Glass

M. Night Shyamalan ostatnimi laty zaczynał wracać do swojej formy. Kameralna „Wizyta” oraz niemal klaustrofobiczny „Split” przypomniały talent reżysera. Pytanie jednak, czy nasz specjalista od twistów utrzymuje poziom, czy jednak sukces był przedwczesny? Na to pytanie odpowiedź powinien dać „Glass”, który był ostatnią częścią trylogii superbohaterskiej Hindusa. Ale jakiej trylogii?

glass1

Wszystko zaczęło się od roku 2000, kiedy reżyser stworzył „Niezniszczalnego”. Była to opowieść o szarym facecie, który odkrywa w sobie superbohaterskie moce. „Split” – jak się okazał – był historią o narodzinach superłotra. W założeniu „Glass” ma być ostateczną konfrontacją między Davidem Dunnem a tajemniczą Bestią. I początkowo wydaje się, że będziemy szli w tym kierunku. Dunn (obecnie szef sklepu ze sprzętem do ochrony) nadal działa jako samotny mściciel i przypadkowo trafia na ślad Kevina, przetrzymującego porwane cheerleaderki. Dochodzi do bijatyki, którą kończy interwencja policji, zaś obaj panowie trafiają do strzeżonego szpitala psychiatrycznego. Tam mają zostać poddani leczeniu oraz przekonani, że nie są superbohaterami, nie mają żadnych mocy, a nadprzyrodzone sytuacje da się racjonalnie wyjaśnić. Jakby tego było mało, razem z nimi przebywa Mr. Glass – ekscentryczny pasjonata komiksów, odpowiedzialny za wiele zbrodni.

glass2

Punkt wyjścia naprawdę dawał duże pole manewru. Reżyser powoli przygotowuje grunt do konfrontacji, choć pierwsza scena akcji wydaje się dość dziwacznie sfilmowana (kamera pokazująca zdarzenia jest przyklejona tak, by widać przód protagonisty albo jest oddalona). Niemniej to jest intrygujące, ale wszystko zmienia się z miejscem akcji. Zamiast interakcji między trójką kluczowych postaci, widzimy ich odizolowanych od siebie i pojawia się pani psycholog (Sarah Paulson będąca tutaj Człowiekiem-Ekspozycją). Cała ta relacja oraz motyw, że tzw. superbohaterowie to tylko odbicie ich problemów psychicznych miała w sobie potencjał. Ale Shyamalan za bardzo przeciąga ten wątek, przez co czułem się znużony, zaś dialogi są rzucane w tak łopatologiczny sposób, że aż to naprawdę boli. Pojawiają się zbędne retrospekcje oraz postacie niejako wspierające każdego z wyjątkowych postaci.

glass3

Najgorsze jednak Shyamalan zostawia na koniec. Oczywiście musi zaserwować masę twistów oraz wolt, a finałowe starcie okazuje się być pozbawione jakiegokolwiek napięcia. Jakby tego było mało, zachowanie postaci staje się coraz bardziej irracjonalne, zaś wielki plan Glassa oraz ostatnie 20-25 minut wywołało we mnie poczucie żenady (zwłaszcza śmierć jednego z bohaterów). Najchętniej wymazałbym je z pamięci, gdybym mógł.

glass4

Nawet aktorzy (i to nawet zdolni) nie mają tak naprawdę zbyt wiele do roboty. Bruce Willis jako Dunn miewa przebłyski oraz chwile, kiedy zaczyna wątpić w swoje moce. Ale przez większość czasu zwyczajnie siedzi i smutną ma twarz. Samuel L. Jackson przez większość filmu nic nie mówi, a nawet się nie rusza. Tylko, że w kreowaniu mistrza zbrodni wydaje się być karykaturą swojej postaci z pierwowzoru. Jedynie James McAvoy ma duże pole do popisu (w końcu ma 24 osobowości) i tylko on ciągnie całość na swoich barkach. Lekko szpanuje swoimi umiejętnościami, ale i tak wypada najlepiej.

Chciałbym powiedzieć, że „Glass” jest udanym filmem oraz intrygującą dekonstrukcją kina superbohaterskiego. Ale Shyamalan znowu zachłysnął się swoimi sukcesami, popadając na wielkich mieliznach i tworząc swój najgorszy film od czasów „Ostatniego Władcy Wiatru”. Tego się nie spodziewałem.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Domino

Pamiętacie jeszcze takie czasy, kiedy Brian De Palma był jednym z najbardziej topowych reżyserów kina amerykańskiego? Kto z nas nie oglądał takich tytułów jak „Carrie”, „Człowiek z blizną” czy „Mission: Impossible”? Od czasu tego ostatniego, czyli od 1996 roku nie nakręcił zapadającego w pamięć filmu. Reżyser od lat błąka się ku produkcjom spoza hollywoodzkiego systemu i działa bardziej na terenie Europy. Najpierw była tworzona w Niemczech i Francji „Namiętność”, a teraz powraca z duńsko-francuskim „Domino”. Czy filmowiec wraca do formy?

Bohaterem jest Christian Toft – duński policjant, działający od lat ze swoim starszym partnerem. Pewnej nocy dostają zgłoszenie o przemocy domowej, więc powoli ruszają do mieszkania. Kiedy Christian wyrusza do mieszkania, już po zgarnięciu podejrzanego, znajduje zmasakrowane zwłoki oraz materiały wybuchowe do produkcji bomby. Partner Christiana zostaje zadźgany nożem, zaś podczas pościgu na dachu, razem ze sprawcą spadają na ziemię. Podejrzany zostaje zgarnięty przez tajemniczych facetów w czerni. Gliniarz razem z przydzieloną do sprawy Alex ruszają tropem terrorysty.

domino (2019)1

„Domino” jest klasycznym thrillerem, gdzie mamy zabawę w kotka i myszkę. Najbardziej zaskakujący jest udział trzeciej strony konfliktu, czyli CIA. Agent Joe tutaj próbuje wykorzystać ściganego przez policję do wytropienia szefa komórki terrorystycznej. Tutaj terroryści są tutaj przedstawieni jako żądni krwi fanatycy religijni, co chcą zatrząść światem. Nie ma miejsca na pogłębianie postaci, a wszystko idzie na klasycznych szablonach: bezwzględni źli, manipulujące tajne służby, skrywane tajemnice oraz żądza zemsty. Nadal czuć inspiracje Hitchcockiem (pościg na dachu budzi skojarzenia ze „Złodziejem w hotelu” oraz „Zawrotem głowy), a reżyser nadal bawi się formą. Fantastyczne wrażenie robi finałowa konfrontacja w slow-motion z wariacją „Bolera” Ravela w tle czy pokazana strzelanina dokonywana przez terrorystkę na podzielonym ekranie. Nadal czuć rękę reżysera, którego nie da się pomylić z nikim innym.

domino (2019)2

Niestety, fabuła nie angażuje tak mocno jak strona wizualna (choć też dość nierówna). I nawet nie chodzi o serwowanie klisz czy odkrywanie oczywistych tajemnic (relacja nowej partnerki Christiana z poprzednim partnerem, współpraca szefa policji z agentem CIA). Jeśli dołożymy do tego masę zbiegów okoliczności (namierzenie szefa komórki przez Christiana) i bardzo średnie dialogi, oglądanie może wywoływać pewne problemy. A i sam film miejscami wygląda dość tanio, jakby miał być skierowany do telewizji. Mało ludzi pojawia się na ekranie (rzadko przekracza ona trzy osoby), większość lokacji sprawia wrażenie pozbawionych oświetlenia (kamienica, gdzie zostaje zabrany podejrzany czy hiszpańska restauracja), zaś ostatnia scena wydaje się po prostu zbędna. Z drugiej jednak strony czuć dobrą rękę w prowadzeniu aktorów oraz budowaniu napięcia.

domino (2019)3

Rzeczywiście, aktorstwo (mimo szablonowo napisanych postaci) udaje się na troszkę ożywić. Nicolaj Coster-Waldau ma w sobie wiele charyzmy oraz determinacji, by stworzyć kreację żądnego zemsty policjanta, a partnerująca mu Carice van Houten wypada całkiem nieźle w roli partnerującej mu Alex. Nie czułem jednak zbyt wielkiej chemii i zgrania między tą dwójką. Na drugie planie błyszczy bardzo wyluzowany i zdystansowany Guy Pierce, nie traktujący się zbyt poważnie jako agent CIA Joe oraz Eriq Ebouaney, czyli żądny zemsty terrorysta.

Trudno mi jednoznacznie polecić ani zniechęcić do obejrzenia nowego dzieła De Palmy. „Domino” to konwencjonalny thriller, potrafiący odpowiednio zbudować napięcie, ale ma niezbyt angażującą historię. Czuć krok w dobrym kierunku i widać przebłyski na coś więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Krew na betonie

Początkowo jesteśmy zdezorientowani, bo fabuła skupia się na trzech wątkach. Pierwszy dotyczy niejakiego Henry’ego – czarnoskórego mężczyzny, który wyszedł z więzienia. Mężczyzna chce zapewnić byt swojej rodzinie, czyli puszczalskiej matce oraz niepełnosprawnemu synowi. I dostaje pewną robotę. Drugi wątek dotyczy pary już niemłodych gliniarzy: Bretta Ridgemana oraz Tony’ego Lurasettiego. Obaj zostają zawieszeni za zbyt brutalne aresztowanie podejrzanego, które zostało sfilmowane przez świadka i przez sześć tygodni nie dostaną wypłaty. Panowie decydują się zadziałać na własną rękę. I jest jeszcze trzeci wątek z tajemniczym osobnikiem. Jest cały na czarno, nosi kominiarkę, dużą pukawkę, a jego obecność wywołuje wielkie spustoszenie.

krew na betonie1

S. Craig Zahler już swoimi poprzednimi filmami pokazał się jako bezkompromisowy, ostry reżyser. Facet nie patyczkuje się z widzem, nie boi się pokazywać brutalnych scen, zaś wolne tempo może odstraszyć nawet największych twardzieli. „Krew na betonie” może się wydawać kolejnym pulpowym filmem, czerpiącym garściami z tego gatunku. Przeskoki z trzech wątków są poprowadzone płynnie aż do kulminacji. Nie mogę zdradzić zbyt wiele, bo intryga jest tutaj bardzo precyzyjnie poprowadzona. Tempo jest typowo zahlerowe, czyli bardzo wolne, a ze całość trwa dwie i pół godziny, może ona odstraszyć. Reżyser jednak nawet w wolnych momentach potrafi specjalnie zaangażować. Pozwala bardziej poznać swoich bohaterów, ich motywacje oraz coraz bardziej bezwzględny świat. Prostymi detalami (gra będąca odpowiednikiem safari) pokazuje drugie, trzecie i następne dno. Z jednej strony mamy zderzenie ze światem, który nie daje szans na spełnienie marzeń, tylko bezwzględna walką o przetrwanie. A w tej walce wiele zależy od szczęścia, sprytu oraz determinacji (choć nie zawsze). Z drugiej mamy szorstką, męską przyjaźń, która zostaje wystawiona na ciężką próbę. A z trzeciej mamy bardzo brutalny kryminał, przypominający klimatem kino z lat 70. oraz 80., co podkręca muzyka funkowo-jazzowa.

krew na betonie2

Więcej nie mogę zdradzić, ale poza jednym wątkiem, fabuła jest tutaj bardzo precyzyjnie poprowadzona, a napięcie. Nawet w pozornie nieistotnych scenach zaczyna się coraz bardziej podkręcać, włącznie z pewną woltą, wywracającą wszystko do nogami. No i jeszcze bardzo soczyste dialogi, dzięki czemu jeszcze bardziej podkręcane jest napięcie, jak też pozwalają poznać postacie.

krew na betonie3

Także aktorstwo jest tutaj naprawdę fantastyczne. Kompletnym zaskoczeniem oraz strzałem w dziesiątkę jest duet Mel Gibson/Vince Vaughn. Pierwszy jest bardzo staroświeckim gliniarzem, nie bawiącym się w politykę, bycie grzecznym, tylko skutecznie kasuje konkurentów. No i ma dość silną motywację do działania na granicy prawa. Ten drugi za to potwierdza swoją klasę, wydaje się być bardziej stonowany. Ale chemia między nimi jest bardzo silna i chciałoby się jeszcze raz zobaczyć ich w akcji. Poza nimi jeszcze jest znakomity Tony Kittles w roli twardego, ale honorowego Henry’ego, rządząc i dzieląc na drugim planie, gdzie nie brakuje znanych twarzy (m.in. Udo Kier, Don Johnson, Jennifer Carpenter oraz Thomas Kretschmann).

Powiem krótko: Zahler z filmu na film jest coraz lepszy i ciekawszy. Jeśli nie przerazi was czas metrażu oraz bardzo wolne tempo, „Krew na betonie” złapie was klimatem, scenariuszem oraz bezbłędną reżyserią. Ja nie wiem, co jeszcze może stworzyć w głowie ten człowiek.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sklep z jednorożcami

Coś ostatnio chyba bardziej odczuwalny jest trend aktorów, którzy próbują swoich sił w reżyserii. Bradley Cooper, Paul Dano, Casey Affleck czy Jason Bateman – to ostatnie przypadki z kilku lat. Do tego grona postanowiła dołączyć Brie Larson, tylko są dwa problemy. Po pierwsze, ten film powstał dwa lata temu i miał premierę na kilku festiwalach, lecz nie znalazł dystrybutora. Po drugie, po dwóch latach zainteresował się nim Netflix. A z ich filmami to bywa różnie.

sklep z jednorozcem1

Punkt wyjścia był jednak dość obiecujący: Kit to młoda dziewczyna, dla której największą ambicją jest chęć tworzenia sztuki. Problem jednak w tym, że profesorowie akademiccy nie są w stanie dostrzec jej talentu. Nawet rodzice raczej jej nie wspierają, choć działają jako członkowie grupy wsparcia. Dziewczyna decyduje się w końcu zacząć pracę w korporacji jako stażystka. I spokojnie rozwijałaby swoją karierę, gdyby nie tajemnicze zaproszenie. Do dość ekscentrycznego sklepu, gdzie można kupić… jednorożca. Tak, nie przewidziało wam się.

sklep z jednorozcem2

Larson próbuje w humorystyczny sposób pokazać, co jest najważniejsze: spełnianie cudzych oczekiwań czy znalezienie swojej własnej drogi oraz szczęścia? Symbolem tego ostatniego ma być jednorożec, a otoczenie reaguje z przerażeniem i niedowierzaniem. Problem w tym, że cała ta historia jako komedia się zwyczajnie nie sprawdza. Brzmi to wszystko bardzo sztucznie, nawet wykorzystując elementy fantastyczne. Scenariusz nie wypala, zaś najciekawsze postacie (niepewny siebie cieśla Virgil) wydają się mocno zepchnięte na dalszy plan. Całość wydaje się mocno przewidywalna, zwyczajnie nudna, zaś morał wydaje się brzmieć bardzo nachalnie. Brakuje temu filmowi lekkości, humoru – chociaż zaprezentowanie nowego odkurzacza jest cudowne – oraz interesujących, wiarygodnych postaci.

sklep z jednorozcem3

Larson-reżyserka ma problemy z narracją, ale Larson-aktorkę jest w stanie poprowadzić naprawdę dobrze. Jej Kit to dziewczyna będąca w klinczu między marzeniami a rzeczywistością. Jej powolne odkrywanie swojego ja oraz próby naprawienia relacji z rodzicami potrafią zaangażować. Dziewczyna mimo pewnych wad (egoizm, skupienie na karierze) ma w sobie wiele uroku, by dało się jej polubić. Z kolei Samuel L. Jackson jest typowym Samuelem L. Jacksonem, tylko nie bluzgającym, ale ekscentrycznym dziwakiem. Ale najciekawszy wydaje się Mamoudou Athie w roli troszkę zagubionego Virgila, dodając troszkę lekkości oraz ma niezłą chemię z Larson.

Powiedzmy to sobie wprost – nie jest to udany debiut Larson i nie jest to dobry film od Netflixa. Czy Larson będzie w stanie wyciągnąć wnioski, czy może skupi się na aktorstwie, które wychodzi jej lepiej? Czas pokaże, jednak Netflix ma lepsze dzieła w swoim dorobku. Nie warto marnować czas na „Sklep”.

5/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Marvel

Jak to możliwe, że dopiero Marvel nakręcił film z superbohaterką w roli głównej? Zostając wyprzedzonym przez DC? Tego się nie spodziewałem, ale czy „Kapitan Marvel” jest w stanie chodzić na własnych nogach? Czy jest bardziej mocno powiązany z poprzednimi częściami serialu zwanego Kinowym Uniwersum Marvela? Po kolei.

Bohaterką filmu jest niejaka Vers – osoba reprezentującą rasę Kree, która jest potężnymi wojownikami w galaktyce. Prowadzą ciągłą wojnę ze zmiennokształtnymi Skrullami, dokonującymi rozpierduchy oraz ataków terrorystycznych. Podczas kolejnej akcji, jakiej celem jest znalezienie swojego człowieka, namierzonego przez Skrulli. Cała operacja okazuje się być zasadzką na Vers, która zostaje schwytana przez zmiennokształtne istoty. Podczas próby wyrwania się im, dziewczyna trafia na C-35. Czyli na Ziemię. A to oznacza dużo komplikacji.

kapitan marvel1

Tym razem ściągnięto do realizacji filmowców z kina niezależnego (reżyser Ryan Fleck oraz scenarzystka Anna Boden), by wrzucić pierwszą superwoman. Do tego sama historia jest niejako prequelem wszystkich wydarzeń z całej serii (oprócz pierwszego Kapitana Ameryka). Ale tak naprawdę jest to opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości i przeszłości, bo nasza protagonistka ma przebłyski pewnych zdarzeń. Zdarzeń wymazanych z pamięci oraz świadomości. To jednak podbudowa pod kolejny film z naparzanką, pościgami oraz gonitwą za MacGuffinem. Czy to oznacza, że jest nudno? Twórcy serwują kilka wolt i niespodzianek (kluczowe retrospekcje), więc nie mogę powiedzieć za dużo, ale dojdzie do konfrontacji ze swoją przeszłością, kłamstwami oraz manipulacjami.

kapitan marvel2

Sam początek oraz akcja Kree może budzić pewien stan senny, ale w momencie trafienia Vers na Ziemię, wszystko staje się intensywniejsze. Twórcy serwują buddy movie (relacja między naszą „kosmitką” a Nickiem Fury), zaś humor kompletnie nie pozbawia całości powagi ani dramaturgii. Odkrywanie kolejnych elementów układanki oraz dojrzewanie naszej protagonistki do wykorzystywania swoich megamocy potrafi zaangażować i wciągnąć, a osadzenie fabuły w realiach lat 90. jest pewnym odświeżeniem. Sceny akcji są solidne, tak jak efekty specjalne, więc brakuje jakiegoś mocnego uderzenia, by zapaść w pamięć. Do tego wjeżdża patos, psując dobre wrażenie.

kapitan marvel3

Ale najmocniejszą kartą w talii jest absolutnie fantastyczna Brie Larson. Jej Vers (a tak naprawdę Carol Danvers) to kobitka, która nie potrzebuje mężczyzny. Zarówno jako wsparcia, jak i obiektu uczuciowego (to jest pewne novum), stanowiąca niejako samowystarczalną siłę. Początkowo sprawia wrażenie sztywnej, ale ma ona nie okazywać emocji. A jednocześnie jest to pełna sprzeczności osoba: twarda i zdeterminowana, lecz jednocześnie zagubiona, niepewna. Nie zachowuje się jak idiotka, gdy trafia na Ziemię (a tego się troszkę obawiałem), zaczynając pokazywać troszkę cieplejsze oblicze. Takiej kobity w tym świecie brakowało. I udaje się jej stworzyć silny duet z Samuel L. Jacksonem (fantastycznie odmłodzonym) jako Nickiem Fury, który zaczyna dostrzegać zagrożenie nie z tego świata. Co z tego wyniknie, wszyscy fani wiedzą. Pozytywnie za to zaskakuje antagonista grany przez Bena Mendelsohna, ale więcej nie mogę zdradzić.

„Kapitan Marvel” jest tylko (albo aż) solidnym odcinkiem marvelowej franczyzy, który – o dziwo! – można oglądać bez znajomości poprzednich filmów z tego cyklu. Może nie wybija się tak bardzo z tłumu jak „Strażnicy Galaktyki” czy „Thor: Ragnarok”, jednak potrafi dostarczyć masę zabawy i frajdy. O taką superbohaterkę nic nie robiłem.

7/10

Radosław Ostrowski

Fuga

Sam początek wywołuje dezorientację i intryguje. Widzimy plecy kobiety wychodzącej z tunelu na dworcu. Wygląda jakby chciała się zgłosić na casting do „Walking Dead”, tylko przedobrzyła z charakteryzacją. Długie blond włosy, rozmemłane, podniszczone ubranie, dużo brudu. Kobieta po wyjściu od razu staje na progu i zaczyna sikać w pozycji klęczącej. Po dwóch latach trafia do szpitala – nie ma dokumentów, nic nie pamięta (oprócz imienia Alicja) i ma siniaka na twarzy. trafia do telewizyjnego programu w stylu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, gdzie dzwoni… ojciec kobiety. Informuje, że ma ona na imię Kinga, oprócz tego jest mężatką z dzieckiem. Po tej informacji Alicja/Kinga trafia do swojego domu, zaś u kobiety zdiagnozowano fugę dysocjacyjną.

fuga1

Drugi film Agnieszki Smoczyńskiej kompletnie odcina się od wywrotowego, świadomie pstrokatego miksu musicalu z horrorem. Tutaj mamy do czynienia z psychologicznym dramatem, miejscami oglądanym jak thriller. Można odnieść wrażenie, że będzie budowana tajemnica wobec zniknięcia kobiety oraz próba jej powrotu do dawnego życia. Tylko, czy taki powrót jest w ogóle wykonalny? Co, jeśli nowa „ja” bardziej odpowiada? Jak nie chcę być matką, żoną i spełniać cudzych potrzeb, oczekiwań? Reżyserka stawia te dość prowokacyjne pytania, co dla wielu może być dość ciężką pigułką. Żeby jednak nie było tak łatwo, informacje są dawkowane bardzo oszczędnie. By jeszcze bardziej podkręcić klimat, wrzucone są kadry niemal lynchowskie w duchu (Kinga wygrzebująca się z ziemi i idąca przez tory czy wynurzająca się), co wywołuje wręcz oniryczny klimat. Tak samo jak bardzo stonowane kolorystycznie zdjęcia oraz bardzo nerwowa muzyka.

fuga2

Wielu ten film może znużyć bardzo wolnym tempem oraz brakiem jednoznacznych odpowiedzi na nurtujące pytania. Ale finał wszystko jest w stanie wynagrodzić, podobnie jak konsekwentna reżyseria oraz dość mocno trzymająca się ziemi historia. Jednocześnie bardzo wiarygodnie pokazany jest stan psychiczny bohaterki.

fuga3

Powiedzmy sobie to wprost, że jest to film Gabrieli Muskały. Aktorka nie tylko napisała scenariusz, ale stworzyła dwie postacie. Kinga/Alicja to dziwaczny konglomerat, próbujący się jakoś scalić ze sobą. Początkowo sprawia wrażenie bardzo wycofanej, niemal obcej komórki „wszczepionej” do dawnego organizmu. I początkowo nie potrafi się w tym odnaleźć, wydaje się podążać swoją drogą. Ale z czasem wydaje się, że jest szansa na powrót. Bardzo złożona, a jednocześnie stonowana kreacja, która zostaje w pamięci na długo. Fantastyczny jest także Łukasz Simlat w roli męża Alicji, który tak naprawdę ułożył sobie życie na nowo i dla niego ta sytuacja też jest skomplikowana. Czuć chemię miedzy postaciami oraz próby stworzenia więzi, a ten duet nakręca ten film.

„Fuga” wydaje się dziwacznym, lekko onirycznym dramatem psychologicznym, gdzie dopiero pod koniec pojawiają się pewne możliwe odpowiedzi. Bardzo tajemniczy, niepokojący i ciężki film, dający spore pole do interpretacji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Źle się dzieje w El Royale

Czym jest tytułowe El Royale? Jest to motel, znajdujący się na granicy Kalifornii i Nevady, gdzie nawet środek hotelu przechodzi przez granicy. Gdy trafiamy do niego, jest już po sezonie, gdzie wszystko jest niemal puste. Poza chłopcem hotelowym nikogo nie ma. Ale właśnie tutaj pojawia się grupa postaci: czarnoskóra wokalistka, sprzedawca odkurzaczy, stary ksiądz oraz hipiska. El Royale ma być jedynie przystankiem w dalszej drodze, ale burza oraz tajemnice związane z bohaterami komplikują sytuację.

el royale1

Drew Goddard już w swoim debiutanckim „Domie w głębi lasu” pokazywał zapędy ku postmodernistycznej zabawie z gatunkami. Nie inaczej jest ze „Źle się dzieje…”, jednak zamiast horroru mamy pulpowy kryminał a’la Tarantino. Inspiracja twórczością „Pulp Fiction” jest czytelna aż nadto: od wykorzystania retrospekcji przez dialogi aż po wykorzystaną muzykę. Całość osadzona jest w latach 70., za czasów prezydenta Nixona, zaś sam hotel wygląda bardzo zjawiskowo. Więcej z fabuły zdradzić nie mogę, bo całość ma tyle wolt, zaskoczeń i niespodzianek, że zdradzenie ich byłoby psuciem satysfakcji z odkrywania kolejnych elementów układanki. Bo nie wszyscy są tym, za kogo się podają, a i sam hotel też ma inne cele niż zaspokajanie potrzeb klientów. Już pierwsza scena sugeruje, że sprawa ma drugie dno, ale po drodze zdarzy się wiele: porwanie, kradzież pieniędzy, sekta, taśma, zawiązywanie koalicji oraz układów.

el royale2

I przez większość czasu, gdy okrywamy kolejne fragmenty z życia bohaterów (mających dwie twarze), reżyser uatrakcyjnia całą historię. Kolejne retrospekcje, wydarzenia ukazane z innej perspektywy, długie ujęcia oraz chwytliwa muzyka z epoki. Problem jednak w tym, że z odkrywaniem kolejnych kart, film zaczyna tracić swoją siłę oraz zainteresowanie. Parę scen można było spokojnie wyciąć (retrospekcja związana z przywódcą sekty), pewne repetycje, zaś kilku rzeczy zacząłem się domyślać po kilku pierwszych minutach i nie wywołały we mnie takiego zaskoczenia. Czuć tutaj granie znaczonymi kartami oraz poczucie deja vu. I nie wszystkie postaci dostają tle czasu, by troszkę bliżej je poznać.

el royale3

Goddardowi udaje się utrzymać napięcie oraz ciągłego oczekiwania na to, jak się to wszystko skończy. I zebrał do tego znakomitych aktorów, choć nie wszyscy są wykorzystani do końca (zwłaszcza Jon Hamm oraz Nick Offerman). Klasę potwierdza Jeff Bridges jako mający objawy demencji duchowny, który jest kimś więcej niż się wydaje. Zaskakuje za to Chris Hemsworth jako pociągający, lecz psychopatyczny Billy Lee. Dla mnie jednak odkryciem była Cynthia Erivo w roli Darlene Sweet – czarnoskórej wokalistki, która z powodu koloru skóry jest traktowany w branży jak śmieć, a jej głos jest zwyczajnie cudowny.

Najnowsze dziecko Goddarda mocno pachnie pulpowymi kryminałami, choć sprawia wrażenie przerostu formy nad treścią. Nie mniej jest to intrygujące, sprawnie wykonane kino ze świetną obsadą oraz (przez sporą część) wciągającą fabułą.

7/10

Radosław Ostrowski

53 wojny

Czy można cierpieć na syndrom stresu bojowego bez stanięcia nogą na polu bitwy? Bez uczestnictwa w konflikcie zbrojnym? Odpowiedź na pytanie tylko teoretycznie wydaje się prosta. I nie brzmi ona nie. O tym właśnie opowiada debiutancki film „53 wojny”.

Cała fabuła skupia się na kobiecie o dość powszechnym imieniu Anna. Była fotografem oraz reporterem pracującym dla Gazety Wyborczej, gdzie poznała Witka. Mężczyzna jest korespondentem wojennym, który wyrusza gdzieś na kolejny konflikt. Jest rok 1992 i po jednej wojnie zaczynają pojawiać się kolejne. Po drodze rodzą się dzieci, wojny się kończą, a mężczyzna w domu pojawia się coraz rzadziej, rzadziej i rzadziej. I to zaczyna coraz bardziej oddziaływać na jej umysł, co kończy się trafieniem do oddziału psychiatrycznego. Diagnoza: syndrom stresu pourazowego.

53 wojny1

Od razu powiem to, żeby postawić sprawę jasno: to trudny, wymagający film skupiony na psychice głównej bohaterki. Trudno powiedzieć coś o fabule, bo jako takiej nie ma. Wszystko idzie niejako swoim rytmem: kolejne wyjazdy, kolejne wojny i kolejne czekanie. Na wiadomość, na śmierć, na cokolwiek. Wojna tutaj jest poznawana za pomocą opowieści męża, obrazków pokazywanych w telewizji. Jest brudna, brzydka i chropowata. Dla Witka jest narkotykiem, źródłem adrenaliny, a dla niej momentem grozy, źródłem strachu i niepewności.

53 wojny2

Reżyserka opowiada tą opowieść, próbując wejść w głowę Anki. I choć trudno się odnaleźć w fabule, pokazanie percepcji robi mocne wrażenie. Kamera niemal przyklejona jest do twarzy bohaterki, pokazując coraz bardziej narastający obłęd. Niemal ciągłe oglądanie telewizora, słyszenie różnych szumów, zniekształconych dźwięków, koszmarów, nawet majaków sennych. Ale im bardziej się to ogląda, tym bardziej film staje się męczący, trudny, wręcz depresyjny. Ciężko się to ogląda, a im bliżej końca, coraz większe są odloty (scena eksplozji).

53 wojny3

Najmocniejszym punktem całego tego filmu jest wielka kreacja Magdaleny Popławskiej. Aktorka wyciska maksimum z coraz bardziej popadającej w obłęd Anki. Jak z pełnej energii dziewczyny zmienia się w żywego trupa, pełnego nerwic, koszmarów oraz stanów nerwowych. Widać to zarówno w pustych oczach, niezadbanych włosach oraz niemal rozedrganym głosie. Bardzo łatwo było tą rolę przerysować, przeszarżować, ale na szczęście udaje się uniknąć wszelkich pułapek. Reszta obsady trzyma solidny poziom, choć stanowią tylko tło. Mamy Michała Żurawskiego (coraz bardziej nieobecny mąż), Krzysztofa Stroińskiego (operator Paweł) oraz Dorotę Kolak (matka Anki), będąc niejako wsparciem.

Bardzo trudny, wymagający, wręcz ciężki film. Poczucie coraz bardziej nasilającej się paranoi zaczyna męczyć, przez co można się mocno odbić. Ale kreacja Popławskiej jest tak magnetyzująca, że daje wiele satysfakcji.

6/10

Radosław Ostrowski

Operacja Overlord

Pozornie fabuła filmu Juliusa Avery’ego brzmi jakby wyciągnięta z szalonej wizji maniaka kina VHS. Jest 6 czerwca 1944, czyli zbliża się lądowanie w Normandii. Wszystko widzimy z perspektywy oddziału spadochroniarzy, którzy zostają wysłani za linię frontu. Oddział kaprala Forda ma za zadanie wysadzić wieżę kościoła, gdzie znajduje się nadajnik radiowy. Żołnierze trafiają do domu Francuzki Chloe, zaś na miejscu jeden z żołnierzy znajduje pod wieżą laboratorium. A tam przeprowadzane są eksperymenty w celu stworzenia superżołnierzy.

operacja overlord1

Brzmi jak B-klasowy śmieć albo adaptacja którejś części gry „Wolfenstein”? Reżyser wsparty przez J.J. Abramsa robi wariacką sklejkę mieszającą horror z zombiakami oraz wojenny film akcji. Można dość szybko się domyślić tajemnicy związanej z kościołem, ale i tak reżyser bardzo dobrze buduje napięcie. Sam początek z ostrzałem samolotu oraz zeskakiwania łapie za gardło (m.in. za pomocą mastershota, przyklejonego do głowy bohatera), czekając na nowe zagrożenie. Nieważne, czy są to żołnierze, miny czy nieumarli superżołnierze. Efektem jest mieszanka krwawego rozpierdolu, one-linerów, nazistowkie eksperymenty (pokazujące kolejne oblicza okrucieństwa nazistów – mimo przerysowania), zmutowane zombiaki (pierwsze wejście czy wykorzystanie serum na zabitym fotografowi), miotacze ognia oraz strzelaniny. Z drugiej strony, poza rzeźnickim tłem oraz przegięciem wobec realiów, są próby bardziej psychologicznego portretu głównego bohatera – niedoświadczonego Boyce’a.

operacja overlord3

W teorii te dwa elementy powinny doprowadzić do ostrych spięć, szwów, bo te elementy są jak ogień i woda. Ale o dziwo, te dwa elementy są zaskakująco dobrze zbalansowane. Avery trzyma to w garści, zaś każda scena nie wydaje się zbędna czy niepotrzebna. I nie ważne, czy jest to wspomnienie Chloe o ciotce czy Boyce’a z myszami, nie mówiąc o przemianie głównego antagonisty w mutanta. Jest też odrobina humoru, świetne zdjęcia oraz scena akcji podnoszące adrenaliny (finałowa konfrontacja czy schwytanie Wafnera).

operacja overlord2

Aktorsko też wypada naprawdę dobrze, mimo kompletnie nieznanych twarzy. Wybija się z tego grona Mathilde Olivier jako zdeterminowana Chloe oraz Pilou Asbaek w roli charyzmatycznego antagonisty, Wafnera. Jeszcze jest też twardy jak czołg kapral Ford (Wayne Russell) oraz złośliwy Tibbet (John Magaro), dodający odrobinę smaku.

Powiem szczerze, że takiego filmu, próbującego iść w stylu Tarantino, gdzie faktografia oraz jakikolwiek realizm idą do kosza. Brutalna, krwawa i ostra sieczka dla fanów wojennych horrorów oraz poszukiwaczy bezpardonowej rozróby.

7/10

Radosław Ostrowski

Ułaskawienie

Rok 1946, Popielawy. Tutaj mieszka niemłode małżeństwo Szewczyków. Starszy syn wstąpił do klasztoru, zaś młodszy do partyzantki, gdzie działał jako Odrowąż. Niestety, wskutek zdrady konfidenta zostaje zastrzelony i pochowany na cmentarzu. Jednak o spokojnym odpoczynku nie ma mowy, gdyż trumna jest ciągle wykopywana i zakopywana, by władze miały pewność, że wróg państwa nie żyje. Po którym wykopywaniu małżonkowie wyruszają z trumną do Kalwarii Pacławskiej oddalonej o 500 km.

ulaskawienie1

Ktoś jeszcze pamięta poprzednie filmy Jana Jakuba Kolskiego, naznaczone realizmem magicznym? Wygląda na to, że te czasy już minęły. Po serii eksperymentów w rodzaju „Zabić bobra” oraz „Las, 4 rano” realizuje film bardziej przystępny, ale też ciekawszy. Opierając się na wydarzeniach z historii swojej rodziny, reżyser tworzy kino drogi osadzone w niebezpiecznych czasach. Jak nowa władza zaczynała się instalować, ale nadal po okolicy panoszą się niemieccy dezerterzy oraz czujący się niczym u siebie Sowieci. Więc wiadomo, że droga będzie wyboista i nie wiadomo, na kogo nasi bohaterowie trafią. Ale reżyserowi udaje się uniknąć zero-jedynkowego podziału, gdzie szlachetność i okrucieństwo przypisane jest do jednej nacji. Niemiec może być bezwzględny (wspomnienia z Auschwitz), ale też okazać się sojusznikiem jak dołączający do naszej pary Jurgen. Polacy też nie są święci – w końcu to oni reprezentują nową władzę, pracują w UB, zdradzają dawne ideały oraz znajomych. Ciężki to świat.

ulaskawienie2

Intrygującą koncepcją jest osadzenie narratora, którym jest… wnuk głównych bohaterów. Jego głos słyszymy na początku filmu, kiedy prolog pozwala poznać późniejsze losy Szewczyków (do lat 60., kiedy Janek zostaje na wsi) oraz w finale. Sekwencje te są zdominowane przez kadry kręcone na kamerze 16 mm, co dodaje pewien intymny charakter. Poza tymi momentami „Ułaskawienie” jest surowym, wręcz brudnym filmem drogi. Nawet przyroda (z daleka wyglądająca ładnie) wydaje się chropowata, nieprzyjazna.

ulaskawienie3

Pozornie fabuła wydaje się być prosta, ale reżyser nie wykłada wszystkiego wprost. Dużo rzeczy jest oparte na niedopowiedzeniach, spojrzeniach i gestach. Widać to mocno zarówno w relacji naszych bohaterów (zderzenie szorstkiego, stojącego na ziemi ojca oraz troszkę bardziej wierzącą matkę), jak i postaci Jurgena, o którym nie wiemy nic (poza sceną w kościele) i jego motywacja pozostaje zagadką do samego końca. Nawet wykorzystane symbole (puste tabernakulum, odwrócony Jezus na krzyżu) wydają się na miejscu i nie drażnią. Tak jak kilka refleksyjnych i mocnych dialogów.

ulaskawienie4

Kolski nadal potrafi prowadzić aktorów, dając spore pole do popisu. Ku mojemu zaskoczeniu mocne role stworzyli Grażyna Błęcka-Kolska oraz Jan Jankowski, tworząc bardzo wyraziste, a jednocześnie stonowane postacie. Na drugim planie wybija się Michał Kaleta jako Jurgen, tworząc bardziej enigmatyczną postać, pozornie mógłby być wrogiem. Warto też wspomnieć o epizodzie Krzysztofa Globisza jako jednego z zakonników.

„Ułaskawienie” to bardzo osobisty film Kolskiego, który – w porównaniu do „Las, 4 rano” – ma szansę na większe przebicie u widowni. Może wielu znużyć bardzo wolne tempo oraz oszczędność w dialogach, ale jednak film nie pozwala o sobie zapomnieć. Niby powrót do korzeni (Popielawy), ale w zupełnie nowych dekoracjach.

7/10

Radosław Ostrowski