W odwiedzinach u pana Rogersa

O tym, że Fred Rogers jest ważną postacią dla amerykańskiej telewizji mówiłem już przy okazji filmu „Cóż za piękny dzień” z Tomem Hanksem w roli najsłynniejszego telewizyjnego sąsiada. Jednej nie jest to jedyna produkcja, która próbuje zrozumieć fenomen pana Rogersa. Otóż w 2018 roku reżyser Morgan Neville postanowił opowiedzieć o tej postaci w swoim filmie dokumentalnym.

pan rogers2

Z jednej strony wydaje się to dość dobrym wyborem, bo materiałów o Rogersie jest od zatrzęsienia. Ale z drugiej to jest postać wydawałoby się kryształowa i bardzo niewdzięczna do zaprezentowania. Ciężko uwierzyć w istnienie takich postaci pełnych dobra, empatii. Tacy ludzie wydają się zbyt dobrzy i mogą istnieć jedynie w telewizji. Że ten cały pan Rogers to był tylko medialny wizerunek. Na szczęście reżyser próbuje głębiej poznać Rogersa, a nie bawić się w stawianie pomników czy tworzenie laurki. Część rzeczy już wiedziałem z filmu fabularnego (pływanie, moment zawieszenia realizacji nowych odcinków), ale dowiedziałem się kilku nowych rzeczy. O początkach pracy w telewizji, nauce w… seminarium (tak, Rogers był pastorem) oraz powstaniu programu dla dorosłych, a także dlaczego wrócił do realizacji programu „Mister Rogers’ Neighbourhood”. I to wszystko tworzy portret człowieka, który dostrzegł w telewizji miejsce do szerzenia dobra oraz by tłumaczyć dzieciom ich świat. Jednocześnie traktował swoich rozmówców bardzo poważnie, nie bał się dotykać poważnych tematów jak rozwód, żałoba czy tolerancja.

pan rogers1

Wszystko opowiedziane jest w klasycznej formie, czyli „gadające głowy” przeplatane z materiałami archiwalnymi. Ale nie jest to w żaden sposób nudne czy nieangażujące. Pod tym względem najważniejsze były fragmenty, gdzie poznajemy Rogersa podczas pracy. Jak opowiadają o nim współpracownicy oraz przede wszystkim żona, dzięki czemu Rogers staje się człowiekiem. Ujął mnie szczególnie chwila, gdy pani Rogers czyta list męża, pełnego wątpliwości w kwestii powrotu do realizacji programów. Albo kiedy pojawiły się kontrowersje związane z przesłaniem, że każde dziecko jest wyjątkowe, co wywołuje ostre reakcje rodziców. Bo skoro każde dziecko uzna się za wyjątkowe, nie musi się już o nic starać. Ale to nie do końca o to chodziło, co zostaje wyjaśnione, choć sama kontrowersja wydawała mi się dziwna.

pan rogers3

„W odwiedzinach u pana Rogersa” będzie świetnym suplementem razem z filmem Marielle Heller dla osób chcących bliżej poznać tą postać. Osoby, której troszkę dzisiaj brakuje w czasach nienawiści, podejrzliwości i wrogości. Byłem poruszony i to jeszcze będzie u mnie siedzieć.

8/10

Radosław Ostrowski

Dżentelmeni

Mickey Pearson to jest prawdziwy dżentelman z krwi i kości, choć pochodzi z USA. Jednak to w Wielkiej Brytanii działa jako biznesmen, wspierający różne fundacje oraz działalność charytatywną. Prawdziwym bogactwem naszego Jankesa jest Królowa Marysieńka, którą sprzedaje w ilościach hurtowych. Ale problem w tym, że Mickey już chciałby się wycofać i sprzedać swój złoty interes. Kiedy znalazł się kupiec i oferta wydała się być zaklepana, nagle wszystko zaczęło się sypać. Ktoś się włamał do jednej z plantacji, pojawia się kolejny chętny do kupna, a jakby tego było mało, okazję w tym widzi pewien dziennikarz zajmujący się odnajdywaniem brudów.

dżentelmeni1

Guy Ritchie po flircie z Hollywoodem (głównie przynoszącym komercyjne rozczarowanie) postanowił wrócić na stare śmieci. W tym przypadku oznacza to londyński półświatek, gdzie nie brakuje wyrazistych bohaterów. Niby są to dżentelmeni i potrafią się elegancko wysłowić, a nawet zapraszani są na imprezy organizowane przez wyższe sfery. Ale kiedy mowa o interesach, to wszystkie chwyty są dozwolone, a zobowiązania przestają mieć znaczenie. Wszyscy zachowują się jak rekiny na zapach krwi. Przewodnikiem po tym bezwzględnym świecie jest niejaki Fletcher – dziennikarz śledczy, który zostaje zatrudniony przez wydawcę tabloidu do śledzenia oraz znalezienia brudów na Pearsona. Pismak jest też wielkim pasjonata kina i całą opowieść ubrał w formę scenariusza. Dlatego wiele rzeczy zostaje podkoloryzowanych, by zdynamizować akcję, a to pozwala reżyserowi na robienie najlepszych rzeczy: zabawę formą, chronologią oraz wodzeniu za nos.

dżentelmeni2

Ritchie serwuje całość dialogami bardzo w jego stylu i niepozbawionym bardzo smolistego poczucia humoru. Obrywa się tu wszystkim: mniejszością etnicznym („Chińczycy aktualizują się szybciej niż jebane iPhony”), raperom, próżniaczej arystokracji, młodzieży czy dziennikarzom, próbującym wejść do high-life’u. Każdy z nich jest przekonany o swoim sprycie, chce wykorzystać okazję na wzbogaceniu się i myśli, że jest nietykalny. Ale wielu się pomyli w tym temacie. Może i reżyser nie szaleje tak bardzo jak w „Królu Arturze”, ale i tak ma kilka szalonych pomysłów jak napad na plantację marihuany w formie… hip-hopowego teledysku czy użycia piosenek (grane na żywych instrumentach „Shimmy Shimmy Ya”). A finał był dla mnie bardzo satysfakcjonujący.

dżentelmeni3

Jedyne do czego mógłbym się przyczepić, ale to już tak na siłę, to dość wolne tempo oraz (celowo) chaotyczny początek. Z czasem to wszystko zaczyna łapać swój rytm, a nadmiar postaci tylko na początku wywołuje dezorientację. I dla mnie troszkę narracja oraz kilka scen przypominały mi troszkę zapomniany klasyk brytyjskiego kina gangsterskiego, czyli „Długi Wielki Piątek”. Od razu ostrzegam: nie jest to plagiat.

dżentelmeni4

A aktorsko to jest prawdziwa znakomitość jaką można się po Ritchiem spodziewać. Do wielkiej formy wraca Matthew McConaughey jako Mickey Pearson. Niby spokojny, opanowany pan w średnim wieku z umysłem szachisty. Ale kiedy ktoś mu nadepnie na odcisk, budzi się w nim bestia i nie boi się brudzić rąk. To z jakim spokojem oraz elegancją zapodaje dialogi czyni tą postać elektryzująca. Równie wyborny jest Charlie Hunnam jako prawa ręka mafioza, Raymond. Jemu to Fletcher opowiada swoją historię, zaś aktor tworzy swoją najlepszą kreację w swojej karierze. Bardzo ostry, bezwzględny, choć też opanowany gangster z głęboką wiarą oraz wstrętem do narkomanów. Ale tak naprawdę film kradną dwie rewelacyjne kreacje. Po pierwsze, Colin Farrell w drobnej rólce Trenera, potwierdzający swój wielki talent komediowy (scena w restauracji). Po drugie, Hugh Grant jako Fletcher, który jest wypadkową śliskiego cwaniaka, elokwentnego detektywa i pasjonującego gawędziarza. Ten facet ostatnimi laty pokazuje, że ma o wiele szerszy wachlarz umiejętności niż nam się to wydawało.

Jeśli ktoś się obawiał, że Guy Ritchie ostatnio miał stępione pazurki i nie mógł w pełni zaprezentować swoich umiejętności, „Gentlemeni” rozwieją je od pierwszych minut. Gangsterski klimat okraszony brytyjskim poczuciem humoru, galerią wyrazistych postaci oraz pomysłowo poprowadzoną intrygą. Wielki powrót na stare śmieci. Pytanie tylko na jak długo?

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Do wszystkich chłopców, których kochałam

Z Netflixem to bywa różnie, bo ich biblioteka jest niczym pudełko czekoladek. Nigdy nie wiadomo, na co można trafić. Przynajmniej tak twierdził pewien klasyk. I choć ten streamingowy gigant działa od kilku lat, pojawiło się parę wartych uwagi tytułów (głównie seriale) oraz kilka filmów mający potencjał zapisać się złotymi zgłoskami. Jest też taki młodzieżowy romans, który wśród swoich odbiorców wywołał ogromny ferment.

do wszystkich chlopakow1-1

Sam punkt filmu opartego na powieści Jenny Han wydaje się bardzo prosty. Bohaterką (i narratorką) jest 16-letnia Lara Jean Covey, która – no cóż – to taka klasyczna szara myszka, żyjąca w swoim świecie. Jest średnią siostrą z rodzeństwa, bo starsza wyrusza na studia, a młodsza jeszcze chodzi do podstawówki, zaś całym rodzeństwem zajmuje się ojciec-ginekolog. Nastolatka ma pewien problem z wyrażaniem swoich uczuć i emocji, zwłaszcza dla przedstawicieli płci brzydszej. By sobie z tym poradzić, nasza romantyczka pisze do nich listy, nie wysyłając ich. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, iż ta ukryta korespondencja… znika bez śladu. I to wywołuje poważne komplikacje, doprowadzając do perturbacji w życiu uczuciowym. Żeby uniknąć potencjalnych ataków, dziewczyna decyduje się na oszustwo w postaci udawania bycia w związku. Wspólnikiem w zbrodni staje się bardzo popularny sportowiec Peter Kavinsky, którego rzuciła dziewczyna i w ten sposób widzi szansę na odzyskanie jej. Plany jednak mają to do siebie, że lubią się komplikować.

do wszystkich chlopakow1-2

„Do wszystkich chłopców…” idzie torami oraz schematami bardzo znajomymi. Już sam początek wydaje się kiczowaty jak z jakiegoś romansidła, jednak zostaje to przełamane (okazuje się, że nasza bohaterka czytała książkę i zostało to zwizualizowane). Udaje się reżyserce bardzo balansować między poważnymi „dramatami” wieku nastoletniego i przełamuje to humorystycznym akcentem. Zaskoczeń nie ma, bo i przeszkody są znajome (była dziewczyna o imieniu Gen, trzymanie wszystkiego w tajemnicy, chłopak siostry – jeden z adresatów), jak i przebieg historii jest dość oczywisty.

do wszystkich chlopakow1-3

Więc jak wzbudzić sympatię podczas seansu? Nakreślić bohaterów, których da się polubić i zbudować wiarygodne relacje między nimi. Widać tutaj silną więź Lary z siostrami, choć ta najstarsza znika dość szybko. Taki jest też ojciec, który próbuje sobie radzić z wychowaniem córek i czasem potrafi strzelić gafę (scena rozmowy z Larą w samochodzie przed wyjazdem). Dla mnie jednak film kradła najmłodsza siostra, zdolna do złośliwego komentarza. Także sama relacja między wycofaną Larą a pewnym siebie Peterem ma w sobie wiele uroku, zaś zderzenie tych charakterów daje kilka zabawnych dialogów. I wizualnie wygląda to po prostu ładnie, z ciepłymi, lekko pastelowymi kolorami jest bardzo przyjemne dla oka.

