W labiryncie

Zaczyna się banalnie: nastolatka idzie na skraju drogi, widzi pojazd. Stoi przy nim i zostaje do niego wepchnięta. Potem widzimy ją w szpitalu, z zagipsowaną nogą. Odwiedza ją profiler, dr Green i informuje, że była przetrzymywana przez 15 lat. By dorwać sprawcę, mężczyzna chce wykorzystać to, co pamięta z tego czasu. Jednocześnie nad sprawą porywacza pracuje prywatny detektyw, Bruno Genko. Czy uda im się dopaść sprawcę?

w labiryncie1

Donato Carrisi drugi raz przenosi na ekran swoją powieść. Tak jak „Dziewczyna we mgle” mamy do czynienia z powoli odkrywaną tajemnicą, jednak idziemy w zupełnie innym kierunku. Dwutorowa narracja wywołuje jeszcze większą konsternację, przez co trzeba bardzo się skupić. Bo tropy są nam podrzucane cały czas, a sama koncepcja psychopatycznego geniusza zbrodni, co prowadzi grę z ofiarą może budzić grozę. Jednak różnica od poprzedniego filmu polega na dodaniu lekko psychodelicznego klimatu. Ale czy może być inaczej skoro morderca ma maskę królika na twarzy? I nie, nie kojarzy mi się to z „Ja teraz kłamię”. Poczucie pewnej nierzeczywistości potęguje jeszcze scenografia. Sam wygląd labiryntu, gdzie bardzo oszczędnie wykorzystywane jest oświetlenie, wygląda niesamowicie. Tak jak biuro Otchłani (Wydział Policji ds. Osób Zaginionych) czy mieszkanie prostytutki. Klimat potęgują też wiadomości z radia, gdzie w tle padają wieści o końcu świata, niemal wyczuwalny skwar oraz bardzo powoli odkrywana tajemnica.

w labiryncie3

Muszę jednak przyznać, że im dłużej się ogląda, tym coraz większa dezorientacja towarzyszy w trakcie seansu. Co jest prawdą, co jest urojeniem oraz kiedy toczy się cała akcja. Reżyser mocno inspiruje się tutaj Davidem Fincherem, Dario Argento i Davidem Lynchem. Nie brakuje tutaj symboliki (liczba 23), poplątanych tropów, „nawiedzonych” rozmówców, komiksu z okultystycznym dnem oraz krótkich ataków przemocy. Żadnej zabawy w strzelanie, gonitwy czy naparzającej akcji. Spokojne tempo bardzo przypomina kryminały z lat 70. Wszystko nadrabia tutaj bardzo zaskakujący finał, mogący wywołać mętlik w głowie. Ale na spokojnie podchodząc nie jest to przekombinowana, bezsensowna wolta.

w labiryncie2

Aktorsko jest tutaj solidne, choć z tego grona najbardziej wybija się najmniej znana mi aktorka. Jest to Valentina Belle w roli zaginionej Samanthy. Bardzo przekonująco pokazuje jej zagubienie oraz przerażenie ukryte w oczach, a z tą postacią najłatwiej się identyfikować. Solidnie prezentuje się Toni Servillo jako detektyw Genko. Niby typowy cynik z papierosem w ustach oraz ubrany na biało (jako jedyny z ludzi dochodzących prawdy), ale także bardzo zmęczony twardziel, co używa sprytu zamiast broni czy pięści. Niby takich postaci było wiele, jednak wypada zbyt porządnie, by go zignorować. Jednak dla mnie największym rozczarowaniem jest Dustin Hoffman jako psychiatra Green. Aktor sprawia wrażenie troszkę znudzonego, nie mając tak naprawdę zbyt wiele do roboty. Ale też i dialogi nie dają mu dużego pola do popisu.

„W labiryncie” jest przykładem intrygującego, choć bardzo wymagającego kryminału z klimatem grozy. Niepokojąca, powoli odkrywająca swoje karty i zmuszająca do działania szarych komórek niemal non stop. W innym wypadku można się tutaj zgubić, a wyjście z tego labiryntu nie będzie proste.

