Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa

Na hasło polskie kino sensacyjne obecnie jest tylko jedno skojarzenie: Patryk Vega. Nie dlatego, że jest dobry, ale ponieważ jest strasznie krzykliwy, jest skutecznie promowany oraz bardzo prostacki, wręcz prymitywny w formie. Scenariusze od niego to jest żart i pretekst do pokazania albo brutalnej przemocy, wulgarnego seksu, a widzowi nic więcej do szczęścia nie potrzeba. Konkurencją próbuje być lepszy jakościowo Władysław Pasikowski, ale obecnie nie ma takiej siły przebicia jak reżyser „Botoksu”. Ale pojawił się pewien nowy chłopak na osiedlu, mogący pokonać wroga polskiej krytyki nr 1.

„Jak zostałem gangsterem” – tytuł mówi tu wszystko i w zasadzie nie trzeba wyjaśniać. Bo w sumie to klasyczna opowieść o chłopaku, który urodził się w dziurze zwanej PRL-em. Taki rozrabiaka, co lubił się bić i miał jeden cel: zostać gangsterem. Tak jak ludzie, których widział nocą przed hotelem. Oni mu imponowali pieniędzmi, że nic ich nie ogranicza i mają władzę. I tak powoli zaczyna działać: najpierw jako mała płotka, by w końcu kierować własną ekipą przez lata 90. oraz wchodząc w XXI wiek. Wśród jego kumpli jest jeden bardzo mu bliski: to Walden – młody chłopak, któremu nasz bohater imponuje. I coraz bardziej ta więź staje się silniejsza, jednak pojawiają się komplikacje.

Takich historii było wiele i znacie je na pamięć: od zera do bohatera i z powrotem. Szablon jest bardzo znajomy. Sprawdzeni w boju kumple, dziewczyna nie znająca prawdziwego fachu, porąbani kumple po fachu, zdrada, zasady, honor, kasa. Czasami jest to wręcz mówione Wielkimi Literami, czasami jest to bardzo uproszczone, komiksowe (wstawki, gdzie bohater opowiada o tym, co się działo w okolicy). Ku mojemu zaskoczeniu jednak to wszystko działa i jest przynajmniej o dwie klasy lepsze od Vegi. Dlaczego?

Bo reżyser Maciej Kawulski stawia tutaj na dwie rzeczy: relacje i styl. Relacje między bohaterem a Waldenem przypominają początkowo coś na kształt uczeń-mistrz, by potem ewoluować na poziom ojciec-syn i to jest niejako fundament tej historii. Tu bije serce, pasja oraz energia. Reżyser mocno tutaj czerpie z kina Martina Scorsese (wykorzystanie muzycznych hitów, rytmiczny montaż, krwawa przemoc), tylko bardziej teledyskowego jak w przeplatanej scenie ślubu oraz egzekucji jednego z wrogów. Poza tym dialogi są niepozbawione bluzgów, jest troszkę golizny, ale też odrobinka humoru. Największym problemem – poza wtórnością – są niezbyt dobrze napisane role kobiece. One są tylko dodatkiem do brutalnego, męskiego świata. Czasami też jest zbyt mocno używane slow-motion, za bardzo starające się być cool. No i jeszcze jest zakończenie, które jest aż zbyt poważne oraz podniosłe, gryząc się z resztą całej narracji.

A to wszystko napędza świetnie dobrany duet aktorski. Do formy wraca Marcin Kowalczyk w roli bezimiennego bohatera, będącego także narratorem. To facet, którego doświadczenie nauczyło go zasad, których będzie się trzymał zawsze: lojalność, szacunek i inne rzeczy, których za pieniądze się nie kupi. Wypada w tej roli bardzo naturalnie, mając ciągle kilogramy charyzmy. Jednak prawdziwą petardą jest Tomasz Włosok w roli Waldena. W jego interpretacji to młody, coraz bardziej nakręcony, wręcz dziki chłopak, pragnący zaimponować bohaterowi, ale jednocześnie zaczyna przechodzić na ciemną stronę. Jego przemiana potrafi wzbudzić strach i jest poprowadzona bardzo konsekwentnie. Drugi plan ma kilka wyrazistych twarzy z Janem Fryczem (działający w cieniu Daniel), zaskakującym Jóżefem Pawłowskim („Tysiek”) oraz Piotrem Roguckim (Marian) na czele.

Tytuł, zwiastun i marketing działały bardzo na niekorzyść film Kawulskiego. Ale w ostatecznym rozrachunku okazał się kompetentnym, dostarczającym masy frajdy kinem rozrywkowym. Czasami się potyka i nie zawsze trzyma w zainteresowaniu, jednak stanowi ciekawą alternatywę dla kina Patryka Vegi. Gdyby ten drugi skupiał się na tworzeniu solidnych scenariuszy, tak by wyglądały jego filmy.

7/10

 

Radosław Ostrowski

Kult. Film

Nie ma chyba w Polsce bardziej kultowego zespołu niż – nomen omen – Kult. Od 1982 roku formacja Kazika Staszewskiego zebrała masę fanów, 9 członków zespołu, masę przebojów oraz miliony sprzedanych albumów. Tym bardziej zadziwia fakt, ze film o sobie powstał dopiero w zeszłym roku. ale jeszcze bardziej nieoczywisty jest, iż nie jest to konwencjonalny dokument.

Bo jeśli spodziewacie się, że „Kult. Film” będzie historią o samym zespole od początków do dnia dzisiejszego, a wokół tego będą krążyć opowieści, anegdoty czy historii o fenomenie formacji, to tutaj tego nie znajdziecie. Reżyserka Olga Bieniek obserwuje zespół w trakcie trasy koncertowej, pokazując grupę niejako od kuchni. Z bardziej prywatnej perspektywy, co samo w sobie jest niezłym pomysłem. Skupiamy się na drobiazgach pokazujących jak funkcjonuje ten kolektyw, ich rodziny oraz relacje między członkami. Przeplatane to wszystko jest fragmentami koncertów oraz rozmowami z członkami zespołu. I te momenty mogą się nawet podobać, bo dzięki nim troszkę bliżej poznajemy tych ludzi. Jednak to są tylko momenty niepozbawione kilku anegdot (m.in. sprawy wchodzenia i wychodzenia na scenę pod wpływem), jednak to za mało, by zrealizować ten film.

I wtedy pojawia się pewna postać, która dodaje troszkę kolorytu. Didi – przyjaciel Kazika, którego obecność na jednym z koncertów wokaliście Kultu zatkało. Sam bohater, czyli lekko sepleniący facet oraz jego relacja z Kazikiem jest dla mnie powiewem świeżości. Jak doszło do znajomości oraz siła tej więzi mnie interesowała najbardziej. Tam było troszkę życia i było bardziej poważnie, przez co nie czułem takiego znudzenia jak przez większość seansu. Mimo dość krótkiego czasu trwania, nie wszedłem w to tak bardzo.

Czy bardziej fanatyczni wielbiciele Kultu polubią ten film? Nie wiem, nawet nie próbuje odpowiadać na to pytanie. „Kult. Film” próbuje iść w innym kierunku, za co szanuję, ale nie polubiłem się z filmem. Rozczarowanie spore.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zabij to i wyjedź z tego miasta

Animacja dla dorosłych to nie jest coś z czym kojarzy się polskie kino. Jasne, były dzieła Antonisza czy Rybczyńskiego, ale to było dawno temu. Teraz w tym kierunku podąża Mariusz Wilczyński – reżyser o bardzo wyrazistym, pozornie uproszczonym stylu wizualnym. Po realizacji krótkometrażówek i teledysków mamy w końcu pełnometrażowy debiut. Praca nad nim trwała 14 lat, zaś wiele osób użyczających głosów nie dożyło do końca. Efekt jest dość intrygujący.

Trudno tutaj mówić o fabule, bo „Zabij to…” przypomina raczej płynący nurt świadomości. Czas i przestrzeń idą ze sobą, a przeszłość z teraźniejszością zacierają się. Dzieciństwo osadzone w realiach PRL-u wydaje się nie kończyć. Ciągle widać dym z kominów, jest dancing, jeżdżą tramwaje, gdzieś świeci się neon do czegoś, o czym nikt nie pamięta. Można powiedzieć, że jest tu pięknie, pod warunkiem, iż jest się fanem turpizmu. Ale nie tylko świat jest brzydki, lecz także i ludzie, wręcz groteskowi, zdeformowani, brzydcy. Nie ważne, czy jest to Mariuszek (jestem więcej niż pewny, że to sam reżyser) – zarówno jako dziecko, jak i dorosły, myśląca o swoim synu oraz zakupach Jadwiga, umierająca matka Mariuszka, paląca papierosy ekspedientka w sklepie czy para staruszków w pociągu (z czego on ma dziób ptaka). No i jest jeszcze Tadeusz Nalepa – przyjaciel Mariuszka, którego muzyka zostaje wykorzystana, tworząc bardzo specyficzny klimat.

Realizacyjnie jest to zdecydowanie dzieło dla dorosłych. Nie tylko z powodu widocznych genitaliów, ale też paru brutalnych scen. Nie chodzi tu nawet o rzucane bluzgi, lecz bardzo surrealistyczne obrazy. Choćby w scenie, gdzie zamiast ryb zabijani i patroszeni są… ludzie, tylko pomniejszeni, rozmiaru ryb czy choćby kiedy dorosły Mariuszek trafia do łóżeczka jak dziecko, zaś rodzice chcą puścić mu bajkę. Ale nie wszystko idzie zgodnie z planem, co doprowadza do kłótni o przyszłość chłopaka. Jeszcze pojawiają się sceny niemal z „Mistrza i Małgorzaty”, zaś wszystko ma chwytliwe, wyraziste, choć jednocześnie takie urwane. Jakby wszyscy tylko gadali, a nie rozmawiali ze sobą.

Czym jest tytułowe To, które trzeba zabić? Mam pewne podejrzenia, ale reżyser nie daje żadnej odpowiedzi. Film zmusza do skupienia oraz uważnego oglądania, pozwalając na różne interpretacje. I to może być największa frajda dla każdego widza. O ile zaryzykuje i będzie miał otwartą głowę.

7/10

Radosław Ostrowski

Książę i dybuk

Michał Waszyński to jedna z barwniejszych postaci polskiego kina, które swoje największe sukcesy osiągnął w okresie przedwojennym. Urodzony na Ukrainie w rodzinie żydowskiej, zmarł w Rzymie jako arystokrata katolik. Jakim cudem doszło do takiej przemiany? O tym próbuje opowiedzieć dokument duetu Niewiera/Rosołowski.

„Książę i dybuk” zaczyna się od… pogrzebu Waszyńskiego w 1965 roku. Twórcy podążają śladami reżysera, którego życiorysem można obdzielić kilku bohaterów. Żydowski chłopak, który zmienia nazwisko, by zrobić karierę w branży filmowej, ekspresowa praca (kilka, a nawet kilkanaście filmów rocznie), śmierć rodziny, wywóz na Syberię, służba w armii generała Andersa, ślub z bogatą wdową, wreszcie działalność producencka we Włoszech. Działo się dużo, a jednocześnie nie można odnieść wrażenia, że filmowiec zakładał kolejne maski, tworzył kolejne tożsamości, ukrywając swoją prawdziwą twarz. Nie brakuje tutaj bardzo bogatego materiału: od bardzo dużej ilości archiwaliów przez wielu odnalezionych rozmówców. I tutaj robi się jeszcze ciekawiej, bo są zarówno krewni z Izraela, dawni mieszkańcy Kowla, a nawet osoby pracujące na planie ostatniego filmu, przy którym maczał palce Waszyński – „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” w reżyserii Anthony’ego Manna. Każdy z nich pokazuje inne oblicze filmowca: eleganckiego arystokraty, ukrytego homoseksualisty, wędrowca, męża bogatej wdowy czy obrotnego producenta.

Podczas rozmów z każdą osób powstaje bardzo trudny i niejednoznaczny portret. Portret człowieka niejako pozbawionego korzeni, tworzącego swoją własną tożsamość. Ale jednocześnie mocno skrywającego swoje demony, obsesje i pragnienia. Wszystkie one znalazły swoje ujście w nakręconym filmie z 1937 roku – „Dybuku”. To była historia miłosna z opętaniem w tle, przez co można uznać całość za horror w języku jidysz. Ale czy tam należy szukać odpowiedzi? I czy w ogóle można poznać duszę Waszyńskiego? Wszystko to ogląda się jak kryminał, gdzie rozwiązanie trzeba samemu wyłuskać. Zaś podążanie za tajemnicą bywa znacznie ciekawsze niż samo wyjaśnienie. Pociągający, intrygujący, barwny film tak jak jego bohater. Jesteście gotowi go poznać?

8/10

Radosław Ostrowski

25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy

O tej sprawie słyszał każdy, kto oglądał telewizję czy przeglądał Internet. Jakim cudem skazano młodego chłopaka za zbrodnię, której nie popełnił? Mało tego, odsiedział w więzieniu 18 lat zanim został uniewinniony. Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe. Nic dziwnego, że historią Tomka Komendy zainteresowali się filmowcy. Zaskakująco szybko, więc czy to nie jest skok na kasę? Jak z tym materiałem poradził sobie reżyser Jan Holoubek i scenarzysta Andrzej Gołda?

Powiem od razu, że mam mieszane uczucia. Bo sama historia toczy się bardzo skokowo i rozbija się niejako na dwa, a nawet trzy różne tytuły. Pierwszy wątek skupia się na samym bohaterze, który – z powodów niezrozumiałych dla siebie – trafia w tryby wymiaru sprawiedliwości. Sam proces oraz oskarżenie są bardzo ograniczone, nawet nie ma scen sądowych (poza ogłaszaniem wyroków). Także sceny przesłuchań są niewielkie, przez co troszkę traci całość na mocy. Drugi wątek to walka matki o syna i jego uwolnienie. Wręcz czuć tutaj bezsilność, a bardzo silna więź między tymi postaciami są bardzo przekonujące. I to jest wielka zasługą fantastycznych ról Piotra Trojana (Tomek) oraz Agaty Kuleszy (matka). Kiedy oboje pojawiają się na ekranie, ekran jest wręcz rozsadzany i nie da się przejść obojętnie. Jest jeszcze niejako trzeci wątek, pojawiający się najpóźniej w całym filmie. I to jest historia prowadzonego po wielu latach śledztwa przez nowego mieszkańca miejscowości (Remigiusz Korejwo świetnie zagrany przez Dariusza Chojnackiego), gdzie doszło do zbrodni, za którą skazano Komendę. A pretekstem do podjęcia dochodzenia jest kolejna ofiara (tym razem żywa) i odkrywane nieprawidłowości przy poprzednim śledztwie.

Jeśli ktoś spodziewa się, że reżyser wykorzysta historię niewinnie skazanego człowieka do oskarżenia systemu sprawiedliwości, to nie ten adres. Twórcy bardziej interesuje pokazanie człowieka w ekstremalnej sytuacji. Człowieka prostego, troszkę naiwnego zderzonego z brutalnym światem, gdzie najgorzej są traktowani pedofile i dzieciobójcy. Nie brakuje tu znajomych klisz: starszy więzień-mentor, fizyczne znęcanie się, bicie oraz wrogość wszystkich współwięźniów. Zaś strażnicy przymykają na to oko – brzmi znajomo? W tych scenach troszkę brakuje mi napięcia, choć jest kilka zapadających momentów jak pierwsze wejście do aresztu czy komunikowanie się więźniów przez okna po rozmowie Komendy z telewizją. Jednocześnie jest śledztwo, gdzie udaje się wykazać błędy oraz naginanie zasad prawa. Manipulacja dowodami, wymuszenia zeznań, brak przesłuchania kluczowych świadków i jeszcze presja środowiska, by szybko zamknąć sprawę.

„25 lat niewinności” to na pewno film, który nie powstał po to, by „zgarnąć hajs” na głośnej sprawie. Twórcy chcą oddać sprawiedliwość Komendzie oraz pokazać jakie piekło przeżył i jak ciężko było go wyplątać z całej sytuacji. Nawet jeśli nie wszystkie decyzje obsadowe i scenariuszowe mi się podobają (całkowicie zmarnowano talenty Frycza i Bieleni, zaś najciekawsze wątki dotyczące dowodów i procesu zredukowano), trudno przejść wobec tego obojętnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Interior

Filmowcy z naszego podwórka najchętniej obserwują młodych ludzi po 30-tce w kapitalistycznej Polsce. Oboje pochodzą z różnych światów, ale mają więcej wspólnego niż się wydaje. Maciej jest ze Śląska i pracował wykopując węgiel, jednak szef jest mu winien za nadgodzin. Kiedy próba odzyskania kasy kończy się niewypałem, kradnie szefowi jego auto. Z kolei Magda pracuje w urzędzie miasta nadzorując przygotowania do ważnej rocznicy. Jednak zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym zaczyna się wszystko sypać.

Marek Lechki stał się znany jako specjalista od obyczajowych dramatów i psychologicznych portretów młodych ludzi. Tak było z debiutanckim „Moim miastem” oraz „Erratum”. Po 10 latach od tego drugiego filmu powraca. Ale nie jestem przekonany do tego filmu. Nawet nie o to chodzi, że wraca do znajomych tematów. Bo to jest kolejny portret młodych ludzi zderzonych z brutalną rzeczywistością. Korupcja, nieuczciwość oraz bezsensowny upór – z tym mierzy się każde z nich, próbując się odnaleźć w tym całym bałaganie. Dla mnie jednak problem w tym, że scenariusz też jest jednym wielkim bajzlem. Każda z historii toczy się osobno, nie są ze sobą przeplatane i mają różny ciężar. Wszystko to zawiera tyle scen oraz próbuje zarysować tło swoich bohaterów, a także ich znajomych. One jednak wydają się tylko i wyłącznie zapychaczami przez co sens rozmywa się. Scena snu Maćka, o której wcześniej a potem zostaje zobrazowana czy jego rozmowa z dzieciakiem ukrywającym się w kościele – to wszystko wydaje się niepotrzebne. Tak samo jak scena uroczystości odbywająca się we mgle. Czyżby to miało symbolizować zagubienie naszego kraju? A może zagubienie reżysera w trakcie pisania scenariusza? Wszystko nagle się urywa i nawet scena spotkania naszych bohaterów wydaje się pozbawiona mocy, po prostu się dzieje.

Tak naprawdę nie chce mi się pisać o „Interiorze”, choć strasznie żal mi aktorów. Zarówno Piotr Żurawski, jak i Magdalena Popławska w rolach głównych robią, co mogą. Ale Marek Lechki swoim scenariuszem oraz reżyserią podcina im skrzydła, nie daje szansy na pokazanie czegoś więcej. Drugi plan, mimo znajomych twarzy (m.in. pozytywnie zaskakujący Tomasz Sapryk), w zasadzie rozmywa się. Wielka szkoda.

Tytuł sugeruje pokazanie wnętrza głównym bohaterom. Ale okazuje się ono wypchane czymś tak pustym, że po wyjęciu nie byłoby żadnej różnicy. Sztuczny, przeciętny snuj nie wiadomo dokąd zmierzający. 10 lat przerwy nie przysłużyło się reżyserowi, przez co stracił wiele sił.

5/10

Radosław Ostrowski

W lesie dziś nie zaśnie nikt

Pierwszy polski horror – tak reklamowano najnowszy film Bartosza M. Kowalskiego, który ostatecznie trafił na Netflixa. Marketingowcy troszkę minęli się z prawdą (w Polsce pierwszym horrorem był „Dybuk” Michała Waszyńskiego z 1937 roku), chyba że mówimy tutaj o pierwszym polskim slasherze. To wtedy tak – to już bliżej prawdy. Czy warto sięgnąć po „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, czy lepiej sięgnąć po polską komedię romantyczną? Bo jest bardziej przerażająca niż śmieszna.

Punkt wyjścia jest tutaj prosty: mamy grupę nastolatków trafiającą do obozu offline. Z dala od Internetu, telefonów komórkowych mają przejść coś jakby obóz survivalowy. Wiecie, składanie namiotów, zbieranie jedzonka i takie tam. Skupiamy się na piątce z nich oraz ich opiekunce, co niejeden obóz przeżyła. Jednak na to, co czeka ich w lesie, nie można być przygotowanym. No i są bardzo duże szanse, że nie wszyscy z tego wyjdą cało.

Widać, że reżyser niejeden slasher widział i wie, jak to wszystko ma działać. Jednocześnie wie, że nie może za bardzo trzymać się tych szablonów, bo dziś strachu to nie wywołuje. Zbyt wiele już widzieliśmy, znamy te klocki oraz tricki, więc wyjścia są dwa. Albo ubrać to wszystko w nawias i polać humorem jak w „Krzyku” czy „Domu w głębi lasu”, albo zalać wszystko wiadrami krwi, rzeźnią oraz posoką. Kowalski idzie gdzieś tak pośrodku tymi ścieżkami. Jest to samoświadomy slasher, gdzie oblewa to żartem, zna reguły gry (wypowiadane są przez jednego z bohaterów – nerda Julka) oraz szablonowe postacie: twarda laska z mroczną przeszłością, wysportowany chłopak, nerd, puszczalska blondynka. Las wygląda pięknie i imponująco, co jest pewną niespodzianką. Bohaterowie niby są znani, a jednak niektórzy mnie obchodzili. To drugie zaskoczenie, choć jest tutaj parę wad.

Po pierwsze, tempo czasem szwankuje. Gwałtownie przyspiesza, by równie szybko się zatrzymać. I nie zawsze można zaangażować się w tą historię. Po drugie, jest to przewidywalne jak cholera, a ludziom podczas zagrożenia IQ spada na łeb na szyję. Ale tego po gatunku należało się spodziewać. To tak jakby się czepiać, że w komedii jest dużo żartów. Chociaż nie wszystkie trafiają w punkt (ostatnia scena). No i jeszcze chciałoby się dać więcej czasu kilku postaciom pobocznym (komendant obozu, smolarz, ksiądz, policjant). Ale zakończenie w pełni satysfakcjonuje i daje obietnicę na ciąg dalszy.

Jeszcze bardziej dziwi, że jest tutaj co grać. Zarówno cała ta młoda ekipa z Julią Wieniawą oraz Wiktorią Gąsiewską na czele wypadają dobrze. Mają też troszkę zarysowaną przeszłość, więc ich los potrafi zaangażować. Z doświadczonej ekipy najbardziej zaskakiwał Mirosław Zbrojewicz (smolarz) oraz Piotr Cyrwus (ksiądz) w innej roli niż zwykle. No i niezapomniany epizod Wojciecha Mecwaldowskiego jako komendanta obozu – tak nakręcony oraz pełen energii, że głowa mała. Szkoda, że potem znika.

Jest to dla mnie pewna niespodzianka, bo mimo znajomych tropów oraz szablonów „W lesie dziś…” to bardzo porządny, kompetentny slasher. Aż dziwne, że do tej pory nikt nie spróbował tego gatunku. Pozostaje mieć nadzieję, że pojawią się naśladowcy, idąc krok dalej, czego sobie życzę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Żelazny most

Punkt wyjścia wydaje się prosty jak konstrukcja cepa. Mamy młodych małżonków (Magda i Oskar) oraz ich dawno niewidzianego przyjaciela (Kacper). Żona nie bardzo ma co robić w domu, Oskar jest górnikiem, zaś Kacper to kierownik. Kiedy ich poznajemy dochodzi do eksplozji – dosłownie. Gdzieś w dalekiej części kopalni doszło do zawalenia. Tam przebywał Oskar, a Magdę o wszystkim powiadamia Kacper. Jednak podskórnie czujemy, że między tą trójką zaszło coś poważnego.

Pozornie debiut Moniki Jordan-Młodziakowskiej porusza temat jaki już widzieliśmy mnóstwo razy: niewierność w związku. Dwutorowa narracja wydaje się początkowo czymś atrakcyjnym, bo jesteśmy rzuceni w środek, a potem cofamy się. Odkrywamy jak się zaczął romans (i to jest strasznie banalne), ale bardziej reżyserkę interesują reperkusje zdrady. Oboje zaczynają się miotać oraz obawiać się konsekwencji tego, że sprawa może się wydać. I że kochanek zamiast być w pracy bzykał żonę najlepszego kumpla. Pierwsza połowa filmu wali wręcz kliszami jak tylko się da. Pozornie trójka naszych bohaterów wydaje się pozornie szablonowa (mąż do tańca i różańca, przyjaciel okazujący się skurwysynem, żona niby szczęśliwa, ale nie do końca), jednak dla mnie najciekawsze było coś innego.

Skupienie się na pracy w kopalni to nie jest coś, co widzimy często na naszym podwórku. Oszczędnie pokazano tutaj strach i obawę, że każde zejście może być tym ostatnim. W tych momentach udaje się odzyskać zbudowane wcześniej napięcie. Fragmenty te miejscami przypominały takie filmy jak „Winni”, choć nie jest to ten poziom. Ale co najbardziej mnie uderzyło to zakończenie – bardzo oszczędne i jednocześnie brutalne. A ostatni kadr zostanie w pamięci na długo, choć sama realizacja bardziej przypomina produkcję telewizyjną. I nie brzmi to zbyt dobrze.

Sytuację próbują wyciągnąć aktorzy, choć najlepiej z tego grona wypada wyciszony Łukasz Simlat oraz przebijający się w drugiej połowie Andrzej Konopka jako szef ekipy ratunkowej. Z kolei Bartłomiej Topa (szef) trzyma swój poziom, ale Julia Kijowska dla mnie była najsłabszym ogniwem. Nie wierzyłem w jej postać kompletnie, a romans wydawał mi się pokazany zbyt szybko i dla mnie było to niezrozumiałe. Szkoda, bo to mocno ciągnie całość w dół.

Debiut straconej szansy, z bardzo nierównym tempem – tak można opisać „Żelazny most”. Jest w tej twórczyni pewien potencjał, ale został rozdrobniony paroma nietrafionymi decyzjami. Mam jednak nadzieję, że pani reżyser szybko się uczy, a następne filmy zrobią na mnie większe wrażenie.

6/10

Radosław Ostrowski

Wszystko dla mojej matki

Wydaje się, że to będzie kolejny film o Polsce – brudnej, nieprzyjemnej, przesiąkniętej złem, patologią, odrzuceniem i bezradnością. Ale czy może być inaczej, skoro bohaterką jest dziewczyna z poprawczaka? Ola ma 17 lat i została odebrana matce, byłej biegaczce. Trafiła do poprawczaka po wielu ucieczkach z domu dziecka w Olsztynie oraz kradzieżach. Tylko chęć powrotu do matki jest jedyną rzeczą, która trzyma ją przy życiu. Tak jak jej koleżanki, m.in. morderczynię oraz ciężarną. Dlatego Ola biega, trenuje i ma szansę na wygranie ważnych zawodów. Ale czy dziewczyna da radę?

Małgorzata Imielska do tej pory realizowała filmy dokumentalne oraz spektakle Teatru Telewizji. W końcu postanowiła sięgnąć po fabułę. „Wszystko dla mojej matki” ma w sobie dokumentalny sznyt oraz opowiada o młodych dziewczynach. Osoba wykluczonych ze społeczeństwa, ale w poprawczaku jak na Łazarskim rejonie: nie jest kolorowo. Przemoc, narkotyki, alkohol, nadzieja umiera szybciej niż szansa na powrót do normalności. Dyrektorka wydaje się być osobą, która chce mieć tylko święty spokój i nie obchodzi jej nic, zaś na każdą prośbę czy głębszą rozmowę mówi: „Nie chce o tym słyszeć” albo „Nie mam na to siły”. Można powiedzieć, że dziewuchy są niejako zdane same na siebie, pozbawione głosu, szansy. Desperacko trzymają się jednego: że w końcu zobaczą matkę. Tą osobę, która puściła je na ten świat, a potem… no właśnie. Zniknęły z różnych powodów: czy to przez więzienie, toksyczne relacje z mężczyznami czy szeroko rozumiane nieudane życie. Nawet kiedy pojawia się nadzieja dla dziewczyny w postaci wzięcia do siebie na miesiąc do rodziny, co mieszka w okolicy dawnego adresu. Ale nadzieja przynosi tylko rozczarowania, a tamtego czasu nie da się odzyskać.

I wtedy dzieje się coś dziwnego. Pozbawiana nadzieja oraz zderzenie z rzeczywistością zamiast osłabić staje się siłą. Reżyserka nie osądza swoich postaci, nie bawi się w publicystykę, tylko obserwuje i próbuje zrozumieć. Nie bojąc pokazać się tej ciemnej strony systemu, gdzie osoby odrzucone nie mają żadnego głosu. Bo „tu trzeba krzyczeć” i reagować, inaczej może skończyć się to tragedią jak w scenach tuż przed finałem. Nie mniej jest w tym nieprzyjemnym świecie pewien cieć – niewielki, ale jednak – nadziei. Nie jest ona fałszywa, lecz może dać szansę na zbudowanie siebie od nowa. Czy jednak dziewczyny będą mogły z tego skorzystać?

Realizm tej historii dopełniają oszczędne, ale naturalne dialogi, dokumentalna realizacja (wyciszone kolory, naturalne światło, kamera niemal w ruchu) oraz delikatna muzyka Włodka Pawlika. To wszystko by nie zagrało, gdyby nie młoda krew i nieopatrzone aktorki w głównych rolach. Absolutnie cudowna jest Zofia Domalik w roli Oli. Odpowiednio balansuje między smutkiem, nadzieją, gniewem, zaś jej los porusza. Nie stosuje szantażu i przez większość jest wyciszona, pokazująca wiele oczami i mową ciała. Reszta, nawet nie mając wiele czasu, tworzy wyraziste postacie. Z tego grona najbardziej zapadła mi pamięć Maria Sobocińska (niemal ostra Agnes) i Malwina Laska (bardzo wrażliwa Mania). Nie brakuje też na dalszym planie znanych twarzy pokroju Jowity Budnik (Irena), Adama Cywki (Andrzej), Małgorzaty Buczkowskiej (Agata, przyjaciółka matki) czy Dobromira Dymeckiego (trener Tomek), jednak nie wybijają nas z rytmu oraz formy.

Imielska w swoim debiucie łączy sprzeczne elementy: wrażliwość z brutalnością, nadzieję z beznadzieją, smutek z radością. Nie jest to jednak depresyjne kino społeczne jakie znany z lat 90. czy początku XXI wieku, ale nie jest też naiwnym, publicystycznym, zero-jedynkowym dramatem. Porusza, angażuje oraz potrafi zmotywować do walki ze światem.

7/10

Radosław Ostrowski

Szarlatan

Czy słyszeliście o Janie Mikolasku? Ja też nie, a jest to zaskakująco barwna postać. Syn ogrodnika, znający się na ziołach, wyczuł dość specyficzny talent. Po spojrzeniu na człowieka wiedział, kiedy on umrze. Dlatego po służbie w armii c.k. decydował się leczyć uczyć oraz podjąć naukę u znachorki, pani Muhlbacherowej. Ale kiedy go poznajemy, jest rok 1957 i umiera jeden z pacjentów uzdrowiciela – prezydenta Zapotockiego. Mikolaskiem zaczyna interesować się bezpieka, co kończy się aresztowaniem i oskarżeniem o zabójstwo.

O historii tego człowieka postanowili opowiedzieć scenarzysta Marek Epstein oraz reżyserka Agnieszka Holland. Przygotowania do procesu są dla twórców do przedstawienia postaci, która jest – w przeciwieństwie do choćby „Obywatela Jonesa” – bardziej złożona niż się wydaje. Dwutorowa narracja wciąga, pokazując przeszłość bohatera (epizod wojenny, praca w ogrodzie, nauka u zielarki, w końcu kupno rezydencji oraz praktyka) i komunistyczną teraźniejszość. Ta nie znosi niekonwencjonalnej medycyny, dużego majątku oskarżonego oraz jego współpracy z nazistami. A tak, bo nasz bohater może i chciał leczyć ludzi, lecz nie był kryształowym bohaterem i ofiarą systemu. Uzdolniony, empatyczny znachor nie zawsze był w stanie każdemu pomóc (wtedy odsyłał do lekarza) bywał też narcyzem z manią wielkości, uparcie dąży do celu, konformistą oraz ukrytym homoseksualistą, za co wtedy były represje. I to właśnie ta relacja z asystentem dodaje kolorytu tej dość konwencjonalnie poprowadzonej historii.

To, co wyróżnia „Szarlatana” to także świetna warstwa realizacyjna. Każdy okres jest inaczej pokazany wizualnie. Szaro-bure więzienie skontrastowane są z zarówno barwnym czasem młodości. Wtedy kolory są bardzo nasycone, zdjęcia Martina Strby zachwycają oczy. Jednocześnie jest to bardzo przyziemne, z kilkoma bardzo mocnymi scenami (wtargnięcie bezpieki, „test” w Gestapo czy wykonanie wyroku śmierci podczas wojny). Troszkę zakończenie może rozczarować, tak jak brak informacji o dalszych losach Mikolaska. Nawet nie poznajemy wyroku procesu, co mnie zdziwiło.

Ale to wszystko nic w porównaniu z absolutnie rewelacyjną rolą Ivana Trojana. Dzięki niemu Mikolasek jest bardzo fascynująca postacią, pełną niejednoznaczności, jednocześnie jest to bardzo wyciszona, zniuansowane, subtelnie poprowadzona kreacja. Jego młodsze wcielenie gra Piotr Trojan, czyli syn Ivana, a przejście między tymi aktorami nie wywołuje zgrzytu. Jednak zaskoczeniem jest Juraj Loj jako Frantisek Palko, czyli asystent Mikolaska. Równie interesująca kreacja, pokazująca trudną relację między panami: od fascynacji po toksyczne uzależnienie oraz podporządkowanie. Tą dynamikę aktor potrafi sprzedać choćby w ostatniej scenie, tworząc równie ciekawą postać.

Jestem kompletnie porażony tym, ile udało się Agnieszce Holland wycisnąć z tego filmu. „Szarlatan” to mocny, udany oraz miejscami poruszający film z magnetyzującą główną rolą. Reżyserka wraca tutaj do formy i tworzy swój najlepszy film w XXI wieku. Nie spodziewałem się, że to kiedyś powiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski