Sługi wojny

Pamiętacie taki film „Sługi boże”? Mariusz Gawryś wraca do tworzenia kryminału w swoim rodzinnym Wrocławiu, skupiając się na innej parze policjantów. Chociaż szefa mają tego samego, czyli inspektora Konarskiego. Parka to komisarz Samborski oraz aspirant Zadara, zaś śledztwo dotyczy morderstwa profesora medycyny. Denat zajmował się przeszczepami i był twarzą fundacji zajmującej się transplantologią. I jak to w tego typu sprawach, jest kilkoro podejrzanych, zaś liczba trupów rośnie wprost proporcjonalnie do poszlak.

slugi boze1

Reżyser, niestety, nie wyciągnął wniosków z poprzedniego filmu i powtarza sporo błędów. Przede wszystkim historia nie angażuje, opierając się na masie klisz. Gliniarz z problemami, koleżanka będąca jego kochanką i mająca kontakty z hakerami, wspierający, choć szorstki szef, podejrzany biznesmen ze szpiegowską przeszłością, twardy sprzymierzeniec na emeryturze itd. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że wątków jest tu ponapychane i starczyłoby na kilka filmów. Działania tajnych służb, niekontrolowany zakup próbek DNA z wymazów, korupcja i przekręty na szczytach władzy, pobieranie próbek z armii. Dzieje się dużo i nie dzieje się nic, bo reżyser ze scenarzystą nie potrafią zbudować napięcia, postacie są papierowe. Fabularnie jest też sporo dziur i przeskoków przez co ciężko się śledzi całość. Szczególnie wobec postaci killerki, której motywacja oraz mocodawcy pozostają tajemnicą czy znajomości Zadary z hakerami. Nawet dialogi, choć niepozbawione humoru, są pozbawione polotu. Zdjęcia są niezłe, a nocne kadry wyglądają ładnie, zaś kilka scen akcji jest sprawnie zrobionych jak ucieczka przez dach czy finałowa pogoń wśród kontenerów. Nawet te momenty bardziej dynamiczne nie są w stanie tego uratować.

slugi boze2

Z takim materiałem aktorzy robią co mogą, ale nie mają zbyt wiele do roboty. Nieźle wypada duet protagonistów, czyli twardy niczym Roman Bratny Piotr Stramowski oraz Maria Kania. Wtopą jest zabójczyni w wykonaniu Karoliny Czarneckiej, której głos jest tak sztywny oraz sztuczny, że zwyczajnie boli. Najlepiej z całej ekipy wypada Paweł Królikowski jako emerytowany pułkownik Dolecki. Każde jego wejście dodaje zarówno lekkości, jak i brawury, dzięki czemu film zaczyna nabierać rumieńców. Szkoda tylko, że trzeba czekać na niego ostatnie pół godziny.

slugi boze3

Nie wiem, czy będzie trzecia część „Sług”, ale lepiej pozwolić tej serii umrzeć. Albo zmienić reżysera i scenarzysty, by bardziej dopieścili swoje dzieło, nie popadając w miałkość oraz nudę.

4/10

Radosław Ostrowski

Lighthouse

Latarnia morska – miejsce, które pokazuje marynarzom kierunek ku lądowi, stabilizacji i bezpieczeństwu. Bo morze jest zwyczajnie nieobliczalne i może wydarzyć się masa rzeczy. Nawet na wyspie odciętej kompletnie od cywilizacji. Taki jest przypadek dwóch panów: Thomasa Wake’a i Ephraima Winslowa, którzy mają spędzić w latarni morskiej 4 tygodnie. Wake już tu przebywa od dłuższego czasu, zaś jego poprzednik zniknął w niejasnych okolicznościach. Panowie próbują się dogadać, jednak pogoda zaczyna się pogarszać.

latarnik1

Robert Eggers wraca do straszenia w czasach pełnych przesądów, gdzie wszelkie zjawiska były tłumaczone w sposób dziś uznany za nieracjonalny. „Lighthouse” jest bardzo kameralnym, wyciszonym horrorem psychologicznym. Tak przynajmniej to brzmiało na papierze, rzucając kolejnymi symbolami, scenami oraz tajemnicą. Dwóch facetów, bardzo zamknięta przestrzeń, dużo alkoholu oraz mewy. Dużo mew, które są duszami zmarłych marynarzy. Reżyser próbuje opowiedzieć historię ludzi zderzonych ze sobą, skrywających pewne tajemnice. Zaginiony poprzednik, syrena, jakieś mackowate coś (tylko we fragmencie) – im dalej w las, tym większy chaos mamy w głowie. Co jest prawdą, urojeniem, delirką i o co tu tak naprawdę chodzi. Niby są rzucane jakieś poszlaki oraz potencjalne tematy (toksyczna męskość, skrywany homoseksualizm, potępienie, tłumione żądze, wiara, relacja Bóg-człowiek), jednak żaden nie zostaje w pełni rozwinięty. Albo inaczej: brakuje tutaj jednoznacznego postawienia kropki nad i, przez co seans był strasznie nieczytelny, wywołując mętlik. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż Eggers miał świetny pomysł, ale gdzieś po drodze zbłądził. Dlatego seans tak mi się dłużył, nużył i zwyczajnie męczył. A finału kompletnie nie zrozumiałem.

latarnik2

Nie chodzi tu o to, że musi być tutaj wszystko wyłożone wprost. Jednak obecność zbyt wielu znaków zapytania też nie działa na plus. Zawsze mam problem, gdy niedopowiedzeń jest tak dużo, jakby całość klejono na ślinę. I nie pomaga ani świetna realizacja, ani zachowanie wierności realiów epoki (język oraz scenografia). Czarno-białe zdjęcia z niemal kwadratowym formatem wywołuje poczucie ciasnoty, gdzie twarze Roberta Pattinsona oraz Willema Dafoe (obaj są świetni) zasłaniają cały ekran. Oni są w stanie przyciągnąć uwagę na dłużej, jednak nawet ten duet nie jest w stanie wznieść filmu na wyższy poziom.

latarnik3

„Lighthouse” jest dla mnie przykładem filmu słabszego od mocnego debiutu. Zabrakło mi tutaj klimatu niepokoju oraz poczucia zagrożenia, zamiast tego reżyser skupia się na symbolach oraz rzucaniu kolejnymi tropami interpretacyjnymi. Szkoda, bo facet wydaje się utalentowanym twórcą.

5/10

Radosław Ostrowski

Dwóch papieży

Dziwne są czasy, kiedy na świecie dwóch papieży jest, z czego jeden jest na emeryturze. Jak do tego doszło? Wszystko się zaczęło w 2005 roku, kiedy to głową Kościoła katolickiego został kardynał Ratzinger, który przyjął imię Benedykt XVI. Papież kontynuuje drogę poprzednika, czyli konserwatyzmu. Wówczas jeden z kardynałów, Jorge Bergoglio decyduje się o przejściu na emeryturę. By jednak tego dokonać, potrzebuje zgody papieża.

dwoch papiezy1

Znowu udany film od Netflixa? To już robi się naprawdę dziwne. Reżyser Fernando Meirelles robi bardzo skromny spektakl, który równie dobrze mógłby zostać pokazany w teatrze. I jest to zderzenie dwóch wizji Kościoła: bardziej dogmatycznego, mocno osadzonego w tradycji kontra liberalny, bardzo otwarty na świat oraz jego problemy. Jednak zanim dochodzi do spotkania, pojawia się absolutnie świetna scena konklawe, gdzie wybrano Ratzingera z wręcz fenomenalnym montażem (bardzo szybkie cięcia z dźwiękowym rytmem) czy przygotowania do tego wydarzenia, wyglądające niczym relacja z telewizji. Dość nietypowa praca kamery oraz pozornie chaotyczny montaż mogą wydawać się dezorientujące, ale w tym szaleństwie jest metoda. Rozedrgania, przebitki na twarze pokazują jak wiele emocji znajduje się w tych (pozornie) spokojnych i opanowanych ludziach. Ludziach, który pełnią ważne funkcje w poważnej instytucji, którzy mają różne przekonania oraz życiorysy.

dwoch papiezy2

Wszystko to zostało okraszone świetnymi, niepozbawionymi humoru dialogami oraz scenami. Bo jak wymazać scenę próby wspólnego tanga, oglądania finału Mundialu czy gry Benedykta na fortepianie. W takich momentach widać ich z mniej majestatycznej perspektywy, co czyni całość lżejszą. Nie oznacza to jednak, że to całe spięcie jest pozbawione stawki. Z każdą sceną obydwu papieży poznajemy coraz bliżej, choć wydaje mi się, że twórców bardziej interesuje przyszły papież Franciszek oraz jego mroczny okres lat 70-tych, gdy poszedł na współpracę z wojskową juntą. Ubrane jest to w formę retrospekcji, co troszkę zaburza rytm filmu, ale próbuje też zrozumieć tego człowieka oraz dlaczego zrobił tak, a nie inaczej. Szkoda, że nie zrobiono tego samego w przypadku Ratzingera (nazywanego przez znienawidzonych przeciwników „nazistą”), ale pewnie rozcieńczyłoby to całość.

dwoch papiezy3

Bo tak naprawdę liczy się tutaj rozmowa oraz spojrzenia na wiarę, instytucję, kwestie tradycji czy bardzo kontrowersyjnych problemów. Wyciek tajnych dokumentów, brak kontroli nad Bankiem Watykańskim czy duchownych-pedofili. Jak do tego podejść i co zrobić. Reżyser pokazuje te perspektywy i zderza je, ale chyba bardziej przychyla się ku Franciszkowi, nie czyniąc z Benedykta tego złego czy gorszego.

To wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie fenomenalni aktorzy. Anthony Hopkins i Jonathan Pryce wyglądają niemal jak klony postaci, które grają (czyli Benedykta oraz Franciszka), ale nie tylko na tym polega ich siła. Każde spojrzenie, gest oraz sam głos potrafi zahipnotyzować, pokazując dwie kompletnie różne twarze. Benedykt jest intelektualistą i samotnikiem, zaś Bergoglio to człowiek bardziej otwarty, bliżej ludzi oraz ich problemów. Jednak obaj przez ten kontrast świetnie się uzupełniają, tworząc jeden z najciekawszych duetów ostatnich lat.

„Dwóch papieży” to wielki powrót Fernando Meirellesa do formy oraz kolejny przykład wysokiej jakości Netflixa. Bardzo kameralne, wręcz subtelne, a jednocześnie angażujące, trzymające w napięciu oraz refleksyjne. A przecież jest to tylko rozmowa, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Zgubiłam swoje ciało

Sam początek filmu jest mocno dezorientujący. Najpierw widzimy muchę, a obok wiele krwi i jakiś leżący chłopak. Cięcie. Potem słyszymy jak ktoś próbuje się z czegoś wyrwać nie wiadomo skąd. Kiedy dostajemy obraz okazuje się, że tym czymś jest… zawinięta w folię ludzka ręka. Czyja ręka? Co ona tam robi? Do kogo ona należy? I jak została ona rozdzielona od reszty ciała?

zgubilam swoje cialo1

Już sam początek tej francuskiej animacji stawia pytania oraz intryguje. Reżyser Jeremy Clapin stosuje tutaj dwutorową narrację, gdzie od razu zaczynamy poznawać dwójkę naszych bohaterów, czyli rękę oraz jej właściciela. A jest nim młody chłopak, który po śmierci rodziców trafia do dalszej rodziny i nie może znaleźć sobie miejsca. Marzenia o karierze muzyka czy astronauty zastępuje dowożenie pizzy. Ale nie jest on w tym dobry. Jednak jedna rozmowa zmienia jego życie, zaś pewien pociągający głos (i jego właścicielka) mogą być początkiem czegoś więcej.

zgubilam swoje cialo3

Historia jest prosta jak konstrukcja cepa, ale sposób jej opowiadania czyni ją niezwykłym doświadczeniem. Przeplatana narracja oraz droga jaką przeżywa dłoń fascynuje, choć początkowo może wywoływać dezorientację. Same przeszkody są pomysłowo pokazane: od ucieczki z lodówki przez walkę z gołębiem na dachu czy szczurami w metrze. Pomaga w tym fakt, że niektóre sceny są pokazywane niejako z perspektywy dłoni oraz serwując masę zbliżeń. Nie brakuje też momentów niemal surrealistycznych (sen o rodzicach, próba przejścia na drugą stronę ulicy) czy bardzo subtelnego humoru (pierwsza rozmowa z Gabriellą przez domofon), dodają uroku do tej pokręconej opowieści.

zgubilam swoje cialo2

Jeszcze bardziej zaskakuje niemal klasyczna forma animacji, bez metod stosowanych przez Disneya, Pixara czy innych gigantów zza Wielkiej Wody. Prosta kreska, wyglądająca jak ręcznie rysowana jest dość umowna. Z drugiej strony przy zbliżeniach widać sporo detali, szczególnie przy wyglądzie zwierząt. Wydaje się bardzo proste, ale zgrabnie uzupełnia się z samą opowieścią, pełną nostalgii oraz melancholijnego klimatu. Jedyne, co wywołuje we mnie niedosyt to zakończenie. Nie chodzi nawet o to, że nie ma (klasycznie rozumianego) happy endu, jednak rozminęło się ono z moimi oczekiwaniami.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Zgubiłam swoje ciało” to jednak z ciekawszych rzeczy dostępnych na Netflixie. Prosta w treści, ale oryginalna w formie animacja posiadający tzw. french touch.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nazywam się Dolemite

Ruby Ray Moore – słyszeliście o tym skurwielu? Bo ja nie, ale w Stanach to jedna z najważniejszych postaci dla czarnoskórej społeczności. Wokalista, stand-uper, tancerz, a nawet jasnowidz. Ten facet próbował wszystkiego, by osiągnąć sukces, tylko że teraz pracuje w sklepie płytowym jako sprzedawca. A przecież miało być inaczej, były plany, sława, chwała i kasa. Powoli jednak zaczyna przebijać się, dzięki inspirowaniu się dialogami meneli, tworząc nową postać o ksywie Dolemite. I to jest początek, ale Moore’owi ciągle mało, więc planuje zrobić… film o Dolemacie, nie mając o tym zielonego pojęcia.

dolemite1

Filmy Netflixa zazwyczaj są śmieciowym gniotem, który ma zapchać miejsce w ich bibliotece. Ale zdarzają się ciekawsze rzeczy, tylko ciężko je wyłuskać. Taki jest właśnie film Craiga Brewera, oparty na prawdziwej historii Moore’a. Od razu miałem skojarzenia z „Ed Woodem”, gdzie też mamy człowieka próbującego odnieść sukces, tylko za grosz nie mającego talentu. Moore ma o tyle problem, że nie potrafi odnaleźć się w realiach lat 70., próbując znaleźć swoją widownię. Jednak nie można facetowi odnaleźć pasji, umiejętności obserwacji i chęci dostarczania rozrywki, nawet opartej na wulgarności, chamstwie oraz prostych przyjemnościach. Jakby myśląc, że jak coś było dobre dawno, to będzie dobre zawsze. O dziwo, to zaczyna działać, zaś Moore coraz bardziej ryzykuje dla większego przebicia. Reżyser bardzo lubi tego bohatera i pokazuje go z sympatią, nawet w chwilach zwątpienia.

dolemite2

Bo Moore’a znienawidzić się nie da, a swoją energią i pasją jest w stanie zarazić innych, co widać w scenach przygotowania występu w domu (by następnie go nagrać na płytę) czy podczas kręcenia filmu. Niby takich historii było wiele i wiemy, co się wydarzy, ale to wszystko angażuje oraz bawi do końca. Czuć ten klimat lat 70., zarówno w bardzo bogatej scenografii, jak i rewelacyjnych kostiumach czy bardzo funkowej w duchu muzyce a’la Isaac Hayes czy Lalo Schifrin. Wszystko to wydaje się tak naturalne, jakbyśmy dokładnie byli w tym okresie. No i jeszcze te zdjęcia, z mocnymi kolorami. Realizacyjnie to wielka frajda.

dolemite3

Prawdziwym skarbem oraz sercem tego filmu jest wracający po przerwie Eddie Murphy, który jest tutaj prawdziwą petardą. Aktor w roli Moore’a absolutnie błyszczy, przypominając swoje największe występy w swojej karierze. Ta energia, pasja oraz szczerość biją z ekranu, nieważne czy występuje przed mikrofonem w klubie, występuje w filmie czy walczy o realizację swoich projektów przed szychami. Murphy’emu towarzyszy galeria świetnych postaci drugoplanowych jak wokalista Ben Taylor (świetny Craig Robinson), ambitny scenarzysta Jerry Jones (dość zaskakujący Michael-Keegan Key) czy dostająca szansę na swoje 5 minut Lady Reed (fantastyczna Da’Vine Joy Randolph). Ale dla mnie największą niespodziankę zrobił Wesley Snipes jako D’Urville Martin, który ma duże ego oraz wywyższa się z całej ekipy. Kradnie szoł swoim głosem i pokazuje, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

„Nazywam się Dolemite” to dla mnie przede wszystkim aktorskie zmartwychwstanie Eddie’ego Murphy, który pokazuje dawny pazur oraz energię z czasów świetności. A i sam film to biografia zrobiona z jajem, pasją oraz klimatem lat 70. O takiego Netflixa nic nie robiłem.

8/10

Radosław Ostrowski

Shazam!

Billy Batson pozornie jest zwykłym nastolatkiem mieszkającym w Filadelfii. 14-latek, który trafia do rodzin zastępczych, ale ciągle z nich ucieka. Ciągle szuka swojej matki, która zniknęła. Postawiony przed ścianą trafia do nowej rodziny zastępczej, co jest bardzo patchworkowa. Kilkoro adoptowanych dzieci, bardzo otwarci rodzice, jednak nasz Billy pozostaje nieufny. Uciekając przed szkolnymi rozrabiakami, trafia do metra, gdzie trafia – na chwilę – do miejsca, gdzie przebywa Czarodziej. Przekazuje chłopakowi swoją moc, w zamian musi pokonać nawiedzonego naukowca, opętanego przez Siedem Grzechów Głównych. Stwory są okrutne, a ich nosiciel niebezpieczny. Tylko, czy Billy rzucający słowo „Shazam” da sobie radę?

shazam3

DC i Warner nie decydują się ma budowanie uniwersum, lecz konsekwentnie tworzą osobne filmy, mające stan na własnych nogach. I znowu przed kamerą reżyser z horrorowym CV, czyli David Sanberg. Shazam (w pierwszy komiksach postać nazywała się… Kapitan Marvel) to w zasadzie troszkę parodia superbohatera, opierająca się na prostym pomyśle. Mamy dzieciaka w ciele dorosłego, który musi dorosnąć i dojrzeć do opanowania swoich umiejętności. Czyli w sumie jakich? Latanie, używanie piorunów, duża siła w rękach i takie tam. Ale tak naprawdę jest to bardzo samotny, zagubiony i niepewny siebie chłopiec. Czy taki osobnik jest w stanie pokonać dorosłego, potężnego mężczyznę z obsesją na punkcie magii? W teorii wynik wydaje się dość oczywisty.

shazam1

Może i historia jest znajoma, ale reżyser bardzo bawi się konwencją, tworząc bardziej ugrzecznioną wersję… „Deadpoola”. Jest wiele meta-żartów oraz odniesień do kina superbohaterskiego (ze światem DC), które dla naszego bohatera jest kompletnie nieznane. Odkrywanie swoich mocy, wsparcie od strony brata-nerda z fiołem na punkcie superherosów, powolne dołączanie do rodziny. Chyba to ostatnie wydaje się najważniejszym motywem dla tego filmu. Czym jest rodzina? Grupą ludźmi połączone więzami krwi czy ludzie, którzy cię wspierają i są dla ciebie ważni?

Jedyną rzeczą, do której muszę się przyczepić: finałowa konfrontacja jest dość nudna, a i jakość efektów specjalnych jest średnia. To drugie można wyjaśnić niezbyt dużym budżetem, ale to drugie wynikało z braku pomysłu. Nawet w tych słabszych momentach jest to rozładowywane żartem i humorem, przez co te wady nie denerwują tak bardzo.

shazam2

I to by nie zadziałało, gdyby nie absolutnie fantastyczny Zachary Levi jako Shazam. Czułem oglądając go, że w tym ciele znajduje się ten dzieciak zafiksowany na punkcie swoich mocy. A jego przemiana w odpowiedzialnego herosa jest przekonująca do samego końca. Równie świetni są Asher Angel (Billy) oraz kradnący szoł Jack Dylan Grazer (Freddy), tworząc bardzo dynamiczny duet. Nie chodzi tylko o komediowe momenty, ale bardziej poważne momenty. Nieźle radzi sobie Mark Strong w roli antagonisty, choć sama postać nie jest zbyt ciekawa (może oprócz momentu, gdy na początku poznajemy jego dzieciństwo).

shazam4

„Shazam” to zdecydowanie najlżejszy film DC ostatnich lat. Być może bardziej dla młodego widza, ale dorośli widzowie nie będą się nudzić. Tylko i/aż fajna zabawa z obietnicą czegoś więcej na przyszłość.

7/10

Radosław Ostrowski

Aquaman

Arthura Curry poznaliśmy w niesławnej „Lidze Sprawiedliwości” (nadal nie obejrzałem), jednak sam odbiór filmu był bardzo ostry. Zamiast budowy uniwersum DC, doszło do zmiany warty (stery w sprawie produkcji filmów z tego świata przejął Walter Hamada, a Zack Snyder został zwolniony) oraz tworzenia filmów niekoniecznie ze sobą powiązanych. Być może kiedyś zostaną one połączone jak produkcje Marvela, ale wyniki box office na razie są zadowalające w kwestii obranego kierunku. Oznaką nowego stał się film Jamesa Wana, twórcy „Piły” i „Obecności”.

aquaman1

Arthur mieszka w mały miasteczku na wybrzeżu razem z ojcem latarnikiem. Jego matka była królową podwodnej Atlantydy. Problem w tym, że ci pod wodą nie przepadają za nami lądowcami, a wszelkie kontakty z nimi są traktowane jak zdrada. Dlatego matka musiała wrócić do siebie, a Arthurek został na lądzie. Z czasem zaczął odkrywać pewne umiejętności (rozmowy z podwodnymi zwierzętami czy zanurzanie się bardzo głęboko pod wodę) i przechodził treningi pod okiem przyjaciela matki. Przychodzi jednak moment w życiu każdego bohatera, że – niczym słynny elektryk z wąsami – nie chce, ale musi. Nasz Człowiek-Rybak musi objąć tron Atlantydy, inaczej jego przyrodni brat doprowadzi do wojny. Jednak by odzyskać swoje dziedzictwo, trzeba odnaleźć mityczny trójząb pierwszego władcy.

aquaman2

Reżyser Wan kompletnie nie udaje, że robi film oparty na komiksie. Żadnego realizmu a’la Nolan czy mrocznych i ciężkich klimatów a’la Snyder. To samoświadome, kiczowate kino klasy B, gdzie fabuła może i jest schematyczna, ale ważniejsza jest realizacja oraz sama wizja świata. Czy może być poważny film, gdzie mamy ludzi jeżdżących na delfinach czy wielorybach z laserowo strzelającą bronią, zaś jedną z ról gra Dolph Lundgren? Sama historia to klasyczna droga bohatera, który musi pokonać swoje demony, zmierzyć się z wrogami oraz osiągnąć cel. Tylko, że nasz bohater to taki heros mimo woli, zmuszony przez inne czynniki. Nie chce korony i władzy, lecz chronić swoich najbliższych. Może wydawać się to przewidywalne, jednak zaskoczyła mnie realizacja.

aquaman3

Sama akcja jest odpowiednio widowiskowa, a najbardziej zaskoczył mnie fakt, że wiele z tych scen jest kręconych w jednym ujęciu. Kamera wręcz tańczy dookoła, ale wszystko jest jasne i czytelne. Największe wrażenie były starcia Aquamana z Black Mantą oraz Mery ze ścigającymi ją ludźmi z Atlantydy. Ponieważ oboje są rozdzieleni, kamera przeskakuje z postaci na postać i robi to tak płynnie, że nie ma dezorientacji w terenie. Czuć wielki rozmach, a samo podwodne miasto wygląda imponująco. I nie chodzi tylko o komputerowe efekty, ale także o scenografię (m.in. ukryta na Saharze kuźnia czy miejsce spotkania króla Orma z Nereusem) czy nasycone kolorami stroje. Nie można oderwać oczu od filmu, zaś zakończenie sugeruje ciąg dalszy.

aquaman4

Aktorzy świetnie się bawili, co także czuć, a nie udaje się to każdemu. Jason Momoa do tej roli pasuje idealnie, pozornie sprawiając wrażenie osiłka, co wszelkie problemy rozwiązuje pięściami. Albo głową (nie w sensie, że myśli, choć ma przebłyski), budząc sympatię aż do ostatniej minuty. Chcę go więcej. Partnerująca mu Amber Heard jako Mara jest równie cudowna, zaś ich relacja oparta na docinkach, sarkazmie to coś troszkę innego niż spodziewalibyśmy się po kinie superbohaterskim. Jest też aż dwóch łotrów, których motywacja jest prosta (walka o władzę oraz klasyczna zemsta), lecz efektywna. Zarówno Patrick Wilson (król Orm), jak i Yahya Abdul-Mateen II (Czarna Manta) wypadają bardzo dobrze, co w przypadku czarnych charakterów nie jest takie łatwe. Niestety, jest jeden słaby punkt, czyli Nicole Kidman jako matka Arthura. Na ile jednak to wina scenariusza, a na ile pozbawionej mimiki twarzy (jak się wstrzykuje botoks, by zatrzymać urodę, tak to się kończy – o tym może kiedy indziej) nie umiem stwierdzić. Wiem za to, że aktorka wypadła sztucznie, nawet jej głos sprawiał wrażenie wypranego z emocji. Ale na szczęście pojawia się bardzo krótko, więc można to przeboleć.

„Aquaman” to prosta, bezpretensjonalna rozrywka, która nie udaje czegoś, czym nie jest. A jest drogim widowiskiem, ze świetnie sfilmowanymi scenami akcji, charyzmatycznym bohaterem oraz pasją. Takie połączenie zdarza się niezbyt często i jest tak wyważone. Czekam na sequel.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Najgorsze filmy 2019 roku

By zachować balans we wszechświecie obok świetnych filmów powstaje wiele mniej świetnych. Czasami udaje mi się wyczuć smród na kilometr, a czasami trafiam przez przypadek na niewypał. O dziwo nie ma tutaj zbyt wielu filmów polskich, co może wynikać z doświadczenia. Albo z większej tolerancji i dostrzegania zalet niż wad. To bez pieprzenia podaje spis najgorszych filmów (czyli poniżej albo w okolicy 5/10) obejrzanych by Ja w kolejności chronologicznej. Obyście nie popełnili takich błędów jak ja. Zaczynamy.

1. 303. Bitwa o Anglię, reż. David Blair
2. Dywizjon 303. Historia prawdziwa, reż. Denis Delic
3. IO, reż. Jonathan Helpert
4. Zbereźnik, reż. John Huston
5. Emotki. Film, reż. Tony Leonidis
6. Dżungla, reż. Greg McLean
7. Autsajder, reż. Adam Sikora
8. Diablo. Wyścig o wszystko, reż. Michał Otłowski i Daniel Markowicz
9. 41 dni nadziei, reż. Baltasar Mormakur
10. Pass Over, reż. Spike Lee
11. Ciemno, prawie noc, reż. Borys Lankosz
12. Wybryk natury, reż. Robbie Pickering
13. Suspiria, reż. Luka Guadagnino
14. Rany, reż. Babak Anvari
15. Hellboy, reż. Neil Marshall
16. Dzień czekolady, reż. Jacek Piotr Bławut
17. Fighter, reż. Konrad Maximillian
18. Święta w El Camino, reż. David E. Talbert
19. Świąteczny kalendarz, Bradley Walsh
20. Święta Last Minute, reż. Joe Roth
21. 6 Underground, reż. Michael Bay

Cóż wam mogę życzyć? Oby takich rozczarowań i słabizn było jak najmniej. Oraz żeby intuicja nie zawodziła, tak jak reżyserzy. No to zobaczymy, jaka będzie nowa dekada XXI wieku. Pozdrawiam.

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy 2019 roku

Rok 2019 przechodzi do historii. A więc pora na podsumowania, rankingi, bilanse prowadzone przez zapalonych kinomanów, krytyków filmowych oraz blogerów. Pora na moje podsumowanie,czyli krótki – w założeniu – spis obejrzanych przeze mnie filmów z oceną co najmniej 8/10. Z powodu komplikacji związanych z przenoszeniem bloga na tą platformę, miałem BARDZO DŁUGĄ przerwę w oglądaniu. Więc jeśli czegoś brakuje w tym spisie, to z tego właśnie powodu.. Ewentualnie nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak na was. Będą tutaj zarówno nowości kinowe, ze streamingu, ale też i spoko nadrobionej (lub odświeżonej) klasyki. Więc bez zbędnego pieprzenia, przejdźmy do rzeczy. Kolejność chronologiczna, czyli od 1 stycznia do 31 grudnia.

1. Przebudzenia, reż. Penny Marshall
2. Skarb Sierra Madre, reż. John Huston
3. Asfaltowa dżungla, reż. John Huston
4. Król Lear, reż. Richard Eyre
5. Stan gry, reż. Kevin Macdonald
6. Życie animowane, reż. Roger Ross Williams
7. Walka: Życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego, reż. Ireneusz Dobrowolski
8. Vice, reż. Adam McKay
9. Gun City, reż. Dani de la Torre
10. The Standoff at Sparrow Creek, reż. Henry Dunham
11. Faworyta, reż. Yorgos Lanthimos
12. Moby Dick, reż. John Huston
12. Pierwszy człowiek, reż. Damien Chazelle
12. Ogród rodzinny. Dezerter, reż. Jan Hrebejk
13. Mary i kwiat czarownicy, reż. Hiromasa Yonebayashi
14. Skłóceni z życiem, reż. John Huston
15. Perfekcja, reż. Richard Shephard
16. Zachłanne miasto, reż. John Huston
17. Golem, reż. Piotr Szulkin
18. Zabij mnie glino, reż. Jacek Bromski
19. Remo: Uzbrojony i niebezpieczny, reż. John Guillermin
20. Ona się doigra, reż. Spike Lee
21. Bez znieczulenia, reż. Andrzej Wajda
22. Tam i z powrotem, reż. Wojciech Wójcik
23. Człowiek na torze, reż. Andrzej Munk
24. Akcja pod Arsenałem, reż. Jan Łomnicki
25. John Wick 3: Parabellum, reż. Chad Stahelski
26. Przychodzi po nas noc, reż. Timo Tjahjanto
27. Rocketman, reż. Dexter Fletcher
28. Człowiek z marmuru, reż. Andrzej Wajda
29. Okręt, reż. Wolfgang Petersen
30. Krew na betonie, reż. S. Craig Zahler
31. Avengers: Koniec gry, reż. Anthony i Joe Russo
32. Parasite, reż. Bong Joon-ho
33. Mission: Impossible – Ghost Protocol, reż. Brad Bird
34. Mission: Impossible – Rogue Nation, reż. Christopher McQuarrie
35. Salwador, reż. Oliver Stone
36. Serce jak lód, reż. Claude Sautet
37. Harry Angel, reż. Alan Parker
38. Dzika banda, reż. Sam Peckinpah
39. Upadek, reż. Joel Schumacher
40. Anioł, reż. Luis Ortega
41. Hellboy: Złota Armia, reż. Guillermo del Toro
42. As w potrzasku, reż. Billy Wilder
43. Le Mans ’66, reż. James Mangold
44. Irlandczyk, reż. Martin Scorsese
44. Na noże, reż. Rian Johnson
45. Małe kobietki, reż. Gillian Armstrong
46. Klaus, reż. Sergio Pablos
47. Cud na 34. ulicy, reż. George Seaton
48. Diego, reż. Asif Kapadia

Wyróżnienia:
Gentleman z rewolwerem, reż. David Lowery
Noc iguany, reż. John Huston
Dzieciak, który został królem, reż. Joe Cornish
Alita: Battle Angel, reż. Robert Rodriguez
Wilkołak, reż. Adrian Panek
Córka trenera, reż. Łukasz Grzegorzek
Paddleton, reż. Alex Lehmann
Poważny człowiek, reż. Joel i Ethan Coen
Ludzie-koty, reż. Paul Schrader
Oculus, reż. Mike Flanagan
Jabberwocky, reż. Terry Gilliam

Życzę wam, aby rok 2020 był jeszcze bardziej bogaty w fantastyczne filmy. I żeby nadal można było wyłuskiwać perełki, które wywołają w nas same pozytywne emocje.

Radosław Ostrowski

Diego

Nie było drugiego takiego piłkarza w historii tego sportu jak Diego Maradona. Argentyński piłkarz z nizin społecznych stał się megagwiazdą, mistrzem świata. Kochany i znienawidzony. Jak każda sławna osoba, miała dwa oblicza. To bardziej prywatne oraz niejako publiczne, medialne. Jak więc możliwe, że osoba kochana i traktowana jak Bóg, zostaje potem odrzucona przez tych samych ludzi i staje się obiektem nienawiści?

diego3

Dokumentalista Asif Kapadia w „Diego” korzysta ze sprawdzonej przez siebie formuły. Innymi słowy, na ekranie widzimy tylko archiwalne materiały, a tzw. gadające głowy są tylko słyszalne. Nie spodziewajcie się klasycznej biografii, bo skupia się na okresie, gdy piłkarz grał we włoskim Napoli. Po nieudanych negocjacjach z Barceloną, tylko podrzędny klub z Neapolu był zainteresowany zakupem tej gwiazdy. A Neapol był uważany we Włoszech jako ten gorszy, brudny, śmierdzący rewie, gdzie łapę na wszystkim trzymała Kamorra. Bida, nędza i rozpacz oraz on – chłopak z nizin, co został supergwiazdą, a miał być zbawcą miasta. Ale sława to jest broń obosieczna. Z jednej strony pozwala pomóc, z drugiej może być wielkim obciążeniem. Zwłaszcza, kiedy zaczyna się być troszkę ponad. Dopóki wygrywał i prowadził klub do zwycięstw, wybaczano mu wiele: branie narkotyków, korzystanie z dziwek, znajomości z mafijną rodziną. Problem jednak w tym, że coraz więcej brudów zaczyna wychodzić, a na Mistrzostwach Świata we Włoszech dochodzi do najgorszego: mecz Włochy-Argentyna w ćwierćfinale. Po tym już nie ma odwrotu.

diego2

Reżyser dostał do dyspozycję pewne archiwaliów: zarówno ze zbioru rodziny Maradony, zrekonstruowane fragmenty meczy, rozmowy z dziennikarzami, trenerami i jeszcze nie wiadomo kim. Wygląda to imponująco, a z tego zaczynają się wyłaniać kolejne oblicza piłkarza: wielbionego przez tłum gwiazdora, zmęczonego sławą sportowca, człowieka czerpiącego z nocnego życia, jak i zależnego od potężniejszych słabeusza. Bóg, geniusz czy oszust? Mit naszego bohatera zostaje naznaczony podczas meczu z Anglią, gdzie jedna bramka została wbita… ręką. Boską ręką, można by rzec. Wszystko się zmienia niczym w rollercoasterze, zwłaszcza dla osób niezainteresowanych piłką nożną. Zdarzają się pewne retrospekcje, dodając pewne detale do życiorysu Argentyńczyka.

diego1

Jak to możliwe, że znajoma formuła (wcześniej użyta w „Sennie” i „Amy”) nie wywołuje jeszcze znużenia? Kapadia znowu tworzy fascynujący i złożony portret człowieka, który stał się mitem. Bez osądzania, bez stawiania tez, a wciągający niczym rasowe kino gatunkowe. Tylko, że mówimy o dokumencie, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski