Guns Akimbo

Znacie takich ludzi jak Miles – taki szaraczek bez osiągnięć, nienawidzi swojej pracy i jest mocno uzależniony od Internetu. Do tego ciągle kocha swoją byłą dziewczynę, co nie jest dla niej łatwe. Pewnej nocy nasz bohater decyduje się zrobić wielkie głupstwo. Wchodzi na forum internetowe Skizma – takiej gry, gdzie psychole, świrusy i zabijacy walczą ze sobą o przetrwanie. Tam pisze dużo złośliwości oraz chamskich tekstów, podchmielając sobie alkoholem. Kiedy trzeźwieje odkrywa, że ma w dłoniach… przyspawane pistolety i został dołączony do gry. Ma też pokonać najlepszą zawodniczkę czyli Nix w ciągu 24 godzin.

Zrobienie filmu w stylu gry komputerowej wydawało mi się co najmniej szalone i bardzo ryzykowne. Po pierwsze, nie ma tej immersji co gra. Po drugie, taka przeładowana stylistyka z czasem staje się nużąca. To pokazał parę lat wcześniej „Hardcore Henry”. Ale z „Guns Akimbo” jest trochę inaczej. Film Jasona Howdena jest polaną absurdalnym humorem komedią sensacyjną. Trochę klimatem przypomniał mi się „Nerve”, gdzie też była gra wirtualna i ludzkie życie było stawką. Tutaj jednak wszystko jest bardziej przerysowane, absurdalne, niedorzeczne. Fabuła jest pretekstem do pokazania strzelanin oraz zderzenia Milesa z rzeczywistością. Szaraczek znający świat z gier, tutaj musi wyjść ze swojej strefy komfortu, by obudzić w sobie wojownika oraz zacząć żyć. Brzmi głęboko, ale to nie jest poważne kino. Reżyser skupia się na bardzo dynamicznym, efekciarskim wręcz pokazywaniu scen akcji, gdzie dzieją się rzeczy. Kamera wręcz tańczy wokół postaci, kule świszczą ze wszystkich stron, a postacie rzucają czasem sucharkami.

Wszystko polane jeszcze mocno elektroniczną muzyką, która podbija rytm i buduje klimat przypominający grę komputerową. Ale także czuć podskórnie poczucie pewnego zagrożenia, z którego nie można się wyplątać. Nie brakuje tutaj zaskoczeń, przerysowanego antagonisty oraz krzywego spojrzenia na ludzi, którzy uwielbiają oglądać takie rzeczy jak Skizm. Zwykłych szaraczków, prowadzących nudne życie i nie mających odwagi czegoś zmienić. Albo szukających czegoś, co je ubarwi.

A to wszystko nie zadziałoby, gdyby nie dwie fantastyczne kreacje. Pierwszy jest ciągle zadziwiający Daniel Radcliffe, który w roli jest świetny. Początkowo przerażony, zdezorientowany i zagubiony okazuje się całkiem sprytnym facetem, w którym budzi się twardziel. Ale show kradnie Samara Weaving jako Nix i to jest postać silniejsza niż się wydaje. Może i wygląda bardziej jak chłopczyca, fetyszyzująca broń, walcząca bezwzględnie, konsekwentnie, z cynizmem oraz ironią jako wsparcie. Oboje działają jak prawdziwe petardy.

Dawno nie widziałem tak bezwstydnego, szalonego oraz ostrego kina akcji, które jest też zaskakująco przemyślane. I kolejny przykład tego jak nieoczywiste przedsięwzięcia bierze na siebie Radcliffe, który zamierza nas zaskakiwać. Cały czas mu się to udaje.

7/10

Radosław Ostrowski

7500

To miał być zwykły lot z Berlina do Paryża. Solidne niemieckie linie lotnicze, z doświadczoną załogą na pokładzie. Jednym z pilotów jest mieszkający w Niemczech Tobias Elis. Razem z nim samolotem leci jego dziewczyna, turecka stewardessa. Niestety, spokój nie jest dany na trwałe, gdyż podczas lotu kilku terrorystów próbuje się przebić do kokpitu, co udaje się jednemu. Zostaje pozbawiony przytomności, zaś kapitan zostaje ranny. Sytuacja staje się nerwowa.

Sam pomysł wydaje się prosty, ale jest bardzo efektywny. Niby było już parę filmów o porwaniu (bądź jego próbie) samolotu jak choćby „Lot 93”. Ale debiutujący reżyser Patrick Volbrath jest tego bardzo świadomy. Więc co robi? Umieszcza całą akcję w kabinie pilota, bez jakiegokolwiek kontaktu z zewnątrz. Chyba, że włączy widok kamery od drzwi. Poza tym totalna izolacja, komunikaty radiowe, walenie do drzwi oraz ciągłe poczucie zagrożenia. Takimi prostymi środkami buduje się napięcie, wynikające z tego jak pilot samolotu radzi sobie z taką sytuacją. Niby są pewne procedury (za wszelką cenę nie otwierać drzwi do kabiny), ale na takie zagrożenie nigdy nie jest się w stu procentach przygotowanym. Emocje będą brały górę nad wszelkimi procedurami, bo w końcu są to tylko ludzie. Wszystko oparte jest tutaj na miejscami bardzo nerwowym montażu oraz pracy kamery, jeszcze bardziej podkręcając napięcie niemal do samej granicy. Jak w takiej sytuacji może zachować się człowiek – pilot, terrorysta? Gdzie jest granica radzenia sobie z presją, stresem, napięciem? Niby nie ma tu elementu zaskoczenia, a jednak „7500” potrafi walnąć między oczy.

Wszystko to by nie zadziało, gdyby nie dawno nie widziany Joseph Gordon-Levitt w roli pilota Elisa. Aktor przez niemal większość czasu jest zdany tylko na siebie, a kamera niemal wręcz przykleja mu się do twarzy. A na niej malują się wszelkie emocje: od strachu i lęku po opanowanie oraz spokój. I to wszystko pokazane jest bardzo dobrze, bez łaszczenia się o poklask czy stosując emocjonalny szantaż. Oprócz niego wybija się Omir Memar jako skonfliktowany terrorysta Vedat, będący ofiarą manipulacji swoich kolegów. I tak para napędza drugą, pozornie mniej gwałtowną połowę filmu.

To jest kolejny przykład filmu, gdzie liczy się pomysł oraz konsekwentna realizacja, a nie duży budżet. Trochę budziło mi skojarzenia z „Winnymi”, gdzie też mieliśmy zamkniętą przestrzeń oraz podnoszone napięcie, co jest mocną rekomendacją.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Willy’s Wonderland

Sprawa wydaje się być prosta jak konstrukcja cepa. Jest tu małe miasteczko, o którym wszyscy już zapomnieli. A tam był tytułowy plac zabaw dla dzieci, gdzie były mechaniczne zwierzątka i można było spędzić czas z rodziną. Coś jednak poszło nie tak, a budynek stał się siedliskiem zła. Opustoszały, zamknięty, zapomniany. Tutaj przybywa nieznajomy, przejeżdżający po drodze. Psuje mu się auto, a nie ma jak zapłacić za naprawdę mechanikowi. Gotówki brak, a bankomaty nie działają. I dostaje szansę na spłatę: ma wysprzątać w ciągu nocy Plac Zabaw Willy’ego w zamian za naprawę. W tym samym czasie do budynku zbliża się grupa nastolatków, którzy chcą spalić budynek.

Dziwnymi torami toczy się kariera Nicolasa Cage’a, który jeszcze 15 lat temu potrafił prezentować się w imponujący sposób. Ale od tego czasu Hollywood nie upomniało się o niego, a sam aktor utknął w B-klasowych śmieciach. Ostatnie lata jednak zaskakują ciekawych doborem produkcji: „Geniusze zbrodni”, „Mandy”, „Historia wulgaryzmów”. Czy do tego grona dołączy ten film Kevina Lewisa? Odpowiedź nie jest jednoznaczna.

Sam film jest klasycznym slasherem, osadzonym w jednej przestrzeni. Wrogami są tutaj zmechanizowane zwierzątka, które mordują nastolatków. Bo chcąc ratować naszego bohatera, idą do środka. Co może pójść nie tak? Oczywiście, nastolatki inteligencją nie błyszczą, więc są bardzo łatwym celem, a ich zgony (prawie wszystkich) dają odrobinę frajdy. Sam film brzmi jak kino klasy B z niezbyt dużym budżetem oraz bzdurną fabułką. Czemu maszynki zabijają dowiadujemy się za pomocą retrospekcji i brzmi… idiotycznie. I co z tego? Absolutnie nie przeszkadzało mi to, a bardziej liczyła się rzeźnia. Że zamiast krwi jest olej? Żaden problem. Jasne, jest to przewidywalne oraz brakuje jakiegoś mocnego elementu zaskoczenia, jednak efekt końcowy jest bardzo przyzwoity.