7/10

Radosław Ostrowski

Rodzeństwo Willoughby

Rodziny są różne i były w filmach pokazywane na różne sposoby. Od kochający się przez pozbawioną rodziców aż po toksyczne więzi oraz czystą patologię. No i jest też rodzina Willoughby z długimi tradycjami, gdzie każdy członek familii (w tym kobiety) nosili długie wąsy. Aż do obecności ostatniego członka rodziny, będącego skrajnym egoistą, w czym dorównuje mu tylko żona. I nawet pojawienie się dzieci nie jest w stanie zmienić ich nastawienia. Rodzeństwo wydaje się mocno zgrane (próbujący rządzić oraz inteligentny Tim, cudnie śpiewająca Jane oraz niepokojący bliźniacy Barnaba), lecz to nie wystarcza. Całe ich życie zmienia się w momencie, gdy trafia pod ich dom sierota, co podsuwa dzieciakom pewien szalony pomysł.

willoughby1

Kolejna animacja od Netflixa, ale tym razem jest co obejrzeć. Film oparty jest na książce Lois Lowry to bardzo pokręcona historia familijna, gdzie cała konwencja jest wywrócona do góry nogami. Rodzice są wyjątkowo antypatyczni i skupieni na sobie, zaś ich dzieci to kompletne przeciwieństwo. Pełni wyobraźni, marzeń oraz kreatywności, troszkę kojarząc mi się z rodzeństwem Baudelaire z „Serii niefortunnych zdarzeń”. Chociaż może nie aż na taką skalę, ale najbardziej wybija się dwoje najstarszych dzieci. Tim jest bardzo podejrzliwy, nieufny oraz marzący o przywróceniu wielkości rodu. Z kolei Jane jest bardziej otwarta, trafnie rozważa za pomocą swojego gdybania i śpiewa tak pięknie, że słychać ją z daleka. Najmłodsi są dość przerażający i mają zaskakująco dojrzałe głosy. To jednak wprowadzenie do lekko groteskowego świata (domek rodziny w wielkim mieście obok dużych wieżowców), gdzie Opieka Społeczna wygląda jak tajni agenci rządowi, w okolicy żyje generał mający fabrykę słodyczy (sam też jest bardzo słodki – także na zewnątrz), a cała tą historię opowiada… kot. Lekko sarkastyczny, troszkę złośliwy i ironiczny. Ale w końcu mówi głosem Ricky’ego Gervaisa, więc mu wolno być takim.

willoughby2

Sama historia jest pełna niespodzianek i zaskoczeń, więc nie chcę wam zdradzać zbyt wiele. Być może nawet dzieje się za dużo, przez co narracja wydaje się bardzo skokowa. Wiele wątków wydaje się wręcz napakowanych, doprowadzając do przesytu oraz pourywania potencjalnie ciekawych wątków (obecność sieroty w życiu rodzeństwa, wysłanie rodziców na śmiertelne wakacje, przywiązanie do rodzinnej tradycji przez Tima, opieka sieroca czy próba sprzedania domu). Z jednej strony udynamicznia seans, przez co nie można się nudzić, ale z drugiej od tego nadmiaru boli głowa. I nie pomaga fakt, że animacja wygląda świetnie, pasując do groteskowej wizji świata, zaś oryginalny dubbing brzmi świetnie (grają m.in. Martin Short, Will Forte, Maya Rudolph czy wspomniany Gervais).

willoughby3

Jednak mimo tych wad „Rodzeństwo Willoughby” potrafiło mnie oczarować. Swoje na pewno zrobiła groteskowa strona plastyczna, jazzowo-klasyczno-bujająca muzyka oraz bardzo pokręcone poczucie humoru. Nie można nie polubić i nie kibicować temu zwariowanemu rodzeństwu. Jedna z najlepszych produkcji Netflixa tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gimme Danger

Jim Jarmusch i film dokumentalny? Samo to połączenie wydaje się czymś abstrakcyjnym i musiał być naprawdę mocny powód do stworzenia czegoś takiego. Reżyser postanowił opowiedzieć o zespole The Stooges. Słyszeliście o nich? Ta kapela działała na przełomie lat 60. i 70. stanowiąc fundament pod punk rockową muzę. Po wydaniu trzech płyt grupa się rozpadła. Dlaczego? O tym opowiedzą żyjący członkowie grupy z frontmanem Iggym Popem na czele.

