Nic nie ginie

Od jakiś 5 lat łódzka szkoła filmowa daje pieniądze na nakręcenie filmu dyplomowego dla IV roku Wydziału Aktorskiego. Niektóre naprawdę udane („Monument”), inne absolutnie słabe („Soyer”). Jak w porównaniu z nimi wypada dzieło debiutantki Kaliny Alabrudzińskiej? Wydaje mi się, że jest gdzieś pośrodku, choć widzę spory potencjał w autorce.

Akcja tego krótkiego (nieco ponad godzinnego filmu) skupia się wokół terapii. Jej uczestnikami są w większości młodzi ludzie ze swoimi problemami. Każdy ma inne: narcyzm, poczucie wyższej wartości, miłość do zwierząt, samotność, zbytnie pomaganie innym. Innymi słowy – wszyscy szukają szczęścia, tylko nie każdy potrafi powiedzieć, czym to szczęście jest. Całą terapię prowadzi niejaki Remik, stosując czasami niekonwencjonalne metody. Twórcy próbują skupić się na każdej postaci, by poznać ich problemy oraz tło. Choć całość oparta jest na dialogach, nie miałem poczucia sztuczności czy teatralności. Bardzo naturalnie to brzmi oraz wygląda, zaś troszkę melancholijny klimat wyróżnia go z grona innych filmów. Reżyserka z dużą empatią podchodzi do swoich bohaterów i nie nabija się z nich. Nie oznacza to jednak, że jest to śmiertelnie poważny film. Humor jest tutaj obecny, lecz jest nienachalny, bardzo subtelny. Przez to bywa czasem niezauważalny, choć jest jedna perła w postaci… wszy. Więcej wam nie zdradzę.

Dla mnie jednak problemem jest to, że jest to zbyt krótki film. Miałem przez to wrażenie, że można było troszkę wydłużyć, by poznać jeszcze bliżej kilka postaci. Nie mogę też przekonać się do zakończenia, sprawiającego wrażenia otwartego. Co się stanie z uczestnikami terapii, jak sobie poradzą i co będzie dalej? Czy uda rozwiązać swoje problemy? To pozostaje kwestią otwartą, jednak nie mogę powiedzieć, że film był nudny czy słaby. Liczyłem na coś więcej w tej materii.

Bardzo za to podobało mi się aktorstwo. Każdy z aktorów (w większości studenci) wypadają bardzo dobrze, jednak najbardziej wybija się Dobromir Dymecki jako prowadzący terapię Remik. Jest odpowiednio zdyscyplinowany, empatyczny, ale nie daje sobie w kaszę dmuchać. Spina to wszystko w jedną całość, chociaż jest to rola – tak jak wszystkie w filmie – bardzo stonowana i wyciszona.

Pozornie-niepozorny debiut pokazuje, że Alabrudzińska potrafi wycisnąć wiele z aktorów i to daje nadzieję na wiele ciekawych filmów. „Nic nie ginie” to przykład solidnego kina, mogące trafić do ludzi w wieku 20-30 lat. Mam pewne poczucie niedosytu, jednak warto obserwować twórczynię tego filmu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zwierzęta

Są takie filmy, po obejrzeniu których zaczynacie się zastanawiać: co ja przed chwilą obejrzałem? Próbuje rozgryźć i dopasować wszystkie elementy układanki, ale ciągle czegoś brakuje. Reżyser jedynie ogranicza się do roli obserwatora Twoich poczynań i prób rozwiązania zagadki. A jeśli myślisz, że cię w jakiś sposób naprowadzi, popełniasz wielki błąd. Nic nie powie, a nawet jeszcze bardziej namąci ci w głowie. Takie „mózgotrzepy” zwanego też „mindfuckami” są czasami trudną zagwozdką albo w najgorszym wypadku nieczytelną wydmuszką. Mistrzem tego typu kina jest David Lynch, ale wielu próbowało naśladować ten styl reżysera. Z lepszym lub gorszym skutkiem, a jak sobie z tym poradził Greg Zgliński?

„Zwierzęta” to koprodukcja polsko-austriacka, zaczynająca się banalnie prosto. Bohaterami jest para małżonków, których więzi stały się słabsze. On – kucharz, ma kochankę. I to niedaleko, bo piętro wyżej. Ona – pisarka, tworzy dzieła dla dzieci, ale chce przygotować powieść dla dorosłych. I wie, że mąż ją zdradza. By naprawić związek oboje decydują wyjechać do domku poza wielkim miastem w Szwajcarii, zaś swoje lokum wynajmują kobiecie o imieniu Misha. W trakcie podróży dochodzi do wypadku i wszystko zaczyna się chrzanić. W tym samym czasie Misha też ma drobny wypadek: wskutek poślizgu uderza głową o ziemię. Dzięki temu poznaje pewnego lekarza, z którym się umawia. Jednocześnie nachodzi ją kwiaciarz, widząc w niej zmarłą dziewczynę.

Dwutorowa narracja wywołuje jeszcze większą konsternację, zaś reżyser od samego początku dezorientuje. W jednej z pierwszych scen widzimy kobietę z 3 piętra, która spada w dół. Słyszymy odgłos zderzenia, ale kiedy kamera idzie w dół… nie ma żadnego ciała. Mało tego, operator przenosi obraz w górę, gdzie w oknie niżej rozmawia mężczyzna. To tylko początek, bo pojawia się jeszcze więcej tajemnic: lekarz najpierw bez palca, następnie z całą ręką, pojawiający się w dwóch różnych miejscach kot, pokój nie dający się otworzyć. Czas wydaje się dla każdej z naszej pary bohaterów płynąć innym tempem, a w paru scenach wydaje się, że jedna osoba słyszy zupełnie inne słowa od wypowiadanych. Co się stało, co jest prawdą, co jest fatamorganą – kompletnie poplątana układanka. Muszę jednak przyznać, że intryguje i wygląda to fantastycznie.

Miejscami bardzo malarskie zdjęcia (choćby mgły nad lasem), rytmiczny montaż, długie ujęcia oraz ciągle obecne poczucie niepokoju. Czy to za pomocą miejscami bardzo mrocznych kadrów, niepokojącej muzyki Bartosza Chajdeckiego czy dźwięków w kilku scenach jak podczas próby otwarcia drzwi lub podjazdu przez tunel w niemal ciągłej czerwieni. Nie będę próbował bawić się w interpretowanie, jednak muszę przyznać, że obejrzałem film dwa razy i chyba wiem o co chodzi. Ale nie zdradzę, bo sądzę, że większą frajdą będzie samodzielne posklejanie elementów układanki niż szukanie oraz dopasowywanie cudzych interpretacji do swojej wizji.

A od siebie dodam tylko tyle, że jest to świetnie zagrane, tajemnicze, ciekawe oraz stymulujące półkule mózgowe. Te „Zwierzęta” potrafią ugryźć, a ich rany bywają głębokie.

7/10

Radosław Ostrowski

Supernova

Wszystko zaczyna się tak zwyczajnie jak zwyczajny jest dzień. Szara, asfaltowa droga, trawa po bokach, krowa. Po drodze idzie kobieta z dziećmi, a za nimi mocno podpity mężczyzna – jak się okazuje mąż. Chyba jednak bardziej kocha alkohol od swojej żony, bo ona już ma tego dość i odchodzi. Nie jest jej w stanie zatrzymać, idącą dalej na skrzyżowaniu. Wtedy, jakby nie wiadomo skąd, przyjeżdża czarne Audi kierowane przez eleganckiego faceta. Potem słychać dźwięk uderzenia i krzyk, a mąż stacza się w krzaki. To dopiero początek łańcucha wydarzeń, który mocno dotknie mieszkańców wsi.

