Fighter (2019)

Coś ostatnio filmów o sportach walki w Polsce przybyło. A nawet doszło do tego, że z jednego pomysłu powstały dwa różne filmy. Taki jest przypadek „Underdoga” (całkiem przyzwoitego) oraz „Fightera”, gdzie szkielet fabularny jest zbyt podobny, by to zignorować. Ale czy Konrad Maximillian daje radę lepiej od Macieja Kawulskiego?

Bohaterem jest niejaki Tomasz Janicki – bardzo narwany zawodnik MMA, który podczas walki został zdyskwalifikowany. Jego kolejny pojedynek miał być z pięściarzem Markiem „Pretty Boy” Chmielowskim, który chce spróbować swoich sił w MMA. Ale nasz heros decyduje się odpuścić i trafia do rodzinnych stron w jakimś wygwizdowie. Tam pracuje przy wyrębie lasu, zaszywa się i stara raczej unikać kłopotów. Ale wszystko się zmienia, kiedy drobnym cwaniaczkom okrada z białego proszku. Zaczynają się kłopoty, co musi się skończyć ustawieniem walki.

fighter1

„Fighter” miał strasznie pod górkę. Pierwotnie miał się nazywać „Klatka” i opowiadać o walkach MMA, ale w trakcie prac wycofał się producent oraz mający grać jedną z głównych ról Eryk Lubos. To jednak reżysera nie zniechęciło, zdecydował się zmodyfikować scenariusz i doprowadzić sprawę do końca. Za taką postawę należy się szacunek, jednak efekt końcowy jest… strasznie rozczarowujący. Niby jest tutaj parę wątków, mających doprowadzić do całej akcji, ale to wszystko jest strasznie chaotyczne, dziurawe i pozbawione ciągu przyczynowo-skutkowego. Przemyt narkotyków, lokalna mafia, nielegalne walki przy ognisku, żona odchodząca od naszego protagonisty do rywala. No i jest jeszcze potencjalna nowa partnerka, której brat jest zamieszany w przemyt. Same w sobie mają spory potencjał, tylko że historia opowiedziana jest w sposób bardzo płytki, wręcz skokowy.

fighter2

Najgorsze jest to, że wiele rzeczy istotnych zostaje albo opowiedzianych za pomocą krótkiego dialogu (wszelkie sceny z talk-show), albo rozgrywanych jest poza kadrem (kwestia znalezionych narkotyków). I z tego powodu nie mogłem się skupić ani zorientować w którym momencie się znajdowałem, zaś wątki są tutaj klejone na ślinę. Doprowadza to do kompletnego braku zaangażowania, emocji ani wiarygodności. Są też treningi do walki oraz sama potyczka, która jest niechlujnie zmontowana, chaotyczna, jakby miały one maskować brak umiejętności aktorów. Boli to strasznie i kompletnie zniechęca.

fighter3

Nie chce mi się już więcej opowiadać o „Fighterze”, bo tak naprawdę nie ma specjalnie o czym. Film bardzo przypomina mocno poobijanego pięściarza, który wiele przeszedł, jest strasznie poturbowany i ledwo może chodzić. Czy ja muszę mówić coś więcej?

3/10

Radosław Ostrowski

Irlandczyk

Martin Scorsese to jeden z tych filmowców, na którego filmy – jakiekolwiek by nie były – zawsze się czeka. Ten człowiek wyrobił sobie reputację jednego z największych reżyserów kina amerykańskiego, chociaż ostatnio mówi się o jego wypowiedzi na temat filmów z gośćmi w lateksach. Zostawmy tą dyskusję i skupmy się na najnowszym dziele mistrza zrobionym dla Netflixa. Filmie gangsterskim. Trwającym ponad trzy i pół godziny. Zainteresowani?

Głównym bohaterem „Irlandczyka” jest Frank Sheeran. Kiedy go poznajemy, przebywa w domu starców i jest już w mocno zaawansowanym wieku. Zaczyna nam opowiadać o sobie, a cała historia pokazana jest nam na trzech planach czasowych: współcześnie, w okresie od lat 50. do połowy 70. oraz podczas podróży samochodem na ślub w 1975 roku. Swoją karierę zaczynał jako kierowca ciężarówek, potem został związkowcem, a następnie malarzem domów. I nie chodzi o to, że wziął pędzle, robił tapety, ale zabijał ludzi. Dla mafijnej rodziny Bufalino. Ale jego kariera poszła dalej, gdy na swojej drodze spotkał Jimmy’ego Hoffę – szefa amerykańskich związków zawodowych.

irlandczyk3

Jeśli jednak ktoś spodziewa się gangsterskiej rozwałki, efektownych strzelanin oraz rozbryzgującej krwi wszędzie, „Irlandczyk” będzie wielkim rozczarowaniem. Sceny przemocy są tutaj bardzo krótkie, gwałtowne i niespodziewane, ale jest ich bardzo mało. Historia płynie bardzo powoli, skupiając się tylko na dialogach, rozmowach oraz narracji z offu. Brzmi jak powtórka z rozrywki? Bo już widzieliśmy wiele filmów o mafii, gangsterach, więc co można nowego opowiedzieć?

Dla Scorsese najważniejsza jest tutaj opowieść o wyborach, które rzutują na całe nasze życie. Szkoda tylko, że konsekwencje tych decyzji są odczuwalne dopiero po pewnym czasie. Co jest ważniejsze: lojalność wobec przyjaciół (mafii) czy wobec rodziny? Bo to, co nam się wydaje najważniejsze, z upływem czasu może być zwykłą, nieistotną duperelą bez znaczenia. A to, co ważne, mieliśmy cały czas pod nosem. Tylko, co tak naprawdę jest ważne, gdy pod koniec swojego żywota dokonujesz bilansu? I jesteś sam, a zdrowie już jest nie te, trzeba codziennie brać leki, czekając tylko na śmierć. Ten lekko melancholijny klimat budził we mnie skojarzenia z „Dawno temu w Ameryce” Sergio Leone (tylko pół godziny dłuższy od „Irlandczyka”), z którego Scorsese czerpie mocno. Zarówno pod względem tematyki (przemijanie, przyjaźń vs lojalność), jak i konstrukcji (przeplatane linie czasowe).

irlandczyk1

Bo formalnie nie ma tutaj jakiś popisów czy eksperymentów. Owszem, nie brakuje kilku mastershotów, slow-motion czy najazdów na daną postać, ale nie ma czego nowatorskiego. Niemniej wygląda to wszystko bardzo dobrze i jest dopięte do najdrobniejszego detalu. Scenografia, kostiumy, samochody, muzyka – to wszystko pomaga w odtworzeniu realiów epoki. Najwięcej jednak szumu wywołało komputerowe odmłodzenie trójki głównych bohaterów, przez co budżet był bardzo wysoki. I chociaż na początku może to wywołać mocno surrealistyczne, z czasem jednak nie kłuje aż tak bardzo w oczy. Ale im starsza retrospekcja, tym słabiej się to prezentuje.

irlandczyk2

Aktorstwo jednak trzyma bardzo wysoki poziom, a reżyserowi udało się zebrać stara gwardię oraz kilku młodzików. Główną rolę dostał Robert De Niro i tworzy jedną ze swoich lepszych ról ostatnich lat, choć jego bohater jest bardzo wycofany. Ale pod koniec udaje mu się wygrać jego nieudolność, mocno tłumione emocje oraz wyrzuty sumienia. Bardzo zaskakuje Joe Pesci jako Russell Bufalino – bardzo opanowany, spokojny mafiozo, choć budzący sympatię od samego początku. Ale prawdziwy huragan następuje, gdy pojawia się Al Pacino jako Hoffa. Wtedy film nabiera kopa, a aktor szarżuje jak miło, tworząc swoją najlepszą kreację od lat. W jego wykonaniu Hoffa pokazany jest jako charyzmatyczny frontman, pozbawiony cierpliwości, z niewyparzoną gębą oraz wielką pewnością siebie. Przekonany o swojej nietykalności wydaje się człowiekiem nie do złamania, ale tylko do czasu. I ta trójka robi ten film, choć na drugim planie mamy takich gości jak Ray Romano (William Bufalino), Jesse Plemons (Chuckie O’Brien), Bobby Cannavale (Felix DiTulio), Stephen Graham (Anthony Provenzano) czy Harvey Keitel (Angelo Bruno).

irlandczyk4

„Irlandczyk” tylko potwierdza talent Martina Scorsese do opowiadania wciągających historii. Potrafi trzymać w napięciu, świetnie prowadzi aktorów, zaś czas mija bardzo szybko. Ale takiej dawki melancholii w mafijnej opowieści się nie spodziewałem.

8/10

Radosław Ostrowski

Na bank się uda

Heist movie to w sumie prosty pomysł, bo co może być trudnego w napadzie. Trzeba dać postacie, motywacje oraz pomysł na wykonanie skoku. W Polsce specem od tego typu kina był Juliusz Machulski, a następców nie widać. Choć jest nadzieja, którą zapowiada nowy film Szymona Jakubowskiego. Czy się udało?

Cała historia zaczyna się od mocnego uderzenia: w Krakowie dochodzi do napadu na bank. Zatrzymani zostają trzej dżentelmeni w wieku zaawansowanym, uzbrojeni po zęby i zamknięci w skarbcu. Nic nie zginęło, zabezpieczenia złamano, a prokurator Wojciech Słota ma duży zgryz. Bo nic tu się nie klei, dlatego prosi o pomoc policyjnego informatyka, Patryka Gajdę. Jest podejrzenie, że pomógł ktoś czwarty, lecz zeznania podejrzanych tylko mącą cały obraz.

na bank sie uda1

Więcej nie mogę powiedzieć o fabule, bo na odkrywaniu kolejnych elementów układanki skupia się cała strategia reżysera. Kolejne tropy, wątki są odkrywane stopniowo, by doprowadzić do zaskoczeń, niespodzianek. W tle mamy za to przekręty na szczytach władzy, bezduszny system pozwalający działać cwaniaków takim jak sprzedającym kamienice, by pozbyć się lokatorów, prezesom banków, co tworzą konta dla klientów w rajach podatkowych.

na bank sie uda2

Brzmi jak coś, co przypomina „W starym, dobrym stylu”? Inspiracja jest tutaj silna, bo mamy starszych panów w rolach głównych oraz to społeczne tło. Dla mnie jednak problemem jest to, że całość skupia się bardziej na Gajdzie (mniej drewniany niż zwykle Józef Pawłowski). Chłopak próbuje rozgryźć całą układankę, zaś nasi emeryci zostają zepchnięci na dalszy plan (a chciałoby się z nimi spędzić więcej czasu). A i sama intryga nie jest zbyt zaskakująca, prowadząc do przewidywalnych zwrotów akcji, za bardzo skupiając się na pobocznych wątkach.

na bank sie uda3

Także pod względem realizacyjnym szału nie ma. Zdjęcia są poprawne, a panoramy Krakowa niemal jak pocztówki. Wybija się tylko muzyka utrzymana w stylu przyjemnych jazzowych klimatów oraz miejscami dość szybki montaż. Plus jeszcze bardzo wyluzowane trio Dziędziel/Ferency/Dyblik w rolach głównych oraz szarżujący Maciej Stuhr jako prokurator.

No, niestety, ale „Na bank się uda” jest bardzo średnim filmem pozbawionym elementu zaskoczenia oraz czegoś, co pozwoliłoby zostać na dłużej w pamięci. Chyba już za dużo rzeczy obejrzałem w tym gatunku, by zadowolić się byle skokiem.

5/10

Radosław Ostrowski

Dom, który zbudował Jack

Lars von Trier – reżyser i prowokator, którego filmy podzieliły i nadal dzielą widownię. Wielki artysta, egotyk czy pretensjonalny grafoman? Ja nie miałem zbyt częstego kontaktu z twórczością kontrowersyjnego Duńczyka, więc to doświadczenie będzie odbierane inaczej. Na pewno wszystkich podzieli także najnowsze dzieło, czyli „Dom, który zbudował Jack”.

Kim jest Jack? Oprócz tego, że Amerykaninem? To inżynier z zacięciem architektonicznym, który chce zbudować dom. Poza tym, zabija ludzi, traktując to jako formę sztuki. Kiedy go poznajemy, jest trupem, a swoją historie opowiada swojemu przewodnikowi, niejakiemu Verge’owi. Poznajemy jego 5 z wybranych zbrodni dokonanych w ciągu 12 lat.

dom jacka1

Od razu powiem, że to nie będzie łatwa przeprawa. Jeśli spodziewacie się efekciarskich strzelanin, dynamicznej akcji, pomyliliście adresy. Reżysera nie interesuje tego typu gatunkowa naleciałość, choć wykorzystuje pewne elementy thrillera. Widać to w scenie drugiego morderstwa, gdzie bohater przed pojawieniem się policji chce wysprzątać dom z krwi czy próba wezwania pomocy przez kobietę zwaną Prostą. Jednak o wiele ważniejsza są tutaj dyskusje między Jackiem a Vergem. Tutaj przeplatane są fragmenty klasycznych dzieł sztuki (od obrazów po klasyczne dzieła architektury Greków i Rzymian), sceny przyrodnicze (opowieść o baranku i tygrysie) przez fragment archiwalnych kronik po fragmenty poprzednich dzieł Duńczyka. Ale te filozoficzne rozmowy potrafią zaintrygować tylko na samym początku. Bo im dalej w las, tym bardziej zaczyna się to wszystko wkręcać w stronę banalnego bełkotu, co dobitnie pokazuje epilog dziejący się w… piekle. Wykorzystywane chwyty (Jack z tabliczkami przy wozie, wpleciony fragment z muzyką Glenna Gloulda czy użycie muzyki klasyczno-sakralnej) też zaczynają się robić męczące.

dom jacka3

Najbardziej zaskakuje mnie tutaj obecność dużej dawki czarnego humoru. Wynika to zarówno z samych interakcji Jacka z resztą otoczenia. Czy tu chodzi o scenę z drugiego epizodu (rozmowa, gdzie Jack udaje policjanta, a potem agenta ubezpieczeniowego), docinki z Prostą czy przewożenia ciała, przywiązanym do auta (i ten deszcz). Same zbrodnie są pokazane w sposób bardzo stonowany, bez wylewania wiader krwi, odrywanych kończyn i tego typu atrakcji. Ale pojawiają się one nagle i gwałtownie jak pierwsze zabójstwo czy bardzo niepokojąca scena z rodziną w lesie. Te momenty potrafią uderzyć, mimo miejscami pretensjonalnego tonu.

dom jacka2

Wszystko na swoich barkach pod względem aktorskim trzyma Matt Dillon. Jego Jack to absolutny psychopata z obsesją na punkcie czystości. Bywa wycofany, by nagle zaatakować i eksplodować agresją, przez co potrafi zaintrygować. Nawet jeśli nie zgadzamy się z jego przekonaniami, związanymi z zabijaniem czy destrukcją. Partneruje mu bardzo wycofany i przez większość filmu nieobecny wizualnie Bruno Ganz jako Verge (powiedzmy sobie wprost – to Wergiliusz). Cała reszta zostaje zepchnięta do epizodów, chociaż bardzo zapadają w pamięć.

dom jacka4

Najlepiej „Dom, który zbudował Jack” sprawdza się, kiedy reżyser pozwala sobie na odrobinę smolistego humoru i poważnych temat pokazuje z dystansem. Ale kiedy idzie w poważne rejony, bywa pretensjonalny i może zmęczyć, przez co trudno jednoznacznie ocenić. Niemniej jest to bardzo pociągające doświadczenie.

7/10

Radosław Ostrowski

Bez obaw, daleko nie zajdzie

Słyszeliście kiedyś o Johnie Callahanie? To był znany satyrycznym rysownikiem, poruszającym się na wózku inwalidzkim. Wychowywany w rodzinie zastępczej, z niemal non stop obecną gorzałą, jego życie zmienia się gwałtownie. Wypadek, całkowity paraliż od pasa w dół i droga na dno. W końcu John idzie do klubu Anonimowych Alkoholików prowadzonych przez jowialnego Donny’ego. Dzięki temu odkrywa swoją rysowniczą pasję.

bez obaw1

Gus Van Sant to jeden z tych twórców uważanych za mistrza kina niezależnego zza Wielkiej Wody. Biografia Callahana jednak nie płynie z góry określonym szablonem. Bardziej przypomina rozbijane puzzle, pełne przeplatających się retrospekcji i opowieści. Całość bardziej skupiona jest na terapii Callahana i tego, co do niej doprowadziło. Jak alkohol dosłownie zniszczył życie i jak się w tym wszystkim odnaleźć po tragedii. A jednak w tym chaotycznym szaleństwie jest metoda, dzięki której zaczynamy coraz bliżej poznawać artystę na nowo wracającego do społeczeństwa. Człowieka pełnego demonów, gniewu oraz strasznego egotyka. Niby mamy tutaj elementy jakich w życiorysach artystów było wiele: obsesja na punkcie biologicznej matki, która go zostawiła, życie w szponach nałogu, moment przełomowy, poznana w szpitalu kobieta i szansa na miłość oraz powolne dochodzenie do trzeźwości w grupie dość ekscentrycznych jegomości (szkoda, że nie poznajemy wszystkich zbyt dobrze, oprócz ). Przejścia między etapami są tak płynne, że jest to zdumiewające i nie wywołuje dezorientacji.

bez obaw2

Czuć tutaj bardzo rękę reżysera, skupionego na pokazywaniu sytuacji tu i teraz. Wszystko to polane jest bardzo takim melancholijnym klimatem, a wisielczy humor obecny jest zarówno w dialogach, jak i wplecionych animowanych wstawkach w stylu Callahana. W paru momentach widać, że parę z tych scenek opartych jest na doświadczeniach bohatera (kwestia wypadku), co dodaje pewnej wiarygodności. Problem w tym, że nie wszystkie wątki są tutaj wygrane. Dla mnie dziurawa była relacja między Johnem a poznaną w szpitalu Annu, gdzie iskrzy między nimi od tak i prowadzone jest to w bardzo skokowy sposób. Tak samo chciałoby się większe interakcji bohatera ze współczłonkami grupy, oprócz mentora Donny’ego. A i sama droga bohatera do trzeźwości jest bardzo przewidywalna, pozbawiona niespodzianek.

bez obaw3

Całość jednak broni się aktorsko. Ale czy może być inaczej, jeśli w głównej roli masz Joaquina Phoenixa? Callahan w jego interpretacji jest kimś pomiędzy wrażliwym i bezsilnym artystą a czasem chamskim, skupionym na sobie człowieku. Człowieka wręcz chcącego cierpieć, by mieć kolejne wymówki nad swoim losem zamiast go zmienić. Ewolucja ten postaci pokazana jest delikatnymi spojrzeniami oraz pozornie niezbyt wielkimi gestami, ale magnetyzuje. Drugą taką wyrazistą postacią jest Donny w wykonaniu zaskakującego Jonah Hilla. Pozornie to znana figura mentora, pełna empatii, ale nawet pozornie banalne dialogi brzmią w jego ustach bardzo przekonująco. Energia tej dwójki rozsadza ekran, a show kradnie w drobnym epizodzie Jack Black.

Pozornie-niepozorny film. Tak można opisać w dużym skrócie „Bez obaw…”, balansujące między powagą a żartem. I gdyby nie cudowny duet Phoenix/Hill byłaby to solidna biografia z nałogiem w tle.

7/10

Radosław Ostrowski

Na ringu z rodziną

Wrestling dla wielu może wydawać się pseudo-sportem. Dlaczego? Bo wszystko jest tutaj udawane, gdzie ciosy są markowane i to jest jeden wielki spektakl. Gdzie ludzie wierzą, że to się dzieje naprawdę. Jednak dla niektórych wrestling jest sensem życia, pasją i miłością jednocześnie. Taka jest brytyjska rodzina Knightów z Norwich w Wielkiej Brytanii. Problem w tym, że Brytole za tą dyscypliną nie przepadają tak bardzo jak Amerykanie. Nie zraża to jednak familii do działania na lokalny podwórku. Szansą na zmianę tej sytuacji są eliminacje do federacji WWE, gdzie droga do kariery jest wielka. Do walki staje Saraya z bratem Zakiem, tylko że dalej (treningi i przygotowania do NXT – niższa liga) dostaje się dziewczyna.

na ringu z rodzina1

Tą prawdziwą historię postanowił przedstawić aktor Stephen Merchant i decyduje się tutaj skupić się na dwóch aspektach. Po pierwsze, pokazanie czym dla tej rodziny jest wrestling. Z jednej strony scala rodzinę i dla rodziców był wybawieniem przed bardzo niebezpieczną drogą (ojciec – kryminalista i alkoholik, matka – próbowała popełnić samobójstwo). Dla dzieci zaś bywa zarówno szansą na życie, jak i pewnego rodzaju przekleństwem. Najmocniej to widać na przykładzie Zaka, który po odrzuceniu nie potrafi się odnaleźć. Zaczyna zaniedbywać swoją własną rodzinę (nieplanowane dziecko, żona z bardziej sytuowanej rodziny) oraz rolę lokalnego trenera i mentora dla dzieciaków. Ale i nasza sama bohaterka oddalona od rodziny, zdana tylko na siebie, zaczyna się gubić, treningi stają się męczące. W końcu pojawiają się wątpliwości, czy naprawdę iść w tym kierunku, a może odpuścić i znaleźć sobie coś innego?

na ringu z rodzina2

Te pytania i dylematy są podane w formie komediodramatu, co na pewno czyni seans przyjemnym. Elementy humorystyczne (obiad z przyszłymi teściami czy rozmowa telefoniczna z The Rockiem), jak i dramatyczne wątki są odpowiednio wyważone, a sama opowieść naprawdę angażuje. O dziwo, najbardziej podobały mi się sceny na ringu oraz przygotowania. Jasne, jest to uproszczone, a miejscami pojawia się odrobinka patosu. Na szczęście, jest to przekłuwane humorem, zaś sama choreografia walk potrafi dostarczyć masę satysfakcji. A finałowa konfrontacja to małe cudeńko.

na ringu z rodzina3

Może troszkę czuć troszkę chwiejną rękę reżysera, zaś kilka scen wydaje się niepotrzebnych, jednak sytuację ratuje aktorstwo. Obecny na plakatach Dwayne Johnson pełni rolę epizodyczną (poza tym jest producentem filmu) i w roli samego siebie sprawdza się naprawdę cool, ale tak naprawdę liczy się Florence Pugh. Dziewczyna jest fenomenalna w roli troszkę introwertycznej Sarayi vel Paige. Może i wydaje się wycofaną laską o wyglądzie typowej fanki metalu, ale kiedy jest na ringu, żarty się kończą, a energia dosłownie ją rozsadza. Absolutnie przekonująca w każdej scenie i coraz bardziej jestem ciekaw jej kolejnych kreacji. Warto też wspomnieć o świetnym Jacku Lowdenie, czyli Zaku. Ten chłopak ma na punkcie wrestlingu kompletnego fioła, jednak to nie wystarcza na przebicie się dalej. I świetnie pokazuje jego żółć, rozgoryczenie oraz ból niespełnienia, zaś jego dojrzewanie do roli wsparcia pokazane jest bez fałszu. Swoje robi także cudny Vince Vaughn (trener Hutch), choć troszkę przypomina swoją rolę z „Przełęczy ocalonych” oraz fajny duet Lena Hadey/Nick Frost.

na ringu z rodzina4

„Na ringu z rodziną” może nie podbije i nie zdobędzie szerokiej rozpoznawalności, ale to absolutnie bezpretensjonalna i klasyczna opowieść „od zera do bohatera” w brytyjskim wydaniu. Z humorem, lekkością, ale i odrobiną powagi pokazuje do czego może zaprowadzić pasja oraz determinacja. Plus rodzina.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Hellboy (2019)

Po dwóch częściach od Guillermo del Toro, fani Hellboya oczekiwali na część trzecią. Lata jednak mijały, a z planów nic nie wychodziło. Bo filmy meksykańskiego reżysera, choć wysoko cenione przez krytykę, nie przyciągnęły zbyt wielkiej widowni. Więc co postanowiono zrobić? Reboot, czyli lekko zmutowaną wersję pierwszej części. Tylko z R-ką i osadzony w Wielkiej Brytanii, zaś Czerwony stanie do najtrudniejszego zadania: powstrzymać Brexit. 😉

Ale bądźmy na chwilkę poważnie. Hellboy nie zna swojego pochodzenia, ale wie, że jest inny od reszty. Jego relacje z ojcem są bardzo napięte, a kolejne zlecenia coraz bardziej zaczynają go męczyć. No i niemal wszyscy chcą go sprzątnąć, gdyż – zgodnie z dawną przepowiednią – ma on doprowadzić do końca świata. I tego chce pochodząca z V wieku wiedźma zwana Królową Krwi, która została pocięta na kawałki przez samego króla Artura. Tak, tego króla Artura. Ktoś zaczął zbierać jej rozćwiartowane członki. No i nasz Czerwony będzie musiał dokonać wyboru.

hellboy3-1

Reżyser Neil Marshall kompletnie odcina się od poprzednich części i próbuje zaproponować swoją własną wizję. Wizję pełną krwi, rozpaćkanych ciał, paskudnych monstrów w CGI oraz rzucanych faków na prawo i lewo. A wszystko zrobione w bardzo kampowym stylu, gdzie wszystko na siłę jest dośmieszniane, fabuła jest jednym wielkim żartem. Zbyt lekki ton czyni całą tą opowieść nieangażującą, pozbawioną napięcia, gdzie niemal wszystkie problemy są rozwiązywane bardzo szybko. Niby są tu dylematy naszego bohatera, który nie należy za bardzo do żadnego ze światów i mierzący się ze swoim przeznaczeniem. Tylko, że to sprawia wrażenie troszkę ciała obcego, gryząc się z całą resztą. Zaś same wizje piekła czy dokonująca się apokalipsa są bardzo krótkie (parę minut) i bardzo gwałtownie ucięte. A sama R-ka wydaje się kompletnie niepotrzebna.

hellboy3-2

Kolorystycznie jest bardzo szaro-bury i pozbawiony własnego charakteru. Kilka scen niemal jeden do jeden przypomina sytuacje z pierwszego „Hellboya” (transformacja Czerwonego w demona), przez co miałem poczucie wtórności. Jest tutaj parę fajnych scen (walka z gigantami zrobiona w jednym ujęciu, konfrontacja w Tijuanie czy spotkanie z Babą Jagą w chatce na kurzej łapce) oraz odrobinkę dowcipnych tekstów. W tle gra jeszcze lekko rockowa muzyczka, nawet niezła, ale to jest za mało, by nazwać całość udaną.

hellboy3-3

Aktorsko najbardziej tutaj bronią się dwie kreacje, czyli Hellboy oraz profesor Broom. Pierwszego gra David Harbour, który wypada tutaj bardzo dobrze. Jest odpowiednio szorstki, cyniczny oraz ciętym twardzielem, mierzącym się z przeznaczeniem. Godnie zastępuje Rona Perlmana i stanowi najmocniejszy punkt całej obsady. W drugiego wciela się Ian McShane, który jest odpowiednio cięty, z bardzo szeroką wiedzą oraz troszkę dupek. Docinki między tą dwójką wypadają świetnie, ale reszta wypada zaledwie solidnie. Brakuje tutaj interakcji między resztą postaci a Hellboyem, co mogło wnieść całość na wyższy poziom. A Milla Jovovich jako główna antagonistka? Absolutnie przerysowana, przeszarżowana i sztuczna, a jej motywacja zwyczajnie nudzi.

hellboy3-4

Chłodny odbiór tej części doprowadził do tego, że cała franczyza ostatecznie poszła do piachu. Marshall tutaj mierzy się ze studiem, co do wizji filmu i nie mogę pozbyć się wrażenia, że w trakcie realizacji zmieniły się reguły gry. Kompletnie nudny, pozbawiony charakteru i z bardzo bzdurną intrygą. Totalne zaprzeczenie dobrego kina rozrywkowego.

4/10

Radosław Ostrowski

Ja teraz kłamię

Wyobraźcie sobie takie show, gdzie wy jesteście osobami decydującymi. Konfesjonał Gwiazd – tutaj celebryci opowiadają o swoich rzeczach i grzechach, a w zamian dostają dużą kasę. I wy, widzowie, głosujecie telefonami: wierzycie im lub nie. Przed wami troje postaci: aktorka poruszająca się na wózku, reżyser nie mogący znaleźć zatrudnienia oraz piosenkarka po uzależnieniu od narkotyków. Prowadząca, ubrana w turban Kai, wierzy im, ale widownia nie. Od tego momentu poznajemy historię każdego z nich.

ja teraz klamie1

Reżyser Paweł Borowski wraca po 10 latach przerwy. Artysta-plastyk oraz felietonista tworzy tutaj bardzo odrealniony świat przyszłości z perspektywy tzw. wyższych sfer. Ludzi bogatych, pragnących sławy i uwielbienia takich szarych ludzi jak ty i ja. Ludzi podatnych na manipulację oraz oszustwo, bo przecież pragniemy sensacji, makabry oraz tragedii. Z kolejnymi wydarzeniami dostajemy kolejne informacje oraz tajemnice skrywane przez naszych bohaterów. Kolejne tajemnice, jakieś morderstwo, kłamstwa, pęknięcia oraz trzy relacje. Kto kłamie, kto mówi prawdę, kto manipuluje i steruje innymi? Niby nic nowego, ale reżyser robi wszystko, by tutaj pogmatwać, skomplikować oraz namieszać we łbie.

ja teraz klamie2

Najbardziej wybija się tutaj strona wizualna oraz osadzenie w retro-futurystycznej otoczce. Scenografia jest wręcz piorunująca, przypominająca klasyczne kino SF (komputery w kształcie lekko powiększonych maszyn do pisania, „pocztówki”, telewizory czy stare samochody). Także pozornie minimalistyczne studio Kai potrafi zaintrygować. Nie wspominam jeszcze o bardzo wyrazistych kostiumach czy bardzo staroświecko brzmiącej muzyce elektronicznej. Ale największą robotę wykonuje praca kamery Arka Tomiaka. I nie chodzi o pokazanie tej rozbuchanej wizji, lecz sztuczki związane ze zmianami perspektywy, co jeszcze bardziej podkręca tą rzeczywistość. Obłędna robota, jakiej na naszym podwórku zwyczajnie nie widziałem, chyba nigdy.

Problem mam jednak z samą fabułą – pozornie prostą i szczątkową, coraz bardziej komplikującą się. Tylko, że w połowie zacząłem podejrzewać jakąś grubymi nićmi szytą mistyfikację. Pokazywanie tych samych scen zaczyna robić się monotonne i nie prowadzi donikąd. Zaś samo rozwiązanie zagadki jest mało satysfakcjonujące i skręca w stronę jakiejś opery mydlanej. Chociaż może to też jest jakieś oszustwo (ostatnia scena), ale nawet wtedy rozczarowuje.

ja teraz klamie3

I nawet aktorstwo nie jest do końca wykorzystane, a wiele znanych twarzy (Więckiewicz, Chabior, Woronowicz, Dziędziel, Kulig) pełni tak naprawdę role epizodyczne. Z tego całego grona najbardziej wybijają się cztery kreacje, czyli Agata Buzek (prowadząca Kai z turbanem na głowie przypomina uważną korbę), Maja Ostaszewska (aktorka Celia), Rafał Maćkowiak (reżyser Matt) oraz Paulina Walendziak (piosenkarka Yvonne). Choć pozornie nie są za bardzo zarysowani, to cały ten kwartet wyciska ze swoich postaci wszystko, co się da.

ja teraz klamie4

Ciężko mi jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony jest oszałamiający wizualnie oraz ma świetną stylizację na retro-futuryzm, ale z drugiej wydaje się troszkę wydmuszką i niewykorzystującym potencjał całej obsady. Nie mniej jest to jeden z bardziej intrygujących polskich filmów SF.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dzień czekolady

Cała historia skupia się wokół Moniki – dziewczynki, która jest bardzo mocno zżyta ze swoją babcią. Kiedy ta umiera, rodzice informują ją, że… wyjechała na Hawaje, a bohaterka przenosi się do domu gdzieś w dalekim lesie. Czuje się samotna i trudno jej nawiązać relacji z kimkolwiek. Ale w jej okolicy pojawia się Dawid, mieszkający z matką oraz kotką. Powoli zaczyna się tworzyć więź, a oboje odkrywają pewien zegar, gdzie jest przejście do innego świata.

dzien czekolady1

Debiutujący reżyser Jacek P. Bławut postanowił spróbować swoich sił przy stworzeniu kina familijnego. Mamy tutaj zderzenie dzieci próbujących radzić sobie ze śmiercią bliskich za pomocą siły wyobraźni. Stąd obecność Skoczka Czasu, portalu w starym zegarze z kukułką czy obecność wiedźmy pod postacią psychoterapeutki. Widać tutaj kilka ciekawych pomysłów, które mogłyby zostać rozwinięte w coś poważniejszego. Wizualnie też się to może podobać, gdzie nie brakuje żywych kolorów oraz lekko onirycznego klimatu. Wszystko wygląda jak z dawnych czasów, czyli przed obecnością komputerów, scenografia też buduje czas bardziej niedzisiejsze czasy. Dla mnie jednak największym problemem jest to, że całość nie chce się ze sobą skleić i zwyczajnie nudzi. Całość jest ewidentnie za krótka, przez co nie pozwala rozwinąć wielu pomysłów. A sama wizja alternatywnego świata (bar z pożeraczami czasu oraz postać skoczka) sprawia wrażenie ledwie liźniętego, zaś jego reguły oraz mechaniki są kompletnie mętne i niezrozumiałe. Przebija się możliwość podróżowania po czasie, jednak jest to tylko wspomniane. Aż chciałoby się zobaczyć jak by to wyglądało. No i same postacie są ledwie liźnięte oraz opisane za pomocą tylko jednej cechy charakteru (zwłaszcza rodzice obojga dzieci są strasznie nijacy), przez co kompletnie nie obchodziły mnie wydarzenia na ekranie.

dzien czekolady2

I mimo udziału znanych twarzy, poziom jest zaskakująco niski. Ale to wynika z samego scenariusza, który mocno podcina skrzydła. Nawet dzieciaki wypadły sztucznie i słabo (zwłaszcza Julia Odzimek jest strasznie irytująca), co tym bardziej boli. Niby jest tutaj Dawid Ogrodnik (ogolony na łyso Skoczek Czasu, który tylko zjada czekoladę i gra na lirze korbowej), Tomasz Kot (policjant – bardziej epizod) czy Magdalena Cielecka (klener z doklejoną brodą), jednak nie mają tutaj zbyt wiele do roboty, a i same role nie będą raczej wspominane przez następne pokolenia.

dzien czekolady3

Debiut Bławuta więcej obiecuje niż jest w stanie dostarczyć. Niby ładnie wygląda, ale w środku jest zupełnie pusty. Troszkę jakby najciekawsze oraz najbardziej interesujące momenty zostały wycięte podczas montażu. Tak się nie robi, bo był spory potencjał, a wyszła straszna nuda.

3/10

Radosław Ostrowski

Anioł

Carlos Puch – pewnie wielu z wam to nazwisko kompletnie nic nie mówi. Ale w Argentynie to jeden z najbardziej niezapomnianych morderców. Dokonał 11 zabójstw, ponad 40 kradzieży. Najbardziej jednak szokowało to, że wygląda jak święty z obrazka – kręcone włosy, cherubinowa twarz, niewinne spojrzenie. Jak ktoś taki może zabijać, kraść i czynić zło? Przecież źli są brzydcy, prawda?

aniol1

Film Luisa Ortegi nie jest próbą stworzenia rekonstrukcji całej kariery mordercy zwanego „Czarnym Aniołem”, lecz chce wejść w umysł człowieka. Już na samym początku, gdy nasz bohater włamuje się do mieszkania. W tle słyszymy jego narrację z offu, gdy przyznaje się, że jest z porządnej rodziny, ale „urodził się złodziejem”. Wszystko widzimy niemal z jego perspektywy, przez co niemal cały czas miałem mieszane odczucia wobec tej postaci. Niby cherubin, tańczący w rytm puszczonej muzyki, kradnący płyty oraz motocykl, którym odjeżdża. A jednocześnie próbowałem jakoś zrozumieć 17-latka (!!!) i wmawiałem sobie, że może to jego sposób buntu czy może żądza szybkiego wzbogacenia się? Tylko, że żadna z tych tez nie pasuje do tego portretu. Chłopak, dołączając do gangu, nie trzyma się reguł, a swoją nieobliczalnością (napad na sklep z bronią) wywołuje zarówno podziw, jak i przerażenie. I choć można się przyczepiać, że nie jest to zbyt mocno powiązane ze sobą scenki, zaś kolejne sceny napadów czy zabójstw (ewidentnie naszego bohatera swędzą palce) nie szokują tak jak na początku, reżyserowi udaje się stworzyć silny portret. Portret człowieka budzącego niepokój i jednocześnie fascynację.

aniol2

Całość jeszcze jest osadzona na początku lat 70., co ma dość kluczowe znaczenie. I nie chodzi tylko o odtworzenie scenografii, kostiumów czy muzyki. Chociaż to zostało wykonane bez zarzutu. Pewnym detalem pokazującym mentalność tamtych czasów jest wywiad telewizyjnym, gdzie pada zdanie o pewnej teorii (naukowej zresztą). Mówiła ona, że zbrodni dokonywali tylko ludzie brzydcy fizycznie, co nie miało nic wspólnego z praktyką. Tylko, że to przekonanie siedzi w nas tak głęboko, iż nie łatwo można w to uwierzyć. Przecież taki śliczny chłopiec nie może być zły, prawda? PRAWDA? Niby jest tutaj sugerowana tłumiona orientacja homoseksualna Carlito (fenomenalny Lorenzo Ferro), jednak nie wydaje się, by to był decydujący czynnik.

aniol3

„Anioł” bardzo brutalnie przypomina prawdę, że umysł psychopatycznych zbrodniarzy budzi fascynację, ale pozostaje nieodgadniony. Niby banał, ale reżyser umie to sprzedać w bardzo przekonujący sposób, że nie można oderwać oczu.

8/10

Radosław Ostrowski