem szczerze, że wziął mnie ten film z zaskoczenia. Chociaż nie powinien, bo niby takie historie widzieliśmy. Ale tutaj to działa na zasadzie bardzo silnego kontrastu. Mamy niby sielankową atmosferę, choć okres lat 70. nie jest tutaj mocno zaznaczony. Zdjęcia Adama Sikory wyglądają wręcz pocztówkowo, jakbyśmy cofnęli się do czasów, gdzie trawa była bardziej zielona, kłosy bardziej żółte, a woda bardziej niebieska. Wiecie o co mi chodzi? Gdy wszystko było proste, a liczyła się tylko frajda, zabawa i kumple. Ale cały trick polega na tym, że podskórnie między chłopcem a matką czuje się napięcie. Nie wszystko jest tutaj powiedziane wprost i niemal do samego końca pozostaje nieznane. Przynajmniej dla naszego bohatera, próbującego zrozumieć zachowanie dorosłych. Zupełnie jakby był traktowany niepoważnie, więc nie wszystko mu się mówi, a mnie – jako widzowi – niczego się nie pokazuje.

wspomnienie lata1

Ta strategia, gdzie mamy tak naprawdę ciąg powiązanych scenek i takie niedopowiedzenia powinny odrzucić, zniechęcić. W najgorszym wypadku zanudzić. A jednak ze sprawną reżyserską ręką Guzińskiego nie tylko to działa, ale też jest w stanie zaangażować i wciągnąć do bardzo mocnego finału. Finału sygnalizowanego na samym początku, choć ostatecznie idącym w innym kierunku. Ten kontrast między tym, co widzimy a tym, co dzieje się naprawdę wchodzi w głowę. Tak samo jak nie można zapomnieć fantastycznego Maksa Jastrzębskiego w roli głównej. Rzadko zdarzają się tak wyraziste role w tak młodym wieku, a tutaj bardzo drobnymi spojrzeniami buduje wyrazistą kreację. Tak samo warto wyróżnić Urszulę Grabowską w roli matki innej niż można się było spodziewać. Relacja między nimi jest tak delikatnie zarysowa, a jednocześnie tak fascynująca, że zostaje w pamięci.

wspomnienie lata3

Jakie jest to „Wspomnienie lata”? Słodko-gorzkie i bardzo nostalgiczne, ale ta nostalgia jest bardzo fałszywa. Guziński o tym brutalnie przypomina, wprowadzając wiele razy w pole.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham

Taki dokument zdarza się bardzo rzadko. Samo założenie było szalone, bo reżyser postanowił pokazać jak przebiega psychoterapia. Tylko jak to pokazać bez naruszania zasady poufności? Pawłowi Łozińskiemu razem z terapeutą Bogdanem De Barberą udało się znaleźć pewne rozwiązanie. I dzięki temu obserwujemy rozmowy dwóch kobiet. Matka i córka idą do gabinetu, bo chcą naprawić relacje między sobą. Dziura między nimi jest tak wielka, że przestały ze sobą rozmawiać.

Całość jest obserwacją rozmów tych pań podczas terapii. Kamera cały czas skupiona jest na twarzach naszych postaci: kobiet oraz terapeuty. Ten drugi pozwala rozmawiać swoim pacjentkom, by móc wyciągnąć z nich pewne pretensje, animozje oraz niezabliźnione rany. A mają one bardzo długie cienie, których początek bardzo trudno wyciągnąć. Niby mamy tylko i wyłącznie rozmowę, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia jakbym oglądał rasowy thriller. Obie panie są zdeterminowane i zależy im na osiągnięciu celu.

Jeśli spodziewacie się scen, gdzie wszelkie emocje zostaną wykrzyczane i uderzane na wysokim C, pomyliliście adresy. Łoziński oraz De Barbero daje im na spokojnie czas do powiedzenia paru słów. Mocnych, nie pozbawionych bólu, ale zawsze szczerych. Nie sprawiają one wrażenia zaplanowanych, pretensjonalnych czy walących jakimiś banalnymi tekstami. Są niepozbawione refleksji, mądrości, zaś terapeuta prowadzi tą rozmowę niczym taniec na linie. Wie, kiedy pociągnąć dalej temat, drążyć, jak sprawić, by to było na tyle delikatnie, na ile jest to możliwe. Zupełnie jakby był w stanie przewidzieć kolejne zachowania, słowa, gesty. To jest niesamowite, a wciągało jak woda w młynie.

Jednocześnie twórcy pokazują czym tak naprawdę jest terapia. Że nie jest to coś, co powinno być tematem tabu, że taka wizyta nie jest powodem do wstydu czy poczucia porażki. Zwłaszcza, jeśli nie radzimy sobie z rolą narzuconą przez społeczeństwo. Ale jest jeden ważny warunek: szczerość i otwartość. Wtedy jest szansa na wykonanie kolejnych kroków do pracy nad sobą.

Nie spodziewałem się, że można stworzyć dokument pokazujący pracę terapeuty. Łoziński jest oszczędny w formie, za to bardzo bogaty treściowo i trafia w punkt. Poruszające, szczere, piękne, kapitalne.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wołyń

Jeśli oglądasz film Wojciecha Smarzowskiego, możesz być pewny dwóch rzeczy. Po pierwsze, nie będziesz się czuł wygodnie, a nawet będziesz chciał odwrócić wzrok. Bo jego kino to jak przeglądanie się w lustrze, gdzie w odbiciu widać wszystkie demony otaczające naszą duszę. Po drugie, choćbyś nie wiem jak próbował, nie zapomnisz tego, co zobaczysz. Nie idzie na kompromisy, nie daje łatwych odpowiedzi, ani nie poucza. Lecz – niczym Mariusz Max Kolonko – pokazuje jak jest. Nie inaczej było z jednym z najbardziej oczekiwanych filmów roku 2016 „Wołyń”.

O samej rzezi wołyńskiej pewnie wielu słyszało. Był rok 1943, kiedy to żołnierze Ukraińskiej Powstańczej Armii w imię nacjonalistycznej ideologii wymordowali Polaków. Ci zaś postanowili wziąć odwet na Ukraińcach, doprowadzając do nieskończonej spirali przemocy. Jak mogło do tego dojść? Reżyser zaczyna swoją opowieść w 1939 roku, gdy wojna jeszcze się nie zbliżała w te rejony. Spokój jednak wydaje się pozorny, zaś zgoda między Polakami a Ukraińcami podszyta nieufnością. Wkraczamy do tego świata, będąc na weselu Heleny Głowackiej i Wasyla Huka. Wszystko przebiega bardzo spokojnie, wszystko wydaje się radosne jak nigdy, zaś rodzice Polki planują hajtnąć jeszcze jedną córkę, Zosię. Dziewczyna podkochuje się w ukraińskim chłopaku, jednak ojciec swata ją z owdowiałym sołtysem, Maciejem Skibą. do ślubu dochodzi, ale potem wybucha wojna i zmienia wszystko.

Reżyser pozornie wydaje się robić tygiel, gdzie narracja jest skrótowa, parokrotnie skupiając się na innych postaciach. Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Niemcy, Sowieci – to wszystko się miesza, a dwie ostatnie strony podsycają mocno zakorzenione antagonizmy. Gdzie Polacy są niejako „panami”, bardziej uprzywilejowani wypierają kulturę oraz obyczaje Ukraińców, ograniczonych do roli chłopów, „sług” na swoim terenie. Pojawienie się trzeciej strony dla nich zostaje wykorzystane jako szansa na stworzenie własnego państwa, a nacjonalistyczne zapędy doprowadzają do spirali przemocy. Ta doprowadza do odwetu, zalewając tereny Kresów krwią. Miłość miesza się z nienawiścią, zaś wszystko pokazane w bardzo zdystansowany sposób.

Smarzowski nie boi się pokazać krwawej jatki oraz masy trupów, jednak nie epatuje oraz nie szczuje nią tylko po to, by zszokować. Niemniej poczucie przeżywania piekła razem z bohaterami jest bardzo namacalne, a śmierć (jak i ocalenie) może pojawić się z każdej, najmniej spodziewanej strony. To poczucie niepokoju podkręca typowy dla tego twórcy rwany montaż oraz nieprzyjemna muzyka Mikołaja Trzaski. Ale jednocześnie zachowuje dystans, przez co unika prostego podziału na dobrych Polaków, będących ofiarami oraz żądnych krwi i zemsty Ukraińców. Bo w sytuacjach ekstremalnych podział na narodowości przestaje mieć znaczenie, a liczy się tylko charakter i – chyba nawet bardziej – wola przetrwania. A to nie jest zbyt częsta perspektywa pokazywana w kinie, co zasługuje na uznanie.

I to wszystko jest bardzo sugestywnie zagrane. Zarówno od sprawdzonych aktorów Smarzola (tutaj najbardziej wybija się Arkadiusz Jakubik oraz Jacek Braciak), ale też mniej znanych twarzy, które miały udźwignąć całość. Takie zadanie otrzymała debiutująca Michalina Łabacz jako Zosia, która z młodej dziewczyny musi stać się zaradną, sprytną oraz gwałtownie dojrzewającą kobietą. Jej upór, przerażenie oraz próba zachowania zimnej krwi pokazana jest bezbłędnie, nie odrywając od niej oczu. Także aktorzy ukraińscy wypadają bardzo dobrze (tutaj wyróżnia się Roman Skorovskij jako nowy, śliski sołtys Szuma) oraz jest wiele drobnych, lecz niezapomnianych epizodów.

Dla mnie „Wołyń” to najlepszy film w karierze Smarzowskiego. Pozornie taki jak zawsze, czyli brudny, mocny, bezkompromisowy, ale zaskakująco stonowany, nie epatujący nachalnie przemocą. I jednocześnie – tak jak „Róża” – pokazuje bezwzględne koleje Historii, nie liczącej się z nikim i niczym.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Niebieskie chachary

Nie jest zbyt wiele filmów o tematyce kibicowskiej, zwłaszcza w naszym podwórku. Niemniej zadanie wypełnienia tej luki podjął się bardzo uznany montażysta filmowy oraz dokumentalista Cezary Grzesiuk. Przez 10 lat obserwował kibiców, ultrasów i kibicki Ruchu Chorzów, z którym był związany w czasach młodości. Jak się zmieniło kibicowanie i na czym ono tak naprawdę polega?

Na to próbują odpowiedzieć „Niebieskie chachary”. Tytułowe chachary to określenie kibiców Ruchu Chorzów – drużyny z wielkimi tradycjami, ale kiedy widzimy mecz jest to czas spadku z Ekstraklasy. Drużyna źle zarządzana, z długami oraz finałem w postaci wielkiej burdy. Jednak jeśli spodziewacie się stereotypowego kibica-chuligana, to jesteście w wielkim błędzie. Bo kibicowanie jest czymś innym niż robieniem zadymy po rozczarowującym meczu. To jest wspieranie drużyny na dobre i na złe, jest wręcz nałogiem, miłością, poświęceniem. Jest to poczucie wspólnoty osób pochodzących z różnych środowisk, płci, wieku. A nawet dla wielu jedyna rzecz jaką mają. Grzesiuk przygląda się tym ludziom, którzy nie różnią się tak bardzo od innych. Po prostu mają taką pasję jak nikt inny, a kibicem w zasadzie jest się od dziecka. Nie ma tutaj tak wielu klasycznych gadających głów (choć są tutaj znane postacie jak pisarz Wojciech Kuczok, Jerzy Buzek czy Kazimierz Kutz), ale reżyser skupia się na tych mniej znanych postaciach. I to ostatnie dodaje autentyzmu, pokazując różne środowiska: od głównego dopingującego (z zawodu… bankier) przez szefa ultrasów i jego matkę aż po ojca z dzieckiem.

Kalejdoskop jest spory, ale nie brakuje też ciemnej strony kibicowania. Dotyczy to głównie spięć z policją – od wyzwisk po wyrywkowe kontrole i zakazy stadionowe. Nie mówię już o strzelaniu rac na murawę. Jednak jest też parę fajnych momentów jak przyjazd kibiców Ruchu na mecz Atletico czy rozmów z dziewczynami, pokazującymi co je nakręca do kibicowania. Do tego mamy zgrabnie wplecione są piosenki rapowe, dodając mocny rytm.

Nie spodziewałem się po tym dokumencie, ale trudno odmówić Grzesiukowi szczerości oraz pasji. I nawet nie trzeba być kibicem jakiejkolwiek drużyny, by to złapać, poczuć, zaangażować. Bardzo przyjemna rozmowa, pozwalająca nam kibica zrozumieć, a nie krytykować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Skandal. Ewenement Molesty

Polski hip-hop to jeden ze świeższych gatunków naszego muzycznego rynku. Bo rap w zasadzie do lat 90. praktycznie nie istniał, produkcji w zasadzie robiono troszkę po macoszemu, amatorsko. Przynajmniej w Warszawie, bo w zasadzie nie było jakiegoś mocnego składu (może poza Warszawskim Deszczem). Nie było jednak czegoś, co miało wywołać wielki ferment oraz odpalić zainteresowanie muzyką w tym wielkim mieście. Aż dwóch kumpli ze szkoły zmieniło reguły gry jedną płytą – „Skandalem”.

Chyba każdy fan tej muzyki słuchał Molesty Ewenement. Reżyser Bartosz Paluch postanowił opowiedzieć o nich. Udało mu się zebrać niemal cały skład (oprócz Pelsona) oraz z nimi pogadać. Ale nie w studiu czy jakiejś innej zamkniętej przestrzeni, tylko niemal ciągle w ruchu, co jest na pewno czymś świeżym. Największymi gadułami są tutaj dwaj liderzy, czyli Vienio i Włodi, których dzieliło wiele, a połączyła muzyka. Jednocześnie mamy tutaj rzucony kontekst epoki, czyli lat 90. Czasów, kiedy doszło do zachłyśnięcia kapitalizmem oraz bardzo szerokimi możliwościami. Z drugiej jednak strony wiele osób traciło swoje pracy i te możliwości dla nich zaczynały się kurczyć. Do tego właśnie świata wchodziło nowe pokolenie, które szukało dla siebie miejsca, czasami zadzierając z policją.

I od razu przeplatając tą historię masę archiwaliów od razu wracamy do klimatu lat 90. Zaskoczyło mnie jak tego jest sporo: od kręconych amatorską kamerą skejterów przez występy w telewizji po koncerty. Nie brakuje także kilku barwnych momentów jak choćby historię nagrywania „Skandalu”, gdzie zarówno artyści i realizatorzy mieli początkowo problemy z dograniem się czy jak dochodziło do podpisania kontraktu. Jednak chyba nikt nie spodziewał się jaki to wywoła ferment, tworząc nowy gatunek – rap uliczny. Pełen brudu, bez słodzenia, wazeliny, co wywoływało poczucie pewnego autentyzmu, jakiego nie było wcześniej.

Wielu może narzekać, że film jest za krótki (nieco ponad godzinę), jednak reżyser całkowicie wykorzystuje swój czas. Bez zbędnego pieprzenia oraz z pełną pasją opowiada o początkach rapu w Warszawie i ogląda się to z wielką przyjemnością. Czy będą kolejne produkcje na ten temat? Nie obraziłbym się.

8/10

Radosław Ostrowski

Eastern

Zemsta – temat ograny na wszelkie możliwe sposoby i czego można było się spodziewać po polskim filmie o tej sprawie? Debiutant Piotr Adamski po ASP pokazał, że da się coś z tym zrobić. Ale może zamiast uprzedzać fakty przejdę do ad remu.

Akcja toczy się na pozornie zwykłym osiedlu. Domy, ulice, samochody, las – tak jak za oknem dla wielu. Jednak już pierwsza, gdzie jest zadawane pytanie o honor pokazuje jedno. Że trafiliśmy do innego świata, gdzie nasza rzeczywistość przepoczwarzyła się w coś obcego, dziwnego, niepokojącego. Do świata opartego na prawie krwi i zemsty, gdzie honor jest wartością najwyższą. A jedyną ucieczką od niego jest wykup, pod warunkiem, że masz dużo forsy. Jak to się stało i kiedy do tego doszło? To nie ma znaczenia, a wszystko poznajemy z perspektywy dwóch dziewczyn ze zwaśnionych stron. Córka Kowalskiej zabiła syna Nowaka, lecz by móc wykupić córkę przed zemstą rodziny chłopaka trzeba zapłacić pół miliona. Skąd wziąć tą kasę? Z drugiej strony twarda córka Nowaka jakoś nie jest zbyt zainteresowana dokonaniem zemsty, co też może się na niej odbić.

Reżyser bardzo powoli objaśnia reguły tego pokręconego świata jak z jakieś chorej rzeczywistości. Nie prowadzi jednak za rączkę, nie wali ekspozycjami po oczach, tylko wrzuca nas do zastanego świata. Troszkę światła rzucają sceny z radcą prawnym oraz tajemniczym duetem, reprezentującym niejako prawo. Ale to w sumie tyle – niewiele jest tutaj wyjaśniania, a wszystko ogranicza się do obserwacji wycinka tego pomylonego świata. Świata ciągle nakręcającej się przemocy, gdzie każdy chodzi z bronią, a zagrożenie może pojawić się dosłownie z każdej strony. Wszystko opowiadane jest za pomocą obrazu – zdjęcia Bartosza Nalazka z jednej strony są bardzo precyzyjne, geometryczne, by z drugiej pokazać pewien chłód, dystans, surowość. W połączeniu z rzadko obecną, lecz mocno wybrzmiewającą muzyką tworzy bardzo mocny pocisk.

Jeszcze bardziej zaskakuje fakt, że Adamski bardzo precyzyjnie buduje napięcie. Nie brakuje tutaj scen, gdzie adrenalina zaczyna skakać jak oszalała (ucieczka Klary przed ścigającą ją Ewą), a przemoc potrafi porazić. Nie dlatego, że jest krwawa, brutalna i wyrywająca bebechy z człowieka. Raczej dlatego, że jest niespodziewana, co wywołuje szok (zakończenie). Muszę jednak przyznać, że zdarzają się – na szczęście krótkie – momenty przestoju, zaś dla wielu minimalizm formy może stać się poważną barierą nie do przeskoczenia. Mi jednak aż tak to nie doskwierało, a raz na jakiś czas trzeba sobie stymulować mózgownicę.

Równie fantastyczne jest aktorstwo, gdzie brakuje tutaj znany i rozpoznawalnych twarzy (może poza Marcinem Czarnikiem jako Nowakiem). Ale prawdziwe petardy są tutaj dwie: bardzo dziewczęca, wręcz delikatna Paulina Krzyżańska (Klara) oraz bardzo twarda, pewna siebie Maja Pankiewicz (Ewa). Obie panie elektryzują swoją obecnością, a oszczędnie grane przez nie postacie są o wiele ciekawsze niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Bardzo wyraziste, charyzmatyczne kreacje, zgrabnie uzupełniające się ze sobą.

Takich debiutów chce się jak najwięcej. „Eastern” miesza thriller z westernem, arthouse z kinem gatunkowym i powstaje z tego bardzo oryginalna hybryda. Na pewno nie jest to film dla każdego, lecz klimat, aktorstwo oraz forma jakby wzięta z kina Lanthimosa tworzą bardzo frapujące, tajemnicze, nieszablonowe kino. Dla poszukiwaczy nowych rzeczy pozycja obowiązkowa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Solid Gold

O głośnej sprawie Amber Gold chyba każdy słyszał. Parabank, który okazał się wielką finansową piramidą, doprowadzając do utraty i defraudacji setek milionów złotych. Jak się okazało, prezes banku Marcin Plichta działał pod parasolem lokalnych polityków oraz służb specjalnych przez co ta instytucja funkcjonowała kilka lat. Aż dziwne, że dopiero teraz powstał film inspirowany tą historią, jednak by go zrealizować reżyser Jacek Bromski wziął pieniądze od TVP. Ta liczyła chyba na bardziej wyrazisty przekaz polityczny, lecz nie dostawszy go wywołała zamieszanie na poprzednim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Film najpierw został wycofany, TVP zażądało zwrotu pieniędzy, zaś Bromski postanowił całość przemontować i dodać ponad 30 minut nowego materiału. Co wyszło z tego zamieszania?

Bohaterka filmu jest Kaja Miller – młoda policjantka, która podczas akcji schwytania bandyty zostaje porwana i zgwałcona. Udaje jej się jednak uciec, zabijając wszystkich, co ją przetrzymywali, lecz odchodzi z policji. Tak samo jak jej szef, Nowacki. Po ośmiu latach jednak Trójmiasto znowu wzywa ich oboje. Wszystko z powodu tytułowego Solid Gold – banku obiecującego duże zyski, lecz Komisja Nadzoru Finansowego ma wobec niego wątpliwości. Jego prezesem jest Kawecki, tajemniczy biznesmen z niejasną przeszłością. Nowacki dołącza do CBŚ i ściąga Kaję, samotnie wychowującą córkę. Sprawa nabiera rozpędu, kiedy zostaje zamordowany właściciel knajpy Sommelier. Facet był słupem, a szefem naprawdę jest jeden z ludzi Kaweckiego.

Jacek Bromski i kino sensacyjne to połączenie, które raczej zawodziło niż dawało wiele satysfakcji. Niby próbowano opisać rzeczywistość z dużymi aferami, intrygami pokazującymi powiązania policji, gangsterów, polityki, biznesu i służb specjalnych, jednak brakowało napięcia oraz było strasznie nudno. „Solid Gold” podąża tą samą ścieżką, choć początek obiecuje coś innego. Ostatecznie wracamy na stare śmieci oraz klimat z lat 90. Skorumpowani politycy, policjanci, współpraca mafii z biznesem i służbami specjalnymi PRL-u, które – mimo zmiany ustroju oraz wielu członków będących już w zaawansowanym wieku – nadal mają wpływ na obecną rzeczywistość.

Sama intryga zaczyna coraz bardziej się rozwadniać, a zamiast śledztwa skupiamy się na wielu wątkach pobocznych (zabójstwa wspólników Kaweckiego, odkrywanie wtyki, przez co napięcie słabnie. Postać Miller (porządna Marta Nieradkiewicz) zostaje zepchnięta na dalszy plan, stając się tylko pionkiem w walce miedzy Nowackim a Kaweckim. Pierwszy dalej walczy o sprawiedliwość, choć nie zawsze pozwalają mu politycy. Drugi chce zerwać z przeszłością i zacząć życie człowieka interesu, ale pojawiają się komplikacje. Problemem jest zbyt wiele postaci, jeszcze bardziej spowalniając całą historię i nie dodając zbyt wiele do historii: właściciel knajpy, prawa ręka Kaweckiego, pomocnik Nowackiego, generał Wilkosz i jego pomocnik, pewnie dłużnik, jego zona, komendant policji. Czasami gubiłem się w tym wszystkim, a kilka pozornych zaskoczeń nie działało (tożsamość zabójcy dla mnie była łatwa do odczytania).

Aktorsko jest tutaj strasznie nierówno, bo najlepiej działa tutaj duet antagonistów. Wyprany, zmęczony i zdeterminowany Janusz Gajos jako gliniarz kontra elegancko ubrany, próbujący działać sprytem Andrzej Seweryn. Obaj panowie są fantastyczni, przyciągając uwagę do samego końca. Jeśli chodzi o drugi plan to jest bajzel. Najlepiej wypada Olgierd Łukaszewicz w roli opanowanego, działającego w cieniu generała Wilkosza oraz w drobnym epizodzie Krzysztof Stroiński (Kaziak). Reszta jest albo przeciętna (Stramowski, Leonenko i – ku mojemu zdumieniu – Kościukiewicz) albo niewykorzystana (Czarnik, Hycnar, Żmijewski), co wprawiło mnie w konsternację.

Dziury, nuda, przeciętność. Ten film jest gorszy od „Anatomii zła”, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Bromski powinien sobie odpuścić kręcenie kina sensacyjnego. Bo z filmu na film wychodzi mu coraz gorzej. Takiego marnotrawstwa tematu nie widziałem od dawna, a szum wokół niego jest niezrozumiały dla mnie.

5/10

Radosław Ostrowski

Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa

Na hasło polskie kino sensacyjne obecnie jest tylko jedno skojarzenie: Patryk Vega. Nie dlatego, że jest dobry, ale ponieważ jest strasznie krzykliwy, jest skutecznie promowany oraz bardzo prostacki, wręcz prymitywny w formie. Scenariusze od niego to jest żart i pretekst do pokazania albo brutalnej przemocy, wulgarnego seksu, a widzowi nic więcej do szczęścia nie potrzeba. Konkurencją próbuje być lepszy jakościowo Władysław Pasikowski, ale obecnie nie ma takiej siły przebicia jak reżyser „Botoksu”. Ale pojawił się pewien nowy chłopak na osiedlu, mogący pokonać wroga polskiej krytyki nr 1.

„Jak zostałem gangsterem” – tytuł mówi tu wszystko i w zasadzie nie trzeba wyjaśniać. Bo w sumie to klasyczna opowieść o chłopaku, który urodził się w dziurze zwanej PRL-em. Taki rozrabiaka, co lubił się bić i miał jeden cel: zostać gangsterem. Tak jak ludzie, których widział nocą przed hotelem. Oni mu imponowali pieniędzmi, że nic ich nie ogranicza i mają władzę. I tak powoli zaczyna działać: najpierw jako mała płotka, by w końcu kierować własną ekipą przez lata 90. oraz wchodząc w XXI wiek. Wśród jego kumpli jest jeden bardzo mu bliski: to Walden – młody chłopak, któremu nasz bohater imponuje. I coraz bardziej ta więź staje się silniejsza, jednak pojawiają się komplikacje.

Takich historii było wiele i znacie je na pamięć: od zera do bohatera i z powrotem. Szablon jest bardzo znajomy. Sprawdzeni w boju kumple, dziewczyna nie znająca prawdziwego fachu, porąbani kumple po fachu, zdrada, zasady, honor, kasa. Czasami jest to wręcz mówione Wielkimi Literami, czasami jest to bardzo uproszczone, komiksowe (wstawki, gdzie bohater opowiada o tym, co się działo w okolicy). Ku mojemu zaskoczeniu jednak to wszystko działa i jest przynajmniej o dwie klasy lepsze od Vegi. Dlaczego?

Bo reżyser Maciej Kawulski stawia tutaj na dwie rzeczy: relacje i styl. Relacje między bohaterem a Waldenem przypominają początkowo coś na kształt uczeń-mistrz, by potem ewoluować na poziom ojciec-syn i to jest niejako fundament tej historii. Tu bije serce, pasja oraz energia. Reżyser mocno tutaj czerpie z kina Martina Scorsese (wykorzystanie muzycznych hitów, rytmiczny montaż, krwawa przemoc), tylko bardziej teledyskowego jak w przeplatanej scenie ślubu oraz egzekucji jednego z wrogów. Poza tym dialogi są niepozbawione bluzgów, jest troszkę golizny, ale też odrobinka humoru. Największym problemem – poza wtórnością – są niezbyt dobrze napisane role kobiece. One są tylko dodatkiem do brutalnego, męskiego świata. Czasami też jest zbyt mocno używane slow-motion, za bardzo starające się być cool. No i jeszcze jest zakończenie, które jest aż zbyt poważne oraz podniosłe, gryząc się z resztą całej narracji.

A to wszystko napędza świetnie dobrany duet aktorski. Do formy wraca Marcin Kowalczyk w roli bezimiennego bohatera, będącego także narratorem. To facet, którego doświadczenie nauczyło go zasad, których będzie się trzymał zawsze: lojalność, szacunek i inne rzeczy, których za pieniądze się nie kupi. Wypada w tej roli bardzo naturalnie, mając ciągle kilogramy charyzmy. Jednak prawdziwą petardą jest Tomasz Włosok w roli Waldena. W jego interpretacji to młody, coraz bardziej nakręcony, wręcz dziki chłopak, pragnący zaimponować bohaterowi, ale jednocześnie zaczyna przechodzić na ciemną stronę. Jego przemiana potrafi wzbudzić strach i jest poprowadzona bardzo konsekwentnie. Drugi plan ma kilka wyrazistych twarzy z Janem Fryczem (działający w cieniu Daniel), zaskakującym Jóżefem Pawłowskim („Tysiek”) oraz Piotrem Roguckim (Marian) na czele.

Tytuł, zwiastun i marketing działały bardzo na niekorzyść film Kawulskiego. Ale w ostatecznym rozrachunku okazał się kompetentnym, dostarczającym masy frajdy kinem rozrywkowym. Czasami się potyka i nie zawsze trzyma w zainteresowaniu, jednak stanowi ciekawą alternatywę dla kina Patryka Vegi. Gdyby ten drugi skupiał się na tworzeniu solidnych scenariuszy, tak by wyglądały jego filmy.

7/10

 

Radosław Ostrowski

Kult. Film

Nie ma chyba w Polsce bardziej kultowego zespołu niż – nomen omen – Kult. Od 1982 roku formacja Kazika Staszewskiego zebrała masę fanów, 9 członków zespołu, masę przebojów oraz miliony sprzedanych albumów. Tym bardziej zadziwia fakt, ze film o sobie powstał dopiero w zeszłym roku. ale jeszcze bardziej nieoczywisty jest, iż nie jest to konwencjonalny dokument.

Bo jeśli spodziewacie się, że „Kult. Film” będzie historią o samym zespole od początków do dnia dzisiejszego, a wokół tego będą krążyć opowieści, anegdoty czy historii o fenomenie formacji, to tutaj tego nie znajdziecie. Reżyserka Olga Bieniek obserwuje zespół w trakcie trasy koncertowej, pokazując grupę niejako od kuchni. Z bardziej prywatnej perspektywy, co samo w sobie jest niezłym pomysłem. Skupiamy się na drobiazgach pokazujących jak funkcjonuje ten kolektyw, ich rodziny oraz relacje między członkami. Przeplatane to wszystko jest fragmentami koncertów oraz rozmowami z członkami zespołu. I te momenty mogą się nawet podobać, bo dzięki nim troszkę bliżej poznajemy tych ludzi. Jednak to są tylko momenty niepozbawione kilku anegdot (m.in. sprawy wchodzenia i wychodzenia na scenę pod wpływem), jednak to za mało, by zrealizować ten film.

I wtedy pojawia się pewna postać, która dodaje troszkę kolorytu. Didi – przyjaciel Kazika, którego obecność na jednym z koncertów wokaliście Kultu zatkało. Sam bohater, czyli lekko sepleniący facet oraz jego relacja z Kazikiem jest dla mnie powiewem świeżości. Jak doszło do znajomości oraz siła tej więzi mnie interesowała najbardziej. Tam było troszkę życia i było bardziej poważnie, przez co nie czułem takiego znudzenia jak przez większość seansu. Mimo dość krótkiego czasu trwania, nie wszedłem w to tak bardzo.

Czy bardziej fanatyczni wielbiciele Kultu polubią ten film? Nie wiem, nawet nie próbuje odpowiadać na to pytanie. „Kult. Film” próbuje iść w innym kierunku, za co szanuję, ale nie polubiłem się z filmem. Rozczarowanie spore.

6,5/10

Radosław Ostrowski