Zdrajca w naszym typie

Zrobienie dobrego filmu szpiegowskiego, który nie będzie naładowany efekciarską akcją jest zawsze trudne. Nawet jeśli jest to adaptacja powieści Johna le Carre, który woli skupiać się na postaciach zderzonych ze służbami wywiadowczymi. Nie inaczej jest tutaj, gdzie poznajemy naszych bohaterów – niemłode małżeństwo Perry’ego i Gail. Oboje są w Maroku, chcąc spędzić ze sobą czas, mimo pewnego kryzysu (ona jest zapracowanym prawnikiem, on miał skok w bok). Ale ich w miarę spokojne życie zmienia się, gdy poznają Dimę – rosyjskiego biznesmena, który z rodziną i przyjaciółmi spędza wakacje. Ale następnego dnia mężczyzna informuje Perry’ego, że jest księgowym mafii, dla której pierze pieniądze. W zamian za swoją wiedzę chce azylu dla swojej rodziny w Londynie, zaś Perry ma przekazać pendrive z danymi do MI6. Mężczyzna zgadzając się pomóc pakuje się w poważne tarapaty.

zdrajca w naszym typie1

Jak wspomniałem „Zdrajca” to niby film szpiegowski, ale zupełnie innego kalibru. Już prolog, gdzie widzimy zmianę warty w rosyjskim syndykacie pokazuje, że stawka będzie wysoka (finał kończy się morderstwem). Reżyserka Susanna White próbuje iść drogą znaną ze „Szpiega”, czyli pokazuje na ekranie szachową rozgrywkę, gdzie kwestia zaufania jest najważniejsza. A w tej całej stawce cywile, nie mający kompletnie zielonego pojęcia, w co się pakują, bo cała operacja jest prowadzona w tajemnicy i bez zgody przełożonych. By jeszcze bardziej skomplikować opowieść, widzimy powiązania biznesu, polityki oraz mafii, a wszystko po to, by stworzyć bank do prania brudnych pieniędzy. Co na to ludzie u władzy? Nic, bo przeciwnicy mają wpływy (minister, który jest byłym szefem MI6, wspiera całe przedsięwzięcie) i potrafią dopaść każdego.

zdrajca w naszym typie2

Napięcie tutaj budowane jest przez ciągłe komplikacje oraz brak ufności do wywiadu przez Dimę. Bo będzie tak jak on chce, albo nie dostaniecie nic. Cały czas wydaje się wisieć zagrożenie ze strony mafii, nie bojącej się zabić bez mrugnięcia okiem (początek filmu). Ale mam pewien problem z tym filmem. Niby wszystko jest na swoim miejscu, lecz nic mnie to nie obchodziło. Ani zmiany lokacji, dwutorowość narracji (para małżonków oraz działający w wywiadzie Hector) czy dość chaotycznie wyglądające sceny akcji (bójka Dimy z jednym z ochroniarzy w hotelowej kuchni). Mam też wrażenie, że parę wydarzeń zostało pociętych i urwanych.

zdrajca w naszym typie3

Trudno też kogokolwiek wyróżnić aktorsko, choć nie brakuje znanych twarzy. Solidnie wypada Ewan McGregor oraz Naomie Harris w roli naszych małżonków, którzy niejako wbrew sobie pakują się w aferę szpiegowską. Ale to Szkot wyciska więcej ze swojej roli, dając jej charakter. Dla mnie jednak największe wrażenie zrobił mocny Stellan Skarsgaard w roli Dimy. Pozornie sprawiający wrażenie dobrze bawiącego się, lecz lawiruje między lękiem, pewnością siebie a buńczucznością. I ten cudnie brzmiący akcent dopełniają tej postaci.

„Zdrajca w naszym typie” próbuje być innym filmem szpiegowskim, do którego kino nas przyzwyczaiło. Problem w tym, że wygląda to i ogląda się porządnie, lecz czegoś tutaj zabrakło, by porwać na dłużej.

6/10

Radosław Ostrowski

W blasku księżyca

Jest rok 1988, Filadelfia. Tutaj pracuje Thomas Lockhart – zwykły krawężnik, który bardzo chciałby pracować jako detektyw. Potrzebuje jedynie sprawy, która pozwoliłaby mu rozpędzić jego karierę. W końcu trafia się coś takiego, choć sprawa jest bardzo tajemnicza. W trzech różnych miejscach zostają znalezione ciała ludzi z trzema kółkami na szyi. Z wszystkich ofiar wylewa się krew z oczu, uszu oraz nosa, która okazuje się… ludzkim mózgiem. Udaje się odnaleźć podejrzaną, jednak mimo intensywnego pościgu, dziewczyna wpada pod pociąg. Dziewięć lat później, kiedy Lockhart awansuje, seria zabójstw powraca, co jeszcze dziwniejsze dokonuje ich… ta sama dziewczyna.

w cieniu ksiezyca1

Najnowsze dzieło Netflixa idzie w stronę stylowego thrillera z elementami nadprzyrodzonymi. Reżyser Jim Mickle znany jest z tego, że potrafi zaskoczyć i parę razy zwieść w pole. Początek bardzo przypomina stylem kryminały z lat 80., gdzie mamy panoramę miasta, noc oraz dość krwawe sceny. Same pościgi i gonitwy wygląda bardzo dynamiczne, w tle gra syntezatorowa muzyka. Zabawa jednak dopiero się zaczyna, zaś kolejne poszlaki wydają się prowadzić w bardzo absurdalne tropy. Tutaj logika może wydawać się niedorzeczna, zaś kolejne przeskoki w lata (co 9 lat) pokazują bardzo destrukcyjną rolę obsesji wyjaśnienia za wszelką cenę sprawy. Wyjaśnienie całe historii tylko pozornie wydaje się niedorzeczne, mimo wykorzystania wątków z kina SF (oklepane podróże w czasie). Muszę jednak przyznać, że reżyserowi udało się mnie zaskoczyć, a po seansie nie miałem poczucia niedorzeczności czy bezsensu wydarzeń ekranowych. A przeskoki w dekadę są pokazane bardzo delikatnie, bo całość niemal ogranicza się do kilku lokalizacji. Niemniej to śledztwo angażuje, mimo paru drobnych bzdur oraz przestylizowania.

w cieniu ksiezyca2

Aktorsko tak naprawdę najwięcej do pokazania miał Boyd Holbrook i ze swojego zadania wywiązuje się z nawiązką. Lockhart w jego interpretacji to ambitny gliniarz, którzy nie odpuszcza okazji do osiągniecia sukcesu. I wierzy, że rozwiązanie tej sprawy będzie dla niego szansą na powrót do normalności, zaś charakteryzacja (bo jego bohater starzeje się) nie wywołuje poczucia sztuczności. Ma dobrą chemię z Bokeemem Woodbinem (Maddox), grającym jego partnera z pracy. Wrażenie zmarnowanego talentu sprawia Michael C. Hall (kapitan Holt), będący na bardzo dalekim planie, za to zaskakuje naznaczona tajemnicą Cleopatra Coleman w roli głównej antagonistki.

w cieniu ksiezyca3

„W blasku księżyca” pokazuje, że Mickle nadal ma talent do tworzenia zaskakujących filmów gatunkowych, choć tutaj była pewna dawka przewidywalności. Jest stylowy, wciąga i dostarcza rozrywki, a to czasem wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Honorowy obywatel

Kiedy poznajemy Daniela Mantovaniego, ma otrzymać literacką Nagrodę Nobla. Jednak zamiast dumy widać na twarzy nerwowość, zamiast eleganckiego stroju dżinsy, ale najmocniejsza jest jego mowa. I tutaj autor uważa, że jego kariera dobiegła końca, stał się ulubieńcem krytyki, a jego kreatywność zostanie zabita. Pięć lat po przyznaniu nagrody literat kompletnie wycofuje się z życia publicznego. I kiedy wydawało się, że już nic nie zaskoczy, dostaje on zaproszenie do rodzinnego miasteczka Salos, gdzie ma otrzymać tytuł honorowego obywatela. Tylko, że w tym miasteczku nie było go od 40 lat.

honorowy obywatel1

Czyżbyśmy już poczuli się znajomo? Argentyński komediodramat pozornie wydaje się wpisywać w historię człowieka, który jest zderzony z małomiasteczkową mentalnością. Mantovani wydaje się być osobą z zupełnie innego świata – wyrafinowany, inteligentny, z dużym dystansem. Ludzie mieszkający tutaj są o wiele prości, skupiający się na zwykłych rozrywkach (polowanie, dyskoteki), mocno skupieni na sobie i swoimi autorytetami. Czy to oznacza, że nasz bohater dokona pewnego rozliczenia z samym sobą, pójdzie ku sentymentalnym rewirom? Absolutnie nie, reżyserzy bardzo mocno stoją na ziemi, całość jest polana w paradokumentalnej formie, zaś mieszanka dramatu i komedii bardziej przechyla się ku temu pierwszemu.

honorowy obywatel2

Całość ubrana jest w konwencję powieści, podzieloną na rozdziały. Ale jednocześnie widać, jak zmienia się nastawienie mieszkańców. Początkowo traktują go jak idola, niemal wchłaniając jego słowo, burmistrz stara się go niemal nieustępować na krok, proponuje się mu podjazd autem, a nawet młode laski pchają się wręcz do wyra. No gwiazdor jakiego dawno nie było. Tylko potem swoją postawą zaczyna wywoływać wrogość. A to dość zaskakującym wyborem na konkursie plastycznym, a to odmawia pomocy chłopakowi by kupić wózek inwalidzki, a dziewczyna lecąca na niego to córka znajomych (ale do niczego nie doszło). To wszystko zaczyna ujawniać to gorsze oblicze miasteczka, pełne zawiści, poczucia zdrady (autor wykorzystuje wspomnienia czy postaci z czasów pobytu w Salos), krzywdy. I to zderzenia zmienia ton oraz klimat całego tytułu. Zaś zakończenie zaczyna prowokować pytanie, czy to, co widzieliśmy naprawdę się wydarzyło, a może jest tylko wytworem wyobraźni autora? Zresztą, czy to ważne – jak stwierdza sam pisarz zagrany przez fantastycznego Oscara Martineza.

honorowy obywatel3

Kino południowoamerykańskie zaczyna coraz bardziej przebijać się do naszego podwórka. I bardzo dobrze, zaś „Honorowy obywatel” sprawdza się jako słodko-gorzkie kino obyczajowe na temat roli autora, literatury oraz wyrywaniu się z ciasnej mentalności.

7/10

Radosław Ostrowski

Detroit

Detroit roku 1967 nie było czasem pokoju i spokoju. Wszystko zaczęło się od nalotu na nielegalny klub nocny, gdzie czarnoskórzy popijali alkohol. Widzący aresztowania tłum zareagował wściekłością. W ruch poszły butelki, kamienie, zaczęły padać strzały. Doszło do zamieszek, chaosu oraz anarchii, zaś do miasta wkroczyło wojsko. Kradzieże, agresja tłumu oraz wściekłość wynikająca z bycia czarnym i policyjnej przemocy. Kulminacją wydarzeń stała się sytuacja w hotelu Algiers dnia 25 lipca. Wkroczyła policja i wojsko, bo ktoś stamtąd strzelał, więc trzeba znaleźć strzelca oraz jego spluwę.

detroit2

Kathlyn Bigelow ostatnimi czasy pokazuje mieszankę kina sensacyjno-wojennego z poważniejszym zacięciem. Tak było z „Hurt Lockerem” opisującym uzależnienie od wojny oraz adrenaliny, a także we „Wrogu numer jeden”, czyli polowaniu na Osamę bin Ladena. Jednak w „Detroit” reżyserka sięga po kwestię wywołującą silne emocje w Ameryce. I to pokazuje już animowana wstawka na początku. Sama historia początkowo może wywołać dezorientację, bo mamy przeskoki z postaci na postać i nie wiemy dokąd to wszystko zmierza. Kamera jest bardzo rozedrgana, poznajemy bohaterów oraz całą absurdalną sytuację: chaos, kradzieże oraz policjantów, którzy – mimo zakazu – strzelają do ludzi. Wszyscy zaczyna się kumulować w momencie incydentu w hotelu (pięciu czarnych oraz dwie białe dziewczyny), gdzie ktoś dla żartu strzela ze ślepaków. Od tego momentu atmosfera robi się bardzo nieprzyjemna, w każdej chwili może doprowadzić do gwałtownej eksplozji.

detroit1

Ale jednocześnie nie ma tutaj prostego podziału, czyli biali to rasiści i brutale, a czarni ofiarami. Wszystko jest mocno rozmyte, a połączenie głupoty, władzy, broni może doprowadzić do tragedii. Próba szukania winnego, wymuszanie zeznań, przemoc, wreszcie strzelanie. Bigelow tak dokręca śrubę, że ogląda się to aż na krawędzi fotela. I pomaga w tym bardzo ciasna przestrzeń, skromna ilość aktorów doprowadzając do przerażającego finału. Ale jednocześnie reżyserka oskarża policję o rasizm i nadużycie, co zostaje rozwinięte w wątku sądowym. Tylko, ze wtedy zaczyna pojawiać się niebezpieczny patos, przez co siła oskarżenia zaczyna słabnąć. I to jest dla mnie jest największy problem (obok lekko chaotycznego początku) „Detroit”.

detroit3

Trzeba przyznać, że aktorsko jest co najmniej solidnie. Na mnie największe wrażenie zrobił Will Poulter w roli gliniarza Kraussa. Rasista, brutal, mocno naciskający na innych i przekonany o swojej władzy. Ten facet swoją mową ciała oraz swoimi oczami potrafi budzić przerażenie, przez co budzi wstręt. Równie świetny jest Algee Smith jako jeden ze śpiewaków Larry oraz Anthony Mackie w roli wracającego z wojny żołnierza. Tutaj każdy ma swoje pięć minut (m.in. John Boyega, John Krasinski, Hannah Murray czy Jacob Lathimore), tworząc bardzo solidne wsparcie dla całości.

Troszkę szkoda, że „Detroit” przeszedł kompletnie bez echa. Bigelow kolejny raz pokazuje wnikliwe spojrzenie na pulsujący, ciągle aktualny dramat w historii USA. Czy będzie to szansa na zagojenie i zabliźnienie ran? Trudno mi wnioskować, ale ten film trzyma za ryj.

7/10

Radosław Ostrowski

Pod ciemnymi gwiazdami

Jesteśmy gdzieś na wyspie w Wielkiej Brytanii, która jest oddzielona troszkę od świata. To właśnie tutaj żyje Moll – niby dorosła kobieta, ale ciągle mieszka z rodzicami (ojciec ma Alzheimera). Pracuje jako przewodniczka wycieczek, śpiewa w chórze prowadzonym przez matkę, jednak troszkę to życie staje się dla niej męczące. I wtedy pewnego ranka na jej drodze pojawia się łobuziak o imieniu Pascal. Mieszka sam, poluje (nielegalnie), nie dba o siebie, ale ją pociąga. Niby nic niezwykłego, ale w okolicy grasuje osobnik, co zabija młode dziewczyny.

beast1

Debiutujący reżyser Michael Pearce tutaj skleja elementy pozornie do siebie niepasujące. Bo jest tu dreszczowiec, kryminalna zagadka, romans, nawet baśń, psychologiczny horror i to wszystko zmieszane, poszatkowane oraz sprawdzone według przepisu Romana Polańskiego. Cały czas miałem pewne skojarzenia (bardzo luźne) ze „Wstrętem” czy „Dzieckiem Rosemary” w krajobrazie znanym z „Tess” (tylko współcześnie). Reżyser wydaje się nie być zainteresowany śledztwem, a ważniejszy jest tutaj nastrój tajemnicy oraz naznaczona mrokiem relacja dwójki bohaterów. Postaci, które mają swoje tajemnice, demony i wiele niedopowiedzeń. Nad nią znęcano się w szkole (skończyło się atakiem nożyczkami), on siedział w więzieniu i nielegalnie poluje. Cała ta sprawa mordercy wydaje się być tylko tłem, które co jakiś czas wypływa i robi poważny ferment. A jednocześnie cały czas obecny jest tutaj mrok, choć scen nocnych jest bardzo niewiele. Mrok odczuwalny w duszy każdej postaci, zarówno rudowłosej dziewczyny, jej apodyktycznej matki, tajemniczego chłopaka, a wszelkie tropy i poszlaki wywołują jedynie dezorientację, by w finale ostatecznie nie dać jednoznacznej odpowiedzi. Po prostu mamy rozrzucone puzzle, a ty widzu sam układaj i spróbuj rozgryźć to wszystko.

beast2

Ewidentnie Pearce wie, jak podsycić poczucie niepewności oraz próbuje wejść do bardzo zwichrowanego umysłu (i to budzi we mnie skojarzenia z Polańskim). Jest parę momentów zmuszających nas do zastanowienia się, kim tak naprawdę są nasi kochankowie. Próbujący zerwać z konserwatywną społecznością, tłumiącą budzą się seksualność i potrzebę usamodzielnienia się od rodzinnego gniazda. W tle przygrywa bardzo niepokojąca muzyka, niemal idąca ku horrorowi, pojawiają się oniryczne wstawki. A jednak nie czuć znużenia czy irytacji, czego troszkę się obawiałem, zaś zakończenie… potrafi walnąć oraz wywrócić wszystko do góry nogami.

beast3

Ale najmocniejszym punktem jest tutaj magnetyzujący duet Jessie Buckley/Johnny Flynn. Ona wygląda zjawiskowo, przyciąga uwagę i ma w sobie pewien romantyzm, z kolei on to taki łobuz żyjący po swojemu, przyciągający swoim stylem życia, izolacją od reszty oraz tajemnicą. Kiedy są razem, dosłownie iskrzy, zaś reszta postaci zwyczajnie nie istnieje.

„Beast”, choć jest dziełem debiutanta, nie sprawia takiego wrażenia i parę razy zaskakuje. Potrafi oczarować swoją aurą godną romantycznych horrorów, tylko dziejąca się tu i teraz. A jednocześnie pokazuje jak można w człowieku obudzić tytułową bestię.

7/10

Radosław Ostrowski

Okna, okna

Cała historia jest co najmniej dziwaczna i skupia się na dwóch wątkach. Jesteśmy gdzieś na podlaskiej wsi, gdzie trwa obława na głuszca. Zwierzak terroryzuje okolice, zabijając inne zwierzęta i zmuszając kobiety z dziećmi do opuszczenia wsi. Jednym z ludzi mających obserwować zwierza jest Wojciech. Mężczyzna czuwa i pilnuje na leśnej ambonie. Wracając nocą jest świadkiem dość dziwnej sytuacji, otóż w lesie pojawia się… okno. Zapalone, ale próbując podejść bliżej znika. Jakby nigdy nie było. Mężczyzna próbuje ugryźć tajemnicę.

okna okna1

Wojciech Solarz po latach występowania postanowił spróbować swoich sił jako reżyser. Debiutanckie „Okna, okna” skręcają w mocno absurdalne rejony, co widać już w otwierającej scenie (a w zasadzie trzech). Tylko, że to poczucie humoru nie trafi do każdego, mimo dość krótkiego metrażu (nieco ponad godzina). Sama historia wydaje się tylko pretekstem dla zderzenia pokręconych sytuacji związanych z zapalonymi oknami, pewnym dołem oraz abstrakcją. Jednocześnie jest to kino bardzo świadome (abstrakcyjny początek), gdzie reżyser chce nam opowiedzieć o czymś więcej. O niespełnionych marzeniach, przywiązaniu do ziemi (historia Zdzisława) oraz tej absurdalnej obławie, gdzie członkowie zastanawiają się nad kierunkiem. Do tego wszystkiego zostaje wpleciona narracja Wojciecha z offu (głos samego reżysera). Tylko, że samo rozwiązanie może nie być satysfakcjonujące, bo… nic nie wyjaśnia. A może wyjaśnia, tylko ja tego nie zauważyłem.

okna okna2

Ale mimo faktu, że jest to kino niezależne, to technicznie tego nie widać. Zdjęcia są naprawdę ładne, dźwięk jest czysty, w tle gra delikatna muzyczka. Wygląda to naprawdę dobrze, tylko to lekko pythonowskie poczucie humoru nie trafia do mnie za bardzo. Ale doceniam próbę stworzenia czegoś innego na naszym podwórku. I jest parę ciekawych ról (poza samym reżyserem wybija się Leszek Lichota jako Zdzisław czy epizod Sebastiana Stankiewicza), które zapadają w pamięć. Niemniej jest to bardzo specyficzne kino, dodające pewnej świeżości.

okna okna3

6,5/10

Radosław Ostrowski

Creed II

Kiedy poznajemy Adonisa Creeda teraz jest już mistrzem świata, nadal żyje z Bianką i wydaje się żyć dobrze, szczęśliwie. Można odnieść wrażenie, że nikomu nic już nie musi udowadniać. Ale cień ojca nadal nad nim wisi. Zwłaszcza, gdy do USA przybywa Ivan Drago razem ze swoim synem, Victorem i ma rachunki do wyrównania z Rockym oraz jego podopiecznym, Adonisem. Tylko, że ten drugi ma dużo do stracenia, zaś Rocky nie chce stanąć po stronie Adonisa.

creed2-1

Kiedy pojawił się pierwszy „Creed”, film okazał się sporym zaskoczeniem. Z jednej strony czerpał garściami z serii o Rockym Balboa, ale jednocześnie odnajdywał swoją własną tożsamość. Kontynuacja losów Adonisa wydawała się nieunikniona, jednak tym razem za kamerą nie stanął Ryan Coogler. Zastępujący go reżyser Steven Caple Jr. miał bardzo trudne zadanie do wykonania. I muszę przyznać, że podołał, chociaż mam pewne zastrzeżenia. Bardzo podoba mi się to, że nadal najważniejsze są tutaj relacje między postaciami. Zarówno między Creedem a swoją dziewczyną Bianką, a także między Creedem a Rockym, który nadal jest jego mentorem. Same walki stanowią tylko tło do tego dramatu faceta, który ma dużo do stracenia – nie tylko swoje zdrowie oraz dumę, ale najbliższych (żona, zbliżające się dziecko). Zaś brak Rocky’ego na początku powoduje popełnianie wielu błędów oraz zwiększenie obecności ego, przez co Adonisa bardzo ciężko polubić.

creed2-3

Drugim sporym plusem są antagoniści, czyli Ivan Drago z synem Viktorem. Obaj mówią po rosyjsku, wyglądają bardzo groźnie (zwłaszcza syn, który wygląda jak potężna bestia) i mają bardzo prostą motywację. Niby chodzi tu o zemstę, ale ta motywacja wynika z reperkusji wydarzeń z czwartej części Rocky’ego. Drago po porażce zostaje niejako odrzucony przez swój kraj, pobratymców, dla których walka z Creedem jest pewną szansą na rehabilitację oraz odzyskanie szacunku. To jest dla mnie dość sporym zaskoczeniem, pokazując więcej odcieni szarości. I to motywacja syna, motywowanego przez swojego ojca zadziałała na mnie bardziej niż Adonisa Creeda.

Nadal mogą się podobać stosowane przez poprzednią część montaże treningowe (zwłaszcza ta na pustyni) oraz pewne drobne sztuczki, dodając sporo świeżości. Taki jest dla mnie moment, gdy podczas pierwszej walki są ujęcia z oczu pięściarza. Muszę jednak przyznać, że w poprzedniej części to było po prostu lepiej wykonane. Ale muszę przyznać, że finał jest w pełni satysfakcjonujący oraz wydaje się zakończeniem opowieści o Rockym (trzymający jak zawsze fason Sylvester Stallone).

creed2-2

Aktorsko nadal trzyma dobry poziom, a Michael B. Jordan w roli Creeda ciągle jest świetny, zwłaszcza w scenach pełnych gniewu czy momentów zagubienia. Tak samo czuć chemię między nim a Tessą Thompson czy wspomnianym Stallonem. Ale pozytywnym zaskoczeniem jest dla mnie Dolph Lundgren z bardzo szorstkim spojrzeniem, pełnym gniewu, bólu, złamanego charakteru oraz rosyjskiego akcentu. Tak samo jak bardzo dobrze zbudowany Florian Munteanu w roli Victora Drago, próbującego spełnić oczekiwania ojca.

Wszyscy, którzy obawiali się odcinania kuponów oraz żerowaniu na sentymencie, mogą spać spokojnie. Drugi Creed to godna kontynuacja serii, która – w zasadzie – mogłaby się tutaj skończyć. Nadal czuć w nim serce, szczerość oraz szacunek wobec tradycji.

7/10

Radosław Ostrowski

Ciemno, prawie noc

Wałbrzych. Miast pełen brudu, kopalni oraz szarzyzny. I to właśnie tutaj przybywa dziennikarka Alicja Tabor, która kiedyś tu mieszkała. Próbuje napisać o sprawie zaginięcia trójki dzieci, mimo starań policji. Ale kobieta jeszcze próbuje rozgryźć pewną tajemnicę z przeszłości, co może mieć istotny wpływ.

ciemno prawie noc1

Borys Lankosz po latach przerwy wraca z kolejną adaptacją literacką. Tym razem wziął na warsztat powieść Joanny Bator, której – niestety, albo na szczęście nie czytałem. Niby mamy tutaj coś w rodzaju dochodzenia, gdzie nasza bohaterka prowadzi rozmowy. Czy to z matką jednej z zaginionych dzieci, ciotką drugiego czy dyrektorem z domu dziecka „Aniołek”. I do tego jeszcze mamy przebitki z przeszłości, odkrywania tajemnic z życia samej Alicji (a dokładniej zniknięcia jej siostry) oraz wiele innych zagadek. I muszę przyznać, że atmosfera oraz klimat tajemnicy naprawdę wciąga. Poczucie obcości potęgują znakomite zdjęcia Marcina Koszałki (zarówno te nocne, jak i przyrody) oraz świdrująca uszy muzyka. Ale dla mnie największym problemem jest tutaj scenariusz, który całe to śledztwo spycha absolutnie na daleki, BARDZO daleki plan. Twórcy przypominają sobie o tym w ostatnich 30 minutach, gdzie znikąd pojawia się pewien trop. Do tego jeszcze przeskakujemy z postaci na postać, z wątku na wątek, już do niego nie wracając.

ciemno prawie noc2

Bo im dalej w las, tym więcej patologii, brudu i degrengolady zobaczycie. Gwałty, zabijanie zwierząt, pedofilia, pornografia dziecięca, handel dziećmi, kazirodztwo, Kotojady, morderstwo – chyba niczego więcej nie pominąłem. Problem jednak w tym, że im bardziej oddalamy się od śledztwa oraz niby bliżej poznajemy tło, tym bardziej miałem to kompletnie w dupie. Nawet w najbardziej dramatycznych momentach, co jest kompletnie zaskakujące. Samo szokowanie brutalnością, podłością i okrucieństwem świata, gdzie słońce już dawno opuściło to miejsce jest bardzo nieskuteczną strategią. Zamiast współczucia jest nuda, śmiech, obojętność (niepotrzebne skreślić).

ciemno prawie noc3

Reżyser jest jednak na tyle sprytny, że zaprosił iście gwiazdorską obsadę i częściowo próbuje ratować ten bajzel. Ale te duże nazwiska w większości pojawiają się na kilka, kilkanaście minut. Podobać może się wycofana Magdalena Cielecka w roli Alicji Tabor, tylko że nie bardzo byłem w stanie wejść w jej skórę. Niewiele się o niej dowiadujemy, albo inaczej: ta historia jest strasznie poszatkowana. Poza nią najbardziej wybija się z tego grona Piotr Fronczewski (dyrektor domu dziecka) oraz bardzo pogubiona Roma Gąsiorowska (Mizera).

Oglądając „Ciemno, prawie noc” cały czas miałem skojarzenia z „Ostrymi przedmiotami”, tylko że Lankoszowi ktoś bardzo stępił pazury. Zamiast emocji oraz tajemnicy, pojawia się przerost formy nad treścią, a kolejne dokręcanie patologicznej śruby po prostu irytuje. Nie spodziewałem się takiego rozczarowania.

4/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible – Rogue Nation

Jak wiemy z zakończenia poprzedniej części Ethan Hunt, czyli agent od zadań niewykonalnych, wyrusza na trop tajnej organizacji zwanej Syndykatem. Mimo infiltracji trwającej ponad rok, cel coraz bardziej zaczyna się oddalać. Do tego grupa działa w cieniu, kompletnie nie zostawiając żadnych śladów. Jakby tego było mało kłopotów, Syndykat wie o obecności Hunta i ten zostaje schwytany, ale udaje mu się zbiec. No i jeszcze dyrektor CIA doprowadza do rozwiązania MIF, a Hunt jest ścigany.

mission impossible 5-1

Tym razem do serii zostaje dookoptowany reżyser Christopher McQuarrie (scenarzysta „Podejrzanych”), choć jego reżyserskie dokonania były co najwyżej niezłe. I tu już najmocniej czuć inspirację Jamesem Bondem, gdzie mamy wrogą organizację, która odpowiada za wiele zła. Porwania samolotów, kradzieże broni nuklearnej, zabójstwa, zamachy oraz działanie w cieniu. Coś jak IMF, tylko w służbie zła. Do tego mamy jeszcze grę wywiadowczą, gdzie zaufanie i opcja współpracy jest na bardzo cienkim lodzie. W zasadzie jest to kontynuacja kierunku wyznaczonego przez poprzednią część, czyli znowu grupa przyjaciół (czyli ekipa Hunta) zostaje wystawiona na ciężką próbę i musi wykonać kolejne niewykonalne zadanie. Jest też poszukiwanie McGuffina, przeskoki z miejsca na miejsce oraz świetnie zainscenizowane sceny akcji.

mission impossible 5-2

Tutaj najbardziej zapada w pamięć akcja w Operze Wiedeińskiej, gdzie ma dość do zamachu (czuć tutaj klimat oraz styl klasycznych Bondów), otwierającą całość przechwycenie broni chemicznej z lecącego samolotu (czyste szaleństwo) czy włam do wodnego silosu, gdzie są przechowywane profile. W tych momentach reżyser pozwala sobie na szaleństwo i nawet jeśli mamy wrażenie, że znamy te wszystkie sztuczki, to i tak historia wciąga. W tle gra znajomy motyw, są sprawdzone zabawki (z maską oraz okularami), zaś nowa bohaterka oraz jej motywacja przez spory czas pozostaje tajemnicą. I to jeszcze bardziej pomaga w budowaniu napięcia, a także pokazuje stosunki panujące między wywiadami.

mission impossible 5-3

Jeśli coś nadal zawodzi to główny antagonista, który przez większość czasu wydaje się niemal nieobecny. Do tego jego motywacja (były agent, który czuje się zdradzony przez system i zamierza zniszczyć świat) to kolejny banał, jakich widzieliśmy mnóstwo. Nawet jego zachrypnięty głos nie jest w stanie przykuć uwagę na dłużej. Ale też czasem akcja może wywoływać poczucie przesytu, choć finał (zaskakująco stonowany) robi piorunujące wrażenie.

mission impossible 5-4

Nikt tu nie oczekuje aktorskich cudów, lecz jest na co oglądać. Cruise coraz bardziej pokazuje, że fizycznie jest w stanie wykonać rzeczy szalone (trzymanie drzwi lecącego samolotu czy włam do zalanego wodą silosu), których nie spodziewalibyśmy się po nim. Więcej czasu na ekranie dostał za to Simon Pegg, tworząc bardzo zgrabny duet. Benji ma szansę pokazać swoje oddanie i lojalność, pokazując swoją przydatność do działania w polu. Do gry wraca też Jeremy Renner oraz Ving Rhames, stanowiąc solidne wsparcie, podobnie dobry poziom prezentuje szef CIA w wykonaniu Aleca Baldwina. Dla mnie jednak odkryciem jest Rebecca Ferguson w roli tajemniczej agentki Ilsy Faust. Mógłobym ją w dużym skrócie opisać jako żeńską wersję Hunta, tylko ładniejszą oraz równie sprawnie wyszkoloną w kwestii mordowania. Między nią a Cruisem iskrzy, choć jej motywacja oraz to, komu naprawdę służy intryguje. Jestem ciekaw, czy się znowu pojawi.

mission impossible 5-5

Powiem szczerze, że nie byłem pewny, czy „Rogue Nation” będzie w stanie konkurować z „Ghost Protocol”. Na szczęście poprzeczka zostaje zachowania, a reżyserska i scenariuszowa robota McQuarrie’ego budzi u mnie duży podziw. Co następnym razem wymyślą twórcy, by nas zaskoczyć? Jestem cholernie ciekawy.

8/10

Radosław Ostrowski

Darling

Wszystko zaczyna się w nieznanym mieście, takim dużym. Jakich jest tysiące w USA. Ale akcja ogranicza się do bardzo starego domostwa, gdzie zostaje przydzielona młoda dziewczyna. Ma pilnować tego domu i nie otwierać drzwi na samej górze. Dom skryta bardzo mroczną tajemnicę.

darling1

Raz na jakiś czas pojawiają się takie filmy, o których mało kto słyszał. Czasami słusznie, a czasami nie. Jak jest z filmem Mickeya Keatinga? „Darling” to bardzo kameralne kino psychologiczne, które bardzo mocno inspiruje się utrzymanym w podobnym tonie filmom Romana Polańskiego. Fabuła jest tutaj bardzo szczątkowa, enigmatyczna oraz… bardzo prościutka. Jeśli oglądaliście „Wstręt”, to poczujecie się jak w domu. Reżyser bardzo próbuje wejść w zwichrowany umysł naszej bohaterki. Jednak realizacja jeszcze bardziej wywołuje spore zamieszanie. Montaż jest pełen krótkich przebitek, wywołujących wielką dezorientację. Co się dzieje naprawdę, a co jest tylko wytworem wyobraźni. Samo domostwo przypomina klasyczną produkcję z horroru: meble niemal wzięte z XIX wieku, brak śladów nowoczesnej technologii (nawet telefon jest niedzisiejszy). Tylko, że to wszystko jest zwyczajnie nudne, nieangażujące oraz kompletnie niezrozumiałe.

darling2

Niby realizacyjnie też się trudno do czegoś przyczepić, bo nawet muzyka jest tutaj podporządkowana formie. Czarno-białe zdjęcia sprawia jeszcze większe poczucie odrealnienia. Podział na rozdziały, wiele onirycznych scen (rozpędzony ruch bohaterki czy nawiedzony trup) – wywołuje to wielki mętlik w głowie. Niby intryguje, ale cały czas miałem wrażenie poczucia deja vu.

darling3

Dla osób zaczynających przygodę z psychologicznym horrorem „Darling” może być niezłym początkiem. Ale bardziej wyrobieni kinomani wyczują przeciętność, której nie jest w stanie uratować specyficzna forma.

5/10

Radosław Ostrowski