To był zwykły przypadek

Pierwszy raz pojawiłem się na festiwalu filmowym w moim mieście, czyli WAMA Film Festival. O tyle warto wybrać się na tą imprezę, bo wejściówki są (za pomocą rezerwacji przez internet) za darmo. Dla mnie to brzmi jak uczciwa cena. I dzięki temu udało mi się zobaczyć przedpremierowo tegorocznego zdobywcę Złotej Palmy w Cannes, czyli najnowsze dzieło irańskiego reżysera Jafara Panahiego.

„To był zwykły przypadek” zaczyna się niepozornie. Widzimy rodzinę jadącą samochodem nocą – ojciec za kółkiem, obok niego żona, z tyłu córka. W trakcie jazdy dzieją się dwie rzeczy: najpierw przejechany zostaje pies, co wyskoczył kompletnie znienacka, a następnie auto staje. Na szczęście pomoc oferuje mechanik, jednak drugi Vahid (Vahid Mobasheri) przygląda się z oddali, ukrywając się. Dlaczego? Sposób poruszania się klienta sprawia, że mężczyzna rozpoznaje w nim oficera policji Eghbah (Ebrahim Azizi), który go torturował podczas przesłuchania dotyczących protestów antyrządowych. Wskutek tych działań mężczyzna ma mocno wyniszczone nerki i obolałe plecy, więc decyduje porwać się swojego oprawcę oraz… zakopać go żywcem. Problem w tym, że zaczyna mieć wątpliwości co do tożsamości porwanego. Zwraca się o pomoc do przyjaciela, a ten daje namiar do innej ofiary, fotograf Shivy (Mariam Afshari).

Reżyser opowiada bardzo powoli, w zasadzie niewiele zdradzając na początku, bez walenia ekspozycją jak szalony. Dialogi są zdawkowe, proste, z kamerą niemal przyklejoną do postaci. Jednak atmosfera staje się coraz gęstsza, tonalnie skręcając raz w stronę thrillera, raz w mocno absurdalną komedię. Bo w całą tą historię zostają wrzuceni także państwo młodzi (przyszła żona też była ofiarą gliniarza) oraz najbardziej narwany Hamid. Cała ta grupa zostaje znowu zderzona z brutalną przeszłością, która zostawiła silne piętno. I co z tym wszystkim zrobić? Zapomnieć oraz iść dalej, czy może wziąć sprawy we własne ręce? Panahi oskarża irański reżim za opresyjność i terror – same opowieści przesłuchań mrożą krew w żyłach. Ten ból, ta wściekłość i gniew trzyma za gardło. A wszystko zmierza ku bardzo silnemu emocjonalnie finale, niemal pokazany w jednym, statycznym kadrze. Tak samo zapada mocno w pamięć ostatni kadr i dźwięk, przypominający, że jakiekolwiek działanie nie pozwoli zachować spokoju.

Chyba będę musiał bliżej poznać filmografię samego Panahiego oraz irańskiego kina. „To był zwykły przypadek” jest jak bomba z opóźnionym zapłonem – powolna, lecz konsekwentnie zmierzająca do eksplozji. Oficjalnie film do kin wchodzi pod koniec stycznia przyszłego roku, ale jeśli będziecie mieli okazję zobaczyć przedpremierowo, nie wahajcie się. Fantastycznie zagrany, świetnie napisany, pełen napięcia oraz silnego zakończenia. To nie był zwykły film.

8/10

Radosław Ostrowski

W nich cała nadzieja

Na hasło polskie kino SF skojarzenia są dwa: „Seksmisja” Juliusza Machulskiego oraz filmy Piotra Szulkina. Były próby przypomnienia sobie tego gatunku, głównie oparte na niskim budżecie jak „Jestem REN”, „Ja teraz kłamię”, „Ostatni samotnik”, „Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę” czy – na razie najlepszy film ostatnich lat – „Człowiek z magicznym pudełkiem”. Nie wymieniam tu produkcji krótkometrażowych, bo lista byłaby jeszcze dłuższa. Parę lat temu debiutujący reżyser Piotr Biedroń też zdecydował się pójść w kino fantastyczno-naukowe, mając do dyspozycji gumkę-recepturkę, zużyte ciuchy, masę blachy oraz paczkę fajek. Ale czy „W nich cała nadzieja” jest warta uwagi?

Opowieść to niemal klasyczne kino postapokalipsy. Ziemia miała nas już serdecznie dość i wskutek ociepleń klimatycznych doszło do roztopienia lodowców, pojawienia się zapomnianych wirusów oraz bakterii. Ludzkość ostatnimi środkami wystrzeliła rakiety w kosmos, by stąd uciec do znajdujących się arek. Na wyniszczającej planecie, niedobitki zamieszkiwały domostwa znajdujące się w najwyższych regionach, z dala od nieznośnej atmosfery. W jednej z takich baz żyje Ewa (Magdalena Wieczorek), której towarzyszy jedynie pilnujący obozu robot patrolowy Artur (Jacek Beler). By wpuścić uprawnione osoby, muszą one podać hasło. Problem jednak w tym, że po trzech miesiącach hasło się zmienia, zaś nasza Ewa… zapomniała go. I nie może wejść, bo inaczej Artur ją zabije.

Sama historia jest bardzo prosta jak konstrukcja cepa, gdzie mamy tutaj walkę o przetrwanie w niemal opustoszałej Ziemi. Reżyserowi udaje się zbudować klimat i atmosferę izolacji, samotności. Samo odwiedzanie opustoszałego miasta, z zardzewiałymi samochodami, bardzo śladowymi ilościami towarów, gdzie poruszać się trzeba w masce tlenowej. I o dziwo wygląda to dużo lepiej niż w przypadku produkcji mikrobudżetowych. Cholernie dobre zdjęcia, skromna i bardzo efektywna scenografia (jak choćby wnętrze elektrowni czy „bazy”), świetne efekty specjalne na początku oraz praktyczny wygląd robota są imponujące. Także elektroniczna muzyka pomaga w budowaniu klimatu. Ale największym problemem jest tutaj scenariusz, który najbardziej pokazuje ograniczenia budżetowe. Nasza bohaterka próbuje przemówić maszynie, dla której najważniejsze jest oprogramowanie. Jak znasz hasło (nieważne, ile razy się widzieliśmy oraz jak długo się znamy) – wchodzisz, jak nie – jesteś intruzem.

Dlatego bohaterka (choć dobrze zagrana przez Magdalenę Wieczorek) sprawia wrażenie tępej pindy. Bo mogłaby przegonić robota – mimo posiadania przez niego karabinu maszynowego – poruszającego się bardzo powoli. Bo wszelkiej próby perswazji (włącznie z podszywaniem się pod uchodźcę) kończą się klęską. Tu należałoby albo użyć większego sprytu, albo pójść na siłową konfrontację jak np. wjeżdżając w niego rozpędzonym samochodem. Co niby nasza bohaterka robi, lecz… eee, nic więcej nie zdradzę.

Pełnometrażowy debiut Biedronia jest frustrującym doświadczeniem. Technicznie bardzo imponujący, pełen klimatu i atmosfery, jednak treściowo odtwórczy oraz rozczarowujący. Niemniej jest nadzieja oraz spory potencjał w tym reżyserze. Oby ją w pełni wykorzystał.

6/10

Radosław Ostrowski

Złodziej z przypadku

Zawsze jestem ciekawy, kiedy reżyser posiadający wyrazisty styl robi sobie skok w bok. Takie momenty mieli choćby Martin Scorsese („Po godzinach”) czy Steven Spielberg („1941”), a teraz dość nietypowy film w swoim CV robi Darren Aronofsky. Specjalista od dramatów psychologicznych pokroju „Requiem dla snu”, „Zapaśnika” i „Czarnego łabędzia” tym razem wskoczył w kierunku kryminalnej opowiastki a’la Guy Ritchie czy bracia Coen.

„Złodziej z przypadku” jest oparty na pierwszej części trylogii Charliego Hustona, który także napisał scenariusz. Akcja dzieje się w Nowym Jorku roku 1998, skupiając się na Hanku Thompsonie (Austin Butler) – niespełnionym baseballiście, który obecnie jest barmanem w jednej z knajpek. Ma dziewczynę, pielęgniarkę Yvonne (Zoe Kravitz), nadal kocha baseball – ze szczególnym uwzględnieniem San Francisco Giants – zaś jego życie wydaje się jechać na jałowym biegu. Wszystko się zmienia z powodu sąsiada, Angola Russa (Matt Smith), co prosi go o przysługę. Czyli zaopiekowanie się kotem, co lubi gryźć obcych. Niby drobiazg, ale od takich drobiazgów zaczynają się poważne problemy. Sąsiada nachodzą Ruscy, co kończy się bliskim spotkaniem trzeciego stopnia z pięściami i nogami, a to dopiero wierzchołek prawdziwej góry lodowej.

Reżyser kompletnie zmienia tonalnie klimat, idąc ku bardziej kryminalnej intrydze. Niczym w „Big Lebowskim” czy wspomnianych „Po godzinach” Hank pakuje się w grubszą aferę, a im bardziej próbuje się wyplątać, tym głębiej zaczyna w nią wsiąkać. I zaczynają ginąć jego najbliżsi, co mocniej podbija stawkę oraz potrafi strzelić mocno z liścia. Co najciekawsze, Hank nie ma w sobie nic z herosa czy twardziela. Naznaczony traumą z przeszłości facet w końcu musi pójść na konfrontację, ale czy się na nią zdecyduje? Czy może cały czas będzie próbował uciekać? Choć samo tło (końcówka lat 90.) nie jest tu mocno eksponowane, to klimat zagubienia, lekko brudnawego miasta jest namacalny. A jeśli wrzucimy do tego punkową muzykę w wykonaniu zespołu Idles, to do samego końca jedziemy z buzującą energią.

Do tego jeszcze mamy absolutnie fantastyczną obsadę. Sam Butler w roli głównej wygląda niczym młodszy klon Brada Pitta (poza głosem), zaś przez większość czasu jego postać jest… mało charakterna. ALE o to tu chodzi, bo z czasem ta postać zaczyna nabierać barw i wskutek działań oraz interakcji z innymi (niczym piłeczka we flipperze) zmienia się. Jednak to wszystko nie zadziałałoby bez wyrazistego drugiego planu: od apetycznej Zoe Kravitz przez opanowaną Reginę King (detektyw Ronan) aż po drobne wejścia rapera Bad Bunny’ego (gangster Colorado) czy Griffina Dunne’a (właściciel baru Paul). Dla mnie całość kradł absolutnie rozbrajający Matt Smith, czyli punkowiec Russ z zajebiście dużym irokezem, klnący jak szewc oraz buntowniczym nastawieniem, a także duet Liev Schreiber/Vincent D’Onofrio jako chasydzka odpowiedź na „Świętych z Bostonu”.

Absolutnie nikt się nie spodziewał takiej gatunkowej wolty po Darrenie Aronofsky’m, chociaż liczyłem na więcej humoru. Niemniej nie zmienia to faktu, że „Złodziej z przypadku” to wciągająca, pełna wściekłej energii zabawa konwencją oraz „lżejsza” produkcja w dorobku tego reżysera. Czy to będzie jednorazowy wyskok, czy początek nowego oblicza Amerykanina – czas pokaże. I tym bardziej warto będzie wyczekiwać nowego dzieła Aronofsky’ego.

7/10

Radosław Ostrowski

Amadeusz

Nawet jak się nie jest koneserem czy fanem muzyki klasycznej, nazwisko Wolfganga Amadeusza Mozarta jest pewnie bardziej znane niż wielu się może wydawać. Utwory bardzo chwytliwe, rozpoznawalne, nawet jeśli nie jest się w stanie nazwać czy wskazać skąd pochodzą. Nic dziwnego, że musiał w końcu powstać o nim film. Oparty na sztuce teatralnej Petera Schaffera „Amadeusz” był dla mnie jednym z największych kinowych doświadczeń, jakie miałem od dawna.

Akcja dzieła Milosa Formana toczy się w Wiedniu na początku XIX wieku, gdzie przebywa podstarzały i zapomniany kompozytor Antonio Salieri (F. Murray Abraham). Po nieudanej próbie samobójczej, trafia do szpitala dla obłąkanych i tam w obecności księdza opowiada swoją historię. Opowieść o pełnym młodym i bardzo utalentowanym kompozytorze, którego poznał na dworze cesarza Józefa II (Jeffrey Jones) – Wolfgangu Amadeuszu Mozarcie (Tom Hulce). Włoch był wtedy nadwornym twórcą muzyki dla Kaisera, ale już wtedy mówiło się o nieprzeciętnym talencie protegowanego księcia Salzburga. Jednak pierwsze spotkanie wywołuje ogromną konsternację – geniusz jest młodocianym dzieciakiem, przekonanym o swoim geniuszu i manierach najbardziej prostackich jak się da. Innymi słowy, nie pasuje do dworu cesarskiego. Tak zaczęła się wrogość (skryta) wobec Mozarta przez Salieriego, planującego zniszczenie oraz zabicie Austriaka.

Pierwsze, co mnie złapało w trakcie oglądania „Amadeusza” to bardzo precyzyjnie napisany scenariusz, pełen soczystych dialogów oraz wyrazistych postaci. W samym centrum mamy Mozarta i Salieriego, którzy są tak różni jak tylko jest to możliwe. Włoch gra zgodnie z konwencjami, ale jest kompletnie nudny, zaś Amadeusz to zupełnie inna bestia: przełamujący schematy zgodne z ówczesnymi trendami muzycznymi, napędzany przez wszelkie żądze, prowadzący mocno hulaszczy tryb życia. Jest wręcz buntownikiem, przypominającym swoim podejściem gwiazdę rocka (nawet jedna z jego peruk jest bardziej różowa niż biała), napędzanego przez proces tworzenia. To zderzenie postaw jest w centrum tej opowieści.

Jeśli ktoś spodziewa się nudnego kostiumowego filmu edukacyjnego, popełnia błąd ogromny. Forman prowadzi historię niczym doświadczony kompozytor, grając na odpowiednich nutach. Całość jest jednocześnie bardzo kameralna i jednocześnie imponująca skalą oraz przepychem. To najbardziej widać zarówno w scenach grania opery na scenie czy podczas zabaw, gdzie scenografia z kostiumami rzucają nas w samą epokę. A wszystko kręcone w naturalnym oświetleniu, co bardzo wizualnie przypominało innego klasyka kina kostiumowego, czyli „Barry’ego Lyndona” Kubricka. I jeszcze jak tu genialnie jest użyta muzyka samego Mozarta, będąca dodatkowym bohaterem filmu. W zależności od sceny może wywołać grozę (pojawienie się ojca kompozytora w domu czy przy pokazie „Don Giovanniego”), zachwyt (Salieri przeglądający nuty Mozarta i słyszący te dźwięki) czy smutek (finał z „Requiem” w tle).

To także wciąga dzięki fenomenalnemu aktorstwu. F. Murray Abraham jest genialny w roli Salieriego, będący człowiekiem z jednej strony pełnym pasji wobec muzyki i potrafiącym docenić jej nieprzeciętność. Ale z drugiej poczucie zazdrości (wręcz odrzucenia przez Boga) wywołuje w nim mocno tłumioną nienawiść i wrogość, o której nie wie nikt. Nawet ucharakteryzowany opowiada z pasją godną młodzieńca. Ta rola zasłużenie zdobyła masę nagród. Równie imponujący jest Hulce w roli Mozarta, będącego tutaj nieujarzmioną siłą kreatywności, geniuszu zmieszanego z wulgarnością, prostactwem i niemal dziką energią. Pewnym symbolem tej postawy jest jego śmiech, wywołujący zażenowanie oraz niesmak. Ale to tylko jedna z warstw, bo potrafi on być także wyciszony, oddany swojej żonie oraz nie potrafiący się uwolnić spod wpływu ojca. Wspólne sceny obydwu aktorów jeszcze bardziej elektryzują, zapadając mocno w pamięć. Warto też wspomnieć o kilku drugoplanowych rolach, jakie zostały ze mną: świetny Jeffrey Jones jako cesarz Józef II, co o sztuce nie miał żadnego pojęcia i w niczym mu nie przeszkadzało to w wyrażaniu opinii, cudowna Elizabeth Berridge w roli Konstancji, bardzo surowy Roy Dotrice jako ojciec Mozarta czy wnoszący lekkości Simon Callow wcielający się w aktora wodewilowego.

Absolutnie zdumiewający jest fakt, że po ponad 40 latach „Amadeusz” nie tylko przetrwał próbę czasu, ale jest równie żywotny oraz pociągający jak sama muzyka Mozarta. Może pod koniec ma drobne problemy z tempem, nie przeszkadza to jednak filmowi Formana stać wśród wielkich arcydzieł kina. Ta rozprawa o sztuce, Bogu i tworzeniu pozostanie na długie lata aktualna, tak jak długo będą żyć geniusze oraz miernoty.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Legenda Ochi

Nie sądziłem, że jeszcze będę w stanie zobaczyć nowy film fantasy. Jednak nie chodzi mi o produkcję z kosmicznym budżetem, elfami, krasnoludami oraz tego typu istotami. Ale niczego innego można się było spodziewać po studiu A24. I taka jest „Legenda Ochi” – produkcja za niezbyt duże pieniądze, lecz bardziej bogata niż można się było spodziewać.

Debiutujący za kamerą Isaiah Coxon zaprasza nas do małej wioski na Karpatach. Tutaj mieszka dziewczynka o bardzo „żeńskim” imieniu Yuri (Helena Zengel). Wychowywana przez ojca Maxima (Willem Dafoe), który zebrał wokół siebie grupkę chłopaków, aby ich wyszkolić. Cel: łapać i zabijać tajemnicze istoty zwane Ochi. Przez nie miało dojść do rozłamu rodziny i matka (Emily Watson) pozostawiła ich. Yuri cały czas przebywa w wiosce, jednak coraz bardziej zaczyna się buntować i nie akceptować decyzji ojca. Sprawdzając pułapki znajduje zranionego „wroga”. Zamiast jednak go wydać, próbuje go wyleczyć oraz ucieka z domu, by zaprowadzić Ochi do jego matki.

Samo zawiązanie fabuły brzmi dość znajomo i nie wywołuje zbyt dużego zaskoczenia. Reżyser sięga po znajome motywy opartych na zderzeniu dwóch światów: przełamanie indoktrynacji, próby komunikowania się, poznawania się wzajemnie. Oboje dzieci czują się wyobcowani i to staje się pewnym fundamentem do bliższej więzi. Przy okazji poznaje matkę, skupiającą się na badaniu ochi. Oczywiście, wiadomo jak się to wszystko potoczy, a także jaką drogę przejdą członkowie „wojowników” Maxima, co nosi zbroję niczym rzymski legionista czy matka. Niemniej ta historia była w stanie mnie wciągnąć oraz oczarować.

A co zdecydowanie pomaga absolutnie olśniewająca oprawa audio-wizualna. Film wygląda przepięknie – i nie jest to przesada – zarówno w warstwie krajobrazów (całość była kręcona w Rumunii): wzgórza i góry pokryte mgłą, mocna kolorystyka niczym z kina lat 80. W tle jeszcze gra bardzo atmosferyczna muzyka Davida Longstretha z zespołu Dirty Projector, mieszająca symfoniczną orkiestrę z chórkiem oraz odgłosami natury, tworzy jedną z najbardziej kreatywnych, zaczarowanych oraz niezapomnianych ścieżek dźwiękowych ostatnich lat. Zaś same ochi – ku mojemu zaskoczeniu – zostały stworzone przy pomocy lalek oraz animatroniki, co obecnie jest rzadką techniką w czasach (nad)używania grafiki komputerowej. I to dodaje im dodatkowego uroku.

Nasz dystrybutor zrobił niedźwiedzią przysługę „Legendzie Ochi” pokazując ją tylko z polskim dubbingiem, co wielu widzów (w tym mnie) mocno odstraszyło. 

7/10

Radosław Ostrowski

Trzy miłości

Jak pojawiły się wieści, że najnowszy film Łukasza Grzegorzka będzie thrillerem erotycznym, wywołało to we mnie bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony u nas filmy o zabarwieniu erotycznym bardziej przypominały soft porno (seria „365 dni”, „Dziewczyny z Dubaju”, „Pokusa”), gdzie postacie są płaskie i papierowe, a napięcia tu tyle, co kot napłakał. Z drugiej strony, reżyser specjalizuje się w tworzeniu przekonujących portretów psychologicznych. Więc dawało to pewną obietnicę, że dostaniemy coś ciekawszego niż zazwyczaj. Co z tego powstało?

Akcja toczy się w słynnym mieście Warszawa, które (jak wszyscy wiemy z geografii) leży między Pruszkowem a Wołominem. I jesteśmy w środku dziwnego trójkąta. Lena (Marta Nieradkiewicz) to aktorka, która niedawno rozwiodła się ze swoim mężem. Poznajemy ją podczas świętowania 40. urodzin u siebie w mieszkaniu. Tam też pojawia się dwóch facetów, bardzo nią zainteresowanych. Młodszy z nich to niejaki „Kundel” (debiutujący na ekranie Mieszko Chomka, będący… studentem reżyserii) – młody student prawa, mieszkający w akademiku, do tego utrzymujący się z dilerki. Tym starszym od niego jest Jan (Marcin Czarnik), adwokat i były mąż Leny, nie potrafiący się pogodzić z byciem byłym. Dlatego wynajmuje mieszkanie w bloku obok, podgląda ją i podsłuchuje przy pomocy aplikacji szpiegowskiej w telefonie.

Sam zarys fabuły sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z filmem o trudnych relacjach, z silnym zabarwieniem erotycznym i nawet odrobiną napięcia. Tylko, że to nie do końca prawda. Nie jest to dreszczowiec z krwi i kości, bo wszystko wydaje się być zbyt umowne i zbyt wystylizowane. Od podziału na rozdziały (sztuk pięć) przez bardzo mocną kolorystykę (dominujący fioletowy filtr czy mocny błękit wody) aż po zadziwiająco sporo humoru. Grzegorzek bawi się oczekiwaniami, cały czas podrzucając kolejne momenty i sytuacje, niepozbawionych wieloznaczności. Tak jak bardzo niejednoznaczna jest dynamika między trójką postaci, gdzie miłość, obsesja, zazdrość i pożądanie mieszają się ze sobą.

O dziwo, napięcie częściowo budowane jest przez ambientowo-elektroniczną muzykę Steeza, wiele kadrów pokazuje bohaterów z dystansu, zaś sceny erotyczne (oczywiście, że są) zrobione są z większym smakiem i wyczuciem niż można się było spodziewać. Ciężko oderwać od tego oczu, zdjęcia pieszczą oczy (a nawet jest parę mastershotów), dźwięk jest bardzo wyraźny (szczególnie jak słyszymy podsłuchiwane rozmowy). Problem w tym, że czasami zdarzają się pewne momenty przestoju i parę pobocznych wątków (jak choćby relacja Kundla z profesorką, graną przez Katarzynę Herman), których można byłoby spokojnie się pozbyć.

Wszystko jednak na swoich barkach trzyma absolutnie świetne trio aktorskie. Przede wszystkim wybija się Marta Nieradkiewicz, która nigdy nie była tak magnetyzująca i elektryzująca jak tutaj. Z jednej strony nie da się oderwać oczu, przez co trochę czułem się jak podglądacz, wręcz kipi od niej sekapilem. Miesza w sobie zarówno delikatność i chęć stabilizacji, z twardym stąpaniem po ziemi, tworząc bardzo intrygującą mieszankę. Zadziwiający jest Czarnik, będący jednocześnie bardzo toksycznym mężczyzną, nie potrafiącym uwolnić się od dawnej miłości. Jednak w swojej obsesji jest żałosny, wręcz śmieszny niż niebezpieczny. No i jeszcze ten trzeci, będący tutaj największą tajemnicą. Czy naprawdę kocha, czy może się tylko bawi? Sprawia wrażenie dojrzałego, lecz czy aby na pewno? Jego obecność zmienia dynamikę w bardzo nieobliczalną trajektorię, zaś jego energia potrafi czasem zarazić.

„Trzy miłości” są intrygującym kinem erotycznym, pozornie tylko idącym w kierunku thrillera, a bardziej skręcając ku komedii. Nie wszystkim ten ton przypadnie do gustu, ale jest w tym coś tak frapującego i zmysłowego, że nie pozwala wymazać filmu z pamięci. Na seans w wakacje to całkiem niezły wybór.

7/10

Radosław Ostrowski

Nikt 2

Sequele to twardy orzech do zgryzienia. Jak dać jednocześnie coś znajomego, ale innego? Nie ma jednej konkretnej odpowiedzi, jednak najczęściej spotykany wariant to: podbić bardziej stawkę, zwiększyć skalę i zachować podobną intrygę. Tak postanowiono zrobić z przygodami pana Nikogo w „Nobody 2”.

Tym razem Hutch Mansell (Bob Odenkirk) wrócił do profesji, co polega na zabijaniu innych dla niejakiego Fryzjera (Colin Salmon). Powód? Bo jest w tym strasznie dobry i – wskutek działań z pierwszej części – ma ogromny dług do spłaty. Ale przez swoją profesję zaniedbuje swoją rodzinę, co budzi straszną frustrację. By ją przełamać decyduje się zrobić przerwę i wyruszyć na wakacje do Plummersville, gdzie znajduje się… wesołe miasteczko. Miejsce, które odwiedził jako dzieciak i nadal budzi w nim pozytywne wspomnienia. Ale na miejscu zostaje zderzony z rzeczywistością. Bo miejsce okazuje się szlakiem przemytniczym dla szefowej mafii (Sharon Stone), skorumpowanego szeryfa (Colin Hanks) i właściciela parku (John Ortiz).

Tym razem za kamerą stanął Timo Tjahjanto, czyli indonezyjski reżyser kina akcji znany najbardziej z „Przychodzi po nas noc”. I każdy kto widział przynajmniej jeden film akcji z Indonezji wie, że akcja jest u nich bardzo brutalna, intensywna oraz krwista do tego stopnia, iż może wywołać dyskomfort. Tutaj jednak sceny akcji są jednocześnie ostre, jednocześnie są kreatywne oraz… zabawne (bójka na statku, pierwsza konfrontacja Hutcha z lokalsami). Czuć tutaj rękę producentów „Johna Wicka” w choreografii i kaskaderce, zaś sama akcja jest płynnie sfotografowana oraz zmontowana. Zaś sam finał (niemal westernowy w duchu) jest bardzo efekciarski, z ogromną skalą, dając absolutną masę frajdy. Przy okazji twórcy próbując eksplorować temat trudnych relacji ojca i syna, gdzie ten pierwszy nie chce, by ten drugi poszedł jego ślady. Jakby przy okazji film pokazuje jakie reperkusje może dać przyniesienie „pracy” do domu i wpływ przemocy na najbliższy.

Jednak „Nobody 2” to nie dramat psychologiczny, tylko letni akcyjniak i jako taki naprawdę dowozi. Sam Odenkirk nadal dobrze prezentuje się jako niepozorny mistrz zabijania. Widać, że próbuje się powstrzymać, ale ciągle coś mu w tym przeszkadza. Równie świetna jest Connie Nielsen w roli żony, czy wracający na drugim planie Christopher Lloyd (ojciec Hutcha) oraz raper RZA (brat). Z kolei antagoniści może nie są aż tak wyraziści jak Julian z pierwszej części, ale też dodają sporo ognia i jest aż troje. Ortiz ma najwięcej głębi w roli właściciela parku, którego z Hutchem ma podobną przeszłość oraz obawę o swojego syna, Hanks jest śliski oraz przekonany o swojej sile, zaś Stone jako szefowa mafii jest totalnie przerysowana (dla mnie za bardzo) i ma masę frajdy z grania.

Drugie spotkanie z „Nikim” nie jest może aż tak zaskakujący jak pierwsza część, lecz pozostaje niezobowiązującym kinem rozrywkowym. Zgrabnie balansuje między krwawą jatką a humorem, całość jest pewnie wyreżyserowana, a Bob Odenkirk absolutnie błyszczy w roli niepozornego, aczkolwiek bardzo efektywnego i bezwzględnego zabijaki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

13 dni do wakacji

Chyba obecnie żaden reżyser w Polsce z taką konsekwencją nie oddał się misji kręcenia horrorów jak Bartosz M. Kowalski. Po szokującym „Placu zabaw” z tak mocnym zakończeniem, że nie da się go wymazać z pamięci reżyser eksplorował slashera (dylogia „W lesie dziś nie zaśnie nikt”), historię o opętaniu („Ostatnia wieczerza”) czy grozę psychologiczną („Cisza nocna”). W swoim najnowszym dziele, tym razem bierze się za podgatunek home invasion. Jednak po kolei.

Historia „13 dni do wakacji” skupia się na dwójce rodzeństwa: Pauliny (Katarzyna Gałązka) i Antka (Teodor Koziar). Oboje mieszkają w tzw. inteligentnym domu (wszystkie zabezpieczenia są uruchamiane i nadzorowane przez smartfon) ze swoim ojcem (plecy Cezarego Pazury w krótkim epizodzie), zaś matka zostawiła ich w pizdu. Chłopak pewnego dnia znajduje ciało zamordowanego bezdomnego, co jeszcze bardziej potęguje jego izolację. Z kolei siostra na czas wyjazdu służbowego ojca szykuje w domu imprezę z kumplami: chłopakiem Piotrkiem (Antoni Sztaba), kumpelą Agą (Julia Mika), pryszczaty Marek (Hubert łapacz), „Byku” (Bartłomiej Deklawa) oraz Julia (Nicole Bogdanowicz). I jak to na imprezie bywa: pogaduchy, ploteczki, popijawa, dobra muza oraz nawet coś więcej. Jednak sprawy zaczynają się komplikować. Po pierwsza, pojawia się pod dom była dziewczyna Piotrka, Magda (Olga Rayska). Młoda śledzi Paulinę i nie jest w stanie się pogodzić, że jest była. A po drugie: ktoś włamał się do systemu zabezpieczeń, zmieniając dom w klatkę bez wyjścia. I zaczyna się polowanie.

Kowalski już na samym początku wie, jak zbudować atmosferę niepokoju. Zbliżenia na twarze i/lub kompletna otchłań, zapowiadający zbrodnię gwizd oraz bardzo namacalna czerń, za którą może kryć się cokolwiek. A w momencie włamania do smarthouse’u, robi się coraz duszniej, zaś sam morderca pozostaje kompletną enigmą (sama jego maska jest super). Może same sposoby eliminacji nie należą do zbyt kreatywnych (choć krwi nie brakuje), zaś mała paczka popełnia podstawowy błąd każdego slashera (nie oddzielaj się od grupy, bo zginiesz). Same aktorstwo jest w zasadzie bez rewelacji, a dialogi czasami brzmią niezbyt dobrze. Jednak najmocniejsze jest zakończenie, które jest doprawdy mocarne, bardzo brutalne i zaskakująco nihilistyczne (niczym we wcześnie wspomnianym „Placu zabaw”). Ale niestety, reżyser w tym momencie nie kończy filmu i to, co dzieje się potem torpeduje cały finał.

W porównaniu do innych horrorów obecnych w kinach obecnie, nowy film Kowalskiego prezentuje się blado. To znowu kompetentny slasher, jednak wykonany na poważnie i bez żadnego mrugania okiem jak do tej pory. Mam nadzieję, że następnym filmem reżyser jeszcze bardziej zaszaleje – po prostu.

6/10

Radosław Ostrowski

Zniknięcia

Zach Gregger objawił się kinomanom w 2022 roku dzięki niekonwencjonalnej mieszance horroru, thrillera i komedii „Barbarzyńcy”. Choć nie bez wad, to pozostawał obietnicę ciekawego talentu w kinie okołohorrorowym. Teraz powrócił z nowym filmem „Weapons” (polskiego tłumaczenia dawać nie zamierzam), czyli mieszanką horroru oraz gatunku znanego jako mystery.

Bo wszystko zaczyna się w miasteczko Maybrook, w którym wszystko toczy się swoim powolnym rytmem. Jednak wszystko zmienia się jednego dnia, gdzie w szkole dochodzi to dziwnej sytuacji. W klasie pani Justine Gandy (Julie Garner) nie pojawia się… żaden uczeń. Z wyjątkiem Alexa Lilly (Cary Christopher), który nie ma pojęcia co się stało. Nikt w zasadzie nie wie, co się wydarzyło. Policja i FBI próbuje znaleźć jakieś tropy, lecz wszystko prowadzi do niczego. Rodzice są sfrustrowani, a szczególnie Archer Graff (Josh Brolin), podejrzewający nauczycielkę o udział w zniknięciu. Ale o co w tym wszystkim chodzi?

Reżyser od samego początku prowadzi z widzem pewną grę, pozornie znajomą i oczywistą. Mamy krótką narrację z offu otwierającą oraz wprowadzającą do całej historii. Ale myk (podobnie jak w debiucie) polega na tym, że poznajemy tą historię z perspektyw kilku postaci, będących niejako osobnym segmentem. Mamy nauczycielkę, odciętą od pracy; nie radzącemu sobie ze zniknięciem syna ojca; lokalnego policjanta Paula (Alden Ehrenreich), drobnego złodziejaszka Jamesa (Austin Abrams); dyrektora szkoły Marcusa (Benedict Wong) oraz – jako rozwiązanie – samego Alexa. Gregger daje zadziwiająco sporo czasu na poznanie każdego z bohaterów, jak sobie radzą (lub nie) z całą sytuacją i każdy (o czym sami jeszcze nie wiedzą) odegrają istotną rolę w całej opowieści. Nie nazwałbym „Weapons” stricte przerażającym filmem, jednak reżyser konsekwentnie buduje atmosferę niepokoju, pewnej niewytłumaczalnej tajemnicy. Tajemnicy, która wydaje się nie mieć racjonalnego wytłumaczenia. I co jeszcze bardziej może sfrustrować to fakt, że prawie każdy z tych segmentów urywa się w chwili, gdy sprawy zaczyna niejako ruszać z kopyta.

To wszystko jest jednak bardzo świadomą zagrywką, gdzie z każdym segmentem podrzucane są kolejne elementy układanki. Wszystko z paroma przebłyskami na poziomie montażu (postać w tej samej pozycji pokazywana w różnych lokacjach), szybkich ruchów kamery niczym z dzieł Soderbergha oraz dwiema kapitalnymi scenami snów (scena w szkole oraz Graff poszukujący swojego syna w nocy zniknięcia). Wszystko podbite bardzo atmosferyczno-ambientową muzyką w tle i – przynajmniej dla mnie – paroma mocnymi szoku, z całkowicie satysfakcjonującym finałem.

Więcej nie chcę i nie zamierzam zdradzić, bo „Weapons” polecam zobaczyć samemu w kinie. Kolejny raz Gregger to zrobił, czyli wyprowadził mnie w pole, zaserwował parę niespodzianek, dał aktorom spore pole do popisu i stworzył niezapomniany horror zmieszany z thrillerem. Mocna, zapadająca w pamięć rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski

The Alto Knights

Kino gangsterskie (jak wiele zapomnianych gatunków) swoje najlepsze lata ma już za sobą. Nie znaczy to jednak, że raz na jakiś czas nie pojawi się opowieść o mafiozach, zabijaniu i tym podobnym. Taką próbę podjął weteran kina, Barry Levinson do współpracy ze specjalistą od gangsterskich opowieści, Nicholasem Pileggi.

Akcja zaczyna się w roku 1957 w mieście, które nigdy nie śpi – Nowym Jorku. Tutaj działa gangster Frank Costello (Robert De Niro), który bardziej działa z ukrycia i przez koneksje w policji oraz polityce. To jednak nie uchroniło go przed zamachem. Mimo kuli w głowie, wyszedł z tego bez poważniejszych urazów. Co bardzo jest nie w smak jego dawnemu przyjacielowi, a zleceniodawcy zamachu Vito Genovese (Roberto De Niro). Sytuacja między nimi mocno się zaogniła, gdy przed wojną Vito musiał uciekać z kraju przed odsiadką i całą władzę przekazał Frankowi. Powrót jednak mocno się przedłużył, świat się zmienił, a do tego Genovese zaczął zajmować się handlem narkotykami. Coś, co może doprowadzić do umieszczenie półświatka na radarze FBI oraz służb.

„Alto Knights” jest zadziwiająco powolnym i niemal kameralnym filmem, niemal w całości skupionym na trudnej relacji dwóch przyjaciół, co stali się wrogami. Wszystko z powodu władzy, ambicji zmieszanej z paranoją i bezwzględnością. Całość stanowi ta naprawdę opowieść składaną przez Costello u siebie w domu wiele lat po wydarzeniach. Sama narracja jest mieszanką różnych stylów: od czarno-białych fotografii i kadrów przez stopklatki aż po bardzo rzadkie, gwałtowne sceny przemocy. Dla mnie najciekawszym wątkiem była relacja Vito z właścicielką nocnego klubu, Anną (mocna rola Katherine Narducci). Od pasji i zaangażowania po czystą nienawiść, paranoję oraz rzucanie sobie do gardeł. Kontrastem dla nich jest bardziej zgrany, pełen zrozumienia związek Franka z żoną Bobbie (solidna Debra Messing). Ale to nie jedyny kontrast filmu Levinsona. Działanie w cieniu, przekupienie polityków i policjantów Costello kontra bardziej brutalna, pełna agresji i paranoi postawa Genovese, stanowiący o wiele większe niebezpieczeństwo niż federalni oraz policja razem wzięta.

Jednak są tutaj dla mnie dwa problemy. Po pierwszy, Levinson prowadzi historii w bardzo bezpieczny, niemal pozbawiony ognia sposób. Nawet sceny przemocy (śmierć Alberta Anastasii u fryzjera) czy próbujące budować napięcie (przesłuchanie przed komisją senacką) nie do końca działają. Jedynym mocniejszym momentem był otwierający zamach na Costello oraz spotkanie wszystkich rodzin mafijnych w Appalachach, zakończone ucieczką przed policją. Drugi problem to dziwna decyzja związana z obsadzeniem Roberta De Niro w roli Costello i Genovese. Nie zrozumcie mnie źle, De Niro jest cholernie dobrym aktorem oraz tworzy bardzo różne postaci, zarówno w formie ekspresji głosowej, fizycznym chodzie czy nawet stroju. A jednak w scenach, gdy De Niro rozmawia z De Niro, czuć pewną schizofrenię. Jakbym widział jedną osobę udającą dialog, jednak tych scen na szczęście jest niewiele.

Więc jak tu podsumować „Alto Knights”? 83-letni Levinson ma czasem chwile przestoju i gdzieś brakuje jakiegoś mocnego haka, by mocniej zaangażować oraz porwać. Dwóch De Niro to za mało, by dać mocne, mięsiste kino o gościach w fedorach, co walczą o władzę nad miastem.

6/10

Radosław Ostrowski