Zagrane jest to porządnie, bez poczucia żenady i irytacji, a mało znani aktorzy mają szansę na wykazanie się. Trudno tu kogokolwiek wyróżnić, a każda z postaci ma swoje pięć minut. A jak sam film? To niezłe kino, które będzie idealnie pasować do swoich adresatów. Choć okres nastolatkiem mam już dawno za sobą, to całkiem przyjemnie spędziłem czas przy tym tytule.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Czarny Mercedes

Rok 1942, okupowana przez Niemców Warszawa. Tutaj zostaje zamordowana żona pewnego znanego i cenionego adwokata, Karola Holzera. Nic nie zostało skradzione, a potencjalny świadek/sprawca, czyli gosposia znika bez śladu. Śledztwo prowadzi oficer granatowej policji, nadkomisarz Rafał Król, który jest także członkiem AK. Nieoczekiwanie do sprawy włącza się radca kryminalny Enrst Kluge, a dochodzenie prowadzi do dość niebezpiecznych torów. Przynajmniej tak założyli sobie twórcy.

czarny mercedes1

Janusz Majewski to jeden z weteranów kina, który także posiada talent literacki. „Czarny Mercedes” to adaptacja jego własnej powieści kryminalnej, bardzo ciepło odebranej przez czytelników. Przeniesienie tego dzieła na ekran kinowy wydawało się kwestią czasu. Sama koncepcja była bardzo interesująca: morderstwo w czasach okupacji dawało spore pole do popisu. Bo czego tu nie ma: ukrywanie Żydów, znajdujące się w getcie ekskluzywne lokale dla bogaczy, ukrywający swój homoseksualizm oficer SS, konspiracja, tłumione namiętności oraz ukrywane tajemnice. Problem jednak w tym, że reżyserowi – w co bardzo ciężko mi było uwierzyć – nie udaje się ani zaangażować, ani wciągnąć w swoją opowieść. Wątki są bardzo szybko urywane i wraca się do nich w sposób absolutnie chaotyczny (kwestia chłopaka ofiary, który próbuje do niej dotrzeć i próbuje na własną rękę dopaść sprawcę czy nielegalna działalność mecenasa) albo prowadzą donikąd (wizyta w Cafe Muza). To drugie jeszcze samo w sobie nie jest złe, bo niejako o to w kryminale chodzi. Jednak pojawia się tutaj kilka scen, które sprawiają wrażenie zapychaczy (Aneta stojąca nago przed lustrem, relacja Maxa z przyjacielem Egonem czy wątek konspiracji) i można było z nich spokojnie zrezygnować.

czarny mercedes2

Jeszcze większym problemem była realizacja, która jest bardzo nierówna. Z jednej strony starano się zachować klimat lat 40., co widać w scenografii (szyldy na sklepach) czy kostiumach. Z drugiej większości akcji toczy się w przyciemnionych pokojach, gdzie widać głównie twarze oraz sylwetki postaci. Przez co całość sprawia wrażenie produkcji telewizyjnej i z o wiele mniejszym budżetem niż jest naprawdę. O napięciu też można w sumie zapomnieć, bo historia jest bardzo przewidywalna i szybko odkryłem kto stoi za tym wszystkim. Te niby momenty montażowych cięć przed istotnym wydarzeniem wcale nie pomagają tego zatuszować.

czarny mercedes3

Aktorsko też nie za bardzo jest pole do popisu, bo postacie nie są zbyt dobrze zarysowane, brzmią sztucznie i sprawiają wrażenie kukiełek pozbawionych jakiegokolwiek charakteru. Choć aktorzy starają się jak mogą, rzadko komu udaje się wypaść wiarygodnie. Z całej obsady najlepiej wypada drobny epizod Andrzeja Seweryna w roli hrabiego-erotomana. Postać ta dodaje odrobinę humoru i jest najbardziej kolorowa w tym całym towarzystwie. Solidnie jeszcze prezentuje się Andrzej Zieliński w roli Króla – ma w sobie coś, co pasowałoby do roli klasycznego, doświadczonego detektywa. Za to Bogusław Linda jako jego niemiecki kolega z pracy wypada dość dziwacznie. I nie chodzi o małą obecność na ekranie, ale podczas jego dialogów w języku niemieckim słychać, że mówi nie swoim głosem. Ta podmiana wypada sztucznie i przyprawia o wielki ból uszu. Jeszcze można zawiesić oko na Marii Dęskiej (Krystyna/Aneta), która jest magnetyzująca, ale to za mało.

czarny mercedes4

Niestety, ale Majewski przenosząc na ekran swoją powieść rozczarował okrutne. Tak barwny i bogaty świat nie udało się ożywić na taśmie, zaś intryga kompletnie nie angażuje oraz pozbawiona jest napięcia. Jeśli chcecie wejść w ten świat, zdecydowanie lepiej zostać z powieścią.

4/10

Radosław Ostrowski

Ukryta gra

Październik 1962 roku był dość gorący, bo świat stanął na krawędzi III wojny światowej. Sowieci przesyłali na Kubę statkami części do broni nuklearnej, gdzie miały być odpalone z tamtejszych instalacji rakietowych. Zagrożenie to jednak zostało powstrzymanie dzięki blokadzie przez USA oraz ustąpieniu Chruszczowa z obranej ścieżki. Bluff się nie udał, jednak cała ta sytuacja to tylko tło do tego filmu.

Bohaterem „Ukrytej gry” jest Joshua Mansky, profesor matematyki z umysłem działającym niczym najszybszy Internet na świecie. Tylko, żeby jakoś w tym świecie funkcjonować znieczula się alkoholem, by zwolnić tempo. Oprócz tego lubi grywać w karty dla pieniędzy, dzięki czemu żyję. Jednak pewnej nocy w knajpie pojawia się kobieta z propozycją, ale mężczyzna odmawia. I to był błąd, bo kobiecie się nie odmawia, zwłaszcza pracującej dla CIA. Matematyk ma dość proste zadanie uczestnictwa w szachowym pojedynku z radzieckim arcymistrzem w… Pałacu Kultury i Nauki. Pierwotny szachista, który miał odbyć pojedynek zmarł w niejasnych okolicznościach, a rozgrywać ma trwać 5 pojedynków. Tylko, że Mansky nie wie, iż całe to przedsięwzięcie ma swoje drugie dno.

ukryta gra1

Czego jak czego, ale u nas szpiegowskich filmów nie robi się zbyt często. Zwłaszcza w tzw. amerykańskim stylu, czyli na bogato, z budżetem, gwiazdorską obsadą (nie tylko z Polski) oraz wciągającą intrygą. Zadania tego podjął się debiutujący reżyser Łukasz Kośmicki, choć nie jest postać anonimowa w branży filmowej. W latach 90. był bardzo cenionym autorem zdjęć, później założył firmę realizującą reklamy, a ostatnim głośnym tytułem z jego udziałem był „Dom zły”, do który współtworzył scenariusz. Jednak reżyserowanie i tworzenie zdjęć to dwie kompletnie różne sprawy.

ukryta gra3

Muszę przyznać, że „Ukryta gra” wciąga, choć pozornie rozgrywka szachowa wydaje się być mało filmowa do pokazania. Poza tym film szpiegowski nie powinien mieć łatwej historii, by móc bardziej trzymać w napięciu, ale też nie może być zbyt skomplikowany, aby nie zanudzić. Reżyserowi udaje się zachować balans między rozgrywką szachową a rozgrywką wywiadowczą, gdzie nie końca wiadomo komu można zaufać, kto dla kogo naprawdę pracuje. Jednocześnie udaje się zachować klimat realiów lat 60., pokazany z perspektywy obcego człowieka. Niby jest przyjaźnie i gościnnie, ale Wielki Brat wszystko słyszy i ma swoich ludzi. A żeby osiągnąć sukces (także propagandowy) jest w stanie posunąć się do wszystkiego. Wszystko jest bardzo starannie wyegzekwowane (scena pierwszego pojedynku to montażowy majstersztyk), nie brakuje dowcipnych dialogów, pomagającej w budowaniu suspensu muzyki Łukasza Targosza oraz stylowych zdjęć Pawła Edelmana.

ukryta gra2

Jednak prawdziwym bohaterem tego filmu jest Pałac Kultury i Nauki. I nie chodzi tylko o swoje gabaryty, ale też sieć korytarzy oraz tajemnych przejść, które odegrają istotną rolę w drugiej połowie filmu. W zasadzie nie ma jakiejś poważnych wad, może poza prostym podziałem na dobrych Amerykanów i złych Ruskich, niemniej pojawia się kilka odcieni szarości. Nawet chwile patosu są przeładowane ironią i cynizmem, pokazując bezradność jednostki wobec systemu. Bez względu na ustrój i przekonania polityczne, co jest małym plusikiem. Tak samo jak bardzo gorzki epilog tego filmu, gdzie wydawałoby się, że zagrożenie nuklearne to przeszłość.

ukryta gra4

Międzynarodowa obsada robi bardzo dobrą robotę. Klasę potwierdza Bill Pullman w roli wycofanego matematyka Mansky’ego, który próbuje odnaleźć się w całej tej plątaninie. Nie mówi wiele, uważnie obserwuje i szybko wyciąga sensowne wnioski. Jednak jego najlepsze momenty są wtedy, kiedy próbuje opanować się w nerwowych sytuacja jak podczas kluczowego wydarzenia w toalecie, podczas gry. W samych oczach widać gotujące się emocje czy w sposobie chodzenia. Równie świetny jest Aleksiej Serebriakow jako generał Krutow, szef kontrwywiadu. Bardzo opanowany, pewny siebie, zawsze mówiący spokojnym głosem. Innymi słowy nie jest to przerysowany czarny charakter, ale rasowy szachista, próbujący przewidzieć działanie na kilka ruchów do przodu. Takich antagonistów pamięta się długo. Dla mnie jednak film ukradli Robert Więckiewicz oraz Wojciech Mecwaldowski. Pierwszy jako dyrektor PKiN-u tworzy postać naznaczoną przeszłością i nieufnego wobec nowych panów Polski. Dlatego łatwo nawiązuje więź z Mansky’m, stając się w jakimś sensie przyjacielem. Z kolei Mecwaldowski w epizodzie jako konferansjer zapada w pamięć swoim sposobem mówienia oraz wyglądem.

Byłem zaintrygowany zwiastunem, a dostałem naprawdę dobrze zrobiony film z intrygą bardzo dokładnie przygotowaną. Historia wciąga, realizacja jest porządna, a aktorstwo z wysokiej półki. Innymi słowy jest to, czego w kinie gatunkowym potrzeba i czego szukam.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Legiony

Kolejna wielka polska produkcja historyczna, która nikogo nie obeszła. Tym razem za kamerą stanął niedoświadczony z tego typu materią Dariusz Gajewski, zaś za scenariusz odpowiadali goście od „Smoleńska”. Już samo to zapowiadało wielką katastrofę, której nic nie byłoby w stanie uratować. Ale efekt końcowy był dla mnie sporym zaskoczeniem. Po kolei.

legiony2

Akcja filmu toczy się na przestrzeni dwóch lat i skupia się na miłosnym trójkącie. Ola jest pielęgniarką i szpiegiem wywiadu, zaś jej narzeczony Tadek walczy w oddziale. Ten trzeci to Józek – dezerter z zaboru rosyjskiego, który za wszelką cenę chce dotrzeć do Łodzi. Ścigany przez carską armię, zostaje odbity przez grupkę Tadka, wykonującą swoje zadanie. Niejako przez przypadek dołącza do oddziału kierowanego przez Stanisława Kaszubskiego „Króla”, stając się jednym z żołnierzy Legionów Polskich.

legiony4

Powiem krótko: reżyser mocno inspirował się tutaj „Pearl Harbor” Michaela Baya. Czyli jest to historia miłosna z wojną w tle. Tylko, że tak jak w oryginale, sam wątek romantyczny jest zwyczajnie nudny, mdły i nieciekawy. Jest też tak samo poprowadzony, przez co brakowało dla mnie czegoś interesującego. Tym bardziej mnie to bolało, że ten wątek został wysunięty na pierwszy plan, przez co cala ta historyczna otoczka cierpi. Ale sama relacja między tą trójką brzmi niewiarygodnie, zaś relacja między Olą a Józkiem toczy się za szybko. Tak jak w „Piłsudskim” historia jest pocięta, przez co nie do końca skupiałem się na niej. I nie spędzamy zbyt wiele czasu ze swoimi bohaterami.

legiony3

Niemniej muszę przyznać, że Gajewskiemu udało się wykonać kilka rzeczy lepiej niż Michał Rosa. Przede wszystkim wrażenie robiły sceny batalistyczne, a dokładnie jedna: szarża ułanów pod Rokitną, którą przeżyło tylko sześciu ułanów z całego szwadronu. Masa ujęć z różnych kątów (także spod podłoża), szybkie cięcia, dźwięk oraz masa koni i adrenalina. Wykonane jest to fenomenalnie, pokazując, że da się u nas zrobić sceny wojenne z hollywoodzkim rozmachem. Także finał pod Kościochniówką, atak snajpera na rynku czy wysadzenie pociągu potrafią trzymać w napięciu i wyglądają naprawdę dobrze. Chociaż czasami widać wykorzystanie grafiki komputerowej. I jest tutaj parę ciekawych wątków jak wybór między interesem prywatnym a rodzącym się braterstwem broni czy dlaczego Polacy zamiast walczyć w armii carskiej dołączają do rodzącego się polskiego wojska. Czemu niektórzy nadal zostali, a tacy jak Król zdecydowali się walczyć za ideę niepodległości.

legiony1

Aktorsko tutaj jest strasznie nierówno, zaś tylko kilka postaci zasługuje na wyróżnienie. Najlepiej z tego grona wypada Mirosław Baka w roli Króla. Tutaj aktor tworzy charyzmatycznego, szorstkiego twardziela z dialogami godnymi samego Pasikowskiego. Już w pierwszym wejściu aktor pokazuje jak wielki posłuch ma jego postać wobec swoich podkomendnych, mając do dyspozycji swój silny głos. Szkoda tylko, że to nie wokół niego skupiono całą fabułę. Z aktorskiego trójkąta najlepiej wypada Sebastian Fabijański jako Józek. Człowiek niezbyt rozmowny, niejako wskutek okoliczności staje się żołnierzem dla sprawy. Jednak partnerujący mu Bartosz Gellner oraz debiutująca Wiktoria Wolańska wypadają bardzo blado. Co gorsza między nimi nie ma kompletnie żadnej chemii (także między Wolańską a Fabijańskim), napięcia ani zaangażowania, przez co kompletnie nie wierzyłem w tą relację. Reszta postaci tak naprawdę robi za tło (Jan Frycz jako Piłsudski ma tylko jedną scenę), z którego wybija się lekko komediowy epizod Piotra Cyrwusa jako kucharza oraz Grzegorz Małecki jako dawny towarzysz Króla, kapitan Złotnicki.

„Legiony” to film, który tak naprawdę można było obejrzeć razem z „Pilsudskim”, niejako uzupełniając się ze sobą. Jednak Gajewski wykonuje troszkę lepszą robotę, bardziej imponując scenami batalistyczno-akcyjnymi, choć scenariusz też kuleje.