Tutaj liczy się tylko jeden gość i jest to Nicolas Cage. Rola jest świetna oraz zaskakująca. Wynika to z faktu, że aktor… w ogóle się nie odzywa. Zupełnie jakby był protagonistą gry komputerowej, co zdarzyło mi się oglądać tylko raz (pamiętacie Hardkorowego Henryka?). I tutaj to działa, bo aktor tutaj wszelkie emocje wyraża twarzą oraz mową ciała. Jedyną wybijającą się postacią jest tutaj szeryf z mroczną przeszłością (cudna Beth Grant), bo drugi plan tutaj po prostu jest.

Jeśli szukacie filmu do obejrzenia z kumplami przy piwku (najlepiej marki Łomot) i lubicie śmieciowe kino bez ambicji, „Willy’s Wonderland” spełni wasze oczekiwania. Cage znowu prezentuje wysoką formę, rzeź jest fajna (chociaż trochę krótka), a realizacja całkiem solidna. Czysty fun i nic więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach?

Sam tytuł może wprawić w zaskoczenie, bo czego można oczekiwać? Kina edukacyjnego o tym jak zagadać przedstawicielkę płci pięknej przez niedoświadczonego chłopaka? Młodzieżowej komedii w stylu „American Pie” ze sprośnymi żartami? A może jest to film erotyczny? Na każde z tych pytań odpowiedź jest jedna: NIE. Ale to jest film o miłości, niekoniecznie fizycznej, za to w duchu punka.

Jest Londyn roku 1977, kiedy królowa Elżbieta II świętowała 25 lat siedzenia na tronie. I to w tych czasach narodziła się muzyka punkowa – antysystemowa, bez szacunku dla starszych ludzi (w sensie od rodziców wzwyż). A jednym z jej fanów jest niejaki Emm. Jest młodym chłopakiem, co buja się z dwoma kumplami od imprezy do imprezy, słucha muzy punkowej, a nawet wydaje taki fanowski magazyn. Pewnej nocy idzie pokątnie na imprezę i poznaje Ją. Taką kobietę, z którą chciałoby się pożyć, a może nawet spędzić resztę życia. Ma na imię Zan i… jest kosmitką o ciele kobiety. Zresztą na tej imprezie niemal wszyscy to przybysze z innej planety, którzy przybyli zaszaleć po raz ostatni.

Reżyser John Cameron Mitchell postanowił wziąć na warsztat opowiadanie Neila Gaimana. To wyjaśnia skąd takie pokręcone elementy, ale nawet nie jesteście na to gotowi. Bo jest dziwacznie, klejąc komedię romantyczną w duchu kina niezależnego z SF oraz dawką absurdalnego poczucia humoru. I powiem szczerze, że nie dowierzałem. Punkowa muza, zbuntowani młodzi ludzie, kosmici żywiący się swoimi dziećmi oraz podzieleni na kasty, menadżerka zespołu żyjąca dosłownie punkowym stylem życia, dziwaczny seks. Od samego wymieniania już mnie boli głowa, a reżyser jeszcze eksperymentuje z formą. Najbardziej czułem to w scenie koncertu, gdzie Zan zostaje wokalistką, okraszona animowaną wstawką.

Ogląda się to z zaciekawieniem, ale wielokrotnie w trakcie seansu zdarzało mi się „wyłączyć”. Gubiłem rytm, wątki mieszały się ze sobą i wywoływały dezorientację, zaś absurd czasami do mnie trafiał (koncert czy próba odbicia Zen siłowo przerwana… chwilką na herbatę), a czasem nie (erotyka czy tłumaczenie zasad kosmitów). Sytuację ratują dwie fantastyczne role – odrealniona Elle Fanning (próbująca się odnaleźć w naszym świecie Zen) oraz kradnąca film Nicole Kidman w charakteryzacji a’la David Bowie z „Labiryntu” (menadżerka Boadicea). Dawno nie widziałem tej aktorki w tak energetycznej, postrzelonej i wariackiej kreacji.

„Jak rozmawiać z…” to bardzo dziwaczny film, który nie każdemu się spodoba. Czasami zbyt absurdalny, postrzelony i próbujący skleić kilka gatunków ze sobą. W nie zawsze udany sposób, ale z pasją oraz punkową duszą.

6/10

Radosław Ostrowski

Nowi mutanci

Seria filmów o X-Men po wpadce w postaci „Mrocznej Phoenix” oraz przejęciu 20th Century Fox przez Disneya została niejako zamknięta. Mutanci na pewno pojawią się w MCU, ale przyjdzie nam na nich jeszcze poczekać. Pojawiło się jednak coś w rodzaju skromnego epilogu dla całej marki, choć droga była bardzo wyboista. Zdjęcia nakręcono latem 2017 roku, a premiera miała pojawić się rok później. Niestety, spięcia między reżyserem a studiem plus fuzja Foxa doprowadziła do 3-letniej (!!!) obsuwy. Ale w końcu są „Nowi mutanci”, gdzie jesteśmy w samym świecie X-Men, ale bez żadnej rozpoznawalnej postaci cyklu.

Cała historia skupia się na piątce nastoletnich dzieciaków z mocami, którzy trafiają do szpitala psychiatrycznego. Kierująca ośrodkiem doktor Reyes prowadzi terapię w celu kontrolowania ich mocy. Ale czy aby na pewno? Budynek otoczony jest niewidzialną barierą (niczym kolonia z „Gothica”), a budynek w zasadzie jest niemal pusty. Oprócz naszych pacjentów i lekarki, a całą historię poznajemy z perspektywy Dani. Młoda dziewczyna indiańskiego pochodzenia, Dani, trafia do tego miejsca jako jedyna ocalona z niewyobrażalnej tragedii – cała osada (i jej ojciec) zginęli wskutek tornada. Nie jest ona świadoma swoich mocy w przeciwieństwie do współtowarzyszy.

Film niejako podzielić na dwie mocno wyróżniające się części. Pierwsza bardziej skupia się na relacji Dani z pozostałymi mutantami. I są to bardzo wyraziste, choć czasami wycofane postacie. Schizofreniczna Iljana, małomówny, ciągłe połamany Sam, przystojny i dziany Roberto oraz mocno wierząca Rahne. Ich moce odkrywamy bardzo powoli, bez pośpiechu, a nad wszystkim unosi się duch niezależnego kina inicjacyjnego. Ale cały czas jest skrywana tajemnica oraz prawdziwe intencje stojące za tym niby szpitalem. A może jest to bardziej więzienie czy może ośrodek badawczy?

Dopiero w drugiej połowie reżyser podkręca śrubę i zaczyna pojawiać się groza, obecna krótko na początku. Poznajemy moce naszych postaci (od teleportacji przez użycie energii słonecznej po przemianę w wilkołaka), a także mroczne tajemnice oraz lęki każdego z nich. I wtedy jest naprawdę niepokojąco, nawet krwawo i brutalnie (bliżej końca). Zaskoczyło mnie to bardzo, zaś finał daje wiele satysfakcji. Problem jednak w tym, że to mnie nie porwało za bardzo. Nie oznacza to, że się nudziłem. Efekty specjalne są całkiem przyzwoite, sceny grozy odpowiednio zmontowane – czuć rękę fachowca. Ale zabrakło mi jakiegoś mocniejszego uderzenia oraz większego… straszenia.

Pochwalić za to trzeba aktorów, gdzie czuć silną chemię między nimi. Największą niespodzianką dla mnie była Blu Hunt jako Dani – zagubiona, niepewna, skrywająca bardzo niepokojącą moc. Czy będzie w stanie ją kontrolować? Jak zareaguje na to reszta grupy? I czy się w tym bajzlu odnajdzie? Oprócz niej bardzo dobrze wypada Maisie Williams (Rahne) – relacja tej dwójki postaci to najmocniejszy punkt tego filmu, stanowiąc dla mnie emocjonalny kościec. Ale całość kradnie Anya Taylor-Joy jako Iljana – bezczelna, arogancka, kierująca się własnymi zasadami. Wręcz gotowa zabić każdego, kto stanie na jej drodze. Tylko, że za tym skrywa się zupełnie inna, bardziej delikatna twarz. Bardzo silna mutantka w tym gronie. Reszta składu (Charlie Heaton, Henry Zaga i Alice Braga) też ma swoje przysłowiowe pięć minut, trzymając poziom.

