Polowanie

Wszystko zaczyna się bardzo tajemniczo, jakby ktoś postanowił ożywić „Igrzyska śmierci”. Grupa ludzi budzi się w jakimś lesie, z zakneblowanymi ustami. W środku lasu znajdują klucze oraz skrzynię pełną broni. Po się sięgnięciu zaczyna się strzelanina – nikt nie wie kto, kogo i dlaczego oraz czemu akurat ci ludzie. Czy to jest jakiś żart, akcja, a może to ma drugie dno?

Reżyser Craig Zobel razem ze współscenarzystą Damonem Lindelofem tym filmem mocno wkurzyli Amerykanów. Polityczna poprawność nie istnieje, a celem satyry są obie strony: „wsiowe” Południe oraz bardziej „oświecona” Północ. Elita kontra biedota, fani teorii spiskowych kontra wywyższająca się inteligencja. I muszę przyznać, że to satyryczne ostrze potrafi uderzyć. A że całość przypomina kino eksploatacji klasy B, pełne flaków, przemocy i zakrętów? To już jest inna sprawa. Początek jest tak ostry i szybki, że nawet nie byłem w stanie stwierdzić kto tak naprawdę jest głównym bohaterem. Bo potencjalni kandydaci zaczynają padać jak muchy i nie do końca wiadomo, kto jest z kim, jaki jest jego cel, a poglądy polityczne mogą pomóc lub zaszkodzić. A im dalej w las, tym makabryczniej, brutalniej (scena z uchodźcami czy akcja w sklepie) oraz bardziej szalone/chore rzeczy się dzieją.

Od razu uprzedzam, że nie wszystkim się spodoba. Bo jest brutalnie, niepoprawnie polityczne oraz z dużą dawką czarnego humoru. Same sceny akcji wyglądają imponująco, a finałowa konfrontacja nie jest gorsza od pierwszego lepszego filmu sensacyjnego. Humor z makabrą idą ręka w rękę, podkręcone bardzo porządnymi zdjęciami oraz intensywną, suspensową muzykę. A w tym całym szaleństwie błyszczy absolutnie cudowna Betty Gelpie jako próbująca przetrwać Crystal (jej mimika twarzy to czyste złoto).

Takiego miksu krwawej jatki, czarnego humoru i politycznej satyry nie widziałem od dawna. Mocne, bezkompromisowe kino, polane sosem B-klasowego śmiecia, wyglądającego bardzo porządnie. Łatwo tu można kogoś urazić, zwłaszcza jak się zna nastroje w USA.

7/10

Radosław Ostrowski

Tenet

Nie będę ukrywał, że jestem fanem Christophera Nolana. To jest jeden z nielicznych twórców, którzy są w stanie połączyć ogień z wodą. Innymi słowy robi kino komercyjne z dużymi budżetami, ale też oryginalnymi pomysłami, przez co jego filmy wydają się świeże oraz ciekawe. Tak samo zapowiadał się „Tenet”, którego zwiastuny stawiały więcej pytań niż odpowiedzi. Czyli intrygowały i obiecywały potencjalnie świetny film. Czy tak się stało?

Wszystko zaczyna się w Kijowie, gdzie w budynku Opery Narodowej dochodzi do ataku terrorystycznego. Do akcji wkracza nasz bohater, będący amerykańskim agentem, a cały atak jest tylko zasłoną dymną. Bo prawdziwym celem jest likwidacja informatora. Niestety, ucieczka kończy się wpadką, a z oddziału ocalał tylko nasz bohater – Protagonista. Cała operacja okazuje się tylko sprawdzianem do kolejnego zadania. Chodzi o tajemnicze naboje, które są odwrócone – innymi słowy działają w odwrotnym kierunku. Trop prowadzi do rosyjskiego oligarchy Andrieja Satora, ale by do niego dotrzeć, trzeba dotrzeć do jego żony.

„Tenet” ma fabułę prostą jak ustawa sejmowa. Bo akcja toczy się w przeszłości i przyszłości – równolegle. W jednym świecie zjawiska normalne, w drugim dzieją się odwrotnie. Jakby czas działał w przeciwnych kierunkach. Wtedy pytanie nie brzmi „co”, ani „jak” się dzieją rzeczy, tylko „kiedy”. Jedni złapią w lot przebieg całej akcji, inny uznają całość za jedno wielkie pierdolenie, bez sensu i dziwacznie działającej (lub nie działającej w ogóle) fizyki. I muszę przyznać, że cała narracja była dla mnie dość mocno hermetyczna, a także wiele razy gubiłem się. Zupełnie jakby Nolan zachłysnął się samą koncepcją i zapomniał zwrócić uwagi na detale. Przez co nie do końca rozumiałem o co chodziło z efektem odwrócenia, zaś sceny walk w trakcie tego efektu wywoływały we mnie śmiech.

Muszę jednak przyznać, że jest wiele widowiskowych momentów, zapierających dech w piersi. Taki jest finał w ruinach miasta, akcja na lotnisku w Oslo czy odbicie plutonu na ulicach Tallina. Realizacyjnie naprawdę tutaj ciężko się do czegokolwiek przyczepić – fantastyczne zdjęcia, imponująca scenografia oraz agresywna, czasami puszczona „od tyłu” muzyka dają kopa. Tak samo bardzo wyraziste kreacje, co mnie chyba najbardziej zadziwiło.

Dobrze sobie radzi John David Washington jako protagonista, który – tak jak ja – początkowo czuje się zagubiony w całej intrydze. Jednak kupiłem tą kreację profesjonalisty, wykonującego swoje zadanie najlepiej jak potrafi. Film jednak kradł absolutnie uroczy Robert Pattinson jako pomocnik Neil, tworząc świetny duet z Washingtonem i dodając pewnej zawadiackości. Na drugim planie całość kradnie demoniczny niż kiedykolwiek Kenneth Branagh w roli antagonisty oraz Elizabeth Debicki jako dręczona przez niego żona żyjąca w złotej klatce.

„Tenet” to nie jest film, który wejdzie za pierwszym razem. Być może z kolejnymi seansami ten film zyska w oczach, o ile zaryzykujecie. Możecie poczuć się przytłuczeni, zagubieni i zachwyceni jednocześnie. Arcydzieło? Na pewno nie, ale szukając nietypowego blockbustera warto dać szansę.

6/10

Radosław Ostrowski

Polot

Kolejny polski debiut, czyli dajemy szansę młodemu twórcy na przebicie się do szerszego grona odbiorców. Bohaterami jest trójka młodych chłopaków, którzy znają się od młodego, zaś jeden z nich jest utalentowanym w kwestiach technicznych. Karol jest synem pilota oraz instruktora lotnictwa, co przelało się na jego pasję. Jego życie wywraca się w momencie, kiedy dochodzi do śmiertelnego wypadku – ginie jego ojciec oraz pasażer. Mężczyzna zebrał masę długów, a jedyna pozostawiona rzecz to plany sterowca. Karol razem z kumplami decydują się założyć spółkę oraz podjąć budowy tego projektu.

Sam pomysł na swój debiut Michał Wnuk miał interesujący, czyli zrobić film o zderzeniu trójki przyjaciół z brutalną, biznesową rzeczywistością. Bo co innego zrobić plan, a co innego zrealizować. Przyjaźń zostaje wystawiona na próbę, pojawiają się zgrzyty i konflikty, a jedyną osobą znającą się na swoim planie jest Karol. Jednak oglądając film, czułem się mocno zdezorientowany i zagubiony. Dlaczego? Reżyser sam chyba nie do końca wie, co chce powiedzieć. Bo jest tutaj wiele otwartych wątków (groźba sprzedaży domu, potencjalna relacja miłosna, trudna przyjaźń, badanie wypadku przez komisję), które pojawiają się, są zaznaczone i… potem nic się z tego nie robi. Jakby wiele kluczowych scen zostało wycięty podczas montażu. Wszystko jest tutaj prowadzone za szybko, za krótko, nie dając bohaterom ani chwili na złapanie oddechu. Są tylko komplikacje, komplikacje oraz spore skoki czasowe.

No i decyzja o realizacji zostaje zrobiona bez zastanowienia się nad praktycznym wykorzystaniem sterowca. To świadczy raczej o pewnym idealizmie, a może jest to błąd scenariusza. Tak samo wątek romansowy jest tak z czapy i tak niewiarygodny, że nawet nie chce mi się o tym opowiadać. Jedynymi dobrymi rzeczami są ładne zdjęcia (zwłaszcza te podniebne), zaś z całej obsady broni się tylko Maciej Musiałowski (Karol) oraz Andrzej Konopka (Stan Pacak). Bo reszta aktorów – naprawdę zdolnych jak Tomasz Włosok, Eryk Kulm czy Iza Kuna – nie mają zbyt wiele do roboty przez chaotyczny scenariusz.

Niestety, ale debiutancki „Polot” jest prawdziwym niewypałem, gdzie prawie nic nie gra. Historia brzmi niewiarygodnie, pełna jest dziur oraz niedomówień, dobijając jakiekolwiek resztki na cokolwiek solidnego. Nie marnujcie czasu i omijajcie ten paździerz.

3/10

Radosław Ostrowski

Wszyscy moi przyjaciele nie żyją

Nadrabianiu kolejnych konwencji gatunkowych na naszym podwórku ciąg dalszy. Tym razem poszło w młodzieżową komedię imprezową z czarnym humorem. Całość powstała dla Netflixa pod koniec zeszłego roku i… co z tego wyszło?

Wszystko ogranicza się do jednego domu, gdzie tuż po Nowym Roku przybywa policja. Na miejscu stróże prawa zauważają, że doszło dosłownie do jatki. Masa trupów i tylko jedna ocalona, bredząca coś bez sensu oraz z uszkodzonym kręgosłupem. Jak stwierdza inspektor: „coś poszło nie tak”. Tylko co? A na imprezie była masa osób, nie wszyscy w wieku nastoletnim, bo jest typ MILF-a chodzącego z chłopakiem o wiele lat młodszym. Rodzeństwo, gdzie siostra jest bardziej świadoma seksualnie, a brat ma dziewczynę i oboje są dość delikatni w swojej sypialni, chłopak-fotograf znający się na broni, dwaj bracia chcący zaliczyć, młody dresiarz o ambicjach raperskich, dwie tępe panienki, a nawet dołącza dostawca pizzy. Wszystko zaczyna się od przypadkowego strzału podczas seksu.

Debiutujący reżyser Jan Belcl chyba naoglądał się filmów zza Wielkiej Wody i niekoniecznie tych dobrych. Jest to zdecydowanie świadome kino klasy B, przeestetyzowana, przerysowana oraz miejscami z dialogami na granicy wulgarności. Bluzgi, podteksty seksualne miały chyba rozwalić pruderyjność naszego podwórka i może to odrzucić. Postacie może są ledwo zarysowane, ale mają swoje momenty. Ale jest to, niestety, bardzo nierówny poziom. Najbardziej jednak zadziwiło mnie powolne tempo, gdzie przez większość czasu zgon utrzymywany jest w tajemnicy. Czekałem na moment rozpierduchy, ale po drodze doszło do paru drobnych zaskoczeń (przeszłość Glorii – najstarszej uczestniczki tego cyrku). Satysfakcjonuje za to finał, czyli ostatnie 20 minut to już jazda po bandzie. Kule świszczą, pięści idą w ruch i wszystko idzie w najgorszym kierunku.

Trudno technicznie mi się do czegoś przyczepić. Zdjęcia są ładne, w tle gra odpowiednio budująca nastrój oraz dobrane piosenki, a dźwięk jest czysty oraz zrozumiały. Jeśli zaś chodzi o obsadę to mamy masę młodzików, z których wybija się kilka znanych twarzy. Z tego grona wybija się najbardziej Mateusz Więcławek (Filip), ale film kradnie zjawiskowa Monika Krzywkowska (Gloria – nasz odpowiednik matki Stifera) z mocnym monologiem o starzeniu się. Zaskakuje pozytywnie Julia Wieniawa, będącą „nawiedzoną” na punkcie spraw astralno-nadprzyrodzonych oraz wyluzowany Wojciech Łozowski z cudnym monologiem o pizzy. Troszkę rozczarowuje Adam Woronowicz jako inspektor policji, sprawiając wrażenie zmarnowanego potencjału.

Debiut Belcla ma wszelkie zadatki na kultowego klasyka w pewnych kręgach. Jest świadomie przerysowany i przegięty, pozbawiony wielkich ambicji, ale balansujący na granicy smaku oraz miejscami nudnawy. Innymi słowy obejrzeć można, a z kumplami przy piwku seans będzie bardziej satysfakcjonujący.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Zgniłe uszy

Ile już było opowieści o tym, jak małżeństwo z niezbyt długim stażem przechodzi kryzys? Decydują się na pójście do terapeuty, bo jeszcze im na sobie zależy. Tak postąpili Janek z Marzeną – małżonkowie od dwóch lat, lecz zaczynają pojawiać się poważne zgrzyty. Jadą do terapeuty o wdzięcznym imieniu Henryk gdzieś na odludzie, gdzie odbywa się dość niekonwencjonalna terapia.

Debiut Piotra Dylewskiego to przykład skromnego, niezależnego kina. Kameralna opowiastka zaczyna się jak dramat obyczajowy. Nie wszystko jest powiedziane tutaj wprost, co jest źródłem kryzysu. Reżyser najpierw pozwala spędzić czas z bohaterami. A potem zaczyna się terapia i dzieją się rzeczy. bo sama terapia nie jest oparta tylko i wyłącznie na rozmowach. Nie brakuje tutaj elementów jakby zabawy (boks, przerywany serią pytań), ale najważniejszy moment to zastosowanie metody Hellingera, czyli metoda ustawień. Bo pojawia się druga para, a wtedy wszystko zaczyna gęstnieć. Pojawiają się poważniejsze iskry, spięcia oraz zaczynamy odkrywać przyczynę. Stopniowo budowane napięcie doprowadza do eksplozji, na który się czeka cały film. Krótki, bo ponad godzinny, ale więcej nie trzeba. A w drugiej połowie robi się dużo mroczniej, wręcz surrealistycznie. Bo nie do końca wiadomo, co się tak naprawdę dzieje, a co jest tylko manipulacją. Zaś zakończenie jest niemal jak z thrillera, co dla wielu może być zgrzytem. Dla mnie jednak to działa i daje pewną nadzieję.

Mimo kameralności film imponuje realizacyjnie, co w przypadku kina niezależnego jest rzadkością. Jeszcze rzadsze jest tutaj czysty dźwięk oraz naturalnie wypadające dialogi. O aktorstwie nawet nie wspominam, bo to jest świetne, a z tego skromnego grona wybijają się dwie role. Pierwszą jest Henryk w wykonaniu Michała Majnicza, czyli niekonwencjonalny, ale opanowany i wyczulony na fałsz terapeuta. Druga to Marzena od Magdaleny Celmer (także współautorka scenariusza), która z naszej pary wydaje się tą bardziej poważną, dojrzałą i odpowiedzialną. Bardziej szczera, choć ukrywa pewne wady (wręcz nadmierne poczucie kontroli oraz ukrywana zazdrość).

Nie wiem, jakie będą następne filmy Piotra Dylewskiego, ale jedno pozostaje pewne: to warty obserwacji młody talent. „Zgniłe uszy” mają wiele szczerości oraz zrealizowana jest bardzo pewną ręką, dając szansę błysnąć mniej znanym twarzom.

7/10

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy roku 2020

Rok 2020 dla nas, kinomanów nie był zbyt łaskawy. Wszyscy znamy przyczynę, która doprowadziła najpierw do zamknięcia kin (na nie wiadomo jak długo) oraz przesunięcia premier wyczekiwanych nie tylko przeze mnie (albo pojawieniu się na platformach streamingowych). I to spowodowało dwie rzeczy: częstszą obecność w sieci oraz… oglądaniu seriali, ze wskazaniem na mini-seriale. Jak się rozwinie dalej sytuacja, tego nie wie nikt. Nawet najlepszy jasnowidz, ale rzeczywistość nie będzie taka jak dawniej –  to jedno pozostaje pewne. Czy to będzie złe i jak będzie wyglądać przyszłość? Czas pokaże, a ja mogę mieć tylko nadzieję, iż Nowy Rok 2021 da nam więcej ciekawych doświadczeń kinomaniackich oraz osłabienia działań koronawirusa. Jak zawsze, filmy są ułożone w kolejności chronologicznej, bez podziału na miejsca. Jednego jestem pewny – będzie parę zaskoczeń oraz wyróżnień. I muszę wspomnieć, że jest tutaj parę filmów, do których wróciłem po paru latach.

1. Joker, reż. Todd Phillips
2. Nazywam się Dolemite, reż. Craig Brewer
3. Dwóch papieży, reż. Fernando Meirelles
4. Boże Ciało, reż. Jan Komasa
5. Ból i blask, reż. Pedro Almodovar
6. 1917, reż. Sam Mendes
7. 300 mil do nieba, reż. Maciej Dejczer
8. Nieoszlifowane diamenty, reż. Benny i Josh Safdie
9. Dżentelmeni, reż. Guy Ritchie
10. W odwiedzinach u pana Rogersa, reż. Morgan Neville
11. Poszukiwacze, reż. John Ford
12. Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj, reż. Martin McDonagh
13. Przeklęta liga, reż. Tom Hooper
14. Szpieg, reż. Tomas Alfredson
15. Bad Boys, reż. Michael Bay
16. Twierdza, reż. Michael Bay
17. Mroczne wody, reż. Todd Haynes
18. Bezmiar sprawiedliwości, reż. Wiesław Saniewski
19. Amator, reż. Krzysztof Kieślowski
20. Trzeba zabić tę miłość, reż. Janusz Morgenstern
21. Wesele, reż. Wojciech Smarzowski
22. Zabić Sekala, reż. Valdimir Michalek
23. Barwy ochronne, reż. Krzysztof Zanussi
24. Przypadek, reż. Krzysztof Kieślowski
25. Goonies, reż. Richard Donner
26. Piramida strachu, reż. Barry Levinson
27. Tajemnica IZBY, reż. Don Bluth
28. Paddington 2, reż. Paul King
29. Z piekła rodem, reż. Albert i Allen Hughes
30. Akira, reż. Katsuhiro Omoto
31. Togo, reż. Ericson Core
32. Toy Story 4, reż. Josh Cooley
33. Lepsze jutro, reż. John Woo
34. Babyteeth, reż. Shannon Murphy
35. Frank, reż. Lenny Abrahamson
36. Nieśmiertelny, reż. Russell Mulcahy
37. Westerplatte, reż. Stanisław Różewicz
38. Wolne miasto, reż. Stanisław Różewicz
39. Świadectwo urodzenia, reż. Stanisław Różewicz
40. Prywatne śledztwo, reż. Wojciech Wójcik
41. Wojna światów – następne stulecie, reż. Piotr Szulkin
42. Skandal. Ewenement Molesty, reż. Bartosz Paluch
43. Wołyń, reż. Wojciech Smarzowski
44. Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham, reż. Paweł Łoziński
45. Ostatni prom, reż. Waldemar Krzystek
46. Wszystko, co kocham, reż. Jacek Borcuch
47. Drabina Jakubowa, reż. Adrian Lyne
48. The Vast of Night, reż. Andrew Patterson
49. Dog Soldiers, reż. Neil Marshall
50. The Nightingale, reż. Jennifer Kent
51. Amerykański wilkołak w Londynie, reż. John Landis
52. Relic, reż. Natalie James
53. Śniegu już nigdy nie będzie, reż. Małgorzata Szumowska i Michał Englert
54. Jeden bilet na dwóch, reż. John Hughes

Wyróżnienia:
Aquaman, reż. James Wan
Zgubiłam swoje ciało, reż. Jeremy Clapin
Historia małżeńska, reż. Noah Baumbach
Jojo Rabbit, reż. Taika Waititi
Spirala, reż. Krzysztof Zanussi
Cóż za piękny dzień, reż. Marielle Heller
Ukryta gra, reż. Łukasz Kośmicki
Małe kobietki, reż. Greta Gerwig
Sala samobójców. Hejter, reż. Jan Komasa
Pitch Black, reż. David N. Twohy
Bad Boys for Life, reż. Adil El Arbi, Bilall Fallah
Przekładaniec, reż. Matthew Vaughn
Goryl, czyli ostatnie zadanie…, reż. Janusz Zaorski
Pan T., reż. Marcin Krzyształowicz
Mowa ptaków, reż. Xavery Żuławski
Aria dla atlety, reż. Filip Bajon
Mary Poppins, reż. Robert Stevenson
Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa, reż. Andrew Adamson
Rodzeństwo Willoughby, reż. Kris Pearn
Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda, reż. Andrew Dominik
Auta 3, reż. Brian Fee
Pogromca smoków, reż. Matthew Robbins
Conan Barbarzyńca, reż. John Milius
Django, reż. Sergio Corbucci
Express von Ryana, reż. Mark Robson
Supernova, reż. Bartosz Kruhlik
Szarlatan, reż. Agnieszka Holland
Eastern, reż. Piotr  Adamski
Medium, reż. Jacek Koprowicz
Niebieskie chachary, reż. Cezary Grzesiuk i Rafał Rozmus
Wspomnienie lata, reż. Adam Guziński
Gniazdo, reż. Sean Durkin
Pożegnanie z Marią, reż. Filip Zylber
Odległy ląd, reż. Peter Hyams
Creepshow, reż. George A. Romero

Zaskoczeni? Może uważacie, że czegoś brakuje? A jakie były wasze ulubione filmy roku 2020? Piszcie w komentarzach i Szczęśliwego Nowego Roku. Pozdrawiam.

Radosław Ostrowski

Śniegu już nigdy nie będzie

Sam początek tego filmu jest bardzo zagadkowy. Widzimy jakiegoś mężczyznę wychodzącego z lasu, bardzo ciemnego, liściastego, ale sylwetka jest niewyraźna. Nie wiemy kim jest, skąd pochodzi i dokąd zmierza. W następnym ujęciu widzimy już mężczyznę jadącego czymś w rodzaju windą na pomost, a potem trafia do takiego osiedla gdzieś poza miastem, gdzie przebywa raczej grono dzianych ludzi. Więc nasz bohater o imieniu Żenia podejmuje się tutaj pracy jako masażysta. Z czasem jednak poza masowaniem robi rzeczy w rodzaju hipnozy, co pozwala lepiej poznać swoich klientów.

Moja relacja z Małgorzatą Szumowską jest raczej na zasadzie chłodnego dystansu. Większość jej filmów nie trafiała do mnie, oprócz „33 scen z życia”. Jej nowy film zrobiony wspólnie z operatorem Michałem Englertem został wystawiony jako kandydat do Oscara za film nieanglojęzyczny. W zasadzie „Śniegu już…” idzie tą sama ścieżką co „Body/Ciało”, czyli miesza komedię z dramatem, polewając sosem metafizycznym. Cała historia skupia się albo na interakcjach Ukraińca ze swoimi klientami albo na chwilach, gdy jesteśmy z nim sami w jakimś obskurnym lokum na osiedlu. A km tak naprawdę jest ten masażysta z okolic Prypeci? Bo poza masażem hipnotyzuje klientów, słucha ich, obserwuje, lecz wydaje się mocno nie ingerować w ich życie. Ale kto to jest? Hipnotyzer? Nowy Kaszpirowski? Naznaczony promieniowaniem facet z mocami? Oszust? A może kimś zupełnie innym?

Reżyserka nie daje jednoznacznych odpowiedzi, podrzucając tylko drobne okruszki. Jakieś drobne wspomnienia z matką, momenty użycia hipnozy, ale tak naprawdę niczego pewnego o nim nie wiemy. Nie możemy być pewni czy Żenia (intrygujący Alec Utgoff) w ogóle istnieje, co daje szerokie pole do interpretacji. Troszkę więcej wiemy o jego klientach, którzy są nieszczęśliwy, choć ich status materialny mówi coś zupełnie innego. Naznaczony wojną żołnierz (wyciszony Andrzej Chyra), sfrustrowana żona i matka (rewelacyjna Maja Ostaszewska), walczący z rakiem metodami konwencjonalnymi mężczyzna (wyrazisty Łukasz Simlat) czy skrajnie racjonalistyczna wdowa (cudowna Agata Kulesza). Nie wszyscy z nich mają równo tyle samo czasu, lecz Szumowska pozwala ich poznać bez dużej ilości dialogów.

Dodatkowo całość spotyka się z humorem, ale tym razem nie wywołuje tu dużego zgrzytu jak się wcześniej zdarzało (scena tańca baletowego czy magiczna sztuczka zrealizowana mastershotem). Także wizualnie „Śnieg…” prezentuje się najlepiej ze wszystkich filmów reżyserki. Świetnie wygrywany jest kontrast miedzy mieszkaniem Żeni a sterylnymi domostwami swoich klientów oraz czuć rozmiar osiedla.

Powiem szczerze, że nie miałem zbyt wielkich oczekiwań, szczególnie po obejrzeniu ostatniego filmu Szumowskiej. A tutaj reżyserka realizuje swój najlepszy film w karierze, z wieloma niezapomnianymi scenami oraz fantastycznym aktorstwem. Tajemniczy, intrygujący, wciągający oraz prowokujący do refleksji z enigmatycznym protagonistą. Aż boję się pomyśleć, co nowego zrobi Szumowska.

8/10

Radosław Ostrowski

Magnezja

Pogranicze polsko-sowieckie w okresie przedwojennym do bezpiecznych nie należało. Bardzo duża przestrzeń pozwala na przemyt i dawało tło niemal godne Dzikiego Zachodu. Do tego wniosku doszedł reżyser „Disco Polo” i postanowił zrobić pierwszy od dawna western. Obecny w sieci teaser obiecywał czysto rozrywkowe kino. Czy to się udało?

Jak wspomniałem, akcja toczy się na pograniczu polsko-sowieckim. To tutaj działa ród Lewenfiszów, który zajmuje się przemytem dla Sowietów do spółki z Lwem Alińczukiem. Po śmierci ojca rodziny, interes przejmuje najstarsza siostra, Róża. Kobieta decyduje się wejść w bardziej opłacalny interes pod postacią przemytu narkotyków. W tym samym czasie w małym miasteczku pracują bracia syjamscy Hudini (Albert i Albin), prowadzący salon fotograficzny. Jeden z nich podkochuje się w córce właściciela banku, który robi interesy z Lewenfiszami. Panowie decydują się zrobić podkop i napaść na bank. Niestety, nie wszystko idzie zgodnie z planem, a wszystko przez jedną z sióstr Lewenfiszów, Zbroję. Kobieta przypadkowo odkrywa plan braci i zostaje zabita. Sprawa się komplikuje, sytuacja staje się napięta, a do tego pojawia się inspektor Kochaj.

Czego się można spodziewać po opisie, film jest hybrydą kryminału, kina gangsterskiego oraz westernu. Od nadmiaru postaci można dostać zawrotu głowy. Są tu tajemnice rodu, wiszące w powietrzu spięcie między rodem a Sowietami czy policjantka z przeszłością. No i bracia Hudini traktowani przez otoczenie z wrogością, pragnący kasy na operację rozdzielenia. Przeskakiwanie z wątku na wątek może wydawać się chaotyczna, jednak to tylko pozory. Bochniak pewnie pokazuje skomplikowane relacje (głównie między siostrami Lewenfisz), dając każdemu szansę na poznanie charakteru i motywacji. Sama historia ma pewne momenty przestoju, ale też i parę zaskoczeń, więc o jakiejkolwiek nudzie nie ma mowy. Zaś samo zakończenie jest wręcz wystrzałowe.

Realizacyjnie „Magnezja” wygląda naprawdę bardzo dobrze. Westernowy klimat buduje muzyka Jana A.P. Kaczmarka z klasycznym dla tego gatunku instrumentarium (gitara elektryczna, harmonijka ustna, smyczki). Swoje też robi bogata scenografia oraz pasujące do epoki kostiumy, uzupełnione przez piękne zdjęcia. Plus absolutnie topowa obsada z kilkoma mocnymi kreacjami. Kolejny raz mnie zaskakuje Maja Ostaszewska, tutaj jako twarda Róża, bezwzględnie walcząca o kontrolę nad interesem i nie patyczkująca się z nikim. To ona tak naprawdę rządzi na ekranie. Cudownie się sprawdza duet Ogrodnik/Kościukiewicz jako bracia Hudini, którzy charakterologicznie są tak różni jak tylko się da. Swoje też robi Andrzej Chyra ze swoim akcentem jak szef sowieckiej bandy, charakterna Agata Kulesza jako inspektor Kochaj oraz mało mówiąca Małgorzata Gorol.

„Magnezja” potwierdza jedno: Maciej Bochniak to reżyser mający oko do kręcenia filmów i będzie zawsze wyróżniał się z tłumu. Mimo pewnych momentów spowolnienia zabawa jest przednia, intryga sprawnie poprowadzona, a zakończenie może sugerować ciąg dalszy. Czy taki powstanie? Czas pokaże, a ja chętnie bym obejrzał.

7/10

Radosław Ostrowski

Relic

Zaczyna się to bardzo spokojnie. Matka z córką jadą do domu babci, której nie widziały od dłuższego czasu. Jednak nie robią tego z przypływu serca, ale z powodu zaginięcia starszej pani. Na miejscu dom okazuje się mocno podniszczony i zaniedbany, jakby nikt w nim nie mieszkał. Po dwóch dniach dzieje się coś naprawdę dziwnego – babcia Edna wraca do domu jakby nigdy nic się nie stało. Matka z córką wiedzą o jej problemach z pamięcią i wprowadzają się, by zająć się starszą panią. Powoli zaczynają odkrywać kolejne dziwne zachowania staruszki.

Debiutująca Natalie James w „Relic” pozornie wydaje się iść w stronę kina grozy. Tylko, że horror ma tutaj przede wszystkim podłoże psychologiczne, więc wszelcy fani potworów czy osób opętanych nie mają tu czego szukać. Elementy grozy służą do pokazania trudnej relacji z osobą chorą na utratę pamięci. Takie osoby są w stanie się na chwilę „zawiesić”, nie pamiętają nawet tego, że wręczyły komuś z rodziny przedmiot i oskarżają o kradzież, a nawet zachowują się w sposób czasem irracjonalny. W tym przypadku jest to jedzenie zdjęć z albumu, jednak reżyserka nie boi się pokazać innych niepokojących rzeczy. Większość wydarzeń dzieje się w nocy, a niepokojący klimat potęguje samo wnętrze domu. Niby takie spokojne i dzisiejsze, ale z drugiej strony na ścianach są grzyby, pleśń oraz brud, a także karteczki z napisami. Nie brakuje też efektywnych jump-scare’ów, których się naprawdę nie spodziewałem, więc strach też się pojawia. Wszystko to pomaga w zarysowaniu oraz pogłębieniu trudnych relacji rodzinnych.

Napięcie jest budowane bardzo powoli, co wielu może zniechęcić, ale warto wgłębić się w opowieść. Każda z pań jest inna, z różnym systemem wartości oraz wieloma przejściami. Babcia (rewelacyjna Robin Nevin) w jednej chwili jest w stanie zmienić swoje nastawienie: od opanowanej i ciepłej po zagubioną, zdezorientowaną, nawet agresywną. Matka (fantastyczna Emily Mortimer) jest typem pracoholiczki, która jednak kocha swoją matkę i próbuje jej pomóc. Nawet wbrew jej woli, niemal do końca zachowując trzeźwość umysłu oraz desperacką walkę. Z kolei najmłodsza (ciepła Belle Heartcomb) pierwszy raz styka się z chorobą babci, choć początkowo cieszy się z jej obecności. Jednak z czasem zaczyna uświadamiać sobie jak duże brzemię spotyka jej babcię.

To wszystko zostaje skonfrontowane w bardzo intensywnym, ponad 20 minutowym finale, który trzyma na krawędzi fotela oraz potrafi mocno uderzyć w głowę. Czegoś takiego dawno nie odczuwałem, tak jak dawno nie widziałem tak przekonującego horroru psychologicznego. Małe, a wielkie kino.

8/10

Radosław Ostrowski

O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu

Pojawiają się czasem takie filmy, po obejrzeniu których ciężko wyrazić swoje emocje. Przypomina to takie objawienie w stylu: „zobaczyłem coś, ale… no właśnie, co?”. Wtedy w mojej głowie pojawia się dezorientacja, zdziwienie, a czasem nawet odrzucenie czy zmieszanie. I teraz pojawił się film, który od dawna wywołał we mnie takie odczucia.

„O dziewczynie, która…” to debiut brytyjskiej reżyserki z irańskimi korzeniami, Any Lily Amirpour. I to bardzo tajemnicze kino, w zasadzie mające (chyba) być czymś w rodzaju przypowieści. Znajdujemy się w jakimś mieście, które wydaje się opuszczone. Niby są w tle jakieś fabryki, jednak jedyni ludzie obecni to prostytutki, diler, nastolatka, młody chłopak i jego ojciec-narkoman. Reszta ludzi leży martwa gdzieś przy rzece, ale ich jest strasznie dużo. Skąd tyle trupów? Wszystko przez pewną niepozorną dziewuchę, noszącą czador, bo ona sama jest… wampirem. A wtedy w jej życiu pojawia się Arash – chłopak ubierający się jak James Dean i jeżdżący bardzo stylowym autem. Jak to się może skończyć ta znajomość?

Wszystko w tym filmie wydaje się próbować iść w zupełnie innym kierunku niż trzymać się wiernie rzeczywistości. Wszystko jest filmowane czarno-białą taśmą, postaci jest zaledwie kilka, a najważniejsze wydaje się tutaj zbudowanie nastroju. Takiego bardziej romantycznego, trochę niepokojącego, ale też bardziej melancholijnego. Na pewno pomaga w tym świetnie dobrana muzyka oraz zdjęcia, co pozwala zapomnieć o bardzo minimalistycznych dialogach oraz w zasadzie braku scenariusza. Bo jako takiej fabuły tu brak, co troszkę przypomina mi kino Jima Jarmuscha. Nic się nie dzieje specjalnie na ekranie (co wydaje się ma być celowym zabiegiem), jednak tutaj wywołuje on obojętność. Żaden z bohaterów nie był dla mnie na tyle interesujący, żeby ich los mnie obchodził, co jest dla mnie błędem kardynalnym.

Właśnie dlatego debiut Amirpour dla mnie jest tak naprawdę piękną audio-wizualnie wydmuszką pozbawioną treści. Widzę potencjał w tej reżyserce, bo film ma parę momentów, których nie da się zapomnieć (pierwsza scena czy moment poznania się naszych bohaterów). Ale potrzebny jest jeden warunek: lepszy scenariusz.

5/10

Radosław Ostrowski