gimme danger1

Jarmusch nie ukrywa swojego uwielbienia oraz fascynacji grupą, tworzącą wówczas muzykę bezkompromisową. Muzykę w zasadzie trudną do sprzedania, pełną agresji i mającą wpływ na takich twórców jak Sonic Youth, Sex Pistols czy Ramones. Niby nie jest to zaskakująca forma, bo mamy klasyczny dokument. Czyli gadające głowy (z których najbardziej wybija się Iggy Pop), dużo archiwalnych materiałów oraz opowieści. O początkach, fascynacjach muzycznych, pierwszych próbach i rozpadzie. Bo grupa nie przetrwała długo, zaś przyczyn było kilka. Nie tylko narkotyki i zbyt młody wiek członków, lecz także pewne spięcia z wytwórnią, co doprowadziło do gorzkich przemyśleń nad szołbiznesem. Bo jeśli myślicie, że tworzenie talentów oraz skrojonej pod masową publikę jest nowym wynalazkiem, jesteście w wielkim błędzie. Tak samo jak nierówny podział kasy i dominacja producenta, a nawet zakaz koncertowania. Sporym ubarwieniem są animowane wstawki, opisujące pewne wydarzenia jak przygotowania do próby czy kupno przez Iggy’ego marihuany (a dokładnie całego krzewu).

gimme danger2

Najbardziej zadziwiające jest to, że mimo braku subiektywności „Gimme Danger” potrafi przekonująco pokazać koniec ery hipisowskiej i początek lat 70. Ale sami bohaterowie nie boją się opowiedzieć o swoich nałogach i słabościach, przez co film nie jest niestrawną laurką. A troszkę się tego obawiałem. Niemniej Jarmusch wiele z ekipy potrafi wyciągnąć, przez co od filmu nie można oderwać wzroku. Jedna z ciekawszych oraz zaskakujących rzeczy w dorobku tego reżysera.

7/10

Radosław Ostrowski

Jak ojciec i syn

Państwo Nonomiya to relatywnie młode małżeństwo. On pracuje w dużej korporacji, ona już nie i zajmuje się domem, a także 6-letnim synem Keitą. Wszystko wydaje się być w porządku oraz trudno odmówić szczęścia familii. Ale – jak wszyscy wiemy – czasem może pojawić się niespodzianka. Jeden telefon oraz porażająca wiadomość: Keita nie jest synem państwa Nonomiya. Bo w szpitalu doszło do zamiany dzieci. Dochodzi do spotkania z drugą rodziną, gdzie przebywa biologiczny syn Nonomiyów i pojawia się pytanie: co dalej?

jak ojciec i syn1

Japoński reżyser Hirokazu Koreeda ostatnimi czasy wywołał bardzo duże zamieszanie. Jednak nie miałem wcześniej okazji oglądać filmów tego twórcy. Ale od czego jest Ninateka oraz ich specjalna letnia akcja. Nakręcony w 2013 roku film „Jak ojciec i syn” to pełnokrwisty dramat z uniwersalnym tematem. Jak sobie poradzić z sytuacją, gdy wychowujesz nieswoje (w sensie nie biologicznym) dziecko. Czy te parę lat z życia będzie ważniejsze od więzów krwi? Czy może dojdzie do zamiany? I czy możliwe jest funkcjonowanie w takim układzie? I to wszystko niby dla zadbania o przyszłości dzieci. Całość widzimy z perspektywy ojca rodziny, Ryoty Nonomiyi. Wydaje się typowym japiszonem, bardziej skupionym na karierze niż rodzinie, zaś dla syna jest bardzo surowy i szorstki. Zupełnie jakby reżyser troszkę go nastawiał przeciwko nam. Prawda jednak jest taka, że cały film to jest droga tej postaci do dojrzewania w spełnianiu swojej roli ojca.

jak ojciec i syn2

Zderzenie dwóch rodzin, które dzieli wszystko –  pozycja społeczna, stan posiadania oraz relacje wewnątrz każdej z nich – nie jest dla reżysera pretekstem do stosowania emocjonalnego szantażu czy prostego podziału na dobrych i złych. Narracja jest tutaj prowadzona bardzo powoli, wręcz ascetycznie, skupiając się na kluczowych momentach z długimi kadrami. Jeszcze bardziej zaskakuje inna mentalność – nie ma tutaj eksplozji, nadekspresji czy krzyków. Emocje bardziej negatywne są wręcz tutaj wycofane, wyciszone, niedopowiedziane. Dla wielu ten celowy chłód może być barierą nie do przeskoczenia, zaś wolne tempo wręcz wynudzi. Choć jest parę mocnych scen jak zeznanie pielęgniarki w sądzie czy propozycja przyjęcia obu chłopców przez Ryotę.

jak ojciec i syn3

Dla mnie jednak „Jak ojciec i syn” to bardzo delikatne spojrzenie na dojrzewanie do roli ojcostwa w absurdalnej sytuacji. Bez względu na szerokość geograficznego jest to bardzo uniwersalna, choć w specyficznym kraju.

7/10

Radosław Ostrowski

Togo

Pewnie nie słyszeliście o Togo. Nic dziwnego, bo niewielu o nim pamięta. Wielu zapewne słyszało o poważnym wyścigu po szczepionkę do miasteczka Nome. W 1925 roku wybuchła epidemia błoniaka, zarażając niemal wszystkie dzieci. Lek znajduje się w Nenanie, ale problemem jest dotarcie do miejscowości. Wszystko z powodu burzy śnieżnej, która nie pozwala na użycie samolotu. Jedyną możliwą drogą transportu pozostaje psi zaprzęg. Zadania tego podejmuje się norweski maszer (treser i trener psów zaprzęgowych) Leonard Seppala razem ze swoim 12-letnim psem Togo, będący liderem stada.

togo1

Disney+ jakimś cudem nadal nie chce trafić do naszego kraju. Niemniej, dzięki pewnym sposobom (nie mówię tu o piraceniu), można sprawdzić ich dość skromną – na razie – bibliotekę z nowym kontentem. „Togo” od Ericsona Core’a wydaje się być na straconej pozycji, zaś porównania do nowej wersji „Zewu krwi” wydają się nieuniknione. Znowu Alaska, znowu psy i obietnica przygody. Ale wiecie co? Tańszy i skromniejszy „Togo” zjada produkcję Foxa (ostatnią przed przejęciem przez Disneya). I nie chodzi tylko o to, że cały świat nie został stworzony komputerowo (podobnie jak zwierzęta). Co samo w sobie jest naprawdę dużym plusem i pokazuje, że da się pokazać to wiarygodnie bez nadużywania efektów specjalnych. Może i historia wydaje się prosta, ale angażuje i wręcz łapie za gardło.

togo2

Sama narracja jest prowadzona dwutorowo, co też jest zaletą. Z jednej strony mamy ten wyścig Seppali z czasem, by zdobyć szczepionkę i wrócić. Trzyma to w napięciu jak rasowy thriller, zaś kilka momentów (druga przeprawa przez zamarznięte jezioro i pękającą krą) wygląda świetnie. Mimo tego, że większość scen jest kręcona w nocy, ale zachwycające, surowe krajobrazy wyglądają imponująco.

togo3

Ale druga historia dotyczy samego Togo oraz jego początków u surowego niczym skandynawska zima maszera. Jakim cudem ten pies, który w młodości był nieujarzmionym rozrabiaką, stał się chlubą całej paczki i psem prowadzącym? Ten fragment nie jest pozbawiony humoru, ale też pokazuje budującą się więź między twardym psem a jeszcze twardszym panem. Ten drugi zaczyna pokazywać troszkę inną twarz, co jest pokazane wiarygodnie. Do tego „Togo” ma świetnie zmontowane sceny gonitw czy scen z psimi zaprzęgami, podnosząc adrenalinę i kibicując naszym bohaterom.

togo4

I jest to bardzo dobrze zagrane, choć – poza psami – całość napędza dwójka aktorów. Surowego Sappalę gra Willem Dafoe, który nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Ten bohater zna się na swoim fachu, jest pragmatyczny, szorstki i – jak na Wikinga przystało – wyrażanie emocji nie jest jego najmocniejszą stroną. Jednak budowanie więzi z Togo, miłość do psów (świetny moment, kiedy Sapp motywuje swoje zwierzęta podczas przechodzenia przez lód – złoto) oraz determinacja tworzą świetną mieszankę, dając spore pole do popisu. Panią Sappalę z kolei gra równie cudowna Julianne Nicholson, tworząc piękny duet. Pozornie wydaje się osobą wspierającą, kochającą swojego męża, ale także jest charakterna, co pokazuje już w pierwszej scenie. Chciałbym spędzić z tą postacią więcej czasu, ale to, co dostajemy zostaje wykorzystane w pełni.

„Togo” to jedno z większych niespodzianek, która pojawiła się pod koniec zeszłego roku. nie jestem w stanie zrozumieć, czemu wokół niej takiego rozgłosu na jaki potrzebuje. Świetne, zaskakująco mocno trzymające się faktów, kino przygodowe w starym stylu. Nie wiedziałem – do tego seansu – jak bardzo tego mi brakowało.

8/10

Radosław Ostrowski

O Yeti!

Yeti – mityczne zwierzęta mieszkające na szczycie Himalajów. Podobno, bo nikt ich na oczy nie widział. Czemu o tym mówię? Bo cała historia zaczyna się od ucieczki takiego stwora. Jednak nie z macierzystych gór, lecz z pewnej podziemnej kryjówki pewnego podróżnika oraz poszukiwacza egzotycznych zwierząt. Stworek trafia na dach w jednym z chińskich miast, gdzie przebywa niejaka Yi. Młoda dziewczyna ciągle jest zapracowana i niepogodzona ze śmiercią ojca. To właśnie ona przypadkowo trafia na yeti, który zostaje nazwany Everest. W końcu decyduje się zaprowadzić zwierzę do domu, w czym pomaga chłopak pragnący zostać koszykarzem i jego kuzyn.

o yeti1

„O Yeti” to najnowsze dzieło od studia DreamWorks, które jest jednym z silniejszych konkurentów Pixara. Ale o dziwo, po premierze filmu szum wokół niego gwałtownie ucichł. Czemu się tak stało? Mam pewne podejrzenia, lecz nie rozpędzajmy się. Sama historia jest bardzo prościutka i w ma wszystko, co klasyczne kino drogi. Trójka bohaterów oraz nasz yeti o mentalności dziecka wyruszają w podróż, która zmusza ich do weryfikacji swoich przekonań. Oddalająca się od rodziny Yi po mistrzowsko grająca skrzypcami i niepogodzona ze śmiercią ojca, Peng jest uzależniony od telefonu, social mediów, a także stanu posiadania, zaś Jin bardzo chce być koszykarzem, lecz nie ma znajomych. Co się wydarzy po drodze, jesteście w stanie łatwo przewidzieć. Dla mnie jednak największym problemem jest brak stawki oraz poczucia zagrożenia. Ponieważ nasz yeti, choć ciągle ma mentalność dzieciaka, działa tutaj na zasadzie deus ex machina. Kiedy wydaje się, że bohaterowie są w potrzasku, nasz Everest posiada moce. I wychodzą niemal ze wszystkiego bez szwanku. Nawet pod koniec drogi, gdzie dochodzi do działań prawdziwych antagonistów.

o yeti2

Choć film jest po angielsku, to osadzenie całości w Chinach wydaje się tutaj bezczelnym skokiem na kasę. „O Yeti” jest celowane w azjatycki rynek, ale – co mnie najbardziej zadziwiło – tego chińskiego kolorytu nie czuć tak bardzo. Może poza sceną fajerwerków czy przepięknie wyglądającymi krajobrazami. W ogóle animacja jest tutaj cudowna, pełna szczegółów (futerko yeti) oraz wręcz zapiera dech w piersiach. Również postacie są bardzo wyraziste, poruszają się bardzo płynnie, a w tle gra cudna muzyka (solówki na skrzypcach – poezja).

o yeti3

DreamWorks to studio, którego produkcje są nierówne. „O Yeti!” nie jest koszmarnie złe, ale to ich najlepszych dokonań ostatnich lat pokroju „Strażników marzeń” czy serii „Jak wytresować smoka” sporo brakuje. Schematyczność oraz skrótowa forma narracji działa na niekorzyść, choć potrafi wyglądać przepięknie. Propozycja zdecydowanie dla młodszego widza.

6/10

Radosław Ostrowski

Ava

Wakacje gdzieś na plaży francuskiej. Tutaj przebywa 13-letnia Ava razem z matką oraz młodszą siostrą. Dziewczyna nie ma zbyt dobrych relacji z matką i chce żyć swoim życiem. Jednak jej życie zostanie wywrócone z dwóch rzeczy. Po pierwsze, jej wzrok zaczyna się coraz bardziej pogarszać i wkrótce przestanie widzieć. A po drugie, pojawia się pewien chłopak z dużym czarnym psem. Outsider o imieniu Juan coraz bardziej zaczyna ją pociągać, a trudno przewidzieć finał tej relacji.

ava1

Na pierwszy rzut oka „Ava” wydaje się kolejnym filmem inicjacyjnym z miłością w tle. Ale Lea Mysius troszkę idzie w innym kierunku. Niejako historia rozbija się na dwie części. W pierwszej bliżej poznajemy naszą bohaterkę, którą nie jest łatwo polubić. Samolubna, wręcz egoistyczna wydaje się twarda niczym skała. Próbuje się zaadaptować do nowej sytuacji, ale się boi. I to trwa mniej więcej do połowy filmu, gdzie pojawia się Juan. Chłopak jest obecny od początku filmu, lecz jest gdzieś tam w tle. Od pewnego, dramatycznego momentu zaczyna być powoli budowana relacja tej dwójki. Można powiedzieć, że w tym momencie film idzie ku historii miłosnej. Takie młodzieżowe Bonnie i Clyde z planowaną ucieczką w tle. To potrafi złapać za serducho, zaś kilka momentów (napady na plażowiczów z bronią, gdzie nasza dwójka wygląda jak jacyś ludzie pierwotni) wygląda niesamowicie. Z tego powodu druga połowa filmu była dla mnie o wiele ciekawsza od wolno idącej pierwszej połowy.

ava3

Nie oznacza to, że nie brakuje tutaj momentów eksperymentowania. Trudno wymazać bardzo oniryczną scenę koszmaru, gdzie dzieją się pokręcone rzeczy (m.in. w ustach bohaterki pojawia się oko) czy próbę nauki chodzenia na ślepo na dachu. Takich fragmentów nie da się wymazać i dodają charakteru całości. Jednak dla mnie problemem „Avy” jest dość nierówne tempo historii oraz pewną rozlazłość. Także wątek utraty wzroku nie zostaje rozwinięty, niejako porzucony.

ava5

Warto jednak obejrzeć całość dla świetnej kreacji Noee Abity w roli tytułowej, która skupia uwagę od samego początku. Zbuntowana egoistka, w której zaczyna budzić się młoda kobieta. Bardzo przekonująca, mimo niezbyt dużej ilości dialogów. Równie mocna jest Laure Calamy jako matka, próbująca sobie poradzić z nastolatką i jednocześnie chcąca prowadzić własne życie, a także troszkę tajemniczy Juan Cano. Bardzo szorstki outsider, mający bardzo silną chemię z naszą bohaterką.

„Ava”, choć z wieloma potknięciami, ma w sobie pewien specyficzny klimat wakacyjnej przygody. Potrafi skupić uwagę dzięki bardzo wyrazistej bohaterce oraz unikaniu szablonów, jednak wymaga wiele cierpliwości.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zew krwi

„Zew krwi” to jedna z najsłynniejszy powieści Jacka Londona. Była to historia psa imieniem Buck, który zostaje wyrwany ze swojego domu i trafia do Alaski. Tam trwa zima, a pies zostaje członkiem zaprzęgu, doświadczając wielu ciężkich wydarzeń. Sama książka – bardzo mroczna i niepozbawiona przemocy – była ekranizowana wielokrotnie. Każdy twórca próbował ugryźć historię na swój sposób, a nową wersję przygotował specjalizujący się w animacjach Chrisa Sandersa.

zew krwi1

Od razu uprzedzę, że fani powieści nie znajdą tu zbyt wiele dla siebie. Zmian jest bardzo dużo, by historia trafiła głównie do młodego widza. Choć złagodzono całość, nie brakuje mrocznych fragmentów oraz umownie pokazanej przemocy. Nadal opowieść skupia się na Bucku, a wszystko opowiada z offu jego ostatni właściciel, John Thornton. Poznajemy naszego pieska w swoim naturalnym środowisku, czyli w domu zamożnej rodziny. Tam zostaje podstępem wykradziony i sprzedany trafia do Alaski. Najpierw pełni rolę zwykłego psa dla pochodzącego z Kanady Perraulta, by potem przeżyć wiele poważnych sytuacji.

zew krwi3

Jest jeszcze jeden istotny szczegół dla realizacji tego filmu. Otóż wszystkie zwierzęta zostały tutaj wygenerowane komputerowo. Jestem w stanie zrozumieć dlaczego dokonano takiego wyboru. Chodziło zapewne o to, by nie skrzywdzić zwierząt w trakcie pracy nad scenami, gdzie ich życie mogło być zagrożone. A takich scen jest wiele jak przejazd i brawurowa ucieczka przed lawiną czy ratowanie człowieka z tafli lodu. Mnie to aż tak to komputerowe cudadło nie przeszkadzało, ale niektórych może to wybić z tej historii. A nawet spowodować, że nie będzie się czuło zagrożenia oraz stawki.

zew krwi4

Ja jednak dałem się pochłonąć tej przygodzie oraz historii o szukaniu swojego miejsca na ziemi. Bo nasz pies zaczyna być rozdartym między zewem natury (symbolizowany przez czarnego wilka) a cywilizacją i życiem z ludźmi. Z czasem ten charakter zaczyna coraz bardziej z niego wyłazić, pokazując jeden istotny szczegół. Że tą dzikość Buck miał od zawsze, tylko czekała na swoją chwilę przebudzenia. Wygląda to miejscami pięknie, tempo jest odpowiednio zachowane od spokojnych momentów (głównie w trzecim akcie) po dynamiczne wyprawy, zaś w tle gra tak cudowna muzyka, że chce się odbyć jakąś wielką wyprawę.

zew krwi2

Aktorsko wydaje się, że nie ma tutaj zbyt wiele do roboty, ale dwie osoby warto wyróżnić. Pierwszą jest Omar Sy (dawno nie widziałem tego aktora) jako Penault. To ciepły i budzący sympatię bohater, przekonany o tym, że psy go rozumieją oraz nimi – w pewien sposób – rządzi. Co oczywiście nie jest prawdą. Ale prawdziwym sercem tego filmu jest Harrison Ford jako Thornton. Pozornie wydaje się postacią typową dla tego aktora w ostatnich latach – szorstki, wycofany, naznaczonym mroczną przeszłością. Jednak Fordowi udało się tą postać pokazać bardzo przekonujący, zaś wspólne sceny z Buckiem są dzięki niemu wręcz wzruszające.

Powiem szczerze, że jestem bardzo zaskoczony tym, jak udany jest „Zew krwi”. Nie jest tak mroczny jak pierwowzór, ale w żaden sposób nie staje się infantylny. To bardzo porządne i angażuje kino z odrobiną przygody oraz przyrody w tle.

7/10

Radosław Ostrowski

Sekretne życie zwierzaków domowych 2

Ze studiem Illumination mam troszkę pod górkę. Bo specami w kwestiach technicznych są i te animacje wyglądają ładnie. Problem jest z historią, która czasami potrafi chwycić (pierwsze spotkanie z Gru i Minionkami czy Sing) albo bardziej przypomina zbiór luźno powiązanych scenek (pierwsze „Minionki” czy pierwsza część tego filmu). Jak jest z kontynuacją „Sekretnego życia…”?

zwierzaki domowe2-1

W życiu Maxa i Duke’a, czyli dwóch piesełów zmieniło się wiele. Zostali kumplami, a ich właścicielka radzi sobie z nimi dobrze. Jednak pani poznaje pewnego pana, biorą ze sobą ślub, mieszkają razem. Zaś parę miesięcy pojawia się bobas o imieniu Liam. Czy ma na nazwisko Neeson? Chyba nie. 😉 Dzieciak zaczyna powoli dorastać, zaś Max czuje się za niego odpowiedzialny. I będzie go pilnował 24 na 24. Zwłaszcza, że nasi bohaterowie jadą na wieś na kilka dni. A tam wiadomo: indyki, owce, krowy, świnie – niebezpiecznie jest. Lecz nie tylko nasz pies ma pewne problemy. Bridget zostaje poproszona przez Maxa o pilnowanie pewnej zabawki (pan Bzyk), lecz daje ciała. Przedmiot trafia do mieszkania pełnego kotów. A nasz zwariowany królik przez swoją panią jest przekonany, iż jest superherosem. I zostaje wystawiony na poważną próbę udowodnienia swojej wartości.

zwierzaki domowe2-2

Czy już w tym momencie nie powinna zapalić się wam lampka ostrzegawcza? Bo twórcy popełniają dokładnie ten sam błąd, co w przypadku pierwszej części. Fabuła zaczyna się rozwadniać, a całość przypomina zbiór scenek, gdzie przeskakujemy z wątku na wątek bez ładu i składu. Niby te historie łączy pewien temat związany z odpowiedzialnością czy rodzicielstwem. Dla mnie problemem jest to, że ta historia kompletnie nie angażuje, a motywacja bohaterów to za mało, by mnie oni obchodzili. Ta obojętność powodowała, że czułem wielkie znużenie. Nawet przeniesienie akcji na wieś nie jest w stanie zmienić tej sytuacji. Zupełnie jakby scenarzystę poniosła fantazja, a reżyser kombinował jak to wszystko pokleić ze sobą.

zwierzaki domowe2-3

Jakby tego było mało, ani razu się nie uśmiałem. Nawet w scenach teoretycznie śmiesznych jak próba popisów królika czy zderzenia Maxa i Duke’a z życiem na wsi. Nie wiem czy to kwestia tego, że te głównie slapstikowe gagi na mnie nie działały, czy film jest po prostu adresowany dla najmłodszego widza. Kreska jest bardzo ładna, nie brakuje bardzo dynamicznych scen akcji (wyciąganie tygrysa z cyrku czy finałowa konfrontacja w pociągu). Tylko, że to nie w stanie odwrócić uwagi od prostego faktu, że druga część zwyczajnie jest niepotrzebna. Do tego jeszcze pod koniec staje się wręcz brutalna i pełna niepotrzebnej przemocy, a antagonista (właściciel cyrku Sergiej) wydaje się wzięty z zupełnie innej bajki.

Chciałbym coś dobrego napisać o drugim „Sekretnym życiu…”, ale to bardzo silny przykład tego jak twórcy nie uczą się na swoich błędach. Jeszcze bardziej jest odczuwalna nuda oraz kompletny brak pomysłu na stworzenie ciekawej, spójnej historii. Mam cichą nadzieję, że część trzecia nigdy nie postanie.

5/10

Radosław Ostrowski

Zabijam gigantów

Odkąd poznajemy Barbarę wiemy, że coś z nią jest nie tak. I nie chodzi nawet o to, że nosi królicze uszy, ma okulary oraz jeździ rowerkiem. To samotna dziewczyna, troszkę wywyższająca się od innych i żyjąca w bardzo swoim świecie. Tam jest wojowniczką, która walczy z gigantami ze swoim potężnym młotem. Jej dość wariackie życie zmienia się w momencie, kiedy do szkoły trafia nowa dziewczyna z Anglii o ślicznym imieniu Sophia.

zabijam gigantow1

Sam tytuł świadczyłby o tym, że mamy do czynienia z kinem fantasy. Tak jak sam plakat, jednak to zmyłka. Film Andersa Waltera bardzo skupia się na trudnej relacji Barbary z całym światem. Jej fiksacji na punkcie gigantów, które widzi tylko ona. Brakuje jej przyjaciół, relacja z rodzeństwem w zasadzie nie istnieje. Widać, że coś siedzi w jej głowie, zachowuje się dość dziwacznie i ona jest tego w pełni świadoma. Wszyscy próbują ją jakoś rozgryźć, ale dziewucha musi sama dojść i skonfrontować się. Z tym, co symbolizują te giganty, wałęsające się po lesie. I właśnie z tym mam pewien problem. Kiedy zostają odkryte karty, okazuje się, że film mocno przypomina „Siedem minut po północy”. Też mamy podobny temat, czyli zderzenie z umieraniem matki. Matki, która poza jedną sceną jest praktycznie nieobecna. Jakby zupełnie została wyparta z pamięci, będąca tematem tabu (podczas rozmowy z Sophie to słowo zostaje zagłuszone). Podoba mi się kierunek oraz powolne odkrywanie całej układanki. Troszkę przeszkadzały za to zbyt znajome wątki poboczne jak dziewczyna gnębiąca Barbarę, próbująca do niej dotrzeć pani psychiatra (solidna Zoe Saldana). Jej rozmowy z nią mają w sobie – z powodu reakcji dziecka – coś w rodzaju konfrontacji, której wyniku trudno przewidzieć.

zabijam gigantow2

Najbardziej działała na mnie relacja Barbary z Sophią, która jest budowana stopniowo. I nawet pomimo dziwactw naszej bohaterki udaje zbudować się więź. Chociaż jest ona wystawiona na bardzo ciężką próbę i dodaje pewnego dramatyzmu. Równie dobrze wyszły te sceny z samymi gigantami oraz innymi monstrami, zaś ich kameralny charakter nie kłóci się z resztą filmu. To nie jest duży blockbuster i chodzi tu o coś zupełnie innego, ale finałowe starcie (za krótkie dla mnie) robi dobre wrażenie.

zabijam gigantow3

Choć grające główne role Madison Wolfe (Barbara) i Sydney Wade (Sophie) są absolutnie świetne, a do realizacji ciężko mi się przyczepić, „Zabijam gigantów” mnie nie porwało. Czegoś tutaj zabrakło, by poruszyć, choć wydaje się mieć wszystko, co trzeba. Niemniej jest to bardzo intrygujący kawałek kina.

6,5/10

Radosław Ostrowski