Jak na produkcję mocno „odleżoną”, mutanci Boone’a prezentują się naprawdę przyzwoicie. Kameralny charakter i skupie się na relacjach daje wiele frajdy, może poza ostateczną walką z kreaturą w CGI. Zakończenie daje pewną furtkę na kontynuację, jednak nie widzę na to szans. Kompetentna robota, choć można było bardziej straszyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mank

Dzisiaj sobie odświeżyłem sobie „Obywatela Kane’a” i nie była to kwestia przypadku. Podjąłem się tego, kiedy pojawiła się informacja od Netflixa. Mianowicie, że David Fincher – jeden z moich ulubionych reżyserów – podpisał 4-letnią umowę na wyłączność dla streamingowego giganta. Jednym z dzieł tej umowy jest „Mank”, czyli o pracy nad scenariuszem reżyserskiego debiutu. Film, gdzie Welles miał pełną kontrolę nad swoim dziełem, bez ingerencji studia i nakręcić na dowolny temat. Kwestia autorstwa zaś pozostaje dyskusyjna, choć w czołówce wymienieni są Orson Welles oraz Herman J. Mankiewicz – producent, dziennikarz oraz doświadczony scenarzysta.

Scenariusz do „Manka” powstał ponad 30 lat temu przez ojca Davida Finchera, Jacka (zmarł w 2003 roku), film zaś miał powstał po „Grze”, a główne role mieli zagrać Kevin Spacey i Jodie Foster. Lata mijały i dopiero dzięki Netflixowi sprawa ruszyła z kopyta. Jaki jest efekt? Cóż, może powiem po kolei.

Sama historia skupia się na Hermanie Mankiewiczu, który po wypadku samochodowym, gdzie złamał nogę, dostaje propozycję. W szpitalu od młodego filmowca, Orsona Wellesa. Ma dla niego napisać scenariusz w dwa miesiące na ranczu z dala od cywilizacji, alkoholu i hazardu. Za to z pielęgniarką oraz sekretarką przepisującą pomysły Manka. Wskutek umowy nasz bohater ma nie być wymieniony w czołówce jako scenarzysta.

Cały film pokazuje pracę Manka nad tekstem (to akurat nie zajmuje nawet 1/3 całego filmu), reakcji ludzi z najbliższego otoczenia oraz retrospekcjami z lat 30., czyli okresu aktywnej pracy scenarzysty. Praca nad „Obywatelem Kane’m” dla Manka staje się pretekstem do pewnego rodzaju rozliczenia i świadomym gwoździem do trumny wobec swojej kariery. A wszystko to w czasach moralnej degrengolady Hollywoodu – na zewnątrz Krainy Snów, gdzie wierzy się, że King Kong jest wysoki na 10 piętek, a 40-letnia aktorka jest dziewicą. Bo to leży w kwestii producentów, zaś praca przy filmie to gra zespołowa, gdzie nie ma miejsca na indywidualizm. I jeszcze jedna kwestia, czyli zbliżenia kina z polityką oraz wykorzystywanie jej do politycznych celów jak kampania wyborcza na urząd gubernatora. Oraz jaka jest cena sprzedania się do tych celów. To wszystko brzmi fascynująco, a kilka scen pozostaje mocno w głowie.

Są jednak dwie istotne sprawy, o których musicie wiedzieć przed obejrzeniem „Manka”. Po pierwsze, musicie znać „Obywatela Kane’a”, bo Fincher mocno się do niego odwołuje. I nie chodzi tu tylko o czarno-białe zdjęcia (fantastyczna robota Erica Messerschmitta – solidna, niemiecka marka 😉) czy utrzymaną w jazzowym tonie, inspirowaną Bernardem Herrmannem muzyką. Ale też chodzi o skupienie na detale, konstrukcję scenariusza (praca Manka przeplatana jest retrospekcjami) oraz wiele podobnych – nie identycznych – scen. No i druga sprawa: bez znajomości historii, zwłaszcza historii kina lat 30. nawet nie podchodźcie. Bo Fincher nie będzie niczego tłumaczył, prowadząc za rączkę, tylko rzuci na głęboką wodę. Pojawia się masa nazwisk i postaci – Mayer, Thalberg, Hearst, Joseph Mankiewicz, Upton Sinclair – oraz odniesień do epoki, literatury, kultury, że bez tej wiedzy nie odnajdziecie się. To najbardziej hermetyczny i niewygodny dla widza film. Być może też dlatego miałem takie wrażenie, jakby oglądał film przez szybę.

Trudno mi się realizacyjnie do czegokolwiek przyczepić – ten film wygląda i brzmi zachwycająco. Nawet dźwięk brzmi jak z kina lat 40. Takiej imitacji nie widziałem od czasu „Artysty” oraz „Dobrego Niemca”. Zagrane jest to pierwszorzędnie – Gary Oldman to klasa sama w sobie, zaskakuje bardzo pozytywnie Amanda Seyfried jako dziewczyna/żona Hearsta, a przebogaty drugi plan prowadzony przez Charlesa Dance’a (Hearst) bywa wręcz oślepiający.

Niemniej „Mank” nie jest filmem, w którym zakochacie się od razu. Jestem więcej niż pewny, że z kolejnymi seansami ten film będzie rósł w moich oczach. Ale na chwilę obecną to „tylko” bardzo dobre kino, pokazujące skupioną na detalach pracę Finchera. Szanuję, podziwiam, lecz „jeszcze” nie wielbię, a ocena końca jest naciągana. Troszkę.

8/10

Radosław Ostrowski

Biały, biały dzień

Islandia, zimny kraj pełen zimnych ludzi, tłumiących gorące namiętności. Tutaj przyszło żyć niejakiemu Ingimundurowi – policjantowi, który stracił żonę, remontuje dom, a jedyna osobą trzymającą go przy życiu jest wnuczka. Jeszcze też chodzi na terapię, choć nic mu nie daje. Odkrywając rzeczy zmarłej żony odkrywa, że nie wiedział o niej wszystkiego. I że przyprawiała mu rogi.

Kino skandynawskie znane jest z tego, że pozornie wydaje się chłodne, jednak jak się bliżej przyjrzeć, to aż się gotuje. Takie jest też dzieło Hlynura Palmassona, robiący kino gatunkowe w arthouse’owym stylu. Czuć to od pierwszej sceny wypadku we mgle, nakręconej w jednym ujęciu. Wiele będzie takich nietypowych kadrów czy mastershotów, co dodaje mu charakteru. Same zdjęcia, jeśli pokazują bohaterów to albo z bardzo bliska (pierwsza scena wizyty u terapeuty), albo przez szyby z daleka. I to wszystko służy pokazaniu portretu człowieka niepogodzonego ze stratą najbliższej osoby. Tylko jak sobie z tym poradzić? Z tym żalem, wściekłością oraz coraz bardziej wzbierającym gniewem. W końcu musi dojść do eksplozji i konfrontacji, jednak droga do niej jest bardzo powolna. Napięcie zaś jest podskórnie obecne przez cały czas, nie do końca dając jakiekolwiek wskazówki co dalej.

W zasadzie jest to dramat psychologiczny, miejscami polany gwałtownymi scenami agresji (wybuch podczas terapii prowadzonej online), zaś kulminacją jest konfrontacja z kochankiem na świeżo wykopanym dole. Wtedy reżyser pokazuje pewien moment przebudzenia Ingimundura (znakomity Ingvar Sigurdsson), który od wypadku wydaje się bardziej chłodny i wycofany niż Skandynawowie przyzwyczaili. Bo tak naprawdę przez cały czas odczuwa tylko ból oraz pustkę, którą chce w jakiś sposób zapełnić. A wspólne sceny z wnuczką (cudowna Ida Mekkin Hlynsdottir) wnoszą odrobinę światła do tego dość ponurego świata. I ta dynamika działa najmocniej.

Kto się spodziewał kina zemsty w stylu amerykańskich akcyjniaków lub przynajmniej „Trzech billboardów…”, to będzie rozczarowany. Dzieło Palmassona jest bardziej stonowane i pod koniec zaczyna eksplodować, czyniąc film satysfakcjonującym. Głębokie wejście w umysł człowieka niepogodzonego ze stratą oraz zemsta zrobiona w mniej oczywisty sposób. Wciągające, ale nieoczywiste kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Sala strachu

To miał być zwykły koncert, gdzie ludzie się bawili, troszkę się popiło i miało być fajnie. Grała kapela punkowa niejako na zastępstwo. Widownię stanowili skinheadzi, czyli panowie w glanach, twardzi i nie idący na jakiekolwiek negocjacje czy kompromisy. Dochodzi do pewnego poważnego incydentu – gitarzystka kapeli zostawiła telefon w pokoju. Basista Pat idzie po niego i… widzi trupa na podłodze z nożem w głowie. Robi się nerwowo, a kapela zostaje umieszczona w pokoju oraz zamknięta. Nie są jednak sami, bo towarzyszy im Amber – świadek morderstwa. Raczej nie ma szans na spokojnie rozwiązanie sytuacji.

Ile razy już oglądaliśmy brutalne i krwawe filmy, jednak przemoc zaczęła spływać na nas jak kaczce. Znieczuliliśmy się na nią, rzadko robi na nas wrażenie. Sytuację postanowił zmienić reżyser Jeremy Saulnier, który w 2015 roku zrealizował skromny, niezależny thriller. „Green Room” brzmi jak coś prostego, nieskomplikowanego, co nie powinno porwać czy poruszyć. A jednak. Konfrontacja młodych ludzi, którzy nie mieli (raczej) do czynienia z bronią i neonazistów prowadzona jest bardzo powoli, głównie za pomocą dialogów. Podskórnie jednak czuć tutaj wiszące napięcie, potęgowane przez to, że widzimy całą sytuację z dwojga perspektyw. A co gorsze, nasi młodzi bohaterowie nie wiedzą, co szykuje na nich druga strona. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne tajemnice skinheadów kierowanych przez Darby’ego (zaskakujący i opanowany Patrick Stewart), planującego kolejny ruch oraz szykującego następne pułapki.

I w drugiej połowie zaczyna się zabawa reżysera w niemal slasherową rzeźnię, ale troszkę inaczej. Przemoc jest tutaj może nie imponująca pod względem wizualnym czy rozmachu, lecz jest gwałtowna jak podczas przekazywania broni przez drzwi lub finale pozbawionym heroizmu, muzyki ani poczucia zwycięstwa i satysfakcji. Tu przemoc jest brzydka, odpychająca, chcesz od niej odwrócić wzrok. Wszystko w stonowanej, lekko zielonkawej kolorystyce oraz bardzo ograniczonej przestrzeni.

Do tego całość jest świetnie zagrana. Poza wspomnianym Stewartem najbardziej wybija się Anton Yelchin (basista Patrick), stający się niejako liderem grupy oraz Imogen Poots (wplątana w sytuację Amber). Z tego duetu to Amber wydaje się najbardziej ogarnięta w tej sytuacji, zaś chemia między tą dwójką jest bardzo naturalna.

To kolejny przypadek niepozornego, skromnego filmu, który daje intensywnego kopa, pełnego adrenaliny oraz suspensu. Panie Saulnier, jak pan mi zaimponował.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Giń, 2020!

Jaki był rok 2020, chyba pamiętamy. Ale Netflix pod koniec tego roku postanowił przypomnieć nam zdarzenia z tego roku. I to w formie dokumentu, takiego lipnego. Gdzie mamy wybrane ważne wydarzenia w pigułce, pokazane z perspektywy grupy ludzi: historyka, dziennikarza, naukowca, millenialsa, psycholożki, szefa korporacji oraz szarych ludzi. Wszystko to jest także polane komentarzem napisanym przez Charliego Brookera.

Taki jest plan i zamysł, a jaki jest efekt? Sam film „Giń, 2020!” jest zaskakująco krótki, bo trwa nieco ponad godzinę. Większość czasu widzimy wydarzenia z perspektywy Ameryki i to z wiadomego powodu – wyborów prezydenckich między Trumpem (drugim w USA prezydentem o innym kolorze skóry niż białym) a Bidenem (weteranem wojny secesyjnej i najstarszym kandydatem na prezydenta). Ale na krótko pobędziemy w Australii podczas pożarów, w chińskim Wuhan oraz w Wielkiej Brytanii. Bo Brexit, a pandemia bardzo mocno też się przewija. Wszystko tutaj pełne ciętych, ironicznych komentarzy oraz złośliwości. Humor jednak nie przesłania kilku mocnych wydarzeń (zabójstwo George’a Floyda), potraktowanych delikatnie i z powagą. Przy okazji twórcy pokazują mentalność ludzi, choć jest to mocno przerysowane. Najbardziej to widać w przypadku królowej Elżbiety II (opowieść o jej ulubionym serialu czy scena malowania portretu na banknot) oraz dwójki kobieta. Pierwsza jest samotną idiotką, druga zaś zbyt dużo czasu spędza on-line, wchłaniając wszelkie możliwe bzdury.

Najwięcej czasu jednak spędzamy z historykiem Tennysonem Fossem oraz dziennikarzem Dashem Brackettem. Pierwszego gra lekko ucharakteryzowany, ale cudowny Hugh Grant, drugiego rzutki i pełen błyskotliwych porównań Samuel L. Jackson. Obaj panowie są najmocniejszym punktem tego filmu, mieszając inteligencję z humorem. Cichym bohaterem jest komentujący całość Laurence Fishburne, którego głosu na początku nie rozpoznałem i daje największego ognia. Ale reszta obsady też błyszczy, nawet pojawiając się bardzo rzadko jak Tracey Ullman (Elżbieta II) czy Lisa Kudrow jako doradca Trumpa, zaprzeczająca wszystkiego i wszystkim.

Takiego podsumowania roku z przymrużeniem oka potrzebowaliśmy, choć chyba nie byliśmy tego świadomi. „Giń, 2020!” jest ironicznie smakowity, z wyrazistymi postaciami oraz pewną nadzieją na końcu. Szkoda tylko, że jest to troszkę amerykanocentryczne spojrzenie na świat.

7/10

Radosław Ostrowski

Bumblebee

Transformersy – wielkie mechy zmieniające się w pojazdy, pochodzące z planety Cybertron. Podzielone na dwie zwalczające się strony: Autoboty i Decepticony, doprowadzając do wyniszczającej wojny. O tym maszynach stworzonych przez Hasbro powstała seria filmów od Michaela Baya (2007-2016), jednak z każdą częścią były te filmy coraz gorsze. Dlatego produkująca je wytwórnia Paramount w 2018 roku zdecydowała się na prequel. Zapowiedzią zmian miał być „Bumblebee” z 2018 roku.

Sama historia Travisa Knighta jest bardzo prosta i skupia się na żółtym Autobocie. Maszyna na polecenie lidera, Optimusa Prime’a, ma wyruszyć na Ziemię w celu stworzenia nowej bazy. Ścigany przez wroga, trafia na naszą planetę, gdzie wskutek obrażeń traci mowę oraz pamięć. Jako Volksvagen Garbus trafia do nastoletniej Charlie – chłopczycy, który lubi grzebać w autach i jest naznaczona przez jedno tragiczne wydarzenie z przeszłości. Miedzy tą dwójką zaczyna tworzyć się nic przyjaźni, jednak Deceptikony próbują upolować naszego bohatera.

Reżyser filmu – do tej pory tworzący animacje, realizowanych techniką poklatkową – tutaj podejmuje się zadania zrobienia solidnego blockbustera. Ma podobny budżet, co animacje, lecz więcej efektów specjalnych (świetnie zrobionych). Opowieść ma w sobie wiele z kumpelskiego kina, z przyjaźnią dwójki outsiderów na pierwszym planie. Wszystko osadzone w realiach lat 80., co jest widoczne w scenografii, dekoracjach czy wplecionych piosenkach. Tryb nostalgiczny zostaje włączony, ale nie jest to tylko próba podpięcia się do panującego trendu retro. Może i jest to strasznie przewidywalne, jednak realizacja oraz dobrze rozpisane postacie dają masę frajdy. Nie brakuje tutaj humoru (Bee w nieobecności Charlie demoluje dom), płynnie zrealizowanych scen akcji (starcia robotów przypominający sceny bijatyk) oraz napięcia. Drobną niespodzianką była budowania relacja Charlie z sąsiadem i kolega z pracy Memo, gdzie on jest niepewnym siebie nerdem, ale w żadnym wypadku nie staje się bohaterem, a nasz bohaterką „damą w opałach”. Detal, lecz odświeżający.

I bardzo porządnie zagrany. Absolutnie błyszczy Hailee Steinfeld jako wycofana Charlie, ciągle żyjąca przeszłością, gdy reszta rodziny (i ojczym) niejako ruszyli do przodu. Bardzo przekonująco pokazuje swoją niezależną bohaterkę, idącą swoimi drogami. Jej chemia z robotem, jak i partnerującym jej Jorge Lendeborgiem Jr. (Memo) jest świetna, co czyni ten film wiarygodnym. Troszkę niewykorzystany jest tutaj John Cena jako wojskowy agent, który w zasadzie nie ma wiele do roboty. Poza groźnym wyglądem oraz byciem stereotypowym żołdakiem, niszczącym wszystko, co obce. Za to świetnie sobie radzą antagoniści z głosami Angeli Bassett i Justina Theroux, sprawnie manipulujący ludźmi.

Jako zapowiedź nowej marki oraz odświeżenie serii Transformers, film Knighta sprawdza się naprawdę dobrze. Obiecuje fajną przygodę i akcję, dotrzymując tej obietnicy, co nie jest częste w przypadku hollywoodzkich blockbusterów. Bardzo porządna rozrywka na dwie godziny i obyśmy dostali kontynuację.

7/10

Radosław Ostrowski