Ja teraz kłamię

Wyobraźcie sobie takie show, gdzie wy jesteście osobami decydującymi. Konfesjonał Gwiazd – tutaj celebryci opowiadają o swoich rzeczach i grzechach, a w zamian dostają dużą kasę. I wy, widzowie, głosujecie telefonami: wierzycie im lub nie. Przed wami troje postaci: aktorka poruszająca się na wózku, reżyser nie mogący znaleźć zatrudnienia oraz piosenkarka po uzależnieniu od narkotyków. Prowadząca, ubrana w turban Kai, wierzy im, ale widownia nie. Od tego momentu poznajemy historię każdego z nich.

ja teraz klamie1

Reżyser Paweł Borowski wraca po 10 latach przerwy. Artysta-plastyk oraz felietonista tworzy tutaj bardzo odrealniony świat przyszłości z perspektywy tzw. wyższych sfer. Ludzi bogatych, pragnących sławy i uwielbienia takich szarych ludzi jak ty i ja. Ludzi podatnych na manipulację oraz oszustwo, bo przecież pragniemy sensacji, makabry oraz tragedii. Z kolejnymi wydarzeniami dostajemy kolejne informacje oraz tajemnice skrywane przez naszych bohaterów. Kolejne tajemnice, jakieś morderstwo, kłamstwa, pęknięcia oraz trzy relacje. Kto kłamie, kto mówi prawdę, kto manipuluje i steruje innymi? Niby nic nowego, ale reżyser robi wszystko, by tutaj pogmatwać, skomplikować oraz namieszać we łbie.

ja teraz klamie2

Najbardziej wybija się tutaj strona wizualna oraz osadzenie w retro-futurystycznej otoczce. Scenografia jest wręcz piorunująca, przypominająca klasyczne kino SF (komputery w kształcie lekko powiększonych maszyn do pisania, „pocztówki”, telewizory czy stare samochody). Także pozornie minimalistyczne studio Kai potrafi zaintrygować. Nie wspominam jeszcze o bardzo wyrazistych kostiumach czy bardzo staroświecko brzmiącej muzyce elektronicznej. Ale największą robotę wykonuje praca kamery Arka Tomiaka. I nie chodzi o pokazanie tej rozbuchanej wizji, lecz sztuczki związane ze zmianami perspektywy, co jeszcze bardziej podkręca tą rzeczywistość. Obłędna robota, jakiej na naszym podwórku zwyczajnie nie widziałem, chyba nigdy.

Problem mam jednak z samą fabułą – pozornie prostą i szczątkową, coraz bardziej komplikującą się. Tylko, że w połowie zacząłem podejrzewać jakąś grubymi nićmi szytą mistyfikację. Pokazywanie tych samych scen zaczyna robić się monotonne i nie prowadzi donikąd. Zaś samo rozwiązanie zagadki jest mało satysfakcjonujące i skręca w stronę jakiejś opery mydlanej. Chociaż może to też jest jakieś oszustwo (ostatnia scena), ale nawet wtedy rozczarowuje.

ja teraz klamie3

I nawet aktorstwo nie jest do końca wykorzystane, a wiele znanych twarzy (Więckiewicz, Chabior, Woronowicz, Dziędziel, Kulig) pełni tak naprawdę role epizodyczne. Z tego całego grona najbardziej wybijają się cztery kreacje, czyli Agata Buzek (prowadząca Kai z turbanem na głowie przypomina uważną korbę), Maja Ostaszewska (aktorka Celia), Rafał Maćkowiak (reżyser Matt) oraz Paulina Walendziak (piosenkarka Yvonne). Choć pozornie nie są za bardzo zarysowani, to cały ten kwartet wyciska ze swoich postaci wszystko, co się da.

ja teraz klamie4

Ciężko mi jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony jest oszałamiający wizualnie oraz ma świetną stylizację na retro-futuryzm, ale z drugiej wydaje się troszkę wydmuszką i niewykorzystującym potencjał całej obsady. Nie mniej jest to jeden z bardziej intrygujących polskich filmów SF.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dzień czekolady

Cała historia skupia się wokół Moniki – dziewczynki, która jest bardzo mocno zżyta ze swoją babcią. Kiedy ta umiera, rodzice informują ją, że… wyjechała na Hawaje, a bohaterka przenosi się do domu gdzieś w dalekim lesie. Czuje się samotna i trudno jej nawiązać relacji z kimkolwiek. Ale w jej okolicy pojawia się Dawid, mieszkający z matką oraz kotką. Powoli zaczyna się tworzyć więź, a oboje odkrywają pewien zegar, gdzie jest przejście do innego świata.

dzien czekolady1

Debiutujący reżyser Jacek P. Bławut postanowił spróbować swoich sił przy stworzeniu kina familijnego. Mamy tutaj zderzenie dzieci próbujących radzić sobie ze śmiercią bliskich za pomocą siły wyobraźni. Stąd obecność Skoczka Czasu, portalu w starym zegarze z kukułką czy obecność wiedźmy pod postacią psychoterapeutki. Widać tutaj kilka ciekawych pomysłów, które mogłyby zostać rozwinięte w coś poważniejszego. Wizualnie też się to może podobać, gdzie nie brakuje żywych kolorów oraz lekko onirycznego klimatu. Wszystko wygląda jak z dawnych czasów, czyli przed obecnością komputerów, scenografia też buduje czas bardziej niedzisiejsze czasy. Dla mnie jednak największym problemem jest to, że całość nie chce się ze sobą skleić i zwyczajnie nudzi. Całość jest ewidentnie za krótka, przez co nie pozwala rozwinąć wielu pomysłów. A sama wizja alternatywnego świata (bar z pożeraczami czasu oraz postać skoczka) sprawia wrażenie ledwie liźniętego, zaś jego reguły oraz mechaniki są kompletnie mętne i niezrozumiałe. Przebija się możliwość podróżowania po czasie, jednak jest to tylko wspomniane. Aż chciałoby się zobaczyć jak by to wyglądało. No i same postacie są ledwie liźnięte oraz opisane za pomocą tylko jednej cechy charakteru (zwłaszcza rodzice obojga dzieci są strasznie nijacy), przez co kompletnie nie obchodziły mnie wydarzenia na ekranie.

dzien czekolady2

I mimo udziału znanych twarzy, poziom jest zaskakująco niski. Ale to wynika z samego scenariusza, który mocno podcina skrzydła. Nawet dzieciaki wypadły sztucznie i słabo (zwłaszcza Julia Odzimek jest strasznie irytująca), co tym bardziej boli. Niby jest tutaj Dawid Ogrodnik (ogolony na łyso Skoczek Czasu, który tylko zjada czekoladę i gra na lirze korbowej), Tomasz Kot (policjant – bardziej epizod) czy Magdalena Cielecka (klener z doklejoną brodą), jednak nie mają tutaj zbyt wiele do roboty, a i same role nie będą raczej wspominane przez następne pokolenia.

dzien czekolady3

Debiut Bławuta więcej obiecuje niż jest w stanie dostarczyć. Niby ładnie wygląda, ale w środku jest zupełnie pusty. Troszkę jakby najciekawsze oraz najbardziej interesujące momenty zostały wycięte podczas montażu. Tak się nie robi, bo był spory potencjał, a wyszła straszna nuda.

3/10

Radosław Ostrowski

Anioł

Carlos Puch – pewnie wielu z wam to nazwisko kompletnie nic nie mówi. Ale w Argentynie to jeden z najbardziej niezapomnianych morderców. Dokonał 11 zabójstw, ponad 40 kradzieży. Najbardziej jednak szokowało to, że wygląda jak święty z obrazka – kręcone włosy, cherubinowa twarz, niewinne spojrzenie. Jak ktoś taki może zabijać, kraść i czynić zło? Przecież źli są brzydcy, prawda?

aniol1

Film Luisa Ortegi nie jest próbą stworzenia rekonstrukcji całej kariery mordercy zwanego „Czarnym Aniołem”, lecz chce wejść w umysł człowieka. Już na samym początku, gdy nasz bohater włamuje się do mieszkania. W tle słyszymy jego narrację z offu, gdy przyznaje się, że jest z porządnej rodziny, ale „urodził się złodziejem”. Wszystko widzimy niemal z jego perspektywy, przez co niemal cały czas miałem mieszane odczucia wobec tej postaci. Niby cherubin, tańczący w rytm puszczonej muzyki, kradnący płyty oraz motocykl, którym odjeżdża. A jednocześnie próbowałem jakoś zrozumieć 17-latka (!!!) i wmawiałem sobie, że może to jego sposób buntu czy może żądza szybkiego wzbogacenia się? Tylko, że żadna z tych tez nie pasuje do tego portretu. Chłopak, dołączając do gangu, nie trzyma się reguł, a swoją nieobliczalnością (napad na sklep z bronią) wywołuje zarówno podziw, jak i przerażenie. I choć można się przyczepiać, że nie jest to zbyt mocno powiązane ze sobą scenki, zaś kolejne sceny napadów czy zabójstw (ewidentnie naszego bohatera swędzą palce) nie szokują tak jak na początku, reżyserowi udaje się stworzyć silny portret. Portret człowieka budzącego niepokój i jednocześnie fascynację.

aniol2

Całość jeszcze jest osadzona na początku lat 70., co ma dość kluczowe znaczenie. I nie chodzi tylko o odtworzenie scenografii, kostiumów czy muzyki. Chociaż to zostało wykonane bez zarzutu. Pewnym detalem pokazującym mentalność tamtych czasów jest wywiad telewizyjnym, gdzie pada zdanie o pewnej teorii (naukowej zresztą). Mówiła ona, że zbrodni dokonywali tylko ludzie brzydcy fizycznie, co nie miało nic wspólnego z praktyką. Tylko, że to przekonanie siedzi w nas tak głęboko, iż nie łatwo można w to uwierzyć. Przecież taki śliczny chłopiec nie może być zły, prawda? PRAWDA? Niby jest tutaj sugerowana tłumiona orientacja homoseksualna Carlito (fenomenalny Lorenzo Ferro), jednak nie wydaje się, by to był decydujący czynnik.

aniol3

„Anioł” bardzo brutalnie przypomina prawdę, że umysł psychopatycznych zbrodniarzy budzi fascynację, ale pozostaje nieodgadniony. Niby banał, ale reżyser umie to sprzedać w bardzo przekonujący sposób, że nie można oderwać oczu.

8/10

Radosław Ostrowski

Pralnia

Trzy lata temu było głośno o tzw. Panama Papers – czyli ogromny wyciek danych firmy prawniczej Mossack Fonseca z Panamy. To w tej firmie powstała masa firm-słupów, dzięki którym prowadzone są finansowe przekręty, wykorzystywane przez finansowe elity, półświatek przestępczy oraz ludzi ze świata polityki. Dokumenty zostały przekazane przez tajemniczego Johna Doe do dziennikarza niemieckiego Suddeutsche Zeitung. Jak funkcjonował ten cały system? O tym próbuje opowiedzieć w swoim nowym filmie Steven Soderbergh.

pralnia1

Wszystko zaczyna się od rejsu, w którym bierze udział Ellen Martin razem ze swoim mężem. Przepłynięcie statkiem przez jeziorze kończy się wypadkiem i śmiercią 21 osób w tym mąż Ellen. W końcu dostanie odszkodowanie z ubezpieczalni i jakoś będzie można żyć. Problem w tym, że firma ubezpieczeniowa była słupem, przekazujące innej firmie, potem innej i innej. Łańcuszek finansowy, gdzie odpowiedzialność prawna zaczyna się rozmywać. I kto ma ponieść odpowiedzialność za wypadek, śmierć? Pytanie, pytanie, kolejne mylne tropy prowadzące donikąd. Jak się odnaleźć w tym całym bajzlu?

pralnia2

Reżyser mocno pod względem formy oraz stylu inspiruje się dylogią Adama McKaya, gdzie w komediowym, lekkim tonie opowiada o skomplikowanych mechanizmach biznesu oraz polityki. Zaś naszymi przewodnikami są Jurgen Mossack i Ramon Fonseca, czyli założyciele tej prawniczo-biznesowej kancelarii. Czwarta ściana łamana jest dość często, a panowie mają w sobie tyle uroku, że nie można ich nie lubić (mimo że są tutaj czarnymi charakterami). Fakt, że więcej czasu spędzamy z tymi złymi nie przeszkadzałby mi aż tak bardzo, gdyby nie jeden istotny szczegół: to ma tak anegdotyczny charakter, że sama mechanika wydaje się niejasna. Nie brakuje tutaj miejscami rozbrajających scen (rodzinna sytuacja afrykańskiego słupa Charlesa czy Maynard próbujący się dogadać z chińskimi wspólnikami), gdzie humor bywa smolisty. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że to wszystko jest przerostem formy dla treści. A może już tematyka finansowych oszustw i machinacji zwyczajnie już mi się przejadła. Do tego główna bohaterka zostaje porzucona przez twórców w połowie opowieści, by pojawić się dopiero w samym finale, co mnie zaskakuje.

pralnia3

Choć nie brakuje tutaj znanych twarzy, są one głównie zepchnięte do epizodycznych ról (m.in. David Schwimmer, Sharon Stone czy Matthias Schoenaerts). Za to Meryl Streep prezentuje się dobrze, choć jej postać nie jest zbyt dobrze zarysowana. Najważniejszy jest tutaj duet Gary Oldman/Antonio Banderas w roli prawniczych oszustów, będących naszymi przewodnikami po świecie szarej sfery finansowej. Panowie błyszczą w swoich strojach, przerzucają się terminami i czuć duże zgranie między nimi. I to jest prawdziwe paliwo napędowe, tak jak łamiący czwartą ścianę finał.

pralnia4

„Pralnia” jest solidnym filmem w dorobku Soderbergha, ale nie mogę pozbyć się wrażenia zmarnowanego potencjału. Można było z tego wycisnąć o wiele, wiele więcej a nie tylko inspirować się stylem McKaya z ostatnich lat. Niemniej jest to całkiem przyzwoita rozrywka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Trauma

Ray Monroe właśnie wraca z żoną oraz córką od jej rodziców podczas Święta Dziękczynienia. Mówiąc krótko, wizyta nie była zbyt udana i wyczuwalne są spięcia między małżonkami. Podczas powrotu do domu dochodzi do wypadku – dziewczynka spada w przepaść na plac budowy i ma złamaną rękę. Udaje się małżonkom trafić do szpitala, gdzie mają zostać przeprowadzone badania. Żona idzie z córką, a mąż zostaje i idzie do motelu. Kiedy idzie jeszcze raz do szpitala okazuje się, że nikogo takiego nie było. Czyżby Ray miał jakieś urojenia, czy może ktoś coś tu ukrywa?

trauma1

Brad Anderson już pracował z Netflix tworząc zaskakująco dobry „Bejrut”. Na pierwszy rzut oka „Trauma” wydaje się być co najmniej intrygującym dreszczowcem. Niby motyw człowieka, który widzi jedno, a wmawia mu się drugie jest dość znany („Memento”, „Plan lotu”). Jednak wskoczenie na tory thrillera odbywa się mniej więcej w połowie dzieła. Wtedy nasz bohater zderzony zostaje z biurokracją (już podczas rejestracji mamy przedsmak), kiedy nikt mu nie wierzy, zaś wszelkie dowody działają na jego niekorzyść. I przez większość czasu można odnieść wrażenie, że idziemy w bardzo oczywiste tory: albo to jest jakiś większy spisek (podczas rejestracji padło pytanie m.in. o możliwość pośmiertnego pobrania organów), albo Ray’owi zwyczajnie mózg zwariował. I przez większość tego czasu reżyser zgrabnie lawiruje między tymi przypuszczeniami.

trauma2

Po drodze coraz bardziej zaczyna się nam mącić w głowie (jest podejrzenie morderstwa), by pod koniec całkiem nieźle zakończyć całość. I powiem, że troszkę się tego nie spodziewałem. Chociaż chwile przed wyjaśnieniem całej intrygi były troszkę zbyt efekciarskie. Cały ten włam do piwnicy z pistoletem oraz wybuchowe pokonanie lekarzy dla mnie było zbyt wielkim odlotem. Sama realizacja jest naprawdę niezła, głównie praca kamery oraz minimalistyczna muzyka sprawdzają się bez zarzutu.

trauma3

Aktorsko nie ma jakichś fajerwerków, a największe zadanie miał Sam Worthington w roli zagubionego i zdezorientowanego Raya. Wypada on naprawdę dobrze, a w jego oczach widać coraz bardziej nasilającą się desperację, upór oraz walkę, a także poczucie paranoi. Reszta aktorów wypada poprawnie ze Stephenem Tobolovsky’m oraz Adjoą Andoh na czele.

„Trauma” jest całkiem solidnym thrillerem, czerpiącym z dość ogranego motywu i dostarczającym odrobinkę rozrywki. Pod koniec potrafi odlecieć poza logikę i to może przeszkadzać, ale nie ma się czego wstydzić.

6/10

Radosław Ostrowski

Rany

Will pracuje jako barman w knajpie. Ma dziewczynę-studentkę, ale między nimi coraz słabiej się układa, w głowie chodzi mu o koleżanka. Tylko, że jest już zajęta z innym. Podczas jednej z nocnych zmian dochodzi do bójki i zostaje zgubiony telefon przez jednego ze studentów. Barman zabiera go do siebie, a przeglądając go odkrywa makabryczne zdjęcia oraz wiadomości. Od tego momentu jego życie zaczyna wariować.

rany1

Reżyser Babak Anvari ruszył z nowym dziełem dla Netflixa, ale efekt… jest mocno dyskusyjny. „Rany” są reklamowane jako horror, choć z tym gatunkiem ma tyle wspólnego, co Metallica z disco polo. Pozornie wydaje się opowieścią o życiu w nieudanym związku, gdzie ogień już zostaje zgaszony oraz życiu, które nie wyszło. Przewija się też motyw człowieka coraz bardziej popadającego w szaleństwo. Problem jednak w tym wszystkim, że te wszystkie motywy zwyczajnie nie zgrywają się ze sobą. sama historia zwyczajnie nudzi i zaczyna coraz bardziej krążyć w kółko. Bohaterowie zachowują się jak idioci – głównie Will, który m.in. zamiast oddać telefon policji, zaczyna go przeglądać – logika bardzo mocno szwankuje, zaś intryga oparta na okultyzmie oraz opętaniu jest tak nudna i przewidywalna, że z góry wiadomo jak się to wszystko skończy. Opętania, otwieranie portali do innego wymiaru, coraz bardziej nasilający się obłęd – ile razy to już było i to lepiej wykonane? Montaż jest tak nachalny i urywany (szybkie przebitki), że psuje jakąkolwiek frajdę z oglądania. O dialogach nie chcę wypowiadać, bo są sztampowe jak diabli.

rany3

Choć nie brakuje tutaj znanych twarzy aktorów (Arnie Hammer, Dakota Johnson, Zazie Beats), tak naprawdę poziom aktorstwa jest bardzo niski. Nie ma tutaj jakiejkolwiek postaci, z którą można nawiązać więź, zachowanie jest co najmniej irytujące, bardziej pasujące dla nastolatków niż dorosłych liści. Nawet przemiana w obłąkanego człowieka wydaje się niewiarygodna, zaś fascynacja mrocznymi obrazami jest zwyczajnie niejasna. Brakuje jakiegoś sensownego działania tej sytuacji oprócz faktu, że tak zostało to napisane.

rany2

„Rany” to jedno z największych rozczarowań tego roku. Nie oczekiwałem zbyt wiele, bo mało wiedziałem, a film mnie strasznie wynudził. Horror, który nie straszy – to chyba powinno służyć za ostrzeżenie.

3/10

Radosław Ostrowski

Grzechotnik

Katrina razem z córką wyruszają do nowego domu, by zacząć sobie życie od nowa. Ale podczas podróży w Teksasie psuje się samochód i trzeba wymienić oponę. Dziewczynka troszkę oddala się od auta i zostaje ukąszona przez węża. Na szczęście znajduje się blisko kamper, gdzie pewna kobieta decyduje się jej pomóc. Po zabraniu jej, wymianie opony oraz przyjazdu do szpitalu okazuje się, że ceną za zdrowie jej córki jest… czyjeś życie, które matka musi kogoś pozbawić. Musi to zrobić do zachodu słońca, czyli za kilka godzin.

grzechotnik1

Netflix taśmowo produkuje swoje filmy, przez co jakoś zazwyczaj jest albo średnia, albo słaba. Zwłaszcza dotyczy to głównie kina gatunkowego z naciskiem na horror, akcję oraz SF, czyli tanie, proste w realizacji rzeczy. i wygląda na to, że film Zaka Hilditcha tego nurtu nie zmieni. Pomysł wydawał się prosty, czyli kobieta postawiona pod ścianą zostaje zmuszona do podjęcia dramatycznej decyzji. Cała akcja z wężem, ukąszeniem oraz „wymianą” życie za życie miała w sobie naprawdę duży potencjał. Co można zrobić dla ratowania życia najbliższych, do czego można się posunąć. Sam początek, gdzie czuć napięcie oraz poczucie beznadziei naprawdę potrafi złapać za gardło. i jest tak mniej więcej przez połowę filmu, gdy naszą bohaterkę jeszcze osaczają ofiary tego całego rytuału.

grzechotnik2

Jednak potem całe to napięcie oraz klimat zwyczajnie siada. Reżyser niemal desperacko rozciąga całą historię, która bardziej pasowałaby na krótki metraż. Rozumiem dylematy oraz rozterki Katriny (dobra Carmen Ejogo), zmuszonej do popełnienia morderstwa. Bo nikogo nie zabiła, bo to wbrew jej kodeksowi etycznemu. To rozumiem i początkowo jest dodatkowym źródłem budowania napięcia (choćby scena w szpitalu z próbą zabicia umierającego staruszka), ale z czasem staje się to irytujące. Sytuację próbuje ratować niejednoznaczny finał oraz poprzedzający go akcja w kanionie. Jednak reżyser kompletnie się tutaj gubi, a wszystko przestaje zwyczajnie interesować. Drugi plan jest tutaj ledwo zarysowany, przez co jest zwyczajnie niezbyt interesujący.

grzechotnik3

„Grzechotnik” to kolejny horrorowi średniak od Netflixa. Intrygujący pomysł nie zostaje w pełni wykorzystany, by zostać przemielonym w niezbyt straszny, pozbawiony głębi horrorek.

5/10

Radosław Ostrowski

I Trapped the Devil

Wszystko toczy się w jednym domu, gdzie mieszka samotny Steve. I do niego w Święta przyjeżdża dawno nie widziany brat z żoną. Jednak mężczyzna jest wobec nich bardzo sceptyczny, wręcz chciałby się pozbyć rodzinki. Do tego ciągle dzwoni telefon, a dom sprawia wrażenia jednego bałaganu. Na miejscu Steve przyznaje się gościom, że w piwnicy swojego domu przetrzymuje… diabła. Ale jak to, diabła? Przecież diabeł nie istnieje. A może jednak?

uwiezilem diabla1

Debiutujący na stołku reżyserskim Josh Lebo próbuje swoich sił w horrorze. Jest to film zdecydowanie kameralny, a jak na film grozy idzie w troszkę mniej oczywistym kierunku. Nie ma tutaj hektolitrów krwi, jump-scare’ów, typowej muzyki dla tego gatunku. Reżyser stawia tutaj bardziej na nastrój oraz aurę tajemnicy, gdzie niemal do końca nie wiadomo z tym diabłem. Czy to naprawdę jest diabeł, czy może Steve dostał kompletnego kociokwiku? A może oszalał? Brat z żoną są mocno skonsternowani,  zaś nasz nie sprawia wrażenia takiego wariata. Taka statyczność tempa może wywołać pewne znużenie, a brak akcji wydaje się nieciekawy. Niemniej udaje się stworzyć poczucie pewnego niepokoju, mroku oraz tajemnicy. Wszystko jest tutaj oparte na dialogach, gdzie mamy zderzenie dwóch światopoglądów, jakieś niewypowiedziane pretensje między braćmi i bardzo brutalny, bezwzględny finał. I to zakończenie, chociaż jest przewidywalne, okazuje się strzałem w dziesiątkę.

uwiezilem diabla3

Wrażenie też robi tutaj wizualna stylizacja na lata 80. – mocna, lekko neonowa kolorystyka, pulsująca elektronika w tle oraz przebitki na sceny z telewizora. Bardzo mocno odczuwalny jest tutaj brak nowoczesnych technologii, co jest sporym zaskoczeniem. Sporo jest tutaj mroku (sama piwnica, pokój pełen odhaczonych gazet) oraz niepokoju, w czym także pomagają długie kadry, montaż oraz niezłe aktorstwo nieznanych twarzy.

uwiezilem diabla2

Mieszka we mnie diabeł – chciałoby się rzec, a film Lebo jest dość trudnym, wymagającym horrorem, pozbawionym fajerwerków, skupiający się na klimacie oraz psychice. Całkiem przyzwoita robota i czekam na więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Krew Boga

Jesteśmy gdzieś w nieokreślonym dokładnie czasie i miejscu, ale po strojach można uznać, iż to średniowiecze jest. Na brzeg płynie łódź pełna ciał, z wyjątkiem rycerza Willibrorda. Człowiek ten ma jedno zadanie i zadanie jedno tylko: wprowadzić chrześcijaństwo na ten kraj ludzi wierzących w Peruna. Rycerzowi początkowo pomaga tajemniczy nieznajomy, który jest jedynym chrześcijaninem w wiosce. Czasu jest bardzo mało, bo za parę miesięcy pojawić się ma sam król ze swoją armią.

krew boga1

Filmów historycznych, zwłaszcza w czasach początków chrześcijaństwa, w Polsce praktycznie nie istnieją. A nawet jeśli, to nikt już ich nie pamięta. I to właśnie tutaj toczy się akcja nowego filmu Bartka Konopki. Reżyser „Lęku wysokości” tym razem mocno inspirował się „Valhalla Rising” Nicolasa Windinga Refna i to słychać oraz widać. Fabuła jest tutaj bardzo ascetycznie poprowadzona, dialogów jest tutaj jak na lekarstwo, a ważniejsza jest tutaj strona techniczna oraz bardzo surowy, pełen tajemnicy klimat. Poczucie niesamowitości podbijają jeszcze zdjęcia, gdzie nie można nie zauważyć tej lekko ponurej kolorystyki oraz wręcz zachwycających krajobrazów. Reżyser chce się tutaj skupić na pokazaniu religii jako narzędzia kontrolującego tłumy. Tutaj ten tłum jest bardzo prosty, podatny na manipulację, pozbawiony charakteru i wrzeszczący w niezrozumiałym języku. Ten ostatni aspekt czyni film trudnym w odbiorze i pomaga w budowaniu poczucia obcości.

krew boga2

Z jednej strony twórcy robią wszystko, by ta historia miała charakter uniwersalny. Jest bardzo nieokreślona, postacie ledwo zarysowane, z oszczędnie przekazywanymi informacjami. Ale ciężko wejść w tą hermetyczną opowieść, gdzie bohaterowie chodzą i szukają czegoś. Tylko czego? Niby wydaje się to wyglądać realistycznie, a jednocześnie czuć pewną sztuczność. Zdjęcia są bardzo dopieszczone (nawet za bardzo), zaś zderzenie dwóch metod chrystianizacji (empatia kontra przemoc) nie do końca wybrzmiewa. Nie oznacza to, że nie brakuje mocnych scen jak próba ognia, budowanie kościoła czy pojawienie się króla. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że czegoś tutaj brakuje, jakiegoś mocniejszego uderzenia.

krew boga3

Z całej obsady najbardziej zapada w pamięć świetny Krzysztof Pieczyński jako rycerz Willibroad. Wydaje się niezbyt ciekawą postacią, bo to wojownik wręcz zaślepiony wiarą. Człowiek naznaczony krwawą przeszłością, pełen dumy, agresji oraz pełnego wątpliwości. Z każdą minutą coraz bardziej widać jak skomplikowana jest to postać i mam wrażenie, że pod koniec jest zupełnie kimś innym. I ta kreacja wnosi ten film na wyższy poziom.

„Krew Boga”, choć niepozbawiona wad i testująca mocno cierpliwość odbiorcy, jest filmem intrygującym oraz szukającym czegoś zupełnie innego. Ma swój specyficzny klimat i dotyka czasów, jakich filmowcy praktycznie nie odwiedzają. Specyficzne kino.

6/10

Radosław Ostrowski

Laleczka

Choć nie oglądałem wcześniej laleczki Chucky, sama postać była mi znana. Stworzona przez Dona Manciniego (ten cykl nadal jest tworzony) istota, czyli lalka z duszą seryjnego mordercy istnieje od końca lata 80., postanowiono stworzyć tą postać kompletnie od nowa i dostosować do czasów współczesnych. Jak sobie z tym poradził reżyser Lars Klevberg?

laleczka1

Sama historia jest prosta, a jej bohaterem jest Andy – chłopak niedosłyszący. Nie ma przyjaciół, mieszka z matką, jednocześnie niedawno się przeprowadzili do nowego lokum. I dlatego ma pewne problemy z adaptowaniem się w nowym otoczeniu. Matka pracuje w markecie przy punkcie obsługi klienta, gdzie są sprzedawane m.in. lalki Buddy, będące towarzyszami oraz najbliższymi przyjaciółmi rodziny. Kiedy jedna z uszkodzonych lalek trafia do zwrotu, kobieta zabiera ją do domu i daje ją synowi. Problem w tym, że lalka została uszkodzona, a wszelkie zabezpieczenia (przemoc, bluzgi) zostały poluzowane w fabryce w Wietnamie. A to oznacza jedno: będzie rzeź.

laleczka2

„Laleczka” (Chucky w tytule wyleciał) w zasadzie można określić mianem klasycznego slashera, okraszonego czarnym humorem. Tylko, że tutaj inaczej są rozkładane akcenty. Tutaj lalka nie jest opętana, tylko wadliwa. Dla niej znaczenie przyjaźni aż po grób ma charakter wręcz toksyczny. Przyjaźń aż po grób, bez dzielenia się z nikim innym, traktując każdego jak potencjalne zagrożenie. A że jeszcze ma dostęp do technologicznych cacek od swojej firmy (telefon, samochód, telewizor), czyni go bardziej przerażającego i niebezpiecznego. Dodajmy do tego głos Marka Hamilla jako Chucky’ego i będziemy mieli komplet. Sama opowieść nie jest skomplikowana, ale w tej prostocie jest tutaj siła.

Wizualnie przypomina troszkę filmy z lat 80., gdzie gra światłem oraz kolorami jest bardzo istotna. I nieważne, czy jesteśmy w mieszkaniu, na zewnątrz domu czy w zaciemnionym supermarkecie. Tutaj udaje się zbudować poczucie niepokoju i zagrożenia, zaś zgony są jednocześnie krwawe, brutalne oraz zabawne (akcja z dozorcą). Czuć tutaj troszkę inspirację „Stranger Things” (para dzieciaków, których poznaje Andy), a w tle gra muzyka oparta na syntezatorach.

laleczka3

Pod względem aktorskim jest tutaj naprawdę solidnie. Błyszczy Gabriel Bateman w roli Andy’ego, potwierdzając, że nie ma złych aktorów dziecięcych na terenie USA. i tworzy bardzo zgrabny duet z Aubrey Plazą, czyli matką. Ta relacja jest pokazana bardzo wiarygodnie, choć na początku miałem problem z uwierzeniem, że taka młoda dziewczyna może być matką. Humor wnosi tutaj Brian Tyree Henry w roli sąsiada-policjanta, a także dość pokręcony duet Kristin York/Ty Consiglio, czyli parka przyjaciół, pomagających później naszemu bohaterowi.

Nowa „Laleczka” wygląda jak jeden z bardziej wariackich odcinków „Czarnego lustra”, wzięty w sztafaż slasherowej rzezi z czarnym humorem. A jednocześnie nie obraża inteligencji widza, klisze gatunkowe traktuje mniej serio i jest zwyczajnie fajnym straszakiem. Czekam na ciąg dalszy, który zapewne nastąpi.

7/10

Radosław Ostrowski