6/10

Radosław Ostrowski

Piłsudski

Z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości, polscy filmowcy próbowali nakręcić z tej okazji parę produkcji historycznych na ten temat. Ale, niestety, nie wyrobiły się w czasie i dopiero rok później pojawiły się „Piłsudski” oraz „Legiony”. I obydwa w kinach poległy, nie zwracając swoich budżetów. Ale czy zasłużenie? Najpierw wezmę się za film Michała Rosy, który jest biografią marszałka Polski.

pilsudski4

Sam początek to rok 1901, kiedy Piłsudski trafia do szpitala psychiatrycznego w Petersburgu. Udając wariata udaje mu się uciec i powoli wraca do działalności politycznej w PPS. A za najważniejszy cel uważa odzyskanie niepodległości przez Polskę. Tylko, że w tych czasach ciężko było znaleźć ludzi myślących w ten sam sposób. Zwłaszcza, że Ziuk chce zawalczyć o nią za pomocą siłowej konfrontacji z bronią w dłoni. Jakby tego było mało, to i w życiu osobistym pojawia się druga kobieta, z którą może być coś więcej.

pilsudski1

Po drodze przejdziemy przez wiele kluczowych momentów z życia marszałka. Czyli rewolucja 1905, tworzenie Organizacji Bojowej PPS, napad na wagon pocztowy, śmierć siostrzenicy oraz utworzenie Kompanii Kadrowej. Tylko jak to wszystko upchnąć w nieco ponad półtorej godziny? I tu zaczyna się problem, bo Rosa dużo rzeczy wycina i skraca. Przez co najciekawsze momenty dzieją się tutaj poza ekranem (czas I wojny światowej) albo są obcięte w najciekawszym momencie (ucieczka ze szpitala). Ta skokowa narracja działa tutaj na minus, przez co nie mogłem się do końca wczuć w całą historię. Także kluczowe postacie, oprócz Piłsudskiego, są ledwo zarysowane, pojawiają się i znikają jak za użyciem magicznej różdżki. Z tego grona najmocniej wybija się Walery Sławek, który staje się prawdziwym przyjacielem, choć wskutek pewnej okoliczności znika na pewien czas. Nawet dwie istotne dla życia Ziuka kobiety (pierwsza żona Maria oraz Ola Szczerbińska, grane przez Magdalenę Boczarską i Marię Dębską) są zepchnięte na dalszy plan, pozbawione własnego charakteru.

pilsudski2

Ale mimo tej skrótowości, znalazłem tutaj dla siebie troszkę dobra. Świetnie wyglądają zdjęcia Piotra Śliskowskiego, gdzie każde miejsce ma inną paletę kolorów. Nie zabrakło też mastershota (scena napadu na pociąg), który też dodaje charakteru. Scenografia i kostiumy prezentują się nieźle, chociaż w bardziej kameralnych miejscach (zjazd PPS-u w Wiedniu czy zebranie w 1905) wygląda to tanio oraz teatralnie. Czegoś tutaj ewidentnie zabrakło. Nie brakuje scen trzymających w napięciu jak napad na wagon, dokonywane zamachu bombowe czy demonstracja, zakończona atakiem wojsk i rzezią.

pilsudski3

Aktorsko tak naprawdę w ryzach trzyma to wszystko Borys Szyc, co mnie bardzo zaskoczyło. Kiedy zobaczyłem pierwsze materiały promocyjne (zdjęcia aktora) miałem wielkie wątpliwości. Wszystko się zmieniło, gdy w końcu obejrzałem film i… byłem oszołomiony. Szyc pokazuje, że po latach posuchy oraz chybionych decyzji, wraca do grana świetnych rzeczy. Aktor nie gra Piłsudskiego, tylko nim JEST. Bez względu na to, czy dyskutuje ze swoimi oponentami, działa w boju czy kłóci się z żoną i jest tak ludzki, jak tylko się da. Bez niego ten film po prostu się rozsypał. Z bogatego aktorsko drugiego planu (m.in. Tomasz Schuchardt, Krzysztof Stroiński, Kamil Szeptycki czy Eliza Rycembel) najbardziej wybija się Jan Marczewski w roli Walerego Sławka. Nieznany mi aktor bardzo przekonująco pokazał postać jednego z ważniejszych druhów Ziuka, pokazując jego siłę, jak i momenty zagubienia, bezsilności. Czekam na kolejne kreacje tego interesującego aktora.

Michał Rosa miał doświadczenie przy produkcjach historycznych (serial „Czas honoru”), ale jeszcze nie na taką skalę. I choć potrafi pokazać bardziej dynamiczne sceny czy Piłsudskiego bardziej prywatnie, przydałby mu się lepszy scenariusz, który nie byłby chaotycznym przeskokiem w czasie oraz byłby o wiele spójniejszy. Ta postać zasługuje na wiele lepszy film.

6/10

Radosław Ostrowski

(Nie)znajomi

W Polsce jeszcze nie było tradycji tworzenia remake’ów. Chyba, że chodziłoby o robienie seriali na formacie zza granicy. Ale filmy? Może wynika to z faktu, że remaki są traktowane jako pozbawione własnego charakteru klony oraz łatwy skok na kasę. Dlatego podchodziłem do „Nieznajomych” bardzo sceptycznie, zwłaszcza iż zbyt dobrze znałem oryginał. Bo debiut Tadeusza Śliwy to polska wersja świetnego, włoskiego „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. A ponieważ widziałem film i znałem fabułę, to nie mogło mnie tu nic zaskoczyć, prawda?

nieznajomi1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: trzy pary, jeden singiel, siedem telefonów. Podczas kolacji u przyjaciół, nowa członkini paczki, czyli dziewczyna Czarka proponuje grę. Skoro nie mają sobie nic do ukrycia, każdą wiadomość jest czytana, a rozmowa w trybie głośnomówiącym. Jednak prawda stara jak świat mówi, że każdy – nawet wśród znajomych – ma coś do ukrycia. No i pytanie: czy ta więź będzie silna, by wytrzymać wszelkie tajemnice. A i sama ekipa też wydaje się znajoma. Nowobogackie małżeństwo pracujące we Włoszech (przynajmniej żona) i zarabiające w euro, małżeństwo w średnim wieku, gdzie to mąż ma decydujące słowo, macho ze swoją dziewczyną bardzo eko i pragnącą założyć swój interes (hodowla kóz do produkcji sera) oraz wuefista, ukrywający swoją orientację seksualną.

nieznajomi2

Podążamy znajomym torem, ale reżyser troszkę inaczej rozkłada akcenty i skupia się na tym, co na naszym podwórku pozostaje tematem tabu. Jednocześnie oryginał jest na tyle uniwersalny, że mogła się wydarzyć w każdej odległości geograficznej. Dlatego tak mocno była w stanie uderzyć hipokryzja oraz homofobia, która wylewa się w szczególności z jednej postaci. I tak jak w oryginale, zaczynają się wylewać wszelkie tajemnice, tłumione pragnienia oraz prawdziwe oblicza. Najbardziej zaskoczył mnie fakt, że nie jest to kopia jeden do jeden, co mnie bardzo cieszy. Zmieniono zakończenie, które było najsłabszym elementem oryginału, zaś wątki dramatyczne bardziej mnie chwyciły za gardło. Najbardziej wątek Anny i Grzegorza, gdzie ta pierwsza (kradnąca film Maja Ostaszewska) czuje się przytłumiona oraz pozbawiona wsparcia męża (trzymający poziom Łukasz Simlat), za bardzo skupionego na pracy. W tle gra bardzo przyjemna jazzowa muzyka w aranżacji Maseckiego, zdjęcia są płynnie, a nawet dźwięk jest zrobiony dobrze.

nieznajomi3

I do tego udało się zebrać znakomitą obsadę, gdzie każdy ma swoje pięć minut. Nie ważne, czy mówimy o Kasi Smutniak (aktorka grała w oryginale tą samą postać), troszkę poważniejszym Tomaszu Kocie, strasznie narwanym Michale Żurawskim, bardzo skrytym Wojciecha Żołądkiewicza czy wręcz pozytywnie nakręcona Aleksandra Domańska. Wszystkie te postacie są barwnie nakreślone, ze świetnie podane dialogi oraz bardzo skomplikowane charaktery, niemal budząc sympatię od początku. Mimo wad oraz potknięć.

Powiem bardzo, że „Nieznajomi” to dla mnie jedno z większych zaskoczeń. Mimo pewnej teatralnej formy oraz znajomości materiału źródłowego, debiut Śliwy dostarcza zarówno sporo rozrywki i refleksji. Jeśli mają być robione remake’i, to ja więcej poproszę.

7/10

Radosław Ostrowski

Nieoszlifowane diamenty

Howard Ratner jest nowojorskim jubilerem, który jeszcze jakoś funkcjonuje. Jakoś tam ciągnie, ma żonę, dzieci i kochankę, a takie życie musi sporo kosztować. Dlatego Howard ma długi, sporo długów, a by spłacić bardzo mocno lawiruje. Pożyczki, ryzykowne zakłady, zastawianie się – jeszcze jakoś jest na powierzchni, tylko na jak długo. W końcu trafia mu się okazji, czyli bardzo cenny czarny opal, wystawiony na aukcję. Kamieniem bardzo zainteresowany jest koszykarz Kevin Garnett, który bardzo chciałby go mieć u siebie.

uncut gems1

Bracia Safdie wracają z nowym thrillerem. I tak jak „Good Time” jest to bardzo energetyczny, dynamiczny film skupiony na jednej postaci. Uwierzcie mi, będziecie chcieli od niego trzymać się z daleka, bo gość śmierdzi. Oszukuje, kluczy, kombinuje, kłamie, ucieka – wszystko by jakoś wyplątać się z finansowych tarapatów. Chociaż nie mogę pozbyć się wrażenia, że jego los już dawno został przesądzony. A kiedy już zbiera kasę, by wyjść na prostą, podejmuje szalone decyzje, zakładając się i licząc na większą sumkę. Wielokrotnie łapałem się za głowę, myśląc, co jeszcze ten gość wymyśli. Przecież zachowuje się jak totalny idiota, pozbawiony instynktu samozachowawczego jakby adrenalina była dla niego jedynym paliwem. Żyłka ryzykanta połączona z pewnością siebie oraz arogancją – to nie jest zbyt dobra kompilacja. Ale mimo to bardzo zależało mi na tej postaci, mimo swojej antypatyczności oraz wręcz szybko podejmowanych decyzjach.

uncut gems2

Wszystko jest podporządkowane Howardowi, więc kamera niemal otacza go, jest przyklejona do jego sylwetki. Najbardziej uderza tutaj udźwiękowienie, pokazujące cały miejski gwar. Tutaj niemal wszyscy do wszystkich krzyczą, bo są na ulicy, wiec muszą jakoś zwrócić na siebie uwagę. Ten miejski puls jest zaprezentowany świetnie, a sama intryga trzyma w napięciu. I jest tutaj bardzo intensywnych momentów jak ucieczka przed wierzycielami ze szkoły, licytacja opalu czy finał z bardzo wysokim zakładem w tle. To wszystko potęguje bardzo oniryczna muzyka Daniela Lopatina oraz szorstkie zdjęcia Dariusa Khondji.

uncut gems3

Jednak największą niespodziankę rodzeństwo zostawiło w kwestii castingu. Bo kto by się spodziewał, że naszego śliskiego Howarda zagra Adam Sandler. By było jeszcze śmieszniej, panowie Safdie napisali tą postać specjalnie dla tego aktora. Ten odpłacił się z nawiązką, tworząc najlepszą swoją rolę w karierze – antypatycznego desperata, mającego kompletnego fioła na punkcie diamentów oraz koszykówki. Najlepiej Sandler radzi sobie w momentach, gdy jest wyszczekany, puszczają mu nerwy albo podczas oglądania meczu. Reszta postaci jest zepchnięta na dalszy plan, chociaż najbardziej z tego grona wybija się jeszcze bardziej cwana kochanka w wykonaniu debiutującej Julii Fox oraz grający samego siebie koszykarz Kevin Garnett.

Warto uważniej przyglądać się braciom Safdie, którzy kolejny raz udowadniają jak bardzo się rozwijają. „Nieoszlifowane diamenty” biją na głowę ich poprzednie filmy, gdzie nawet w spokojnych momentach czuć namacalne napięcie oraz poczucie zagrożenia. Bardzo mocne, drapieżne kino z życiówką Sandlera.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Psy 3. W imię zasad

Franz Maurer – nie ma chyba w Polsce nikogo, kto nie słyszałby tego nazwiska. Były ubek, były policjant, skazaniec. Człowiek, który wie o zabijaniu więcej niż ktokolwiek z osób czytających. Teraz wychodzi po 25 latach z więzienia i czeka na niego niespodzianka z Rosji. Ma siedem dni na odzyskanie kasy, a właściwie tej części, co zniknęła w „dwójce”. Inaczej zginie on albo jego stary znajomy Waldek Morawiec. „Nowy” ma swoje problemy, bo zaginął mu syn i nie może się z nim skontaktować. Drogi obydwu panów przecinają się.

psy3-1

Władysław Pasikowski wraca do swojego sensacyjno-gangsterskiego świata. Ale czy 25 lat przerwy nie spowodowało, że Franz i Nowy troszkę nie „zardzewieli”? Bo czasy zmieniły się gwałtownie, a starzy ludzie są tutaj zwyczajnie niepotrzebni, spychani na margines. Franz jest starym bandziorem, bez rodziny, bez perspektyw; Nowy przeszedł na rentę i niby ma rodzinę, ale czuje się troszkę pusty bez swojej pracy. No i jeszcze młody pies, czyli komisarz Witkowski – twardy, bezkompromisowy, nie idący na żadne układy. Cała trójka prowadzi jedno dochodzenie, czyli zaginięcie syna Nowego oraz odkrycie korupcji w policji. Niby to już widzieliśmy, sama akcja toczy się raczej niespiesznie, okraszona miejscami smolistym humorem, a jednak potrafi wciągnąć. Czuć jednak pewną anachroniczność, mimo wykorzystania nowoczesnej technologii. Kobiety są tutaj spychane na bardzo daleki plan, dialogi pełne bluzgów, zaś bohaterowie stają się trzymać swoich zasad.

psy3-2

Muszę się przyznać, że Pasikowski nadal czuje swoje postacie. Nie należy się jednak spodziewać klimatów kultowej części pierwszej. Żadnego obrazoburstwa, politycznych wątków oraz ataków na nową władzę, co wielu może rozczarować. Bliżej tutaj do części drugiej, choć jest ona bardziej kameralna i mniej widowiskowa. Reżyser gra też na nostalgii (co akurat jest nieuniknione), mimo tego, że obecność starych bohaterów jest albo śladowa (Wolf, Stopczyk), albo tylko się o nich wspomina. Fabularnie wiele rzeczy jest potraktowanych skrótowo (Franz obsługujący smartfona czy postawa komendanta wobec swoich skorumpowanych podwładnych), a pewne postaci pojawiają się i znikają (policjant Lewar czy gangster Spinaker). Dodatkowo też zakończenie mnie nie usatysfakcjonowało, jakby stawiając całość w zawieszeniu.

psy3-3

Aktorzy też się tutaj bardzo dobrze prezentują, stając się najmocniejszą kartą w talii Pasikowskiego. Linda to nadal stary, dobry Franz i nawet nie czuć tak bardzo fizycznego zmęczenia. Ciągle cyniczny, lojalny oraz nie bawiący się w półśrodki. Najbardziej zaskoczył mnie Cezary Pazura, a jego przechodzi mocną ewolucję. Kiedyś idealista, dzisiaj człowiek rozczarowany oraz pełen gniewu, który eksploduje. Aktor pokazuje, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Z nowych postaci najbardziej wybija się Jan Frycz jako cwany, choć też mający swoje zasady „Panicz” oraz Marcin Dorociński, czyli ostatni sprawiedliwy na komendzie Witkowski.

Mimo wielu wad, nie jestem w stanie nie lubić nowych „Psów”. Pewnie przemawia za mną ten nostalgiczny pociąg, ale też i moje niezbyt wysokie oczekiwania. Podejrzewałem, że „trójka” powstała w imię kasy niż zasad, jednak jako czysto kryminalna historia trzyma poziom.

7/10

Radosław Ostrowski