O debiucie Bartosza Kruhlika słyszałem tyle dobrego, że nawet planowałem się wybrać do kina. Tylko problem był taki, iż już go nie grali. ☹ Ale od czego jest VOD? Powiem krótko: ten facet pokazuje, że nawet z ogranego tematu da się wiele wycisnąć. „Supernova” to prosta historia, która z każdą sekundą zaczyna się nasilać. Jedno miejsce, jedno zdarzenie oraz masa postaci. Dosłownie mamy pokazany nasz kraj w miniaturze. Od sprawcy (świetny Marcin Hycnar), będącego ważnym politykiem z „brudną” przeszłością przez policjanta (bardzo mocny Marek Braun) powiązanego z ofiarą aż po mocno podchmielonego męża (wyrazisty Marek Zarzeczny). Pod zabezpieczone miejsce wypadku zaczynają zbierać się mieszkańcy i to pomaga reżyserowi w budowaniu napięcia. Bo co się wydarzy? Sprawa zostanie zamieciona pod dywan przez ludzi z Wielkiego Miasta? Może sprawiedliwości stanie się zadość? A może ktoś weźmie sprawy w swoje ręce? Im dalej w las, tym dylematy stają się coraz silniejsze, zaś krwisty finał wydaje się nieunikniony.

Choć miałem pewne skojarzenia z kinem Wojciecha Smarzowskiego, to jednak Kruhlik mówi swoim głosem. Narracja jest prowadzona konsekwentnie, dialogi brzmią bardzo naturalnie, nawet brak muzyki podczas seansu nie jest przypadkiem. Niby film trwa troszkę ponad godzinę, jednak tutaj nie miałem poczucia ani wydłużenia na siłę, ani poczucia zbyt małego czasu. A to jest naprawdę wielka sztuka, co nie jest częstym przypadkiem. Jedynym dla mnie problemem jest zakończenie, jakby wzięte z zupełnie innej bajki oraz urywające cała historię. To przypomina taką sytuację jak bokser przymierzający się do zadania mocnego ciosu i minimalnie chyba w twarz przeciwnika. Niesatysfakcjonujące doświadczenie.

Nie mniej muszę przyznać, że „Supernova” pokazuje jak można zrobić angażujący thriller aż do (niemal) samego końca. Zupełnie jakby to było dzieło dojrzałego twórcy, nie debiutanta. Jestem cholernie ciekawy, jaki następny zrobi Kruhlik i warto śledzić jego karierę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Letnie popołudnie

Sama historia rozgrywa się jednego dnia. Poznajemy Laurę – młodą dziewczynę, która mieszka ze swoją dziewczyną. Kiedy widzimy ją po raz pierwszy odkrywamy, że ma urodziny. Ale decyduje się przyjechać na rodzinny obiad sama. I to już powinien być ostrzegawczy sygnał, iż relacje między solenizantką a resztą rodziny nie należą do zbyt dobrych. To jednak dopiero początek dnia.

„Letnie popołudnie” jest niezależnym debiutem reżysera z Izraela, Youssefa Ouarraka. Fabuła ma pewien określony zarys, jednak dialogi są w całości improwizowane. Sam ten zamysł jest bardzo ryzykowny i rzadko się komu udaje. Czy to się udało? Efekt moim zdaniem jest połowiczny. Reżyser chce wykorzystać rodzinną uroczystość do pokazania jak ludzie reagują na osoby LGBT. Zwłaszcza jeśli dotyczy to członków rodziny. Można odnieść wrażenie, że reżyser sięga po ograny schemat oraz zbyt znajomą tematykę. Obiadek rodzinny jak w „Cichej nocy” jest polem do mocnego spięcia między dziewczyną a matką, coraz bardziej od siebie oddalające. Matka nie akceptuje nowego związku oraz faktu, że Laura rzuciła studia dla pracy jako kosmetyczka. Scena ta robi jeszcze większe wrażenie, bo jest nakręcona w jednym ujęciu.

Kamera przez cały film jest niemal przyklejona do naszej bohaterki, wywołując silne poczucie immersji. I ten efekt powoduje, że „Letnie popołudnie” wzbudza ciekawość. tak jak wykorzystana w tle muzyka (m.in. Mikromusic oraz Kari Amirian). Wszystko jednak wywraca się w mocnym, wziętym z zupełnie innego porządku. Staje się mroczny, brutalny, ale do mnie nie przemawia to. Tak jak ostatnia decyzja naszej bohaterki, będąca szczytem irracjonalności. Dialogi też czasami wydają się wymuszone oraz brakuje im jakieś płynności.

Aktorsko broni się dzięki angażowi mało znanych aktorów. Zwłaszcza Maria Pawłowska jako Laura wypada z całej obsady najlepiej, a sceny jej trudnej relacji z szorstką matką (Anna Moskal) potrafią uderzyć z całej siły. Nawet w tej pozornie ogranej scenie kłótni wybrzmiewa to z całej mocy, zaś dialogi tutaj nie gryzą. Filmowi jednak brakuje czegoś (poza warstwą formalną), co wzniosłoby całość na wyższy poziom. Czekam na coś więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jestem REN

Wszystko wydaje się zaczynać normalnie: mamy sobie trzyosobową rodzinę. Renata zajmuje się domem, Jan pracuje i jest jeszcze syn Kamil. Sielanka gdzieś z dala od wielkiego miasta. Ale pewnego dnia po powrocie z pracy mężczyzna zauważa coś dziwnego. Chłopak w swoim pokoju jest skulony w rogu, pokój wygląda jak po przejściu huraganu, zaś kobieta przebywa w schowku, a oboje milczą. W końcu mąż decyduje się wysłać żonę na terapię, która ma ustalić co się stało i czy z kobietą jest wszystko w porządku. Już pierwszego dnia Renata wyznaje, że… jest androidem, którego zadaniem jest bycie doskonałą żoną oraz matką.

Po obejrzeniu zwiastuna debiutu Piotra Ryczka byłem zaintrygowany. Psychologiczny dreszczowiec z elementami SF nie jest często spotykanym zjawiskiem w polskim kinie. „Jestem REN” mając niewiele czasu (troszkę ponad 70 minut), próbuje skupić uwagę na tajemnicy. Co się zdarzyło tego feralnego dnia oraz czy nasza bohaterka naprawdę jest robotem. A może jej wspomnienia to efekt halucynacji, urojeń? Bo jak wytłumaczyć obecność niejakiej Eli – kobiety, która wydaje się wiedzieć więcej, pojawia się nie wiadomo skąd i mąci w głowie. Co jest prawdą, co urojeniem? Dylemat może i ograny, ale całkiem nieźle poprowadzony. Problem jednak w tym, że reżyser upycha wiele wątków oraz rozciąga to wszystko, iż w pewnym momencie przestałem się interesować. Zbyt wiele jest tutaj repetycji, łopatologii, a zagadka wydawała mi się zbyt prosta. Wszystko jednak zmienia dość brutalny, przewrotny finał, wywołujący jeszcze większą konsternację.

Realizacyjnie jest za to zaskakująco porządnie. Bardzo minimalistyczna przestrzeń może wydawać się początkowo bardzo teatralna, zaś oszczędnie dawkowane efekty specjalne są świetne. To buduje klimat tajemnicy, samotności oraz pewnego chłodu. Przypominało mi to „Ex Machinę” Garlanda, choć nie jest to ten poziom. Ale dobrze, że nasi filmowcy mają dobre wzorce do naśladowania.

No i jeszcze mamy w głównej roli nieznaną mi Martę Król, która wypada z całej obsady najlepiej. Drobną mimiką oraz barwą głosu potrafi sprzedać dezorientację, upór, jak i bezradność. A jej wiara w to, że jest androidem była nie do podważenia. Świetnie jej partneruje Marieta Żukowska jako tajemnicza Ela, której motywacja pozostaje tajemnicą oraz w drobnej roli Janusz Chabior. Reszta członków rodziny (Olaf Marchwicki oraz Marcin Sztabiński) wypada nieźle, ale zwłaszcza od ojca należało więcej wycisnąć.

Jestem lekko zawiedziony, ale „Jestem REN” jest całkiem sprawnym thrillerem psychologicznym. Elementy SF są tak naprawdę otoczką dla rodzinnego dramatu oraz pokazania choroby psychicznej z mniej znanymi aktorami w głównych rolach. Intrygujące kino, choć  nie wykorzystujące w pełni potencjału.

6/10

Radosław Ostrowski

The Old Guard

Kto z nas nie chciałby żyć wiecznie? Pragnienie to zawsze wydawało się nieosiągalne, ale jednocześnie bardzo problematyczne. O tym – pośrednio – opowiada nowy film Netflixa. Tytułowa “Stara gwardia” to oddział nieśmiertelnych ludzi. Może z tą nieśmiertelnością troszkę przesadziłem, ale bardzo szybko regenrują im się rany, niektórzy żyją od tysiącleci i walczą. O co? Czy to ważne? Nieliczną grupką kieruje Andromacha z Scytii zwana Andy, która jest najstarsza z nieśmiertelnych. Dostają nowe zadanie, ale okazuje się pułapką, by nagrać ich moce. Te chce wykorzystać szef medycznej korporacji, by tworzyć leki zwalczające choroby. Ale żeby sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana, wiarusy odkrywają nową osobę z takimi samymi mocami – czarnoskórą żołnierkę walczącą w Afganistanie.

“The Old Guard”, czyli nowy akcyjniak Netflixa wiele czerpie z kultowego “Nieśmiertelnego”, a dokładnie sam pomysł człowieka żyjącego dłużej i praktycznie nie do zabicia. A że są to żołnierze, większy nacisk jest tutaj postawiony na sensacyjną intrygę (prostą jak drut) oraz sceny akcji. Żadnego psychologizowania problem wiecznego życia, parę rzuconych retrospekcji z dawnych czasów oraz relacja mistrz-uczennica. Tyle z tego dostajemy od reżyserki Giny Prince-Bythewood, dla której to pierwsza styczność z kinem akcji. No i to bardzo widać, bo sceny rozwałki oraz demolki są szybko cięte – na szczęście są czytelne – lecz pozbawione jakiegokolwiek mocnego kopa. Żadnej adrenaliny, żadnej ekscytacji (poza dwoma scenami z Andy). Antagonista (szef korporacji) wydaje się nijaki, pozbawiony charakteru, z nieciekawą motywacją oraz brakiem charyzmy. I jakby tego było mało, w tle dostajemy jakąś smutną, popową muzę, co mnie irytowało strasznie. Wywoływało to we mnie poczucie silnego zgrzytu, jakbym oglądał film dla nastolatków, kurde. Zakończenie obiecuje pewną kontynuację, a rzadko obecny humor troszkę punktuje, ale to troszkę za mało.

Tak naprawdę jedyną osobą, która trzyma tą całość w ryzach jest Charlize Theron. Jej Andy to mieszanka twardej, bezwzględnej siły, cynizmu, uporu oraz waleczności. Kiedy spuszcza łomot, robi to bezpardonowo, rzadko pozwala sobie na okazanie emocji, lecz kiedy sobie na to pozwala, potrafi poruszyć. Poza nią wyróżnia się najbardziej Matthias Schoenaerts jako lekko wyluzowany Booker, dodając odrobinę lekkości. Cała reszta jest raczej do zapomnienia, ze szczególnym wskazaniu na Chiwetela Ejiofora.

“The Old Guard” to netflixowy średniak, gdzie zalety nie wystarczą do przesłonięcia wad. Zamiast akcji oraz adrenaliny jest pozbawiony emocji oraz napięcia spektakl. Boli mnie to okrutnie zwłaszcza, że potencjał był tutaj ogromny, ale bezczelnie zmarnowany.

5/10

Radosław Ostrowski

Misja Greyhound

Ten film miał trafić do kin, ale pandemia koronawirusa wywróciła plany dystrybutorów oraz producentów do góry nogami. Tak było w przypadku filmu “Misja Greyhound”, której premiera planowana na czerwiec nie doszło do skutku. Studio Sony sprzedało prawa do dystrybucji platformie Apple Tv+, a szkoda, bo film mógł nieźle zarobić i przyciągnąć tłumy fanów kina marynistycznego.

Tytułowy Greyhound to kryptonim niszczyciela USS Kealing pod wodzą kapitana Ernesta Krause. Kapitan razem z dwoma brytyjskimi niszczycielami zabezpiecza konwój statków płynących do Wielkiej Brytanii. Załogi są zabezpieczane przez wsparcie lotnicze po obu stronach Atlantyku. Jednak kiedy znajdują się w Grzbiecie Śródaltantyckim, marynarze są zdani tylko na siebie, a do celu mają ponad 50 godzin. By nie było tak łatwo na morzu pojawiają się U-Booty, które mają tylko jeden cel: zatopić wszystkie okręty.

Film oparty jest na prawdziwych wydarzeniach, choć nazwy okrętów oraz nazwiska postaci zostały zmienione. Reżyser Aaron Schneider niejako rzuca nas w sam środek wydarzeń, gdy okręty już wypłynęły, a towarzyszące im samoloty wracają. I powoli odpalany jest łańcuch wydarzeń, który zmieni się w walkę na śmierć i życie. Nie poznajemy załogi ani samego dowódcy (poza prologiem), praktycznie cały czas będąc na morzu. Zagrożenie morze pojawić się praktycznie z każdej strony, a los  zależy zarówno od decyzyjności dowódcy, jak i działania całej załogi: od oficerów przez strzelców po speca od radaru. Byli szkoleni do takich akcji mnóstwo razy, a jeden błąd może skończyć się klęską. Akcja jest tak intensywna, że dowódca nie ma nawet czasu zjeść ani wypić kawy. Nawet gdy pojawia się chwila spokoju (scena pogrzebu), jest ona bardzo gwałtownie przerywana meldunkiem. Czy to o wystrzelonej flarze, petardzie czy informacji od innego niszczyciela. Ta adrenalina będzie nam towarzyszyć niemal do samego końca, przez co nie ma tutaj miejsca na nudę. A to była dla mnie największa niespodzianka tego filmu, obok rzadko obecnego tutaj patosu.

Dla wielu problemem może być fakt, że bohaterowie posługują się bardzo fachowym językiem, niezrozumiałym dla takich szczurów lądowych jak ja. Na szczęście nie boli to tak bardzo, ale większym problemem może być anonimowość załogi. Poza kapitanem (świetny jak zawsze Tom Hanks) jest to spora masa, nawet jeśli mająca jakieś personalia, nie poznajemy ich. Zupełnie jak w przypadku “Dunkierki”, gdzie więcej mają o nich mówić ich czyny niż słowa i – podobno – nie daje to zbyt wielu emocji. Z tym ostatnim się nie zgodzę, a inspiracją dla reżysera zamiast filmu Christophera Nolana była… ostatnia część “Mad Maxa”.

“Greyhound” może i trwa tylko półtorej godziny, ale to prawdopodobnie najbardziej intensywne półtorej godziny tego roku. Film trzyma za twarz, podkręcają adrenalinę świetnymi scenami akcji oraz impulsywną muzyką. Dawno film osadzony w realiach II wojny światowej nie grał tam mocno suspensem.

7/10

Radosław Ostrowski

Sonic: Szybki jak błyskawica

Adaptacje gier komputerowych to temat-rzeka, który zazwyczaj graczy doprowadza do czerwoności, zaś widzów do rozczarowania. Dlaczego tak jest? Bo filmy nie mają ani tyle immersji, ani czasu do głębszego poznania świata oraz bohaterów, za to posiadają sztampowe i pozbawione zaskoczeń fabuły. Dlatego jeszcze nie powstała w pełni udana egranizacja, choć parę razy było blisko (pierwszy “Mortal Kombat” czy “Warcraft: Początek”). Czy do tego grona dołączy pędzący z prędkością światła niebieski jeż od Segi?

Problem z Soniciem wydaje mi się taki, że nie da się napisać ciekawej fabuły wobec Sonica. To jest bardzo szybki jeż, co zbiera pierścienie i idzie przed siebie. Co tu jeszcze można zrobić? Reżyser ze scenarzystami postanowili zrobić z tego kino familijne oraz wysłać jeża na Ziemię. A dokładniej do jakiegoś małego Wygwizdowa, gdzie ukrywa się przed ludźmi. Problem w tym, że samotność dla naszego bohatera jest nie do wytrzymania i frustruje go. Chciałby mieć kumpla, tylko skąd takiego znaleźć? Sprawy zmierzają w dobrym kierunku, kiedy Sonic wywołuje silne wyładowanie elektryczne, które zmusza rząd do zbadania sprawy. Tak nasz bohater trafia na niespodziewanego sojusznika, czyli szeryfa z małego miasteczka, jak i swojego wroga w postaci doktora Robotnika.

Prostszej fabuły już nie da się wymyślić, a film celuje w młodą widownię poniżej 10 lat, co jest bronią obosieczną. Z jednej strony to klasyczne kino drogi, niepozbawione humoru (scena bójki w knajpie) oraz dynamicznych scen akcji. Problem jednak w tym, że ja dla siebie nie znalazłem zbyt wiele, a schematy były widoczne jak na dłoni. Brakowało jakiegoś zaskoczenia, przełamania i czułem bardzo silne poczucie déjà vu. Od początkowej narracji z offu niczym w “Deadpoolu” po użycie mocy szybkości Sonica niczym u Quicksilvera z ostatnich części “X-men”. Poza tym wiele rzeczy dzieje się zbyt szybko albo zostają zignorowane przez resztę otoczenia (nasz szeryf jest oskarżony o działalność terrorystyczną, ale swobodnie przemieszcza się po San Francisco). Mózgownica mnie bolała i brakowało mi jakiegoś dreszczyku emocji.

Nawet aktorsko nie ma za bardzo kogo pochwalić. Sonic z głosem Bena Schwarza bywa czasami irytujący, James Marsdem jako lokalny szeryf po prostu jest, a Jim Carrey gra Jima Carreya z lat 90. O dziwo, to właśnie ten ostatni błyszczy najlepiej z całej obsady, dostarczając odrobiny frajdy, kreśląc portret szalonego, narcystycznego naukowca z bardzo plastyczną twarzą. Warto też wspomnieć drobny epizodzie Adama Pally’ego jako bardzo ciapowatego policjanta Wade’a. Aż żałuję, że to nie on pomaga Sonicowi, bo byłaby większa chemia.

“Sonic: Szybki jak błyskawica” to przerażająco bezpieczny film skierowany dla najmłodszego widza. Czyli takiego, który nigdy w Sonica nie grał i nie zna tej postaci, co nie przeszkodziło w zebraniu dużego zarobku oraz planach kontynuacji. Oby nabrała większego charakteru niż ten średniak, bo odpuszczę.

5/10

Radosław Ostrowski

Nasza młodsza siostra

Były sobie trzy siostry, które mieszkały w domu matki. Każda zajmuje się czymś innym, a z rodzicami nie utrzymują zbyt dobrego kontaktu. Wtedy dowiadują się, że ich ojciec – nie utrzymują z nim kontaktu od 15 lat, bo je zostawił dla innej kobiety – zmarł. Wyruszają na pogrzeb i odkrywają, że mężczyzna zostawił ich przyrodnią siostrę. Kobiety postanawiają przygarnąć ją do siebie.

Japoński reżyser Hirokazu Koreeda tym razem przenosi na ekran mangę. I znowu jest to historia obyczajowa, która zaskakuje swoim spokojem oraz… zwyczajnością. Jeszcze bardziej zdziwiła mnie postawa kobiet wobec młodszej siostry. Zazwyczaj w takiej sytuacji należało się spodziewać, że będą jakieś ostre spięcia, konflikty oraz początkowe negatywne nastawienie wobec nowego członka rodziny. Tutaj jest zupełnie inaczej. Nie wiem czy to jest kwestia wychowania, mentalności czy innego kodu kulturowego w Japonii, ale przyjęcie obcej osoby z otwartymi ramionami wydawało mi się dziwne. Spodziewałem się jakiś konfliktów czy poważnych spięć, ale… nie doczekałem się. Idzie to wszystko zaskakująco gładko, wręcz spokojnie, lecz było mi to obojętne. Nawet jeśli pojawiały się momenty potencjalnego konfliktu (pojawienie się matki), Koreeda gasi je bardzo szybko. Choć muszę przyznać, że ma to swój urok, to dla mnie jest to bardzo przesłodzone, wręcz zbyt bajkowe.

