The Nightingale

Słowik jak wszyscy wiemy to ptak cudnie śpiewający i pięknie wyglądający. Jak kobieta. Ale jedno i drugie nie bardzo przepada za byciem uwięzionym. Nie inaczej jest z Claire – irlandzką kobietą, która trafiła w XIX wieku do Tasmanii. A był to czas, kiedy w tej brytyjskiej kolonii trafiali skazańcy wszelkich płci. Kobieta została wypuszczona z więzienia, gdzie trafiła za kradzież dzięki porucznikowi Hawkinsowi. Ten miał napisać jej list, dzięki któremu mogłaby swobodnie przebywać, jednak odwleka sprawę i traktuje Claire jak swoją własność. To bardzo nie podoba się mężowi kobiety, doprowadzając do ostrej awantury oraz braku awansu dla oficera. Ten z zemsty zabija mężczyzna oraz niedawno urodzone dziecko razem z dwoma żołnierzami, gwałcą ją oraz ciężko poturbowaną zostawiają w buszu. Co pozostaje Claire do zrobienia? Jedna, oczywista rzecz – zemsta, w czym ma jej pomóc rdzenny przewodnik Billy, który nie zna jej motywacji. Oboje wyruszają w pościg za Anglikami.

Pochodząca z Australii reżyser Jennifer Kent zwróciła na siebie uwagę horrorem „Babadook” w 2014 roku. „The Nightingale” to drugi film w dorobku reżyserki i potwierdza, że warto uważniej przyglądać się tej twórczyni. Tutaj jest to mieszanka filmu historycznego z thrillerem i kinem zemsty. Ale nie spodziewajcie się czegoś w stylu „Johna Wicka” czy popisów a’la Charlize Theron. Czyli co, mamy wolnego snuja z żółwim tempem, doprowadzającego do wczesnego zaśnięcia? Na szczęście nie. Kent spokojnie opowiada swoją historię, tylko pozornie chłodną i z masą statycznych ujęć. Jednak w środku widać, że się tam pod skórą gotuje. Samo wprowadzenie trwa ponad 30 minut, kończąc się bardzo nieprzyjemną sceną gwałtu oraz morderstwa. Niby widziałem takich scen wiele, a ta wygląda zwyczajnie. Jednak czułem mocno dyskomfort, spotęgowany przez bardzo ciasne zdjęcia.

Sama historia zemsty dla reżyserki jest także pretekstem do pokazania historii Tasmanii oraz relacji między rdzennymi mieszkańcami a białymi ludźmi. Ci pierwsi zostali wypchnięci ze swoich domów, terenów łowieckich, stając się niejako niewolnikami. Robią za przewodników po swoim własnym kraju, niby są „cywilizowani” przez białych, a tak naprawdę tracą swoją tożsamość, język czy duchowe życie. A nawet tylko swoje życie – czy można dokonać większej podłości niż wywyższanie się nad innymi na niby swoim terenie? To jednak nie jako toczy się przy okazji pokazując sojusz dwójki outsiderów w nieprzyjaznym dla nich świecie. Nie brakuje tu zarówno onirycznych momentów, gdy bohaterkę prześladują koszmary jak i bardzo intensywnych, choć krótkich scen przemocy.

Ta intensywność wynika też z absolutnie rewelacyjnego aktorstwa. Odkryciem są tutaj Aisling Franciosi (Claire) oraz Baykali Ganambarr (Billy, przewodnik), którzy byli dla mnie kompletnie nieznani. Oboje niejako odrzuceni przez świat, początkowo niechętni i obcy, z czasem zaczynają się zbliżać (nie fizycznie). Ta więź była dla mnie prawdziwym paliwem, poprowadzona absolutnie bezbłędnie i są to role zasługujące na wszelkie nagrody. Ale największą niespodzianką był Sam Claffin jako porucznik Hawkins. Taki przystojny facet, a taki skurwysyn z krwi i kości, za wszelką cenę dążący do awansu. Tak obrzydliwego, odpychającego degenerata nie widziałem od bardzo dawna. I ta rola pokazuje inne, niespotykane predyspozycje tego aktora.

„Słowik” pokazuje jak rozwija się Jennifer Kent i jedno mogę wam powiedzieć – delikatnych filmów ta osoba robić nie będzie. Mocny, powalający i trzymający w napięciu do krwawego finału, przebijający debiut. Kolejny przykład pokazania niewygodnej przeszłości, pokazując do czego był (i nadal jest) zdolny biały człowiek.

8/10

Radosław Ostrowski

Niewidzialny człowiek

Ile już było opowieści o człowieku, który jest w stanie stać się niezauważalny? Powieść Herberta George’a Wellsa była inspiracją oraz źródłem dla opowieści o człowieku, którzy – pod wpływem nowej mocy – zmieniali się w zabójców i gwałcicieli. Nie wracając do dawnego, widzialnego trybu. Tym bardziej zadziwiający jest fakt, że dopiero teraz postanowiono pokazać historię z innej perspektywy. do tego za małe pieniądze przez Blumhouse, które ostatnio raczej zawodzi niż dostarcza. A czy reżyser Leigh Whannell zadziałał?

Cała historia została uwspółcześniona i poznajemy z perspektywy Cecilii – młodej kobiety, żyjącej w związku z ekscentrycznym naukowcem. Kiedy ją poznajemy ucieka od męża w nocy, dzięki pomocy swojej siostry. Mija parę tygodni, lecz strach przed pojawieniem się Adriena paraliżuje ją. Dlatego cały czas przebywa w domu przyjaciela-policjanta oraz jej córki. i wtedy pojawia się wiadomość, że Adrien popełnił samobójstwo oraz przekazał cały majątek Cecilii. Wtedy wokół niej zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Jakby jej mąż znalazł sposób na to, by sfingować śmierć oraz stać się niewidzialnym. Tylko, że nikt jej nie wierzy, co doprowadza kobietę do obłędu.

Whanell z bardzo niewielkim budżetem potrafi wyczarować cuda, co pokazał w poprzednim filmie „Upgrade”. Tutaj też to potwierdza, choć – z oczywistych powodów – ma zupełnie inne tempo. Tutaj czuć echa staroszkolnych horrorów, gdzie najpierw poznajemy bohaterkę oraz jej historię. Dopiero po 30 minutach zaczynają dziać się dziwne rzeczy, budzące skojarzenia z filmami w rodzaju „Poltergeista”. A tu zabrana kołdra, a tu przypalone danie na patelni, a tu włączona woda itp. Obecność tajemniczego mężczyzny zaczyna budzić, choć początkowo jeszcze można to wszystko zwalać na wyobraźnię zwichrowanego umysłu. To jednak tylko złudzenie.

Jednak by zachować wiarygodność, trzeba było pokazać przekonująco jak człowiek mógłby się stać niewidzialny. Czasy mikstur czy skomplikowanych formuł poszły do lamusa, ale od czego jest technologia. A dokładnie specyficzny kombinezon z masą kamer w środku – jest tak skuteczny, że osoba nosząca go nie wydaje żadnego dźwięku. Choć to ostatnie to jedna z paru głupot tego dzieła, na które można przymknąć oko. Dlaczego? Bo od momentu pierwszego ataku, film zaczyna trzymać w napięciu. Od chwili ataku w kuchni po kulminacyjną jatkę w szpitalu psychiatrycznym (scena niemal w całości zrobiona jednym ujęciem) aż do finału. Udaje się nie tylko podnieść adrenalinę, ale też kilka razy zaskoczyć (np. tożsamością niewidzialnego człowieka).

To, co jest najmocniejszą kartą w talii reżysera i czyni całość angażującą jest znakomita kreacja Elisabeth Moss jako Cecilia. To jest tak rolą, którą określam jako silno-słaba, gdzie momenty wycofania, bezsilności, wręcz paranoi przeplatają się z chwilami stabilności, by przejść w walkę, determinację oraz siłę. Wszystko jest pokazane samym spojrzeniem, mową ciała oraz drobnymi grymasami, tworząc bardzo efektywną, wyrazistą przemianę. Reszta aktorów wypada więcej niż dobrze, jednak to Moss wznosi całość na wyższy poziom.

Czyżby to miał być kierunek dla nowego oblicza klasycznych monstrów Universala? Leigh Whanell odświeża klasyczną historię w opowieść o wyzwoleniu się z toksycznej więzi. Na dzisiejsze czasy pod znakiem #MeToo jak znalazł z obietnicą na kolejne odświeżenia. Ja czekam z niecierpliwością.

7/10

Radosław Ostrowski

Opiekunka: Demoniczna królowa

Pierwsza „Opiekunka” wzięła mnie z zaskoczenia. Mieszanka krwawej komedii z opowieścią o wyrywaniu się z dzieciństwa i wchodzeniu w wiek nastoletni dała mi masę frajdy. B-klasowy sznyt, samoświadomość i dużo humoru podziałały jak trzeba. Tym bardziej byłem zdziwiony, że było to dzieło McG, którego wielkim fanem nie byłem. No i pojawiły się wieści, że Netflix robi sequel. Nie powiem, czekałem i… o mój Boże. Jest więcej, bardziej oraz równie fajnie jak w jedynce.

Minęły dwa lata, a nasz Cole chodzi do liceum, gdzie traktowany jest jak wariat. Nikt nie wierzy w to, co się wydarzyło poprzednio. Że opiekunka razem z demonami należała do sekty i potrzebowano jego krwi, by spełnić swoje największe marzenia. Jedyną osobą wspierającą go jest blondwłosa Melanie. W szkole pojawia się jeszcze nowa, jeszcze bardziej wyobcowana Phoebe. Na wieść, że rodzice chcą go umieścić w psychiatrycznym liceum chłopak decyduje się na wagary z Melanie. Płyną łódką gdzieś na odległa wyspę (razem z kumplami) i okazuje się, że… Melania zawarła pakt z diabłem. No i trzeba krwi prawiczka, by wszystko doszło do skutku. Czyli wszystko zaczynamy od początku, jednak bohater ma wsparcie w postaci przypadkowo pojawiającej się Phoebe.

McG realizuje wszystko zgodnie z zasadą pradawnego amerykańskiego boga Box-Office’a. Jest inna lokalizacja, ale (prawie) ci sami bohaterowie. Jest więcej krwi, troszkę bluzgów oraz porąbanych pomysłów realizacyjnych. Zupełnie jakbym oglądał teledysk czy grę komputerową (scena walki jeden na jeden żywcem wzięta z jakiejś bijatyki): pojawiające się napisy, sceny retrospekcji dotyczące naszych złoli, w tle wpleciona muzyka z lat 70. i 80. (m.in. Focus, Jefferson Airplane czy Tangerine Dream), popkulturowe odniesienia w dialogach (bo nastolatkowie oglądają stare filmy i uczą się z nich) oraz groteskowe sceny zgonów. Wszystko w bardzo krzywym zwierciadle, z chwilami na złapanie oddechu oraz przewrotnym finałem.

W zasadzie mam jeden poważny problem, bo całość jest aż za bardzo przerysowana, szalona i chcąca być cool. W paru momentach jest tego aż za dużo, przez co można wybić się z seansu. I tylko dlatego dwójka jest filmem utrzymującym poprzednika, ale go nie przebijającym. Aktorzy wydają się wiedzieć, w co weszli i bawią się świetnie na planie, balansując między powagą a zgrywą. Ale czego kompletnie się nie spodziewałem, to pojawienie się Samary Weaving pod sam koniec jako cameo. Zaś starzy znajomi (m.in. Judah Lewis, Bella Thorne i Robbie Amell) nie sprawiają wrażenia znudzonych.

Druga „Opiekunka” nie jest w żadnym wypadku odgrzewanym kotletem, ale równie szaloną, zabawną, krwawą komedią dla nastolatków. Prosta, bezpretensjonalna zabawa konwencją jakiej troszkę na dzisiejsze czasy potrzebujemy.

7/10

Radosław Ostrowski

Antebellum

Są takie filmy, gdzie mamy tak naprawdę dwie historie wciśnięte do jednego worka. Na przykład, gdzie wszystko zaczyna się jak dramat historyczny. Jesteśmy gdzieś w XIX-wiecznym Południu USA na plantacji założonej przez armię Konfederatów. Wśród przebywających tu czarnoskórych osób jest kobieta o imieniu Eden. Kobieta wiele razy próbowała uciekać, ale zawsze kończyło się porażką. Po pewnej imprezie Eden zapada w sen i… okazuje się, że jest żyjącą współcześnie socjolożką oraz żoną i matką. A może to tylko sen?

Dziwny to film, który w założeniu miał być horrorem. Sama pierwsza scena, gdzie mamy mastershot pokazujący całą plantację wygląda imponująco. Groza wynika tutaj z bycia traktowanym jak przedmiot z powodu innego koloru skóry. Tylko, że temat niewolnictwa ostatnimi czasy jest już tak wałkowany przez filmowców z USA, iż można się nad jednym zastanowić: co można nowego powiedzieć dziś na ten temat? W zasadzie niewiele, bo psychiczne i fizyczne znęcanie się jest znane. Trudno znaleźć coś przerażającego czy szokującego w tej materii. To już znałem. Ale sama koncepcja umieszczenia ludzi w tej plantacji (czyli umieszczanie w niej osób… współczesnych) brzmi bardziej niedorzecznie niż w filmach Jordana Peele’a. Wyjaśnienie dostajemy w trzecim akcie, kiedy w poprzednich najpierw trafiamy na plantację, a potem do domu Eden/Veroniki. Tam spędzamy większość czasu, a w trakcie seansu zadawałem sobie pytanie.

Czy to co widziałem, było tylko snem przeszłości (plantacja), czy może sceny współczesne to wizja przyszłości? I tak zacząłem się zastanawiać, ale sama historia oraz postać bohaterki kompletnie mnie nie interesowały. Bo w zasadzie mamy krótki fragment wykładu, wywiad oraz pogaduszki z napaloną redaktorką przy kości. Oraz balowanie w nocy (na krótko). Nic z tego kompletnie nie wynika, postacie są płaskie i pozbawione charakteru, zaś aktorzy nie bardzo mają co wyciągnąć ze scenariusza.

„Antebellum” poza realizacją (zdjęcia są miejscami wręcz bardzo malarskie), muzyką w duchu Bernarda Herrmanna oraz kilkoma znajomymi twarzami (Janelle Monae i Eric Lange) rozczarowuje. Nie wie czym chce być, a zespolenie dwóch różnych gatunków przynosi spore rozczarowanie.

4/10

Radosław Ostrowski

The Vast of Night

Lata 50., jakieś małe miasteczko, gdzie życie toczy się powoli wokół różnych lokalnych imprez. Takich jak mecz szkolnej drużyny koszykówki. W trakcie meczu będzie grało lokalne radio grające nową muzykę, a prowadzone przez Everetta. Oprócz niego równie istotną osobą jest pracująca w centrali telefonicznej Fay, która chciałaby robić coś innego. Nie zapowiada się nic ciekawego, aż do momentu, kiedy dziewczyna słyszy tajemnicze dźwięki przez radio. Od tej pory dzieją się rzeczy dziwne, z urwanymi połączeniami telefonicznymi. To jednak dopiero początek tajemnicy.

Debiut Andrew Pattersona klimatem przypomina produkcje SF z lat 50. oraz produkcje telewizyjne w rodzaju „Strefy mroku”. I to już od samego początku, kiedy widzimy telewizor a z niego na ekranie pojawia się zapowiedź „Teatru Paradoksu”. Narrator wprowadza nas w opowieść, a potem nie „przenosimy” się na obraz z ekranu. Parę razy będziemy obserwowali historię niczym oglądając tamtejszą telewizję. Sam film jest bardzo kameralny, wręcz niskobudżetowy jak na kino SF, jednak reżyser potrafił mnie zaskoczyć. Choć sama historia dotyczy ogranego tematu (nie powiem jakiego), to bardzo konsekwentnie buduje atmosferę powoli odkrywanej tajemnicy. I to bardzo oszczędnymi środkami, osadzając akcję przez sporą część czasu w jednym miejscu (stacja radiowa albo centrala telefoniczna). Stąd spora obecność długich ujęć podczas dwóch kluczowych rozmów, pozwalając aktorom dać spore pole do popisu. I to jeszcze bardziej potęguje atmosferę czegoś niesamowitego, ale też trzyma w napięciu. Nie brakuje kilku szybkich cięć montażowych (sceny przyjmowania kolejnych telefonów) oraz absolutnie cudowny mastershot przenoszący po niemal całej okolicy. Przez takie rzeczy zapomina się o skromnym budżecie.

Patterson reżyseruje całość z taką energią, że wydaje się to robotą doświadczonego, ale pełnego pasji reżysera. Konsekwentnie prowadzi całą narrację, choć podejrzewałem w jakim kierunku to może pójść. Jednak sama droga oraz relacja dwójki bohaterów stanowi prawdziwe paliwo. Troszkę cięty, bardziej „doświadczony” radiowiec Everett (świetny Jake Horowitz) oraz troszkę naiwna, ale pełna empatii Fay (cudowna Sierra McCormick) tworzą przyciągający, wręcz magnetyzujący duet. W krótkich rozmowach poznajemy ich charaktery, motywacje bez walenia ekspozycją na siłę. To przebiega tak naturalnie, że chyba bardziej się nie da. Film kradną także równie fantastyczni Bruce Davis (weteran wojenny Billy, którego tylko słyszymy) oraz Gail Gronauer (Mabel Blanche).

Raz na jakiś czas pojawia się taki mały film, który okazuje się wielką niespodzianką. Czy „The Vast of Night” będzie filmem, który zostaje uznany za klasyka? Ma wszelkie zadatki i pokazuje siłę wyobraźni oraz wizji nad budżetem w kinie gatunkowym. Wsysające jak odkurzacz oraz trzymające w napięciu do końca, co w przypadku debiutu jest rzadkością. Czekam na kolejne filmy Pattersona z niecierpliwością.

8/10

Radosław Ostrowski

Zabawa w pochowanego

Z czym wam się kojarzy ślub? To początek nowego etapu oraz dołączenie do nowej rodziny – pana lub pani młodej. Przez jednego z małżonków, co może okazać się niezapomnianym doświadczeniem. Taki dzień przydarzy się Grace – blondwłosej ślicznotce, wychowywanej w rodzinie zastępczej. I trafia jej się naprawdę bardzo mocna, wpływowa partia. Zamożna rodzina, która zbudowała swoje imperium na grach towarzyskich (planszówki, karty itp.), zaś przyszły mąż chciał się od niej odciąć. Od rodziny, nie od żony. Dość dziwacznej i pokręconej, co pokazuje choćby inicjacja polegająca na… rozegraniu gry przez nowego członka rodziny, a wybór dokonywany jest za pomocą kart. Na swoje nieszczęście Grace wybiera grę w chowanego. Ale co niby nieprzyjemnego jest w grze, gdzie rodzina będzie szukać naszej bohaterki? Niby nic, tylko że cała familia używa do złapania jej… strzelby, łuku, kuszy oraz innych narzędzi zagłady.

Brzmi jak mroczny horror? Horror może to i jest, ale bliżej tutaj do czarnej komedii niż pełnokrwistego filmu grozy. „Zabawa w pochowanego” (polskie tłumaczenie tytułu jest świetne) jest mieszanką horroru z rodzaju slasher z czarną komedią oraz – a jakże to modne dzisiaj – satyrą na ludzi bogatych. A ci jak wiemy, są ponad wszelkim prawem i mogą robić, co im się żywnie podoba. Czasem by osiągnąć sukces oraz swoją pozycję idą na pakt z siłami nadprzyrodzonymi. No i to ostatnie ma pewną cenę, co pokazuje przebieg tej gry w chowanego. Jednocześnie pokazano tutaj jak bardzo zmienny jest stosunek do tradycji: od mocno się jej trzymającej ciotki, wyglądającej jak prawdziwa wiedźma przez ojca rodziny aż po młodszych członków rodziny, mających to troszkę gdzieś. Jest też służba, jak na zamożną rodzinę mieszkającą w pałacu, ale oni troszkę robią za mięso armatnie.

Ku mojemu zdumieniu film bardzo zgrabnie balansuje między horrorem a komedią. Humor ma tutaj charakter głównie sytuacyjny albo kiedy bohaterom coś się nie udaje. ewentualnie podsumowane jest ciętym one-linerem. Pojawiająca się posoka też potrafi rozbawić, jednak nie brakuje tutaj kilku przewrotek i niespodzianek. Klimat grozy pomaga świetna scenografia dużego domostwa oraz odpowiednio mroczna muzyka Briana Tylera. Zaś finał to idealne połączenie rzezi polanej czarnym humorem.

A co jest mocną kartą jest świetne aktorstwo, dające barwne postacie. Absolutnie idealna jest Samara Weaving jako nasza protagonistka. Grace w jej wykonaniu to nie głupia blondwłosa ślicznotka, ale twarda babka, co nie daje sobie w kaszę dmuchać. Choćby nie wiadomo co by się działo, zachowuje zimną krew i – co nie jest częste – podejmuje sensowne decyzje. Także reszta rodzinki wypada bardzo dobrze: od świetnego Henry’ego Czernego (ojciec) i troszkę nie widzianej Andie MacDowell (matka) po kradnącą sceny Nicky Guadani (ciocia Helene) aż do cudnego Adama Brody’ego (mający wszystko w dupie pijaka Daniela).

„Zabawa w pochowanego” pokazuje, że komediohorror ma się bardzo dobrze. I nawet jeśli satyra na wyższe sfery wydaje się już czymś ogranym, to pożenienie jej z czarną komedią/horrorem czyni ją świeżą. Dobra zabawa gwarantowana.

7/10

Radosław Ostrowski

Gniazdo

Lata 80. to był czas kiedy w USA poluzowano kilka przepisów, by gospodarka mogła ruszyć z kopyta. Więc szansa na zdobycie wielką kasę zrobiła się bardzo wielka. Ale nie każdemu udało się wyrwać dla siebie kawałek tortu. Rory O’Hara miał takiego farta, mieszka z żoną oraz dwójkę dzieci. Jednak teraz decyduje się wrócić do rodzinnego Londynu, by stworzyć siebie na nowo. By znów złapać byka za rogi i odnieść sukces. Dlatego kupuje wielką rezydencję, opłaca czynsz na rok i wraca do dawnej firmy. Wszystko wydaje się iść w idealnym kierunku, prawda?

gniazdo2

Reżyser Sean Durkin pozornie wydaje się opowiadać historię znaną i starą jak świat. Portretu idealnej rodziny, która tylko idealnie wygląda z daleka. Im bliżej jednak podchodzimy, tym pojawia się więcej pęknięć. Opowiada to bardzo powoli i spokojnie, lecz spokój jest pozorny. Rodzina tutaj staje się siedliskiem problemów. On (świetny Jude Law) to złotousty gaduła, pragnący osiągnięcia sukcesu. Chce być lepszym, bogatszym, szczęśliwym. Tylko, że pod tym obliczem skrywa się mania wielkości, narcyzm oraz ciągła pogoń za pieniądzem. Zaś jego nawijka to zwykłe wodolejstwo, mające zwrócić uwagę osób, by kupić ich sympatię. Taki tryb marzyciela, chcącego więcej niż ma. Kontrastem dla niego jest bardziej trzymająca się ziemi Allison (rewelacyjna Carrie Coon), trafiająca na nowe, nieznane środowisko. I to poczucie obcości doprowadza do depresji oraz osłabienia pewności siebie.

gniazdo1

Niby jest to dramat obyczajowy, ale Durkin stawia tutaj na bardzo mroczną atmosferę. Czuć coraz bardziej narastający niepokój oraz poczucie bycia w pułapce. A jest nią przywiązanie do luksusowego stylu życia, pogoń za pieniądzem oraz blichtrem. To zagrożenie jest bardzo delikatnie sygnalizowane, a reżyser skupia się na samych bohaterów. Stąd jest tyle zbliżeń oraz skupienie na twarzach. Tak samo bardzo stonowane kolory oraz rzadko pojawiająca się, ale budująca mroczny klimat muzyka.

„Gniazdo” nie jest filmem dla każdego i wielu może zniechęcić wolne tempo czy skromnie zarysowana akcja. Ale jest to bardzo wyrafinowane, fantastycznie zagrane kino, dziwnie trafne pasujące do dzisiejszych czasów.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Córka Boga

Jesteśmy w jakimś miejscu z dala od szeroko rozumianej cywilizacji. Tam żyje sobie grupka kobiet ubrana jakby żyły w XIX wieku, kieruje nimi – a jakże by inaczej! – mężczyzna nazywany Pasterzem. Czujecie to? Jak na Pasterza przystało kieruje tą grupą ku Edenowi, czyli jest duchowym guru. I jeden facetem w tym miejscu, gdzie kobiety dzielą się na żony oraz córki (poczęte już w obozie), później zajmujące miejsce żon. Jedną z nich jest Selah, która powoli zaczyna przechodzić proces dojrzewania. I zaczyna powoli odkrywać, że życie w tej grupie nie jest takie sielankowe.

corka boga1

Mój stosunek do Małgorzaty Szumowskiej jest w zasadzie chłodny. Jej filmy (oprócz „33 scen z życia”) były mniejszym albo większym rozczarowaniem, zdominowane przez pretensjonalność oraz silenie się na artyzm. Na siłę. Tym razem reżyserka zrealizowała swój pierwszy film na zagranicznej ziemi, reklamowany jeszcze jako horror. Taki horror spod znaku A24, czyli coś w stylu „Czarownicy” zmieszanej z „Opowieścią podręcznej”. Bo tutaj to mężczyzna jest panem i władcą, zaś kobiety mają być mu posłuszne, a każde jego słowo wykonywać bez sprzeciwu. Tutaj kobiety robią wszystko: pracują, zbierają jedzenie, modlą się. No i miesiączkują, a to oznacza, że jej wiara bardzo słaba jest, zaś ona sama „uszkodzona”. I wszystko widzimy z perspektywy osoby nie znającej innego świata niż sekty.

corka boga2

Sam punkt wyjścia daje spore pole manewru, jednak Szumowska znowu robi to, co zwykle. Wykorzystuje „nośny” czy „głośny” temat, używając scenariusza stanowiącego zbiór bardzo luźno powiązanych scenek. Fabuły jako takiej nie ma, wszystko jest polane dłuuuuuuuuuuuuuuuuuugimiiiiiiiiiiiii kadrami, gdzie niiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiic się nie dzieje. Jeszcze na dokładkę mamy sceny oniryczne, gdzie symbole symbolami poganiamy. Jakieś martwe owce, z których zostają tylko kości czy sceny kiedy Pasterz (kompletnie nijaki Michael Huisman) patrzy się, gada jakieś bzdury. Aż dziwne, że te kobiety za nim poszły, bo temu facetowi brakuje charyzmy. Pewnym kontrastem jest bardzo wyciszona, ale ciekawa Raffey Cassidy jako zagubiona Selah. Skupia uwagę nawet nie robiąc nic.

corka boga3

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o „Córce Boga”, jednak poza pięknymi zdjęciami oraz główną rolą żeńską nie ma tutaj absolutnie nic. Pretensjonalny, płytki, przewidywalny i kurewsko nudna opowieść o wyzwalaniu się kobiet z jarzma niewoli męskiej. Jeden z najgorszych filmów tego roku.

3/10

Radosław Ostrowski

Ikar. Legenda Mietka Kosza

Lubicie jazz? Ja czasami skręcam w rewiry tej muzyki i paru muzyków znam. Ale nigdy nie słyszałem o Mietku Koszu. Nic dziwnego, ten pianista tworzył na przełomie lat 60 i 70 oraz zmarł w bardzo młodym wieku. Dorobek też był skromniutki, więc pojawia się pytanie: czy warto tworzyć film o takiej postaci? Reżyser Maciej Pieprzyca odpowiedział na to pytanie pozytywnie. Jaki jest finalny efekt? Po takim filmowcu należało liczyć na coś więcej.

Kosz niemal od dziecka był niewidomy, co mocno go napiętnowało. I właśnie wtedy, ucząc się w ośrodku w Laszkach pojawiła się nowa pasja: muzyka. A dokładnie gra na fortepianie. Była nauka w konserwatorium muzycznym, wreszcie usłyszenie płyty Billa Evansa, która ukształtowała jego styl. Czyli improwizacyjna muzyka jazzowa, najpierw w trio, a potem solo.

Pozornie wszystko wydaje się być tu na miejscu, bo jest historia, jest fantastyczna muzyka oraz bardzo przekonująco odtworzone realia czasów przełomu Gomułki i Gierka. Scenografia oraz kostiumy są zrobione na wysokim poziomie. Tak samo jak montaż w scenach, gdzie widzimy działające zmysły naszego bohatera. To naprawdę działa. Ale jednak jest pewien zgrzyt, bo jako całość „Ikar” nie porywa. Motywy są tutaj znajome: muzyk z problemami osiąga sukces artystyczny oraz rozpoznawalność, co odbija się na jego życiu prywatnym. Wielkie ego i woda sodowa uderza do łba, wszystkich zaczyna traktować z góry i odnosi moralny upadek. Takich historii było setki, a nawet tysiące, więc schemat zbyt dobrze znałem. Co gorsza, wiele wątków (w tym także kariery muzycznej) jest spłaszczone, pozbawione głębi i strasznie chaotyczne. Narracja się miesza, przeszłość z teraźniejszością wchodzą sobie w drogę, co jeszcze bardziej mnie dezorientowało. I kompletnie nie poznałem bohatera, nie wszedłem w jego głowę, a w tym portrecie czegoś brakuje.

Sytuację częściowo ratuje tylko strona muzyczna oraz sceny, kiedy Kosz (fantastyczny Dawid Ogrodnik) gra albo próbuje tworzyć swoją muzykę. Kiedy on gra, film się wręcz unosi i potrafi zaczarować. I nawet jak jest kilka mocnych oraz ciekawych ról (choćby Justyna Wasilewska czy drobny epizod Mai Komorowskiej), jednak to dla było za mało. Bo reżyser i scenarzysta w jednej osobie zachował się jak dziecko we mgle, skupiając się na niezbyt ciekawych drobiazgach oraz sięgając po ograne schematy. I przez to „Ikar” okazuje się pozbawionym duszy nielotem, który przynudza.

6/10

Radosław Ostrowski

Noc Walpurgi

Noc z 31 maja na 1 czerwca w mitologii germańskiej była nazywana nocą Walpurgi. Nocą, gdzie budzili się zmarli lub demony. Tej nocy w 1969 roku do Szwajcarii przybywa młody chłopak. Robert jest dziennikarzem, który ma przeprowadzić wywiad z divą operową. Kobieta początkowo ignoruje mężczyznę i odmawia, jednak po pewnym czasie zaprasza do siebie. Rozmowa zaczyna przebieg w dość nietypowym kierunku.

Debiutujący reżyser Marcin Bortkowski chyba naoglądał się psychologicznych dramatów Romana Polańskiego. Inspirując się monodramem Magdaleny Czaus opowiada historię dwojga ludzi oraz prowadzonej między nimi psychologicznej gry. Gry pachnącej erotyzmem, perwersją i tajemnicą. Przeszłość obudzi się w najmniej spodziewanym momencie, maski zaczną się zmieniać niczym rękawiczki i ciężko będzie rozgryźć tą zabawę. Co w niej jest prawdą, kto kogo udaje i jakie są prawdziwe intencje. Znudzona diva z obozową przeszłością oraz młody, blondwłosy chłopak, mogący być jej synem. I noc, gdzie coś wisi w powietrzu, coś erotycznego, perwersyjnego. Walka o dominację, kontrolę miesza się z przeszłością i potrafi to nawet wciągnąć. Tylko trzeba do tego wiele cierpliwości.

Najbardziej przyciągającą rzeczą do tego filmu jest jego realizacja. Od czarno-białych, bardzo stylowych zdjęć oraz szczegółowej scenografii po bardzo elegancką muzykę. Nawet dialogi, choć miejscami mogą wydawać się pretensjonalne, brzmią nie najgorzej. Reżyser potrafi się też pobawić formą (jedna scena stylizowana na kino nieme czy scena zbliżenia rozgrania w półmroku) i jest to świetnie zagrane przez duet Małgorzata Zajączkowska (to jej najlepsza kreacja w karierze)/Philippe Tłokiński. Choć muszę przyznać, że to Zajączkowska magnetyzuje całą siłą i fascynuje.

Ale czegoś mi tutaj zabrakło i nie porwało mnie. Niby jest tu wszystko na miejscu, jednak emocje wydają się być takie letnie i oglądałem na zimno. Niemniej Zajączkowska jest na tyle wyrazista, że dzięki niej nie da się zapomnieć tego debiutu.

6,5/10

Radosław Ostrowski