Ścieżki życia

Kino drogi ma coś takiego w sobie, że jest pociągające. Pozwala oczarować swoim krajobrazem, ale poza kontemplacją widoków daje szansę wejść w siebie. Taki też jest przypadek brytyjskiego filmu „Ścieżki życia” – inspirowana prawdziwą historią wędrówka dwojga niemłodych ludzi. Dlaczego postanowili wyruszyć wzdłuż wybrzeża Salt Path?

Sama historia skupia się wokół małżeństwa Wynn. Raynor i Moth (Gillian Anderson i Jason Isaacs) żyją ze sobą na tyle długo, by doczekać się dwójki prawie dorosłych dzieci. Wszystko się jednak zmienia, gdy decyzją sądu zostają pozbawieni domu. Do tego mężczyźnie pogarsza się zdrowie z powodu nie artretyzmu jak podejrzewano, lecz CBD (zwyrodnienie korowo-podstawne) przypominającą Parkinsona. Więc nie jest zbyt dobrze, ale para postanawia wyruszyć podczas wakacji wyruszyć szlakiem South West Coast Path. Mając namiot, ograniczony prowiant i pieniądz, mają do pokonania ponad tysiąc kilometrów.

Za kamera stanęła Marianne Elliott, która zrobiła wcześniej telewizyjne „Gadające głowy” – zbiór monologów Alana Bennetta. I na pierwszy rzut oka jest to historia mniej więcej znajoma. Oboje wyruszają nie tylko szukając celu, ale też znaleźć odpowiedź na pytanie: co dalej? Po drodze mamy drobne przebitki z przeszłości, nakreślające ich sytuację oraz obecną sytuację. Skojarzenia z „Nomadland” nasuwają się same, miejscami całość idzie w stronę surwiwalu (w mikroskali), kiedy mamy zderzenia z siłami natury w postaci deszczu, silnego wiatru oraz… przypływu. Choć jest bardzo poważnie, nie brakuje tutaj drobnych akcentów humorystycznych (niepozbawione ironii wypowiedzi Motha czy pomylenie mężczyzny ze znanym poetą).

I muszę przyznać, że złapała mnie ta historia. Bo tak naprawdę jest to historia o… miłości. Byciu ze sobą bez względu na okoliczności, w zdrowiu i chorobie, szczęściu i biedzie. Kiedy cała ta podróż pozwala wzmocnić tą więź, gdzie oboje niejako odkrywają się na nowo. Nawet jeśli mamy znajome schematy w postaci interakcji z lokalsami (od zirytowanego spacerowicza aż po pracownicę sklepu, przez pewien czas towarzysząca bohaterom po komunę hipisów), to nie ma tutaj emocjonalnego szantażu czy drogi na łatwiznę. Dużo jest tu momentów wyciszenia oraz kontemplacji w towarzystwie pięknych krajobrazów Kornwalii.

A wszystko na barkach trzyma świetnie dopasowany duet pierwszoplanowy. Gillian Anderson oraz Jason Isaacs są bardzo przekonujący, zaś chemia między nimi namacalna. Bez nich ten film by nie zadziałał, bo wszystkie emocje (od determinacji, chodzenia mimo bólu i desperacji po zmęczenie, drobne radości) pokazane są bez fałszywej nuty oraz bez żadnego upiększenia. Choćby dla tego duetu oraz pięknych krajobrazów warto obejrzeć ten bardzo kontemplujący dramat obyczajowy.

7/10

Radosław Ostrowski

Pies 51

Ileż już mieliśmy na ekranie dystopii SF ubranych w konwencję kryminału/thrillera? Wystarczy wspomnieć „Raport mniejszości”, „Ja robot” czy „V jak vendetta”. Teraz pora na francuski spin w tej konwencji, tylko czy da on coś świeżego albo nowego w tym temacie. Więc jaka jest adaptacja powieści Laurenta Gaude’a „Pies 51”?

Akcja toczy się w roku 2045 w Paryżu, który został podzielony na trzy strefy: od najbogatszej do najbiedniejszej. Każda z nich jest podzielona punktami kontrolnymi, wszyscy mają na sobie bransoletki, zaś nad porządkiem czuwa Alma – sztuczna inteligencja, pomagająca policji i wymiarowi sprawiedliwości w walce z przestępczością. Nowy, wspaniały świat. A jednak nie wszystkim podoba się taki porządek – tacy ludzie należą do grupy terrorystycznej Breakwalls pod wodzą Jona Maframa (Louis Garrel). Oni od dawna byli na celowniku, ale kiedy twórca AI George Kessel, naciski są coraz większe. Śledztwo prowadzi policjantka ze Strefy 2 Salia Malberg (Adele Exarchopolous), a kiedy zostaje znalezione ciało jednego z podejrzanych o zabójstwo, przydzielony zostaje Zem Brecht (Gilles Lellouche) ze Strefy 3.

Reżyser Cedric Jimenez trzyma się znajomych prawideł kryminału/thrillera. Mamy zmęczonego, niewyspanego gliniarza-samotnika sparowanego z młodą, ambitną i trzymają się reguł służbistką. Jest jeszcze bardzo twardy minister (Romain Duris), który może pociąga za sznurki, tajemnicze zabójstwa dilerów, społeczne rozwarstwienie (Strefa 3 to w zasadzie getto). Klimatem bardzo mi to przypominało grę „Deus Ex: Mankind Divided” z odrobiną „Cyberpunka 2077”. Do tego sama wizja wypada całkiem przyzwoicie (karaoke, teleturniej Destiny, która ma być furtką dla przebicia się dzieciom ze Strefy 3 czy kościół funkcjonujący poza systemem), dodając odrobinę świeżości. Sama akcja jest zrobiona przyzwoicie, szczególnie ucieczka przed policją podczas parady z okazji Dnia Miłości czy choćby sceny z udziałem dronów. Problem w tym, że sama intryga jest zbyt znajoma i brakuje elementów niespodzianki. Może poza krótkimi momentami poza miastem.

Samo aktorstwo jest bardzo porządne i solidne, czyniąc seans przyjemnym w oglądaniu. Lellouche i Exarchopoulos wypadają dobrze, zaś chemia między nimi jest silna. Garrel w zasadzie ogranicza się do gadania o tym, jak ograniczana jest wolność, z kolei Duris pojawia się zbyt rzadko, by zapaść w pamięć. Tutaj drobne role potrafią zawłaszczyć ekran: dla mnie taką złodziejką była Daphne Patakia (prostytutka Amel) czy Valeria Bruni Tedeschi (lekarka Irina).

Jeśli spodziewacie się czegoś świeżego w konwencji dystopijnego noir SF, to „Pies 51” nie zostanie w głowie na długo. Sprawnie zrobiony technicznie, z paroma dynamicznymi scenami akcji oraz klimatem, jednak sama historia lekko chaotyczna i niepozbawiona zbędnych scen. Choć samo zakończenie i użyte „Wish You Were Here” Pink Floyd – po prostu wow.

6/10

Radosław Ostrowski

Wielki Marty

Bracia Safdie byli jednym z najciekawszych rodzeństw wśród reżyserów od czasu braci Coen i nie ma w tym cienia przesady. Ale parę lat temu panowie się rozeszli, chyba wiem dlaczego. Każdy z nich chciał zrobić film sportowy, ale każdy chciał inny. Benny wyruszył po MMA w „The Smashing Machine”, a teraz Josh wyruszył w świat ping-ponga. Tylko, że nie do końca.

Bohaterem „Wielkiego Marty’ego” jest Marty Mauser (Timothee Chalamet) – młody, uzdolniony gracz tenisa stołowego z Nowego Jorku początku lat 50. Pracuje w sklepie obuwniczym, ale nie wywołuje to w nim żadnego entuzjazmu. Wręcz szuka każdej chwili, by się od niej wymigać. Najchętniej bzykając się w magazynie z Rachel (Odessa D’Azion) – co z tego, że ma męża? Nigdy mu to nie przeszkadzało, jednak pasja oraz ambicja bycia najlepszym ping-pongistą na świecie. Bierze udział w turnieju ping-ponga w Londynie, nawet dociera do finału, ale przegrywa z rewelacją tej imprezy – Japończykiem Koto Endo (Koto Kawaguchi). Po drodze jeszcze uwodzi podstarzała aktorkę Kay Stone (Gwyneth Paltrow), żonę biznesmena Miltona Rockwella (Kevin O’Leary), kradnie pieniądze szefowi na bilet i obraża jednego z sędziów imprezy. A kiedy wraca do domu, sprawy się komplikują: Rachel jest w ósmym miesiącu ciąży, szef oskarża go o kradzież i chce go zmusić do powrotu do pracy, a jeszcze otrzymał 1500 dolarów grzywny.

Sam początek mocno mnie zaskoczył, bo „Wielki Marty” sprawia wrażenie filmu biograficznego. Same zawody ping-ponga są pokazywane bez żadnego markowania czy użycia dublerów (głównie w jednym ujęciu), ale jest ich zaskakująco niewiele. Bo większość czasu „Wielki Marty” bliżej do poprzednich filmów braci Safdie, czyli „Good Time” i „Nieoszlifowanych diamentów”. Czyli historii drobnych cwaniaczków, którzy próbują wyplątać się z tarapatów, a pakują się w jeszcze większe. I kiedy wydaje się, że wszystko się uda oraz zmierza w dobrą stronę, to… jeszcze większy chaos się uruchamia. Ocierając się wręcz o mocno absurdalne sytuacje, potrafiące otrzeć się o czarną komedię. Przekręt wokół psa pewnego starszego pana (który okazuje się o wiele groźniejszy niż się wydaje), szybka hustlerka z ping-pogiem oraz grupką amatorów tego sportu czy romans z Kay. To wszystko wydaje się tak chaotyczne, szalone i pokręcone, że aż nie chce się w to wierzyć.

Safdie coraz intensywniej podkręca stawkę dzięki szybkim dialogów, jak zawsze dynamicznemu montażowi oraz bardzo nietypowej ścieżce dźwiękowej. Choć akcja dzieje się w latach 50., muzyka jest wzięta z lat 80. – od wykorzystanych piosenek (Tears for Fears, Peter Gabriel) aż po syntezatorową ilustrację Daniela Lopatina. Potrafi oczarować w chwilach spokoju czy zawodów, bardzo przypominając Tangerine Dream czy Vangelisa. Nie można też odmówić uroku zdjęciom Dariusa Khondjiego – technicznie trudno się do czegokolwiek przyczepić. I jeszcze mamy to otwarte zakończenie, które każdy musi sam zinterpretować. Co zrobi nasz Marty? Mam pewne podejrzenie, ale nie zamierzam go zdradzić.

A wszystko jest absolutnie rewelacyjnie zagrane. Wszystko na barkach trzyma fenomenalny Timothee Chalamet w roli „wielkiego” Marty’ego Mausera i jest to najbardziej antypatyczna postać jaką zagrał ten aktor. Z jednej strony jest cholernie uzdolnionym sportowcem, pełnym talentu, ale z drugiej jest bardzo narcystycznym, skupionym na swoim celu cwaniaczku. Jego działania przypominają tornado, siejące spustoszenie dookoła wszystkich. Wyszczekany i wygadany (Amerykanie takich ludzi nazywają „bullshit artist”), bardzo pewny siebie, niemal dążący po trupach (nie dosłownie) jakby wzięty z zupełnie innej epoki. Ale to w chwilach rozedrgania, gdzie musi szybko działać oraz podczas scen gry przy stole błyszczy najmocniej. Jednak reszta obsady (mieszanki zawodowców i naturszczyków) działa piorunująco: od bardzo wyszczekanej Odessy A’Zion w roli Rachel (scena w domu przyjaciela, kiedy dochodzi do ostrej awantury – perełka) i eleganckiej Gwyneth Paltrow (Kay Stone) przez świetnego Gezę Rohniga (zawodnik Bela Kletzki) aż po nieoczywistych debiutantów jak znakomity Kevin O’Leary (biznesmen Milton Rockwell, mąż Stone – równie pełny władzy i sprytu), raper Tyler The Creator (taksówkarz Wally) aż po internetowego celebrytę Luke’a Manleya (mocno przy kości Dion – kumpel Marty’ego) oraz reżysera Abla Ferrarę (niepozorny właściciel psa, Ezra Mishkin). Plus jest tu kilka drobnych epizodów znanych osobistości, które – jak rozpoznacie – może parę razy zaskoczyć.

„Wielki Marty” to zaiste wielki film, choć mocno przypominający wspólne dokonania braci Safdie. Josh zachowuje swój chaotyczno-energiczny styl, pokazując kolejnego bohatera napędzanego przez swoje obsesje i szaleństwa. Że jest to o wiele ciekawsza oraz bardziej angażująca historia niż „The Smashing Machine”, nawet nie muszę mówić. Mocny strzał na koniec roku 2025 i wierzcie mi, warto się będzie wybrać do kina.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Anakonda (2025)

Chyba nikt się nie spodziewał, że powstanie nowa „Anakonda”. I nie chodzi o remix utworu Nicky Minaj, tylko o… no właśnie. Remake, reboot, wariację na temat? Więc znowu jesteśmy w dżungli oraz znowu mamy wielkiego węża. Jednak cała reszta jest zupełnie inna.

W nowej „Anakondzie” historia skupia się na grupie przyjaciół z Buffalo, którzy znajdują się w kryzysie wieku średniego. Doug McCallister (Jack Black) miał być reżyserem w Hollywood, jednak zamiast tego reżyseruje filmy ślubne, zaś Ron Griffin (Paul Rudd) jest aktorem z niezbyt dużymi sukcesami. Ale udaje mu się przekonać przyjaciela, że ma prawa do filmu „Anakonda”. Razem ze swoją byłą dziewczyną, prawniczką Claire (Thandiwe Newton) oraz niezbyt rozgarniętego Kenny’ego (Steve Zahn) wyruszają do Brazylii kręcić niskobudżetowy remake produkcji z 1997 roku. Co może pójść nie tak?

Tym razem za kamerą stanął Tom Gormican, czyli reżyser „Nieznośnego ciężaru wielkiego talentu”. I w zasadzie są tu dwie opowieści w jednym. Z jednej to meta-komedia, próbująca iść w kierunku „Jaj w tropikach”, gdzie grupa przegrywów podąża za marzeniami. Ale jednocześnie jest jeszcze poboczna opowieść, gdzie pojawia się niejaka Ada (Daniela Melchior). Kobieta jest ścigana i dołącza do grupy jako kapitan statku. I ku mojemu zaskoczeniu, o wiele bardziej nowa „Anakonda” działa jako thriller. Nie brakuje tu zarówno sprytnie budowanego napięcia (scena z kamperem) czy akcji (ucieczka z użyciem „przynęty” lub wybuchowy finał), ale nadal jest to zrobione z lekkim dystansem. Problem jednak w tym, że ten humor nie zawsze trafia. Co zważywszy na reżysera i jego poprzedni film zdziwiło mnie.

Najbardziej dla mnie błyszczały momenty związane z realizacją filmu oraz mocno „nawiedzonego” specjalisty od węży (świetny Selton Mello). Swoje też robi mocna chemia między Blackiem a Ruddem, gdzie nie ma tutaj przerysowania ani karykatury. Pierwszy ma w sobie szaloną energię, drugi jest zadziorny, z błyskiem w oku (kiedy gra awanturnika). Troszkę do tła została przesunięta Thandiwe Newton i w zasadzie nie ma zbyt wiele do roboty, zaś parę razy całość kradnie Steve Zahn. Jego pierdołowatość, brak pewności siebie oraz jego ekspresja twarzy potrafi rozchmurzyć nawet największego ponuraka. Jest też jedno (a nawet dwa) cudne cameo, wywołujące lekki uśmieszek na twarzy.

I powiem, że ta nowa „Anakonda” jest zaskakująco przyzwoitą rozrywką. Nawet jeśli nie zawsze porywa, a humor potrafił czasem przestrzelić, ma swoje urocze momenty. To przede wszystkim zasługa świetnego aktorstwa i chemii między ekipą, nagłe ataki węża zaskakują, zaś efekty specjalnie trzymają poziom. Leciutka rozrywka na rozluźnienie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Błysk diamentu śmierci

Czy jeszcze można coś wymyślić w kwestii kina sensacyjno-szpiegowskiego? Bondy, Bourne’y, Kingsmani oraz ich klony czy parodie pokroju Austina Powersa są bardzo znanymi motywami oraz tropami, które zbudowały ten gatunek. A teraz pojawił się francuskie małżeństwo Helene Cattet/Bruno Forzani, który zrobił swoją wariację kina szpiegowskiego w mocno włoskim stylu z lat 60. i 70.

„Blask diamentu śmierci” skupia się na panu Dimanie (Fabio Tesli) – niezbyt młodym mężczyźnie, co zawsze nosi się na biało. Obecnie przebywa w jakimś hotelu na Lazurowym Wybrzeżu, popijając drinki, spacerując. Nic nie wiemy o nim, ale jedna sytuacja budzi wspomnienia z przeszłości. A dokładnie pewna apetyczna sąsiadka oraz diament… przypięty do jej piersi. Niedługo potem kobieta zostaje znaleziona martwa, zaś Diman ma podejrzenia, że to może być powiązane z jego przeszłością. Przeszłością szpiegowską, chociaż… czy aby na pewno był szpiegiem.

Para reżyserów to ewidentnie ludzie kochający kino, mocno czerpiąc z klimatów retro. Ale jednocześnie to ciągle prowadzona gra z widzem, gdzie – tak jak główny bohater – wpadamy w konsternację. Bo mamy zarówno tajną akcję z przeszłości (zdobycie zaufania handlarza ropą naftową), galerię ekscentrycznych przeciwników, z którym najbardziej niebezpieczna jest enigmatyczna Serpentik. Ciągle nosząca strój niczym ninja, z której widać tylko oczy, nikt nic nie wie o niej, szybko się pojawia i znika jeszcze szybciej. Zostawiając po sobie tylko śmierć, chaos i spustoszenie. A dalej robi się jeszcze dziwaczniej – diamenty, morderstwa, dziewczyna w sukience pełnej małych… lusterek, co robią nagrania. Raz jesteśmy w akcji, raz na konferencji prasowej, by trafić na plan filmowy. Wracają pewne linijki dialogów oraz sceny w nowych kontekstach, by jeszcze wejść w poziom meta. Co tu się dzieje? Czy tego quasi-Bonda robił David Lynch albo inny Winding Refn? I jeszcze absolutnie bardzo energetycznie (z braku lepszego słowa) zmontowane. Byłem kompletnie pochłonięty oraz oszołomiony warstwą audio-wizualną, że nie mogłem kompletnie oderwać oczu. Mózg mi eksplodował od pewnych poszlak i tropów (szczególnie w finale), cały czas będąc w stanie ciągłej stymulacji, jakiej nie czułem od dawna.

Nie wszystkim spodoba się ten film, a wielu nawet uzna za przerost formy nad treścią. Ale „Błysk diamentu śmierci” to najbardziej postmodernistyczne kino, jakiego nie widziałem od dawna. Niejako żyjące własnym życiem, czerpiące ze znajomych elementów, by kompletnie je zdemolować i rozsadzić od środka. Seans jak najbardziej warty ryzyka.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zgiń kochanie

Choć szkocka reżyserka Lynne Ramsay kręci filmy rzadko, to nie pozwalają sobie łatwo wyjść z głowy. Tak było z głośnym „Musimy porozmawiać o Kevinie” czy niby sensacyjnym „Nigdy Cię tu nie było”. Teraz Ramsay wraca z adaptacją powieści argentyńskiej pisarki Ariany Harowicz, której blisko jest do w/w „Kevina”, ale jednocześnie to zupełnie inna bestia.

„Zgiń kochanie” opowiada historię dwójki młodych ludzi, którzy wprowadzają się do domu gdzieś na prowincji Montany. Grace (Jennifer Lawrence) planuje napić powieść, Jackson (Robert Pattinson) zaczyna pracować i próbuje jakoś utrzymać się. Wszystko się jednak zmienia, gdy przychodzi na świat ich dziecko. Początkowo wydaje się wszystko iść w dobrym kierunku. Ale im dalej w las (nie tylko ten znajdujący się wokół domostwa), tym coraz bardziej Grace zaczyna zachowywać się dziwnie. Znudzenie, samotność, izolacja oraz nieobecność męża w domu zaczynają naznaczać się w psychice młodej dziewczyny.

Ramsey z jednej strony niczym w „Kevinie” pokazuje tą mniej przyjemną twarz macierzyństwa, pozbawioną radości i euforii. Ale z drugiej reżyserka o wiele mocniej skupia się na stanie psychicznym młodej matki, która zaczyna się rozsypywać na tysiące kawałków. Nie ma tu jako takiej narracji, gdzie wskakujemy od jednego epizodu do drugiego: coraz agresywniejszego oraz szokującego (kompletne zdemolowanie łazienki, wyskoczenie przez szybę) z chwilami onirycznymi jak pojawianie się tajemniczego motocyklisty, który przejeżdża koło domu. Zupełnie jakby z kobiety zaczyna budzić się coś bardziej zwierzęcego, wręcz pierwotnego, nie dającego się opisać czy zaszufladkować. Czy to, co widzimy dzieje się naprawdę, a może to wytwór jej pokiereszowanego umysłu? Jeśli liczycie na odpowiedź, nie dostaniecie jej. Przynajmniej nie wprost, dodając pewne drobne poszlaki. O ile będziecie chcieli je wypatrzyć.

Całość jest bardzo ciężkim doświadczeniem, co wynika z samej tematyki i – co muszę z bólem przyznać – męczący. A nie było to zbyt przyjemne zmęczenie. Gwałtowne ataki muzyki (punkowy początek wywołał we mnie silny ból głowy), szczególnie intensywny montaż pod koniec, wreszcie bardzo wolne, ospałe tempo. Jednak jak zaczynają dziać się rzeczy, zaś ataki stają się coraz ostrzejsze i mocniejsze, ciężko jest oderwać wzrok. Wszystko jest bardzo pięknie sfotografowane (nawet nocne zdjęcia na lekko niebieskim filtrze są bardzo wyraźne), dialogi mają przebłyski, jednocześnie potrafi zaskoczyć w paru kierunkach. Jednak cały czas miałem jeden poważny problem: cały czas czułem, że nie jestem w głowie bohaterki, tylko przyglądam się jej z boku. Po części przez to nie byłem w stanie zaangażować się emocjonalnie w tym całym rollercoasterze.

Aktorsko jest tu bardzo solidnie, ale wszystko na barkach trzyma rewelacyjna Jennifer Lawrence. W żadnej innej roli aktorka nie grała aż tak ryzykownie, oscylując na granicy przerysowania i szarży, jednak cały czas nie można od niej oderwać. A także nie byłem w stanie przewidzieć, co zrobi dalej: od skradania się na łące niczym kot… z nożem w ręku przez gwałtowne wybuchy emocjonalne aż po niezrozumiałą dla nas frustrację. Poczucie osamotnienia, przygnębienia oraz braku wsparcia doprowadzają do eskalacji oraz bardzo mocnego zakończenia. Nawet jeśli budziło we mnie skojarzenia z „Mother” Darrena Aronofsky’ego, to jednak Ramsey więcej wyciąga z aktorki. W kontrze stoi do niej Robert Pattinson, którego bohater coraz bardziej staje się przytłoczony i nie radzący się z dorosłym życiem. Jest o wiele bardziej w cieniu Lawrence, jednak między nimi jest dość mocna chemia. Drugi plan dominuje dawno nie widziana – przynajmniej przeze mnie – Sissy Spacek jako teściowa Pam i jest świetna.

Jak zwykle w przypadku Ramsey „Zgiń kochanie” mocno spolaryzuje widownię, jak to miało miejsce podczas festiwalu w Cannes. Jest to zdecydowanie nieprzyjemny, trudny, bardzo szorstki dramat psychologiczny, miejscami ocierający o horror kobiety na skraju załamania nerwowego. Ma dość powolne tempo, oniryczny klimat i bardzo testuje cierpliwość, wywołując także dyskomfort. Niemniej jest on jak zadra, której nie da się tak łatwo pozbyć i zostaje na długo, a to bardzo duże osiągnięcie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tornado

Były już dawniej próby wrzucenia samurajów poza swoim naturalnym środowiskiem w postaci Japonii jak „Samuraj i kowboje” z 1971 roku. Teraz swoje zderzenie honorowych wojowników z Zachodem prezentuje „Tornado” – pierwszy od 10 lat film szkockiego reżysera Johna Macleana. I jest to ciekawe, choć nie dla wszystkich doświadczenie.

Tytułowa Tornado (Koki) to młoda dziewczyna, która razem z ojcem przemierza różne części świata. Występują ze swoim teatrem kukiełkowym. Tym razem są gdzieś w szkockiej prowincji pod koniec XVIII wieku. Jednak spokój nie trwa wiecznie, a wszystko z powodu gangu niejakiego Sugarmana (Tim Roth). Właśnie dokonał napadu, zabierając dwa spore worki złota, jednak te… zostają skradzione podczas występu Japończyków. Przez małego chłopca, który dołącza do Tornado. A to doprowadza do konfrontacji z gangiem, zakończoną śmiercią ojca dziewczyna i jej ucieczką.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że będziemy kino zemsty z samurajką w brytyjskich krajobrazach. Tylko, że to nie jest do końca prawda. Ale zamiast krwawej jatki, rzezi oraz mordowni Maclean bardziej stawia na klimat, atmosferę i nastrój. Sama fabuła jest bardzo prosta, surowa, wręcz minimalistyczna oraz nie prowadzona chronologicznie. Dialogów jest tu bardzo niewiele, gdzie przebija temat relacji rodzic-dziecko, której potem nie daje się naprawić. Z różnych powodów. Bardziej czuć tutaj pewnego rodzaju melancholię oraz przygnębienie, dotykające wszystkich. Całość jest pięknie sfotografowana (mimo ograniczonej ilości lokacji i skromnego budżetu), co jest zasługą niezawodnego Robbiego Ryana. W tle gra bardzo oszczędna muzyka, sprawnie budowane jest napięcie (cała scena w rezydencji), kończąc się z krwawym finałem w stylu kina samurajskiego. Czyli przemoc jest nagła, gwałtowna.

Aktorsko jest bardzo solidnie, choć wszystko na barkach trzymają trzy kreacja. Pierwsza to Koki, wcielająca się w tytułową Tornado. I nie jest to twarda, silna kobieta, przynajmniej na początku, lecz jej transformacja w anielicę zemsty wypada bardzo przekonująco. Świetny jest za to Tim Roth w roli szefa gangu, coraz bardziej przypominającego siwego lisa, czarującego, sprytnego i bezwzględnego mafiozo. Trzecim jasnym punktem jest Jack Lowden, czyli coraz bardziej zbuntowany syn gangstera, Mały Sugar.

To już kolejny przykład skromnego, ale bardzo kreatywnego podejścia do znajomej konwencji. Mi jednak szkoda, że z tego zderzenia japońskiej mentalności z europejską można było wycisnąć coś więcej poza wizualną estetyką. Ale i tak jest to ciekawe kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Sisu: Droga do zemsty

Trzy lata temu poznaliśmy niejakiego Attamiego Korpi – fińskiego poszukiwacza złota, który okazał się złodupnym komandosem. Przekonała się o tym grupa nazistów, co chciała ukraść mu kruszec. Teraz nasz heros musi wrócić, choć już wojna się skończyła. Ale czy ona tak naprawdę się kończy? Dobra, bo zaraz zrobi się zbyt poważnie.

„Sisu: Droga do zemsty” dzieje się w roku 1946, kiedy to rozpętał się pokój. Wskutek niego Finlandia oddała część ziemi Związkowi Radzieckiemu. To właśnie tam wyrusza Korpi (Jorma Tormilla) ze swoim wiernym pieskiem, by rozebrać swój rodzinny dom i zbudować go po fińskiej stronie granicy. Żona i dzieci nie żyją, co jest zasługą Ruskich, a to obudziło w naszym herosie maszynę do zabijania. I dlatego Armia Czerwona nie chce Korpiego tak łatwo puścić, zaś schwytania/zabicia podejmuje się kat jego rodziny, Jegor Dragunow (Stephen Lang).

Reżyser Jalmari Helander nadal robi mieszankę spaghetti westernu z bardzo krwawym kinem eksploatacji lat 70. Dialogi w zasadzie są ograniczone do minimum, za to dostajemy imponującą przestrzeń i piękne krajobrazy. A także (znowu) brutalną grę w kotka i myszkę, gdzie Korpi będzie próbował uciec z łap Ruskich. A ci rzucą na jego stronę wiele: od prostych piechurów przez motocyklistów w metalowych zbrojach (nie, nie byłem pijany na sali) po samoloty. Jednak pokonanie niemal nieśmiertelnego herosa będzie zadaniem karkołomnym. O ile pierwsza część relatywnie trzymała się ziemi (poza finałowym odlotem – dosłownie i w przenośni), tutaj hamulce zostają puszczone już w pierwszej potyczce. I przekraczana jest granica między „to było cool” a „co tu się odjaniepawla?”. A w ruch idą wszystkie możliwe narzędzia: ciężarówka, granat wbity między szprychy motocyklu, kilof, dwie (!!!) pepesze i… rakieta. O akcji z czołgiem nie wspomnę.

Jednocześnie czuć tutaj inne inspiracje jak „Mad Mad: Na drodze gniewu” czy Indiana Jones, a jak się odnajdziemy w tej groteskowo-absurdalnej konwencji, zabawa potrafi być przednia. Nasz protagonista nadal jest milczący, bo wszystko wyraża swoją mimiką oraz posturą. Tormilla kolejny raz sprawdza się w roli zdeterminowanego i wściekłego, ale też zmęczonego gościa, który znowu musi walczyć oraz obudzić w sobie bestię. Jedynie w dwóch scenach pozwala sobie na bardziej emocjonalną reakcję: na początku (wchodząc do swojego domu) oraz w finale, którego NIE zdradzę. Obydwa momenty uderzają ze sporą siłą. Nie zawodzi także Stephen Lang z fałszywym akcentem jako twardy, bezwzględny Dragunow. Dwie brutalne, wręcz zwierzęce bestie w nieprawdopodobnym finale.

Choć druga część „Sisu” nie ustępuje w kreatywności oraz jeszcze bardziej podkręca absurdalność całej sytuacji, jest tylko troszkę słabsza. Jak się świetnie bawiliście przy poprzedniku, widok masakrowanych Ruskich powinien być równie satysfakcjonujący. Fiński dziadek Johna Wicka jest w formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dom dobry

Wojciech Smarzowski jak żaden inny reżyser nie wsadza kina w mrowisko, pokazując rzeczy dla nas niewygodne oraz nieprzyjemne. Od zakrapianego alkoholem „Wesela” przez zimowy „Dom zły” i mazurską „Różę” po bezwzględny „Wołyń” oraz pokazujący Kościół „Kler”. Jednak swoimi ostatnimi filmami reżyser mniej lub bardziej mnie rozczarowywał. I kiedy już rok temu pojawiły się pierwsze zapowiedzi „Domu dobrego” nie byłem specjalnie zainteresowany. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Smarzowski w tej formule zwyczajnie się wyczerpał, skupiając się niemal na szokowaniu. Jednak ciekawość oraz zadziwiająco wysoka frekwencja sprawiała, iż wybrałem się na seans.

Cała historia skupia się na Gośce (Agata Turkot) – młodej dziewczynie, która jest po przejściach. Mieszkała w Anglii, jej chłopak zginął w wypadku, choć wcześniej do świętych nie należał. Dorabia jako nauczycielka angielskiego i mieszka z matką-alkoholiczką (Agata Kulesza). Ta ją poniża i wyzywa od najgorszych, więc łatwo nie jest. Ale poznaje pewnego faceta przez Internet. Zwie się Grzesiek (Tomasz Schuchardt) i jest troszkę starszy, troszkę grubszy, ale inteligentny, uroczy oraz poważny. Nic dziwnego, że dziewczyna wprowadza się do niego po kolejnych wyzwiskach matki. Wszystko wydaje się sielankowe: wyjazd za granicę (Grecja, Hiszpania), oświadczyny w Wenecji, wreszcie ślub oraz narodziny córki. Ale zaczynają się dziać dziwne, wręcz niepokojące rzeczy.

Na pierwszy rzut oka „Dom dobry” wydaje się typowym filmem Smarzowskiego. Czyli filmem z popijaniem alkoholu, krwawą przemocą oraz najgorszymi instynktami człowieczeństwa z chętnie wykorzystywanym rwanym montażem. Tylko, że reżyser opowiadając o przemocy domowej nie skupia się na pokazywaniu ludzi z patologii czy nizin społecznych. To zwykli, przeciętni ludzie, z którymi łatwo można się identyfikować. Pierwsze 20-30 minut jest w miarę spokojne, pokazując zakochanie i rodzące się uczucie. Jednak z czasem zaczynają pojawiać się rysy w tym obrazku: była żona Grzegorza, z którą ma dziecko oraz alimenty do spłacenia; zamykanie drzwi i brak klucza, późne powroty do domu oraz oskarżenia. Nagle pewne wydarzenia (nagrane wcześniej na telefonie) widzimy jakby z innej perspektywy, gdzie pojawia się nagle rzucone zdanie, mamy podtopienie podczas pływania. Razem z Gośką zacząłem się gubić oraz dezorientować, szczególnie w scenie, kiedy kobieta wstaje z łóżka, jednocześnie cały czas leżąc. Zupełnie jakby opuściła swoje ciało, zaczynając obserwować cała sytuację z boku.

W tej chwili Smarzowski wchodzi w stan umysłu ofiary. Zaś sama przemoc ma tutaj różne oblicza: od fizycznego bicia i gwałtu przez wyzwiska, upokarzanie, nagrywania w tajemnicy (oraz pokazywania filmów podczas obiadu) aż po izolację od otoczenia. Ta struktura przypominająca obserwowanie alternatywnych scenariuszy (co by było, gdybym uciekła/została?) jest bardzo efektywna, choć bliżej końca wywołuje ogromną dezorientację. Ale także widzimy jak trudna jest tak droga opuszczenia przemocowego partnera/partnerki, o czym opowiadają członkowie grupy wsparcia (mocne opowieści) – od pomocy społecznej przez policję aż po sąd. To kolejne szarpiące za nerwy momenty, które mogą wywołać wstrząs, lecz Smarzowski w żadnym wypadku nie bawi się w pornografię przemocy czy inną eksploatację okrucieństwa. W czym także pomaga rewelacyjny montaż, choć bliżej finału ta dezorientacja idzie za daleko.

Nie mogę też nie wspomnieć o fenomenalnej obsadzie, gdzie nawet drobne epizody zapadają w pamięć. W centrum jest zjawiskowa Agata Turkot, której Gośka budzi sympatię od początku aż do samego końca. Pełna radości, ciepła oraz energii kobieta z czasem zaczyna zmieniać się w zagubioną, przerażoną i bezsilną osobę. Te chwile przeskakiwania w te skrajne emocje są pokazane bezbłędnie oraz bardzo drobnymi spojrzeniami. Ale najbardziej piorunujące wrażenie robi Tomasz Schuchardt w roli Grzegorza. Facet pozornie sprawia wrażenie bardzo sympatycznego, pełnego uroku misia. Jednak, gdy jest sam na sam zmienia się w bestię. Bez żadnego szarżowania, teatralności oraz fałszu. Ataki przemocy są nagłe i niespodziewane, przez co są jeszcze bardziej brutalne. Drugi plan jest wręcz przebogaty, choć tutaj najbardziej wyróżnia się niezawodna Agata Kulesza w roli matki-alkoholiczki.

Dla mnie „Dom dobry” to wściekły powrót Smarzowskiego do formy i prawdopodobnie najbardziej przemyślany pod względem konstrukcyjnym film. Genialnie zagrany, napisany oraz zrealizowany, znowu pokazując rzeczywistość bez znieczulenia, ale jest też zadziwiająco świeższy w formule. Czy to będzie początek nowego rozdziału w dorobku tego twórcy?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zwierzogród 2

Chyba na żadną kontynuację w tym roku nie czekałem tak bardzo jak na drugą część „Zwierzogrodu”. Bardzo szeroka metropolia mieszająca wszystkie rasy antropomorficznych zwierząt dawała sporą przestrzeń do eksploracji. Plus nasz cudowny niedopasowany duet lis Nick Bajer/królik Judy Hops, którzy działają jako stróże prawa. Jak sobie poradzi nasz duet, którego zaczyna coś zgrzytać?

Bo Bajer to wygadany cwaniaczek, zaś Hops jest aż nadgorliwa w prowadzeniu spraw, nie potrafiąc odpuścić. Tym razem pakują się w o wiele poważniejszą intrygę niż poprzednio. Tym razem wszystko krąży wokół kodeksu Rysiowieckich – rodu założycielskiego miasta, które działa już od 100 lat. Z jakiegoś powodu rękę – nie dosłownie, lecz w przenośni – chce położyć pewien… wąż. Co jest dość niezwykłe, albowiem gady w mieście nie są zbyt powszechnym widokiem. Szczególnie te śliskie, co wiąże się z tajemniczą zbrodnią czasów założenia miasta. Więc nasza para (wbrew przełożonemu, kolegom i częściowo sobie) decyduje się rozwikłać zagadkę.

Wraca duet twórców Byron Howard/Jared Bush i wydawałoby się, że po tylu latach twórcy nie będą mieli zbyt wiele pomysłów na sequel. Bo znowu będziemy mieli komedię opartą na zderzeniu charakterów i kontrastach, przy użyciu stereotypów antropomorficznych zwierzątek? Pomyślcie jeszcze raz. Dość szybko wskakujemy do historii (po krótkim przypomnieniu zakończenia oryginału), gdzie w centrum znajduje się nasz duet. Między nimi nadal jest chemia, ale też są tarcia, które wystawią ich „współpracę” na wysoką próbę. Sama intryga pozwala odkryć inne lokacje jak rodzinna siedziba Rysiowieckich (rysie), górskie krajobrazy, mocno inspirowane Luizjaną dzielnica wodna czy pustynię. Miejscówki są zróżnicowane i pięknie wyglądające – szczególnie finał w opustoszałej dzielnicy gadów. Jednocześnie nie brakuje tu przykład jak bardzo łatwo można zmanipulować społecznością, by wywołać strach, wrogość i uprzedzenia. Szczególnie wobec jednostek wpływowych i przy władzy. Może historia bywa przewidywalna, jednak angażuje swoim tempem, bardzo kreatywnymi pościgami oraz satysfakcjonującym zakończeniem. Nie brakuje powrotu starych znajomych (pan Be, czyli kreci ojciec chrzestny; sprzedający lipne filmy Łasica; leniwiec Flash), lecz nie ma tu żerowania na nostalgii oraz parę zaskakujących odniesień (nie spodziewałem się w animacji Disneya… „Lśnienia” Kubricka). Z kolei nowi bohaterowie (podcasterka Gryzelda Klonowska, nie pasujący do rodziny Ryszard czy podejrzany wąż – Grześ Żmijewski) pięknie uzupełniają się i wnoszą sporo świeżości.

No i nie można nie wspomnieć o polskim dubbingu. Nieżyjącego już Wojciecha Paszkowskiego na stołku reżysera zastąpił Grzegorz Pawlak (głos Flasha), zaś dialogi tłumaczył Jakub Wecsile. Zachowano przekład nazwisk postaci i nazw własnych, które są dość kreatywne. Stare głosy wracają, w tym rewelacyjny duet Julia Kamińska/Paweł Domagała, których ciągle słucha się z przyjemnością. Z nowych głosów najlepiej wypadł zaskakujący Maciej Stuhr (Grześ Żmijewski), trzymający klasę Andrzej Grabowski (Krzesimir Rysiowiecki) oraz żywiołowa stand-uperka Wiolka Walaszczyk (Gryzelda Klonowska). Jest tutaj jeszcze parę zaskakujących epizodów, o których nie chcę mówić, ale odkrywanie ich jest dodatkową frajdą i wielokrotnie łapałem się na tym, że znam ten głos.

Czy warto było czekać na kontynuację „Zwierzogrodu”? Jak najbardziej tak. Twórcy tutaj czerpią w pełni z konwencji buddy movie, mają świetnie napisane postaci, sama animacja jest pełna uroku oraz szczegółów, zaś intryga angażuje. Film daje sporo frajdy najmłodszym oraz tym troszkę starszym, dorównując i nawet przebijając poprzednikowi. A to nie jest łatwa sztuka.

8/10

Radosław Ostrowski