Nawet nie chodzi o to, że nie lubię bajek czy filmów idących ku bajkowym klimatom. Tylko trzeba tutaj umieć zachować pewien balans, którego ewidentnie tu zabrakło. Co z tego, że jest to bardzo porządnie zagrane, a postacie mogą budzić sympatię, skoro ma się to wszystko gdzieś. W porównaniu do poprzedniego filmu Japończyka (“Jak ojciec i syn”), nie ma tutaj spięć, żadnego konfliktu, co dodałoby troszkę emocji, bardziej mnie zaangażowało. Odbiłem się jak od ściany, lecz innym może się spodobać.

6/10

Radosław Ostrowski

Frank

Jon jest młodym chłopakiem, który ma ambicje bycia muzykiem. Ma jednak spore problem z pisaniem piosenek, ale walczy z tym i pracuje w banku. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy zostaje zaproszony jako klawiszowiec do dość ekscentrycznego zespołu. Frontmanem kapeli, której nazwy nie dam rady wymówić jest Frank. To tak dziwna postać, bo ma na głowie… głowę. Taką wielką, drewnianą głowę, którą zawsze nosi na sobie. Czy to je, czy śpi, czy bierze prysznic. Grupa mieszka gdzieś w małym domku, by nagrać swoją płytę.

Dla wielu kinomanów Lenny Abrahamson stał się bardzo rozpoznawalny dzięki filmowi “Pokój”. Ale przed nim pojawił się równie sundance’owy w duchu “Frank”, który powstał dwa lata wcześniej. Bardziej tutaj reżyser skupia się na relacjach między członkami zespołu, a wszystko z perspektywy nowego członka zespołu. A jest to bardzo pokręcona ekipa. Grająca na thereminie Clara, potrafiąca tworzyć dziwaczną muzykę, jeden z klawiszowców Jon lubi… manekiny, duet francuski (gitara oraz perkusja) wydaje się normalny. Oprócz posługiwania języka innego niż angielski. No i jeszcze jest Jon, który chce coś osiągnąć, ale czy w ogóle ma talent? Czy tylko wyłącznie posiada ambicje? A te relacje pokazują jak powstaje muzyka. Nawet jeśli nie jest przystępna, popularna czy komercyjna.

Reżyser powoli prowadzi swoją narrację, dając czas na poznanie swoich bohaterów. Relacje między nimi oraz bardzo niekonwencjonalne metody tworzenia dają spore pole do tworzenia komediowych scenek. Ten balans między humorem a dramatem to prawdziwe spoiwo “Franka”. Tak samo jak bardzo niekonwencjonalna i fantastycznie brzmiąca muzyka, choć same teksty brzmią mocno absurdalnie. To wszystko angażuje oraz chwyta za serducho, tak jak fascynujący Frank (kapitalny Michael Fassbender) oraz to, jak jego umysł funkcjonuje. Jak jest w stanie tworzyć muzykę oraz obserwuje świat. Czyli jest bardzo porządnie, ale dla mnie zaskakujące było zakończenie i poznanie kim jest Frank. Oraz jak on wygląda.

Fantastycznie zagrany też jest. Fassbender miał o tyle trudne zadanie, że wszelkie emocje mógł wyrazić tylko głosem. I zrobił to absolutnie znakomicie. Nawet przyziemny (w porównaniu z resztą) Domhnall Glleson radzi sobie bardzo dobrze jako ambitny oraz troszkę egoistyczny Jon. Widać, że zależy mu na uznaniu, ale też na sławie, popularności, co może się mocno odbić. Równie wyborni są grający na drugim planie Scoot McNaily oraz Maggie Gyllenhaal, którzy potrafią rozsadzić ekran samym pojawieniem się.

“Frank” jest bardzo zaskakującym filmem okołomuzycznym, gdzie muzyka jest istotnym elementem. Ale nie najważniejszym. Jest wiele świetnych dialogów oraz poruszających scen, ale zakończenie jest największą niespodzianką oraz daje masę satysfakcji. Małe, mądre, świeże kino niezależne.

8/10

Radosław Ostrowski