Pełzająca śmierć

Tutaj historia jest bardzo prosta i skupia się na relacji ojca z córką. Dziewczyna jest pływaczką, wcześniej trenowaną przez ojca, z którym nie utrzymuje zbyt dobrego kontaktu. Szansę na naprawę tej relacji jest wyprawa dziewczyny do ojca, kiedy do jego miejsca zamieszkania zbliża się huragan. A że odbiera telefonu i nie ma z nim kontaktu sprawa staje się poważna. Na miejscu okazuje się, iż mężczyzna znajduje się w piwnicy starego domu ranny, zaś oprócz niego znajduje się… aligator.

pelzajaca smierc1

Alejandre Aja specjalizuje się w kinie grozy, co pokazał choćby w „Bladym strachu” czy lekko komediowej „Piranii”. Sama intryga brzmi jak coś tandetnego, zrealizowanego przez Asylum czy inną firmę ze śmieciowym stylem. Bo pewnie te aligatory to jakieś mutanty, żądne krwi, bezwzględne bestie, a i sam tytuł brzmiał jak badziewie. Ale najbardziej zaskakujące jest to, że twórcy tego filmu są bardzo świadomi tego, co kręcą. Czyli film klasy B (pod względem treści czy intrygi), zrobiony za małe pieniądze, choć absolutnie nie widać tego. Punkt wyjścia może i jest prosty, ale ile w tym wszystkim napięcia oraz poczucia zagrożenia. No bo nie tylko mamy aligatora (a nawet więcej), opady są coraz intensywniejsze, przez co szansa na wyjście z tego cało wydaje się mało prawdopodobne. Aja w budowaniu napięcia jest konsekwentny, w czym na pewno pomaga świetna praca kamery (zwłaszcza zdjęcia podwodne) oraz bardzo płynny montaż. I kiedy wydaje się, że pojawia się jakaś nadzieja czy cień szansy wyjścia z sytuacji, zostaje ona brutalnie ucięta (pojawienie się policji czy szabrowników okradających sklep), co pomaga budować poczucie desperacji oraz beznadziei.

pelzajaca smierc3

Zaskakuje także to, że nasi bohaterowie nie są tępymi nastolatkami czy ludźmi nie potrafiącymi racjonalnie myśleć w ekstremalnej sytuacji. I jeżeli im coś nie wychodzi, to tylko z braku szczęścia, a nie sprytu czy logicznego myślenia. A to w kinie grozy (choć tutaj bardziej to survivalowy thriller) jest bardzo rzadkim doświadczeniem. Drugą niespodzianką jest to, że twórcy bardzo łatwo pozwalają odnaleźć się w terenie. Jesteśmy w stanie odnaleźć się oraz powiedzieć gdzie nasi bohaterowie się znajdują. Same sceny ataków gadów są niepozbawione krwi oraz paskudnych ran (to wygląda ohydnie oraz bardzo realistycznie) i budzi pewne skojarzenie ze „Szczękami”.

pelzajaca smierc2

Jedyny problem jaki mam to wplecione sceny retrospekcji, mające pomóc w budowaniu relacji między dwójką bohaterów. Także dialogi miejscami są zbyt powtarzalne, jakby łopatą wbijano kim są dla siebie oraz jakie mają między sobą problemy. I to można było zrobić lepiej, ale jest znośnie. Świetnie wypadają w swoich rolach Kaya Scodelario oraz Barry Pepper, chociaż więcej wymaga się od nich pod względem fizycznym. Ale i tak się im kibicuje do samego końca.

Nie spodziewałem się zbyt wiele, a dostałem naprawdę trzymający w napięciu dreszczowiec z groźnymi gadami na pierwszym planie. Poczucie zagrożenia jest namacalne, aktorstwo się sprawdza, a realizacja jest absolutnie bez zarzutu. Pozytywne zaskoczenie oraz rozrywka na dobrym poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Grzeczny grzesznik

Anders jest zwykłym, szarym gościem w wieku średnim. Mieszka w małym miasteczku, gdzie ma dość duży dom, spłaca hipotekę, ma żonę oraz dorosłego syna. Jednak pewnego dnia przed świętami Bożego Narodzenia decyduje się przejść na emeryturę, zostawia żonę oraz dom, próbując zacząć wszystko od nowa. Tylko, czy w ten sposób uda się odnaleźć szczęście?

grzeczny grzesznik1

Reżyserka Nicole Holofcener znana jest z tworzenia komediodramatów opisujących szarych ludzi oraz ich problemów. Nie inaczej jest z „Grzesznym grzesznikiem”, który pokazuje historię człowieka tak naprawdę zagubionego. Człowieka żyjącego w małym miasteczku, gdzie wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich (choć nikt ich o to nie prosił), ukrywają swoje tajemnice i udają, że wszystko jest ok. Zdrady, samotność, nałogi, frustracje, pustka – to wszystko widzimy w samym Andersie oraz ich bliskich. Taki jest grający w pokera syn Andersa, który nie chce pracować w firmie mamy, tak jak uzależniony od narkotyków Charlie, zbuntowany chłopak z talentem plastycznym. Sama narracja czy realizacja wydaje się bardzo przezroczysta, w zasadzie skupiona na rozmowach. Miejscami wydaje się chaotyczna i początkowo zmierza donikąd, a humor pojawia się w ilościach śladowych (Andres z dzieciakami ćpa czy lekko podchmielony wraca do dawnego domu). Więcej jest tutaj bolesnych momentów jak znalezienie martwego Charliego czy wigilijny obiad zakończony awanturą.

grzeczny grzesznik2

Dla wielu jednak ten film może znużyć, bo ciężko wejść w tą historię i zaangażować się w tak poszatkowanej opowieści. Także samo przesłanie nie do końca wydaje mi się jasne oraz czytelne. Film sobie płynie, płynie i płynie, choć parę razy potrafi czymś zaskoczyć. A i samo zakończenie wydaje się bardzo otwarte, co jest pewnym małym plusem.

Jeśli jest coś, co przyciągnęło moją uwagę na dłużej to świetny Ben Mendelsohn. Tutaj jest on bardzo wycofany, czasami się zacina i nie potrafi wypowiedzieć swoich myśli wprost, jest nieporadny, ale nie wywołuje ta postać poczucia zażenowania czy kpiny z niej. Aktor bardzo przekonująco pokazuje jego zagubienie, bezradność w poszukiwaniu swojego własnego szczęścia, nawet w sposób nieudolny. Oprócz niego najbardziej wybija się Charlie Tahan w roli narkomana Charliego, który traktuje Andersa troszkę jako wzór do naśladowania. I ta interakcja potrafi zaciekawić swoją dynamiką.

grzeczny grzesznik3

Średnio-niezły film Netflixa, który próbuje tutaj być bardziej przyziemny i przyjrzeć się nam samym. Miewa ciekawe momenty, ale nie zawsze daje satysfakcję.

6/10

Radosław Ostrowski

I Am the Pretty Thing That Lives in the House

Pamiętam jak jedną z większych niespodzianek był horror Oza Perkinsa „Zło we mnie”. Bardzo klimatyczny, pozornie statyczny, powolny, pozbawiony scen gore, makabry, a jednocześnie bardzo niepokojący, mroczny, stawiający na atmosferę. Po tym debiucie reżyser poszedł na układ z Netflixem i zrealizował kolejny horror. Przynajmniej taki był zamysł, ale czy „Jestem pięknością, co żyje w tym domu” jest satysfakcjonujący?

slicznotka1

Bohaterką filmu jest niejaka Liliy – młoda pielęgniarka, która ma zająć się starszą panią. Kobieta jest autorką powieści grozy, nie ma rodziny, zaś jej domostwo wygląda jakby wzięta z XIX wieku. Wszystko wydaje się być proste, prawda? A że staruszka nazywa ją Polly, można wytłumaczyć starością czy demencją. Tylko, że dom skrywa pewną tajemnicę.

slicznotka2

Reżyser robi ten film w swoim stylu, czyli mamy bardzo długie ujęcia, akcja toczy się baaaardzo powoli, dostajemy do tego narratorkę oraz oszczędną muzykę. Zdecydowanie bardzo zależało twórcy na budowaniu nastroju i poczucia podskórnego mroku. Są nawet pewne przebitki z przeszłości, pokazujące młodość pani Blum, a nawet jednej z jej powieści. Wszystko to jest ze sobą zmieszane i ma pokazać zarówno tajemnicę domostwa, jak i fakt, jaki wpływ ma na pisarstwo lokatorki. Trudno wymazać kadry, gdzie mamy tajemniczą postać rozmazaną, nieczytelną, jakby z innego świata. Problem jednak w tym, że ta enigmatyczna fabuła nie tylko nie angażuje, lecz zwyczajnie przynudza. Co gorsza, zwyczajnie nie straszy (może poza sceną z telefonem czy gwałtowną śmiercią opisanej Polly), zaś Perkins kompletnie zniechęca do poznanej historii. Zupełnie jakby miał widza gdzieś i postanowił nakręcić coś dla siebie. Szkoda mi jedynie aktorów, bo Ruth Wilson, Bob Balaban oraz Paula Prentiss starają się wycisnąć z tego lichego materiału ile się da. Tylko, że nawet oni nie są w stanie podnieść tego średniaka, jedynie czynią ją bardziej oglądalnym.

slicznotka3

I powiem tak: nie jest to tak świetny horror jak debiut Perkinsa, niemniej to nadal jednym z ciekawszych reżyserów, którzy jeszcze mogą namieszać. Mogę mieć tylko nadzieję, że „I Am the Pretty…” będzie tylko wypadkiem przy pracy.

5/10

Radosław Ostrowski

W wysokiej trawie

Jesteśmy gdzieś na drodze w Kansas. Pole za nami, pole przed nami, a pośrodku droga. Zaś na tej drodze podróżuje rodzeństwo Cal z ciężarną Becky, którą zostawił chłopak oraz ojciec dziecka. Kiedy zatrzymują się koło kościoła słyszą w trawie wołanie o pomoc. Nasza parka bez zawahania wyrusza na pole wysokiej trawy, gdzie bardzo łatwo można się zgubić. Co naszej parce udaje się bez problemu, a próby wyjścia wydają się niemożliwe. Jak się okazuje, nie tylko oni utknęli w trawiastym polu.

w wysokiej trawie2

Kolejny dowód na to, że Stephen King jest strasznie popularny i dla filmowców stanowi bardzo duże pole do popisu. Tym razem za jego opowiadanie postanowił zmierzyć się Vincenzo Natali, czyli reżyser jednego wielkiego hitu – kultowego „Cube”. I tak jak największy hit, początek jest bardzo tajemniczy, zaś samo pole przypomina wielki labirynt pozbawiony zasad, reguł, a nawet przestrzeni. To niemal bezkresny ocean zieleni, w którym bardzo łatwo się zagubić, tworząc niejako wielką pętlę. Reżyser wie, jak budować atmosferę tajemnicy, bezradności w czym pomagają skupione na detalach zdjęcia, zwłaszcza gdy odbywają się w nocy. I ta atmosfera mroku, tajemnicy jest prowadzona przez połowę czasu. Są też nawet wizyjne sceny, pełne oniryzmu, krwi oraz rozmazanych obrazów.

w wysokiej trawie1

Ale kiedy zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki – zwłaszcza pewną dużą skałę – wszystko zaczyna się coraz bardziej sypać i iść w stronę thrillera z psychopatycznym zabójcą w tle. Pewne sytuacje zaczynają się powtarzać, podobnie jak dialogi, zaś bohaterowie stają się coraz bardziej irytujący. Logika zaczyna szwankować, brutalne sceny mogą szokować (choć jest ich niewiele), a rozwiązanie całej historii jest rozczarowujące. Zaś kilka rzeczy dość łatwo się można domyślić – choćby tego, że bohaterowie znajdują się w czasowej pętli.

Natali wydaje się mieć fajny pomysł, a kilka momentów mocno przypomina „Cube” (zwłaszcza scena w kręgielni), co nawet jest pewną zaletę. Problem jednak w tym, że reżyser nie bardzo wie, jak poprowadzić, wyjaśnienie brzmi niepoważnie, coraz bardziej brnąć do b-klasowej pulpy.

w wysokiej trawie3

Nawet aktorstwo jest tutaj mocno średnie w wykonaniu mniej znanych aktorów. Z tego grona dało się polubić ciężarną Becky (Laysla de Oliviera) oraz wystraszonego Tobina (Will Buie Jr.), zaś Cal (Avery Whitted) tutaj wydaje się prawdziwym bucem, egoistą jakby za bardzo kochający swoją siostrę. Czyżby na nią leciał? Ale najmocniejszym punktem obsady pozostaje Patrick Wilson w roli Rossa. Wydaje się zwykłym, szarym gościem, budzącym wręcz sympatię, jednak zaczyna coraz bardziej popadać w szaleństwo. Świetnie poprowadzona postać, nawet jeśli wydaje się szablonowa.

w wysokiej trawie4

„W wysokiej trawie” nie będzie wielkim powrotem Vincenzo Natali do szerokiego nurtu i nie jest najlepszą kooperacją Netflixa do dzieł Kinga. To mocny średniak, który zaczyna tracić impet z każdym kolejnym źdźbłem trawy. Absolutnie nie warty odkrycia.

5/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Daleko od domu

Nasz ulubiony ostatnio miał więcej niż ciężko. Nie dość, że zniknął z powodu pstryknięcia Thanosa (to akurat udało się odkręcić), to jeszcze stracił swojego mentora, Tony’ego Starka (to już było nieodwracalne). Po ośmiu miesiącach od wydarzeń z „Końca gry”, nasz Spidek próbuje normalnie funkcjonować. Bo bycie nastolatkiem i superherosem jednocześnie to jest ciężka robota. Zwłaszcza, gdy otoczenie odbiera ciebie jako następcę Ajron Mena. To prawie tak jak bycie synem króla sedesów – zajebiście wysoko postawiona poprzeczka. Na szczęście są wakacje i wycieczka szkolna do największego kraju na świecie – Europy. W końcu będzie mógł naładować baterie i mieć święty spokój od bandytów, superłotrów, prawda? Nic bardziej mylnego, zwłaszcza gdy do akcji wkracza sam Nick Fury, a po okolicy szaleją groźne żywiołaki.

spider-man daleko2

„Far from Home” z jednej strony jest sequelem „Homecoming”, z drugiej zaś jest niejako epilogiem „Endgame”. Reżyser Jon Watts nadal próbuje (tak jak Parker) lawirować między dwoma światami. Bo jest świat nastolatka, przeżywającego miłość do MJ, więź kumpelską z Nedem i geekowskim umysłem. Ale jest też świat zagrożenia z innego wymiaru (żywiołaki), tajemniczy heros ze szklaną kulą na głowie, Nick Fury oraz rozpierducha wisząca w powietrzu. Zderzenie tych dwóch światów coraz bardziej zaczyna Petera męczyć, przez co szansa na tzw. normalne życie staje się coraz trudniejsza. Zupełnie jakby nie można było mieć świętego spokoju. Po drodze wędrujemy po kontynencie (Wenecja, Londyn, Praga, Berlin), zaś coś takiego jak nuda tu nie istnieje. Same sceny akcji są tutaj naprawdę szalone, a wiele rzeczy oparto na pewnych mistyfikacjach oraz wizualnych sztuczkach. Więcej nie mogę powiedzieć, bo na tym opiera się clue całej intrygi. Tutaj bardziej wybija się kwestia zaufania, fake newsów oraz stworzenia samego siebie na własnych nogach.

spider-man daleko1

Każdy z tych wątków jest bardzo dobrze poprowadzony, jednak pierwsza część mi się bardziej podobała. Po pierwsze, była czymś świeżym oraz bardziej przyziemnym spojrzeniu na los superherosa. Po drugie, miała ciekawszego antagonistę, z przekonującą motywacją, co tutaj nie do końca wyszło. No i jednak nasz Spidek bardziej pasuje do Nowego Jorku niż do europejskiego tournée, ale to akurat jest kwestia indywidualna. Za to sporą satysfakcję daje finał oraz sceny po napisach, pokazujące kolejne przeszkody, jakie będzie miał nasz chłopak do pokonania. Będzie ciekawie.

spider-man daleko3

Tom Holland nadal sprawdza się jako Peter Parker i Spider-Man, a oglądanie go to największa frajda. Dla mnie najlepsza inkarnacja młodego superbohatera. Świetnie partneruje mu Zendaya (MJ), czuć między nimi chemię, a dziewucha jest bardzo charakterna, czasami złośliwa, ale do bólu szczera. No i niegłupia jest. Na drugim planie bardzo wybija się Jon Favreau (Happy Hogan) oraz Samuel L. Jackson (Nick Fury), mający troszkę do roboty. A jak sobie radzi Mysterio, czyli Jake Gyllenhaal? Jest na tyle charyzmatycznym aktorem, że bardzo łatwo sprzedaje swoją postać przybysza z innego świata (multiversum istnieje) i początkowo sprawia wrażenie kogoś, kto mógłby być mentorem dla Parkera. Jednak jego motywacja ma drugie dno, które czyniło go troszkę sztampowym.

„Daleko od domu” to coś w rodzaju odskoczni od troszkę poważniejszych filmów MCU. Nadal jest to bezpretensjonalna rozrywka, raczej dla młodego widza. Nudy nie zauważyłem, efekty specjalne są świetne, a Tom Holland pasuje do tej roli idealnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Koniec gry

MCU – obecnie najpopularniejszy serial, jaki nawiedza nasze kina już od roku 2008 i nie wygląda na to, że miałaby się ta maszyna zatrzymać. Choć nie wszystkie odcinki tego cyklu były w pełni satysfakcjonujące, to coraz bardziej zaczynałem zżywać się z tymi postaciami. I nieważne, czy mówimy o Bogu Piorunów, mistrzu łuku czy symbolu wszelkich cnót oraz zalet. Jednak ostatnio nasza grupka superherosów poniosła klęskę, a Thanos swoim pstryknięciem zmiótł połowę populacji Ziemi. Smutek, depresja, beznadzieja i rozpad. Po pięciu latach jednak dochodzi do dziwnej sytuacji – z wymiaru kwantowego wraca (uwięziony tam) Scott Lang aka Ant-Man. I sugeruje pomysł na podróż w czasie, by zdobyć Kamienie Nieskończoności, potem stworzyć rękawicę oraz cofnąć działania Thanosa.

avengers koniec gry1

Ci, których powalił finał „Wojny bez granic”, tym razem mieli dostać szansę odwetu, wyrównania rachunków. Mimo dość długiego metrażu, całość podzielić niejako na trzy etapy. Pierwszy etap to okres żałoby oraz wizja świata po wszystkim – niemal pusty, gdzie nie można się odnaleźć ani pogodzić z tym wszystkim. Tutaj dominuje lekko melancholijny klimat, mimo jednej krótkiej rozpierduchy. Jednak emocje zaczynają coraz bardziej, kiedy dochodzi do podróży w czasie, czyli etapu drugiego. Plan jest bardzo trudny, wręcz karkołomny, a przeskoki dotyczą znajomych miejsc (przebitki z pierwszych „Avergers”, „Strażników Galaktyki” czy drugiego „Thora”), jak i troszkę bardziej dalekiej przeszłości. Odniesienia i odwołania są tutaj bardzo obecne, ale jednocześnie nie są one żadnym obciążeniem czy balastem (czego troszkę się obawiałem). Ale ten etap kończy się pozornym happy endem, bo dochodzi do trzeciego aktu, będący… drugim starciem naszych bohaterów z armią Thanosa.

avengers koniec gry3

Logika nie szwankuje tutaj aż tak bardzo, czego się można spodziewać w przypadku historii z podróżami w czasie. Więcej jest tutaj postawiono na relacje między postaciami, ich dylematy oraz rozterki (tutaj najbardziej wybija się Thor, Stark oraz Hawkeye). Zaś ostateczna rozwałka tutaj rozmachem przypomina starcie z „Wojny bez granic”, ale przeciwnik wydaje się mieć jeszcze większą przewagę liczebną. I co najważniejsze, chłonąłem to wszystko jak gąbka, doprowadzając do zmian oraz pozytywnych zaskoczeń („Avengers Assemble”). Z kolei zakończenie ostatecznie zamyka pewien etap w historii, doprowadzając do drobnej zmiany warty. Nawet nie zauważyłem, kiedy się to wszystko skończyło.

avengers koniec gry2

Nawet jeśli były jakieś wady, nie byłem w stanie ich dostrzec. „Koniec gry” to tak naprawdę koniec jednego rozdziału oraz początek nowego rozdania. Niepozbawiona humoru, akcji oraz interakcji, stanowiąc – dla fanów – wielkie doświadczenie. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać ciągu dalszego.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nieznajoma

Cała sytuacja wydaje się dość dziwaczna, bo spotykamy bardzo nietypową kobietę. Kobieta, która znajduje się w różnych miejscach, wygląda troszkę inaczej, choć twarz jest niebezpiecznie znajoma. Imion ma kilka, profesji też wiele: od pielęgniarki przez asystentkę iluzjonisty aż do badaczki żab. Obecnie posługuje się imieniem Alice. Pewnego wieczora trafia na przyjęcie urodzinowe niejakiego Toma – pracownika agencji rządowej. Jak się później, oboje znali się wcześniej.

nieznajoma1

Joshua Marston jest filmowcem, który wydaje się opowiadać przyziemne historie. Ale „Nieznajoma” to kino bardzo dziwaczne. Punktem wyjścia jest historia kobieta, która ciągle zmienia tożsamości, profesje, wygląd. Dlaczego to robi? Czyżby to miała być jej droga do szczęścia bez kompletnego zakotwiczenia, zapuszczania korzeni? A może chodzi o przeżywanie kilku żyć? Poczucie adrenaliny czy chęć odczuwania czegokolwiek? Pytania wydają się ciekawe, tylko wykonanie w niemal paradokumentalnej formie zwyczajnie nudzi. Sporo jest tutaj zarysowanych postaci, o których nie dowiadujemy się zbyt wiele, zaś akcja praktycznie nie istnieje. Nawet nie o to chodzi, bo można zrobić wciągający film, w którym nic się nie dzieje. Cały czas mam wrażenie, że zderzenie Toma z Alice/Jenny powinno wywołać większe emocje. W końcu jego dawna dziewczyna pojawia się po bardzo długiej przerwie. A tutaj wszystko jest strasznie nudne, nieangażujące, zaś dialogi wydają się nijakie oraz prowadzące donikąd. Nawet nie pomaga zaangażowanie do głównych ról Rachel Weisz oraz Michaela Shannona, którzy nie są w stanie ożywić tych postaci. Sprawiają wrażenie duszących się na planie, choć ich obecność wydaje się sporą zaletą.

„Nieznajoma” wydaje się być film z intrygującym pomysłem, który nie zostaje wykorzystany do końca. Chciałbym powiedzieć coś więcej, ale zdążyłem wymazać ten film z pamięci. Nawet nie musicie tego czytać.

5/10

Radosław Ostrowski

Szermierz

Rok 1953, mała estońska miejscowość Haapsalu. Do tego wygwizdowa trafia niejaki Endel Neils – bardzo utalentowany szermierz, by podjąć pracę nauczyciela w tamtejszej szkole. I jak na sportowca przystało, uczy wychowania fizycznego. W ramach słusznej ideologii, ma zorganizować kółko sportowe. Z powodu niezbyt dużego sprzętu, decyduje się na szermierkę, co nie za bardzo odpowiada dyrektorowi. Ale co zaskakujące, dobrze odnajdują się w niej dzieci. Jednak przeszłość nie zamierza odpuścić.

szermierz1

Dzieło Klausa Haro to tak naprawdę wypadkowa kilku gatunków oraz wątków. Z jednej jest to historyczny dramat o człowieku, ukrywającym się przed systemem. Człowieka pełnego pasji, który nie może się ujawnić, a zwrócenie uwagi może oznaczać kłopoty. Z drugiej strony jest to kino sportowe, dające szansę dla dzieciaków. Dzieci naznaczone przez system, który pozbawia ich najbliższych, przez co czują się samotne i bardzo potrzebują wsparcia. Dla nich nauka szermierki staje się szansą na podniesienie swojej wartości oraz kształtowaniem charakteru. Takich filmów o relacji nauczyciel-uczeń było multum, ale to ta relacja wydaje się najmocniej poprowadzona. No i jeszcze relacja z koleżanką z pracy, idąca ku romansowi. Problem w tym, że zespolenie tych wszystkich wątków czyni „Szermierza” kompletnie niezbyt angażuje. Sam romans jest ledwo liźnięty, całe to zagrożenie wydaje się tylko umowne i pozbawione ciężaru, no i w scenach sportowych najbardziej trzyma za gardło finałowe pojedynki w turnieju. Ta historia wydaje się być o wiele ciekawsza na papierze niż na taśmie, jakby w trakcie realizacji zabrakło jakiegoś mocnego kleju, scalającego wszystkie wątki w spójną całość.

szermierz2

Najciekawiej prezentuje się oprawa audio-wizualne, czyli bardzo stonowane zdjęcia oraz niemal klasyczna muzyka w tle. Niby nie ma tutaj zbyt wiele lokacji, ale sposób stosowania oświetlenia w ciemnych pomieszczeniach. Sceny finałowego turnieju wybijają się bardzo płynnym montażem. A i aktorsko też się trudno do kogokolwiek przyczepić.

„Szermierz” miał zadatki na mocny dramat sportowy z wyrazistym tłem politycznym. Ale sklejenie oraz płytkie potraktowanie wątków osłabia emocjonalną siłę dzieła. Wielka szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Perspektywa

Wszystko toczy się gdzieś w kosmosie, a naszymi bohaterami jest ojciec z córką. Ich celem jest Zielona Planeta, gdzie można znaleźć duże złoża aurelaka, dającymi spore pieniądze. Na miejscu byliby najemnicy, którzy zlecili ekspedycję. Całą jednak akcję trafia szlag, kiedy tatuś trafia na podobnego poszukiwacza Ezrę. Ojciec dziewczyny popełnia błąd, chcąc okraść Ezrę i ginie, a ocalona parka niejako zostaje zmuszona do wspólnego działania.

perspektywa1

Film duetu Zeke Call/Chris Caldwell to bardzo kameralny film z niemal śladową ilością aktorów oraz niemal zamkniętą przestrzenią. Ale ten świat, przypominający westerny o poszukiwaczach złota, jest bogaty oraz ciekawy, mając wrażenie większej całości. Czasów ludzi szukających swojego szczęścia, by zebrać spory łup. Samo zbieranie aurelaków jest bardzo specyficzne i wymaga pewnym umiejętności, bo inaczej wszystko zostaje zmarnowany. Mimo pewnej prostoty, mamy tutaj chwytającą opowieść o zaufaniu, zderzeniu niewinności z przetrwaniem oraz cynizmem. Bardzo mi się podoba stylizacja na retro-futuryzm, przypominający produkcje z lat 70. oraz 80., zaś efekty specjalne są wręcz stonowane i oszczędnie wykorzystane. I ta stylówka wydaje się być najmocniejszym punktem filmu. Filmu krótkiego (nieco ponad półtorej godziny, czyli standard) i sprawia wrażenie jakiegoś fragmentu większej całości, którego chciałoby się poznać bliżej. Otwarte zakończenie sugeruje może kontynuację, ale nie liczyłbym na to. Ale „Perspektywa” jest intrygującym kinem inicjacyjnym.

perspektywa2

Wszystko na swoich barkach dźwiga dwoje aktorów, z czego najtrudniejsze zadanie miała Sophie Thatcher. Jej Cee wydaje się troszkę dziewczyną, biorącą udział po raz pierwszy w tej wyprawie. Ale z każdą minutą zaczynamy dostrzegać jak przełamuje się jej nieufność, mieszając delikatność z surowością. Dziewczynie partneruje Jay Duplass (ojciec Damon) oraz cudowny Pedro Pascal w roli Ezry, mający coś w sobie z klasycznego awanturnika. Pod tą surowością oraz hardym charakterem widać coś jeszcze. Powoli zaczyna się budować więź między tą dwójką, co musi trwać i jest pokazane bez fałszu.

perspektywa3

„Perspektywa” (co za tłumaczenie) to western w otoczce kina SF. Prosty, nieskomplikowany, ale pociągający, ciekawy i dość odświeżający. Małe, skromne, ale cudne.

7/10

Radosław Ostrowski

Gold

Złoto – surowiec najbardziej pożądany na świecie, który gwarantuje bogactwo, dobrobyt oraz szczęście. Tylko, że nie dla wszystkich, lecz dla tych, co wiedzą gdzie i jak szukać. Robią to zarówno amatorzy, jak i firmy zajmujące się wydobywaniem surowców. Taką firmę prowadził Kenny Wells, a dokładniej jego ojciec. Lecz kiedy on umarł w 1981 roku, przedsiębiorstwo wpadło w tarapaty przez kilka lat. Wszystko się zmieniło w 1988 roku, gdy mężczyzna postanowił zaryzykować i pójść w układ z legendarnym poszukiwaczem, Michael Acostą w poszukiwaniu złota do Indonezji. Nie jest łatwo, ale w końcu udaje się znaleźć złoto.

gold1

Stephen Gaghan to bardzo ceniony scenarzysta („Traffic”), który czasami próbuje swoich sił jako reżyser. I w swoich produkcjach próbuje połączyć kino gatunkowe z ważnym społecznie czy politycznie tematem. Tym razem znowu próbuje chwycić kwestie finansowych przekrętów i oszustw, opierając się na prawdziwych wydarzeniach. Nie mógł jednak wykorzystać prawdziwych imion, nazwisk oraz sytuacji (z powodów prawnych), więc ubiera wszystko w szaty fikcji. Fabułę można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza, troszkę w duchu kina łotrzykowsko-przygodowym opisuje odkrywanie surowców oraz determinację Wellsa w poszukiwaniu złota. Próba spełnienia amerykańskiego snu za pomocą sprytu, determinacji oraz szczęściu. Wiadomo, że za sukcesem zaczną pojawiać się konkurenci, chcący przejąć zyski z eksploatacji złóż. I tu pojawiają się komplikacje – gracze z Wall Street, mający szerokie wpływy, a tacy nie odpuszczają.

gold2

Wtedy zaczyna się druga część filmu, pokazująca walkę o swój sen. Co oznacza bezpardonową walkę oraz działanie z planem, by wszystkich wykiwać. Poznawanie kto jest przyjacielem, kto wrogiem oraz jak zawalczyć o swoje. Tylko, że ta walka zostaje spuentowana tak ironicznym oraz dramatycznym twistem, że powinniśmy się go domyślić wcześniej, prawda?

Problem jednak w tym, że reżyser nie jest w stanie zdecydować się, co ma być na pierwszym planie i w jakim tonie opowiedzieć całość. Czy to ma być satyryczne spojrzenie na świat wielkiej finansjery, wielka przygoda między dwoma poszukiwaczami, sensacyjna opowieść o przekręcie? Gaghan miesza tutaj wszystko do jednego kotła, przez co wychodzi film zaledwie letni. Brakuje tutaj wyczucia oraz zespolenia tego wszystko w jedną, spójną całość. Wrażenie robią zdjęcia dżungli i realia lat 80., z bardzo taneczną muzyką w tle (m.in. Iggy Pop, New Order czy Pixies).

gold3

Ale najwięcej wyciska tutaj Matthew „Allright, Allright, Allright” McConaughey w roli Kenny’ego. Facet ma wręcz ADHD, mimo sporego brzuszka i łysiny na głowie. Wizjoner, krętacz, oszust, pijak, który dla osiągnięcia celu rzuci obietnice bez pokrycia i jest w stanie nawet wejść do klatki z tygrysem. Aktor zawłaszcza ekran wszystkim, nie dając nikomu w zasadzie manewru do działania. Oprócz Edgara Ramizera w roli Acosty, którzy tworzy postać o wyglądzie i stylu dawnych poszukiwaczy przygód, gdzie czuć tą silną więź w trakcie wyprawy.

„Gold” nie ma w sobie blasku złota, nie powala i nie świeci. Zabrakło tutaj pewniejszej ręki, która stworzyła z tego prawdziwą petardę. Kolejna, tym razem nieangażująca ballada o chciwości.

6/10

Radosław Ostrowski