Darling

Wszystko zaczyna się w nieznanym mieście, takim dużym. Jakich jest tysiące w USA. Ale akcja ogranicza się do bardzo starego domostwa, gdzie zostaje przydzielona młoda dziewczyna. Ma pilnować tego domu i nie otwierać drzwi na samej górze. Dom skryta bardzo mroczną tajemnicę.

darling1

Raz na jakiś czas pojawiają się takie filmy, o których mało kto słyszał. Czasami słusznie, a czasami nie. Jak jest z filmem Mickeya Keatinga? „Darling” to bardzo kameralne kino psychologiczne, które bardzo mocno inspiruje się utrzymanym w podobnym tonie filmom Romana Polańskiego. Fabuła jest tutaj bardzo szczątkowa, enigmatyczna oraz… bardzo prościutka. Jeśli oglądaliście „Wstręt”, to poczujecie się jak w domu. Reżyser bardzo próbuje wejść w zwichrowany umysł naszej bohaterki. Jednak realizacja jeszcze bardziej wywołuje spore zamieszanie. Montaż jest pełen krótkich przebitek, wywołujących wielką dezorientację. Co się dzieje naprawdę, a co jest tylko wytworem wyobraźni. Samo domostwo przypomina klasyczną produkcję z horroru: meble niemal wzięte z XIX wieku, brak śladów nowoczesnej technologii (nawet telefon jest niedzisiejszy). Tylko, że to wszystko jest zwyczajnie nudne, nieangażujące oraz kompletnie niezrozumiałe.

darling2

Niby realizacyjnie też się trudno do czegoś przyczepić, bo nawet muzyka jest tutaj podporządkowana formie. Czarno-białe zdjęcia sprawia jeszcze większe poczucie odrealnienia. Podział na rozdziały, wiele onirycznych scen (rozpędzony ruch bohaterki czy nawiedzony trup) – wywołuje to wielki mętlik w głowie. Niby intryguje, ale cały czas miałem wrażenie poczucia deja vu.

darling3

Dla osób zaczynających przygodę z psychologicznym horrorem „Darling” może być niezłym początkiem. Ale bardziej wyrobieni kinomani wyczują przeciętność, której nie jest w stanie uratować specyficzna forma.

5/10

Radosław Ostrowski

I odpuść nam nasze długi

Guido to facet, któremu się nie powodzi. Nie ma żony, dzieci, pracy też nie ma, a zostały mu tylko długi. Właśnie został zwolniony z pracy i jest dosłownie postawiony pod ścianą. W końcu decyduje się spłacić dług pracując jako… egzekutor długów. Trafia pod opiekę weterana w swoim fachu, Franco. A ten pokazuje wszelkie sztuczki w pracy.

odpusc nam nasze dlugi1

Włoski film Netflixa, który chce dotykać poważnego problemu. Reżyser pokazuje bohatera decydującego się na dość ekstremalny sposób rozwiązania swojego długu. Tylko, że funkcjonowanie włoskich komorników (bo nie wiem jak inaczej to nazwać) wydaje się co najmniej kontrowersyjne. Ciągłe nachodzenie dłużników – nawet w miejscach publicznych – by wywołać poczucie upokorzenia, wymuszanie dania skromnej sumy w zamian za anulację (albo jakiegoś cennego przedmiotu) czy ostatecznie, użycie pałki i bicie. I to dotyczy wszystkich bez względu na przynależność do grupy społecznej, dysponowanego majątku czy zamieszkania. Tylko, czy takie działanie niezgodne z sumieniem (choć zgodne z literą prawa) może być aprobowane. Z drugiej strony daje ono pewne poczucie władzy (scena z kelnerką), gdzie możesz zrobić więcej.

odpusc nam nasze dlugi2

Reżyser wydaje się pokazywać dość realistyczne spojrzenie na sposób funkcjonowania egzekutorów. Tylko, że samo tło sprawia wrażenie ledwo zarysowanego. Niby wydaje się bardzo zróżnicowany, gdzie osoby zadłużone nie są tylko osobami z biedoty czy nizin społecznych. Ale to wszystko jest ledwo liźnięty, zaś postawy naszych bohaterów są tak zerojedynkowe, że to zwyczajnie nudzi. Wszystko to sprawia wrażenie kuszenia przez diabła, by „sprzedać” swoją duszę dla swojej firmy. Do tego bardzo pretensjonalnym zabiegiem jest wykorzystanie w tle muzyki wręcz sakralnej (chóry, delikatne smyczki). Totalny banał, z absolutnie przewidywalnym finałem, nie zamykającym całej opowieści.

odpusz nam nasze dlugi3

Aktorzy robią co mogą, by swoim postaciom nadać troszkę więcej odcieni szarości. Bez prostego podziału na dobrych i złych. Trzeba przyznać, ze Marco Giallini (Franco) oraz Claudio Santamaria (Guido) nawet dają sobie radę. Szkoda tylko, że scenariusz nie pozwala im na coś więcej, a reżyser kompletnie nie radzi sobie z tą historią.

Tym razem ważny temat zostaje kompletnie zaprzepaszczony, idąc ku antykapitalistycznemu przesłaniu, ale nie oferując niczego w zamian. Banalna opowiastka o niesprawiedliwości świata i bezwzględności wobec ludzi nieporadnych.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Tajemnice Silver Lake

Los Angeles – miasto, gdzie byliśmy multum razy w różnego rodzaju filmach, powieściach oraz gier komputerowych. Taka też jest dzielnica Silver Lake, gdzie mieszkają ludzie z raczej wyższych sfer. Ale wyjątkiem od tej reguły jest Sam – młody chłopak, który nie ma pracy, lubi stare filmy, teorie spiskowe oraz jaranie zioła. I jeszcze podglądactwo sąsiadki, chodzącej prawie na golasa. A że ma czynsz do spłacenia, nieważne. Wszystko zmienia kiedy pojawia się nowa znajoma, Sarah i może będzie z tego coś więcej. Ale następnego dnia dziewczyna kompletnie znika. I nasz Sam, chcąc nie chcąc, zaczyna bawić się w detektywa.

silver lake1

David Robert Mitchell przykuł uwagę wszystkich widzów horrorem „Coś za mną chodzi”. Ale tym razem nasz filmowiec postanowił spróbować innego gatunku. Sama historia zapowiada się jak coś w stylu kina noir, tylko we współczesnej rzeczywistości. Wszystkie elementy się zgadzają: femme fatale, prywatny detektyw (powiedzmy), tajemnicze spiski oraz miasto, będące labiryntem. Ale reżyser postanowił zagrać wszystkim na nosie, bo śledztwo zostaje zepchnięte na bardzo dalekim planie. Bo wydarzeń jest tutaj mnóstwo: tajemniczy zabójca psów, zaginięcie pewnego biznesmena, tajemnicze imprezy z psychodelicznymi zespołami. A w to wszystko wplątuje się nasz lekko zjarany detektyw-amator. Jeśli wam się zaczęło kojarzyć z „Wadą ukrytą”, to jesteście na właściwym tropie. Z jedną małą różnicą: u Paula Thomasa Andersona łatwiej było czerpać frajdę, zaś Mitchell coraz bardziej zaczyna przeginać z absurdem.

silver lake2

Realizacyjnie tutaj film mocno czerpie inspirację Alfredem Hitchcockiem (warstwa muzyczna, motyw podglądactwa) oraz Brianem De Palmą (praca kamery, kolorystyka), tylko bardziej na kwasie. Całość zaczyna się coraz bardziej plątać, tropy coraz bardziej prowadzą donikąd, a parę wątków nie zostaje wyjaśnionych (zabójca psów). By jeszcze bardziej wszystko pogmatwać pojawiają się sceny oniryczne, gdzie ludzie zaczynają szczekać oraz masa wariackich teorii spiskowych – puszczanie piosenek od tyłu (bo wszystkie utwory zawierają zaszyfrowaną wiadomość), doszukiwanie przekazu podprogowego w reklamach, szerokie popkulturowe tropy, plakaty, stare filmy, żądza nieśmiertelności oraz próba zdobycia bogatego mężulka. A że całość trwa prawie dwie i pół godziny, poczucie zmęczenia, dezorientacji, chaosu zaczyna się nasilać. Wielu z was zapewne odpadnie w trakcie seansu, a próby posklejania wszystkich elementów do kupy nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania.

silver lake3

Powiem szczerze, że mam bardzo mieszane uczucia. Trudno się przyczepić do realizacji (zdjęcia i muzyka cudne), ale fabuła kompletnie mnie nie zaangażowała. Jest kilka bardzo mocnych scen – na bank zapamiętam spotkanie z songwriterem, mocno obdzierająca popkulturę czy pobicie dzieciaków rozrabiających na ulicy – i dość ekscentrycznych postaci, jednak to wszystko wywołało tylko mętlik oraz dezorientację. Być może spróbuje jeszcze raz wejść do tej nory i wyłuskać coś więcej. Ale nie jestem w stanie nic obiecać.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Skok na bilon

Wydaje się, że sklejenie dwóch nie pasujących do siebie gatunków może być pewnym powiewem świeżości. Problem jednak w tym, żeby umieć to ze sobą połączyć. Bo jak zrobić film z nastolatkami w rolach głównych oraz heist movie? Przecież to się gryzie ze sobą. Od czego jednak jest Netflix, specjalizujący się w realizowaniu najbardziej szalonych pomysłów.

skok na bilon1

Akcja „Skoku na bilon” skupia się w niezbyt prestiżowym liceum w Filadelfii. Kiedy zaczyna się akcja, klasa jest na szkolnej wycieczce w narodowej mennicy. Niby wszystko dzieje się spokojnie, lecz będący jednym z opiekunów dyrektor szkoły zostaje aresztowany. Okazuje się, że oskarżono go o zdefraudowanie szkolnych funduszy. Syn dyrektora, Jason razem ze specjalizującą się w hakowaniu Alice wpada na szalony sposób znalezienia 10 milionów dolarów. Chodziło o włamanie do mennicy, by wydrukować troszkę zmodyfikowane monety oraz sprzedać je.

skok na bilon2

Reżyserująca całość Emily Hagins próbuje połączyć young-adult z heist movie. Sama ta zbitka, gdzie mamy czwórkę bohaterów niejako zmuszonych do skonfrontowania swoich „wizerunków” ze swoim prawdziwym ja. Do tego jeszcze jest skok, który ma pomoc uratować szkołę. Dla mnie jednak problemem było to, że większy nacisk jest położony na wątki związane z liceum. Mamy tą czwórkę postaci (obok syna dyrektora, czyli przystojniaka, komputerowego geeka, laleczkę działającą w różnych kółkach oraz czarnoskórego chłopaka z umiejętnościami mechanika), zderzeni z samym sobą, ambicjami i oczekiwaniami. Wątek kryminalny jest tutaj tak naprawdę pretekstem i poprowadzony w bardzo przewidywalny sposób. Kolejne komplikacje, problemy, spięcia w grupie oraz finał, jakiego domyślić się można. W połowie zacząłem się zwyczajnie nudzić.

skok na bilon3

Aktorstwo też jest w sumie przeciętne, pozbawione znanych twarzy i nazwisk. Postacie nie są zbyt dobrze zarysowane, by dać pole do popisu, trudno kogokolwiek z tego grona wyróżnić. Może to też wynikać z faktu, że ja już zwyczajnie jestem za stary na tego typu kino.

Pozornie „Skok na bilon” mógł się wydawać ciekawym pomysłem pożenienia young adult z heist movie. Szkoda tylko, że nie udało się zachować proporcji między tymi elementami, przez co powstanie kompletny średniak. Niczym nie wyróżnia się z grona produkcji katalogu Netflixa.

5/10

Radosław Ostrowski

Pass Over

Było wiele prób zachowania na taśmie spektaklu teatralnego, choć zastanawiam się jaki jest sens tego działania. Tego zadania postanowił podjąć się Spike Lee, pokazując sztukę Antoinette Nwandu. Ze wszelkim zachowaniem teatralnego rodowodu: bardzo oszczędna, umowna scenografia, mała ilość aktorów na scenie oraz masa dialogów.

Cała akcja skupia się na rogu ulicy Martina Luthera Kinga oraz 65 w Chicago. To na niej znajduje się Moses z Kitchem. Obaj są czarnoskórzy, którzy najbardziej pragną wyrwać się ze swojej dzielnicy i zerwać z dotychczasowym życiem. Życiem pełnym zioła, strzelających policjantów oraz poczucia niesprawiedliwości. Tylko, że problemem jest mentalność oraz lęk.

pass over1

„Pass Over” wydaje się mieć coś ważnego do powiedzenia, tylko że ta historia kompletnie mnie nie poruszyła. Czy dlatego, że nie jestem czarnoskóry? A może z powodu nadmiaru obecności filmów z rasizmem, nietolerancją i nienawiścią? Ten szablon jest bardzo mocno odczuwalny (gliniarz, wyglądający staroświecko biały pan), a sceny przed wejściem oraz po wyjściu z teatru są jedynie zbędnym balastem. Jedna ulica, w tle słychać strzały oraz gadanina. Niemal w całości oparta na nudnych repetycjach, powtarzaniu pewnych rytuałów (zaczynające się od „piff-paff”, wymienianie rzeczy w ziemi obiecanej), marzeń oraz rzadkich przebitek na widownię. Celowa sztuczność i umowność działa tutaj na duży minus, zdominowaną przez statyczną pracę kamery. Nawet zakończenie, bardzo gorzkie, nie był w stanie mnie poruszyć.

pass over2

Lee kompletnie mnie zawiódł, zaś „Pass Over” wydaje się kompletnie pozbawione pazura, zaangażowania oraz czegoś, co nie wiedziałbym na temat rasizmu w USA. Powiem krótko, odpuśćcie sobie i nie oglądajcie tego.

4/10

Radosław Ostrowski

Paddleton

Graliście kiedyś w paddletona? Pewnie nawet nie słyszeliście o tej grze, której zasady są proste. Trzeba odbijać piłką tenisową od ściany tak, by trafić do pustej beczki. Tak grali ze sobą Michael i Andy – sąsiedzi oraz przyjaciele. Rytm dnia przebiega podobnie: praca, gra, film kung-fu oraz sen. Wszystko jednak zmienia się, kiedy u Michaela zostaje zdiagnozowany nowotwór. W stanie zaawansowanym, bez jakiejkolwiek szansy na poprawę. Dlatego decyduje się zabić za pomocą leku, tylko że apteka z nim jest dość daleko.

paddleton1

Film Netflixa, o jakim większość z was pewnie nie słyszało. Ale klimatem „Paddleton” bardzo przypominało klimatem kino spod znaku Sundance. Zaskakująco kameralna historia, skupiająca się na przyjaźni dwóch ekscentrycznych znajomych. Postaci, którzy na pierwszy rzut oka nie powinni do siebie pasować, ale łączy ich jedno: samotność oraz pasje. Obydwaj panowie wydają się cieszyć drobnymi rzeczami, na które reszta ludzi raczej nie zwraca uwagi. Jednocześnie kontakt ze śmiercią staje się dla nich chwilą próby, zwłaszcza dla bardzo wycofanego Andy’ego. Czasem jego zachowanie może być irytujące jak kupno sejfu do przechowania tabletek, ale tak naprawdę kryje się za tym wszystkim niezgoda oraz bardzo powolna akceptacja nieuniknionego. Wszystko tutaj pokazane bez słodzenia, w niemal paradokumentalnym stylu oraz oszczędnych, lecz trafnych dialogach. Chociaż ta oszczędność dla wielu może być uważana za nudę.

paddleton2

Jednak to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie świetnie dobrany duet przyjaciół w wykonaniu Marka Duplassa oraz Raya Romano. Obaj tworzą bardzo delikatnie zarysowane postacie, bardzo wyciszone, bez szarżowania czy nadmiernej ekspresji. Ale w wycofanych oczach oraz niewypowiedzianych słowach widać więcej, zaś więź między nimi wybrzmiewa bez poczucia sztuczności czy fałszu. I dlatego jest w stanie poruszyć finałową sceną.

paddleton3

Coraz bardziej widzę, ze najbardziej Netflixowi wychodzą bardziej kameralne tytuły niż produkcje z dużymi budżetami oraz efektami specjalnymi. Może „Paddleton” nie rzuca się w oczy, ale to jeden z bardziej wzruszających filmów tej streamingowej sieci. Tylko otwórzcie się.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wilcze echa

Wszystko zaczyna się w Syrii, gdzie francuski okręt podwodny Tytan ma za zadanie przechwycić grupę nurków stamtąd. Akcja komplikuje się z powodu niezidentyfikowanego dźwięku, jaki namierzył marynarz przy sonarze. Facet posiada wręcz słuch absolutny, jednak tutaj sprawa bardzo mocno się komplikuje, bo znajduje się okręt podwodny, którego nie powinno być. Na szczęście wszystko kończy się sukcesem, jednak doprowadza to do niebezpiecznej sytuacji politycznej. W powietrzu szykuje się III wojna światowa, a Rosja grozi atakiem nuklearnym na Francję.

wilcze echa1

Dawno nie widziałem thrillera z okrętem podwodnym w roli głównej. Debiutujący na stołku reżyserskim Abel Lazanc nie zamierza iść w stronę kina skupionego na widowiskowej akcji, popisach pirotechnicznych czy tego typu bajerach. Sama akcja toczy się bardzo powoli, zaś przez pierwszą połowę większość akcji toczy się… na lądzie. Intryga tutaj stara się skupić przede wszystkim na zarysowaniu reakcji między postaciami. Najważniejsi są tutaj trzy postacie: kapitan Grandchamp, analityk sonaru Chanteraide oraz pierwszy oficer D’Orsi. Nasi oficerowie to przede wszystkim ludzie lojalni oraz posłuszni rozkazom swoich przełożonych, z kolei dźwiękowiec podążą za swoim instynktem, drąży i analizuje (próba ustalenia czym był ten dźwięk). Mocno jest zarysowane polityczne tło, zaś kolejne wydarzenia pokazują tylko jak bardzo zawodne są procedury i reguły, które w kryzysowej sytuacji są albo bezużyteczne, albo kompletnie zawodne. Wszystko tutaj zależy tak naprawdę od człowieka, który potrafi być nieobliczalny.

wilcze echa2

Kolejne odkrywanie elementów układanki, gdzie dochodzi do sytuacji ekstremalnej pokazane wręcz w sposób bardziej przyziemny. Napięcie wynika tutaj nie tyle z wizji nieuniknionego, ale coraz bardziej podbijanej stawki. W przeciwieństwie do kolegów z USA, tutaj człowiek wydaje się trybikiem wielkiej maszyny, z której bardzo ciężko jest zawrócić. Suspens tutaj wynika także ze scen dziejących się na morzu. Nie brakuje tutaj skojarzeń z „Polowaniem na Czerwony Październik” czy „Karmazynowym przypływem”, ale to bardzo działa. Chociaż efekty specjalne troszkę wydają się takie sobie, muzyka bywa aż nadto patetyczna, zaś finał może wydawać się naciągany.

wilcze echa3

Aktorsko tutaj jest naprawdę solidnie, choć dla mnie najbardziej znane były dwie twarze: Omara Sy (D’Orsi) oraz dawno nie widziany Mathieu Kassovitz (admirał Alfost). Każda z głównych postaci jest tutaj na tyle wyrazista, że zależy na losie każdego. Nie można nie wspomnieć o Redzie Ketabie (Grandchamp) oraz Francois Civilu (Chanteraide „Socks”), mający dużo do pokazania oraz przyciągający uwagę do końca.

Dawno żaden film marynistyczny nie trzymał w napięciu jak „Wilcze echa”. Pozornie kameralny, wyciszony film, gdzie intryga coraz bardziej zaczyna się komplikować. Czasem może troszkę szwankować logika, ale emocje są tutaj odczuwalne, a jednocześnie to dobrze napisane. Idziemy się zanurzyć?

7/10

Radosław Ostrowski

 

Szpieg, który mnie rzucił

Audrey to typowa Amerykanka, czyli ładnie wygląda, a w głowie niekoniecznie dużo. Ale to jest nic w porównaniu z jej postrzeloną przyjaciółką, Morgan. I ma strasznego pecha: praca taka sobie, do tego jeszcze rzuca ją chłopak. Za pomocą SMS-a. Co za upokorzenie. A spokojne życie tej dwójki zmienia się, kiedy są świadkami… zabójstwa eks-chłopaka Audrey, który okazał się szpiegiem. Przed śmiercią mężczyzna prosi swoją kobietę o dostarczenie figurki nagrody do Wiednia.

szpieg rzucil1

Z komediami zza Wielkiej Wody nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Ale jeśli mamy tutaj intrygę opartą na pomyśle, że mamy dwie nie za mądre kobity wplątane w szpiegowską aferę. Wydaje się, że to będzie samograj, dający spore pole do popisu. Bałem się tylko poczucia humoru, gdzie będzie sporo prostackich żartów. O dziwo, tak się nie dzieje, choć niektóre gagi i sytuacje są mocno na granicy smaku. Dominuje tutaj zderzenie dwóch kobit ze światem tajnych agentów, gonitwy za MacGuffinem, morderców, oszustw, fałszu itd. Same sceny akcji są zrobione tak, jak na rasowe kino sensacyjne przystało: strzelaniny są podkręcone adrenaliną (jatka w kawiarni mogła by się pojawić w którejś części „Kingsman” czy samotna potyczka agenta w podniszczonej Sali gimnastycznej), pościgi budują poczucie zagrożenia (ucieczka taksówką Ubera), zaś intryga ciągle się komplikuje. Nie wiadomo kto jest kim, kto udaje przyjaciela, kto jest zdrajcą – kolejne twisty, wolty oraz zakręty. Niemniej nie czułem się w żaden sposób zdezorientowany, tempo zachowywane przez większość czasu, a po drodze zwiedzimy kawał Europy.

szpieg rzucil2

A czy wspomniałem, że film ma R-kę? Czyli będzie krew, będą rzucane kurwy na prawo i lewo (nie w sensie kobiety, tylko słowo je opisujące), trupy będą pojawiać się często, zaś zgony są zrobione w sposób szalony i miejscami bardzo kreatywny. Ale tak naprawdę „Szpieg” jest historią o kobiecej przyjaźni, będącej bardzo silną więzią, mimo kompletnie różnych charakterów. Kwestie jak wiele można dla drugiej osoby zrobić, do czego się posunąć są pokazywane w sposób nienachalny, ani prostacki. Jedynie troszkę zawiódł mnie finał, ale do tego momentu zabawa jest naprawdę dobra.

szpieg rzucil3

Zwłaszcza, że reżyserka ma w garści bombę atomową w postaci Kate McKinnon, choć zrozumiem tych, dla których ta postać będzie irytująca. Rozpędzona swoim gadulstwem, bardzo energiczna oraz z dziką wyobraźnią, jakiej nie jestem w stanie sobie stworzyć. A jednocześnie nie jest do końca świadoma swojej głupoty, co doprowadza do różnych komplikacji. Tworzy bardzo świetny duet z Milą Kunis, której postać wydaje się o wiele bardziej stąpać po ziemi. Ta więź jest tutaj mocno zaznaczona i wybrzmiewa w każdej scenie. Cała reszta ekipy (zwłaszcza tutaj tajniacy grani przez Justina Theroux i Sama Heughana) tak naprawdę jest tylko wsparciem dla tego dość pokręconego duetu.

szpieg rzucil4

„Szpieg, który mnie rzucił” to buddy movie z kobietami na pierwszym planie pożenione z komedią sensacyjno-szpiegowską. Nie zawsze ten humor trzyma poziom (ukrycie pendrive’u w… nie, nie powiem tego), tempo oraz napięcie bywa stabilne jak elektrownia atomowa podczas rozczepienia uranu, ale to i tak jedna z pozytywnych niespodzianek w ostatnim czasie. Rzadki ptak to jest, choć moja ocena jest troszkę naciągana.

7/10

Radosław Ostrowski

Przemytnik

Ta historia brzmi tak nieprawdopodobnie, że musiało się wydarzyć naprawdę. Earl Stone to starszy pan, którego największą pasją jest ogrodnictwo. To tak silna pasja, że relacje z rodziną kompletnie się zepsuły. Kontakty z byłą żoną, obecną żoną i dziećmi są bardzo mocno nadpsute, mimo że próbuje jakoś tą familię wesprzeć. Wszystko się zmienia, kiedy dostaje propozycje od jednego z biesiadników na weselu wnuczki. Mężczyzna proponuje staruszkowi pewną propozycję: dojechać do pewnego miejsca z przesyłką. W zamian dostanie pieniądze. Brzmi prosto i bez problemów? Dopiero za którymś razem odkrywa, że tą przesyłką są… narkotyki, zaś zleceniodawcy to meksykański kartel.

przemytnik1

Clint Eastwood coraz bardziej mnie zaskakuje i wywołuje we mnie podziw. Zbliżający się do 90-tki aktor i reżyser mógłby spokojnie przejść na emeryturę, bo statusu legendy nie odbierze mu nikt. Jednak nadal mu się chce. Nadal reżyseruje, coraz rzadziej występuje jako aktor (ostatni raz miał miejsce „Dopóki piłka w grze” z 2012 roku), ale zawsze intryguje oraz szuka czegoś nowego. „Przemytnik” kontynuuje nurt filmów Eastwooda, opartych na prawdziwych wydarzeniach. Cała akcja toczy się niejako dwutorowo. Z jednej strony mamy Earla i dowożenie kolejnych towarów, z drugiej mamy przeniesionego agenta DEA, mającego upolować członków kartelu.

przemytnik2

Cała sensacyjna otoczka jest tylko tłem dla naszego bohatera oraz jego próbom pogodzenia się z rodziną. Śledztwo prowadzone jest spokojnym tempem, zaś świat kartelu jest mocno przerysowany, mniej brutalny. Ci goście raczej sprawiają wrażenie sympatycznych ludzi, nie wyglądających na bezwzględnych morderców. Chociaż są dwie mocne sceny, pokazujący bardziej brutalne oblicze gangsterów. Jeśli jednak liczycie na akcje, pościgi i strzelaniny, odpuśćcie sobie. „Przemytnik” jest bardzo powolny, bardziej skupiony na postaci Earla, granego przez samego Eastwooda. Pozornie wydaje się niepozornym staruszkiem, potrzebującym pieniędzy oraz bardzo nie zgrany ze współczesnym, technologicznym światem. Ale ma w sobie więcej twardego charakteru, determinacji i mimo pewnej szorstkości budzi sympatię, o co nie było tak łatwo. Poza nim najbardziej wybija się Dianne Wiest jako była żona oraz Bradley Cooper w roli agenta Batesa, zaś reszta robi tylko za tło.

przemytnik3

Może sama opowieść nie jest specjalnie porywająca, a kilka scen wydaje się troszkę zbędnych (porównanie rodziny do kwiatów), ale „Przemytnik” ma w sobie wiele uroku oraz szczerości. Sam Eastwood nadal trzyma fason i oglądanie go dostarcza wiele przyjemności, choć tylko dla prawdziwych fanów tego twórcy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Aladyn

Każdy zna historię o Aladynie – drobnym złodziejaszku, który za pomocą magicznej lampy udało mu się wyrwać z nizin społecznych na sam szczyt. Podszywa się pod księcia, wyrywa księżniczkę jako żonę i zostaje sułtanem. No bajka. Disney już z tego zrobił animację, a nawet stworzył sequel. Kwestią czasu było ożywienie filmu animowanego na wersję z żywymi aktorami, by jeszcze raz zarobić na tym samym. Bo jak raz się sprzedało, to sprzeda się drugi raz, prawda?

aladyn1

Streszczenie historii wydaje mi się pozbawione sensu, bo wiemy o co chodzi: Jasmina, zły wezyr, Aladyn z małpką, latający dywan, Dżin, trzy życzenia. Fundament jest prosty i solidny jak sułtański pałac, nie czując się przekonany. Ale kiedy za kamerą stoi Guy Ritchie, nagle poczułem się zaintrygowany. To wydawało mi się idealnym połączeniem – mocno teledyskowy styl reżysera plus łotrzykowska opowieść, prawda? Niestety, Disney spiłował pazury reżysera, ale czy oznacza to kopiowanie jeden do jeden? Na szczęście nie, choć wszystko skupia się na trzech postaciach, które są niejako więźniami swoich kast. Aladyn to cwaniaczek z nizin, który mógłby się wyrwać i ma w sobie masę uroku, Jasmina musi być posłuszna tradycji, zdominowanej przez patriarchat, zaś Dżin jest posłuszny temu, kto potrze lampę. Bez względu na jego intencje oraz motywacje.

aladyn2

Reżyser dość ciekawie rozkłada akcenty, co jest ewidentnie odświeżające. Jasmina, choć ustawiona w pozycji księżniczki, stara się być kimś więcej niż tylko obiektem do oglądania, który można kupić podarkami czy przysięgą politycznego sojuszu. Ma bardzo twardy charakter, mówiący o chęci niezależności nad mężczyznami (poruszająca pieśń „Speachless”). Ale najbardziej widoczna zmiana dotyczy głównego złola, czyli wezyra Dżafara. Nie tylko został odmłodzony, lecz pokazany jest jako lustrzane odbicie Aladyna. A właściwie tego, kim mógłby być Aladyn – człowiekiem wpływowym, z wysokimi ambicjami, konsekwentnie dążącym do obranej ścieżki. Brakuje mu jednak pewnej demoniczności i ostatecznie okazuje się łatwym przeciwnikiem.

aladyn3

Intryga może nie zaskakuje, ale realizacja to zupełnie inna para kaloszy. Ritchie nie ma tego swojego wariackiego stylu, jaki znamy choćby z „Króla Artura” (dynamiczny montaż, zabawa chronologią, pokazywanie tych samych scen z różnych perspektyw). Ale ten kolaż baśni, musicalu oraz kina przygodowego wypada naprawdę dobrze. Kiedy trzeba jest odpowiednio wystawny, niczym produkcja z Bollywood (wjazd Aladyna jako księcia Ali – rewelacja), efekty specjalne też wydają się być na całkiem przyzwoitym poziomie, zaś scenografia i kostiumy pomagają w stworzeniu bajkowego klimatu. No i nie zapominajmy o humorze. Tutaj błyszczy zarówno Dżin, tworzący dość kumpelską relację z Aladynem, jak i mały epizodzik księcia Andersa (za mało go). Tylko, że to wygląda jakoś strasznie sterylnie, jakby było kręcone w studio zamiast w plenerach.

aladyn4

Aktorsko tutaj wybija się absolutnie rewelacyjny Will Smith w roli Dżina. Nasz ziom nie próbuje w żaden sposób zmierzyć się z legendarnym popisem Robina Williamsa w wersji oryginalnej, tylko gra tą postać po swojemu. Jego interpretacja jest taka bardziej wyluzowana, przypominająca pierwsze dokonania w jego karierze i każde jego wejście sprawia najwięcej frajdy. Grający tytułową rolę mało znany Mena Massoud ma sobie sporo uroku i wdzięku, przez co łatwo polubić tą postać, tak samo jak prześliczną Naomi Scott (z całej obsady śpiewa najlepiej) w roli Jasminy. Problem mam za to z Marwanem Kenzari, czyli Jafarem. Podoba mi się motyw uczłowieczenia czarnego charakteru, bez szarżowania, tylko że to podejście pozbawia go charakteru i mamy standardowego przeciwnika.

Powiem szczerze, że jestem lekko rozczarowany tą wersją. To nie jest zły film, ale zatrudnienie tak charakterystycznego reżysera jak Ritchie i brak możliwości rozwinięcia jego stylu jest dla mnie decyzją niezrozumiałą. Ale mimo stępienia pazurków nowy „Aladyn” dostarcza sporo frajdy, pod warunkiem, że lubicie bajki w campowym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski