Życie Chucka

Co mogło powstać z połączenia sił dwóch specjalistów od horroru – filmowego i literackiego? Mike Flanagan to twórca znany głównie z serialowych miniseriali grozy jak „Nawiedzony dom na wzgórzu”, „Nocna msza” czy „Zagłada domu Usherów”. Stephen King – cóż, tego pana fanom straszenia przedstawiać nie trzeba. Już dwa razy ich drogi się przetarły: najpierw w powstałej dla Netflixa „Grze Geralda” oraz w „Doktorze Sen”, czyli karkołomnej kontynuacji „Lśnienia”. Teraz pojawia się kolejne wspólne (chyba można tak to nazwać) dzieło – „Życie Chucka”. I to jest zupełnie inna bestia.

Cała historia opowiedziana jest w trzech aktach, zaczynając od… końca. Widzimy świat, który zaczyna przechodzić katastrofę. Kolejne części świata są albo zalewane powodziami, niszczone przez wulkany, trzęsienia ziemi i reaktory nuklearne. Co doprowadza do zniknięcia ludzi, także braku Internetu, telefonów komórkowych, a nawet telewizji. Do tego wszędzie pojawiają się reklamy, banery związane z niejakim Charlesem Krantzem (Tom Hiddleston) z okazji 39 wspaniałych lat. Ale kim jest Chuck?

Sama historia opowiedziana od końca łączy ze sobą postać Chucka – księgowego, ze smykałką do tańca. Flanagan odwracając chronologię, próbuje pokazać pokręcone losy człowieka oraz jego małego wszechświata. Czyli ludzi mających wpływ na niego, drobnych momentów z życia aż po śmierć na raka. Mamy tu zarówno wychowujących go dziadków: wnikliwego księgowego (Mark Hamill) oraz babcię, co w liceum była królową parkietu (Mia Sara). Jest też nauczycielka wf’u, pani Rohrbacher (Samantha Sloyan) czy właściciel domu pogrzebowego (Carl Lumbly), niespełniony prezenter pogody. Pewne postacie, miejsca (strych zamknięty na klucz), a nawet zdania w każdym akcie się powtarzają niczym w pętli. Jednak ta opowieść kompletnie mnie nie zaangażowała. I to z dwóch powodów.

Po pierwsze: ta dziwaczna konstrukcja, gdzie każdy akt jest osobną opowieścią (wizja końca świata, nagły moment z życia Chucka parę miesięcy przed chorobą oraz dojrzewanie i wychowanie u dziadków), wywoływał na początku dezorientację. Dopiero w drugim akcie coś się przestawiło i obraz zaczął ożywać, jednak zakończenie mnie nie usatysfakcjonował. Drugi problem to narracja z offu – nie dlatego, że źle brzmi. W końcu wypowiada ją sam Nick Offerman, ale miałem poczucie przeładowania nią. Zbyt wiele rzeczy jest nią niejako maskowane, a za mało pokazane. I samego dorosłego Chucka w wykonaniu Hiddlestona jest zwyczajnie malutko (za to scena tańca na ulicy z grającą perkusją oraz Annalisse Basso – rewelacyjna, od zdjęć przez montaż aż po choreografię).

Aż sam nie chce wierzyć, że to piszę, ale „Życie Chucka” to pierwsze rozczarowanie w dorobku Flanagana. Czy to wynika z tego, że reżyser zbyt wiele czasu spędził w telewizji, przez co powrót do krótszej formy był wyboisty, czy może sam materiał źródłowy nie był zbyt dobry – nie umiem rozstrzygnąć. Film ma swoje momenty, jest dobrze zagrany i ładnie wygląda, ale nie potrafił mnie emocjonalnie zaangażować. Pierwszy duży zawód tego roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Naga broń

„Naga broń” to najgłupsza komedia jaką widziałem w tym roku. I to jest jedna z jego zalet, pokazująca żywotność filmowych parodii oraz humoru mocno opartego na absurdzie, slapsticku, a także totalnego szaleństwa.

Bohaterem tej części (w połowie reboot, w połowie legacy sequel, w połowie remake) jest Frank Drebin Jr. (Liam Neeson), który – tak jak jego ojciec – jest członkiem Wydziału Specjalnego, elitarnej jednostki policji. Po ojcu odziedziczył skłonność do noirowej narracji, nieprzeciętną (delikatnie mówiąc) inteligencję, która nie przeszkadza mu w rozwiązywaniu spraw oraz spore szczęście. Przy okazji sieje też spory chaos i zamieszanie, co niespecjalnie podoba się pani burmistrz (CCH Pounder). Właśnie dostaje do wyjaśnienia sprawę wypadku pewnego pracownika firmy skupiającej się na produkcji elektrycznych samochodów. Wygląda to na… samobójstwo, choć ktoś uważa zupełnie inaczej. Mianowicie jego siostra Beth Davenport (Pamela Anderson), pisarka true crime („oparte na faktach, które zmyśliłam”), próbująca naciskać na naszego gliniarza. Zgadnijcie jak to się skończy?

Za kamerą tym razem stanął Akira Schaffer, czyli członek kolektywu Lonely Island, który odpowiada za masę podbijających Internet skeczy Saturday Night Live. Sama fabuła w zasadzie jest pretekstem do serwowania żartów i gagów z prędkością karabinu maszynowego, którym Rambo zabijał swoich przeciwników. I jak w przypadku poprzednich części, trzeba uważnie się rozglądać w trakcie seansu, bo wiele żartów dzieje się gdzieś w tle, przez co można je łatwo przeoczyć (choćby w formie tekstu). A gagi to prawdziwy szwedzki stół: od slapsticku przez żarty słowne w formie DOSŁOWNIE traktowanych wypowiedzi, wizualne żarty (trójkącik między Frankiem, Beth i… psem – to brzmi bardziej durnie niż się wydaje) aż po totalnie absurdalne rzeczy w stylu bałwanek ganiający z pistoletem. Albo zacznie reagować ostrą głupawką, albo będzie kompletnie skonsternowani albo będzie się zastanawiać pod wpływem jakich narkotyków pisano ten film. Mówiąc prościej, nie wszystkie żarty są w pełni udane i zabawne, ale jak już trafią, to trafią w sam środek tarczy. Mnie trafiały o wiele częściej niż myślałem, lecz zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim ten humor podejdzie.

Sama intryga nie jest może aż tak wciągająca, zaś czarny charakter (solidny Danny Huston) to kolejna wariacja chciwego technokraty a’la Elon Musk, który tęskni za „starymi, dobrymi czasami”. Czasami, gdy nazwanie kogoś niedorozwiniętym nie było (aż tak) obraźliwe, mężczyźni byli mężczyznami, a kobiety kobietami. I niby ten film nabija się z politycznej poprawności, ale można byłoby jeszcze bardziej podkręcić śrubę, by zakpić z tej mentalności. W drugiej połowie ten humor czasem siada. Jednak krótki czas trwania (niecałe półtorej godziny) działa tutaj na korzyść, przez co nie ma szansy na zmęczenie oraz znudzenie.

A jak sobie radzi obsada? Zacznijmy od najważniejszej kwestii, a mianowicie: czy Liam „Napierdalacz” Neeson odnajduje się jako Frank Drebin Jr.? Jest absolutnie znakomity, całkowicie sprzedając (z absolutną powagą) wygadywane przez niego nawet najbardziej idiotyczne zdania. Absolutnie nieporadny idiota, z rzadkimi momentami przebłysku oraz (bardzo dużą ilością) szczęścia, pozwalającemu wyjść cało z różnych tarapatów. A jednocześnie ma on w sobie masę uroku. Równie zaskakująca jest Pamela Anderson w roli powiedzmy, że femme fatale. Ona jest tą mądrzejszą (powiedzmy), ma parę komediowych przebłysków i świetną chemię z Neesonem (tak mocną, że między nimi zaiskrzyło poza planem). Do tego drugi plan błyszczy (najbardziej ekran skradł Paul Walter Hauser jako kapitan Ed Hocken Jr. oraz CCH Pounder w roli burmistrz miasta).

Wielu mówi, że nowa „Naga broń” to powrót filmowej parodii i zgrywy oraz najlepsza komedia od paru lat. Ostatni raz tak ostry atak śmiechu miałem przy filmach o Deadpoolu, który jako samoświadoma zgrywa działa jednak lepiej. Niemniej czas spędzony przy filmie Schaffera nie będzie żadną stratą i mam nadzieję, że powstanie kontynuacja.

8/10

Radosław Ostrowski

Player One

Kiedy ostatni raz Steven Spielberg zrobił film, który nie miał być celem dla Amerykańskiej Akademii Filmowej? Zamiast opowieści na ważny i poważny temat, tylko czysto rozrywkową produkcję? Dla mnie takim filmem była animacja „Przygody Tintina”, jednak jest jeden tytuł przeze mnie przeoczony do teraz. Czyli adaptacja „popkulturowego świętego Graala” (według marketingu) autorstwa Ernesta Cline’a „Ready Player One”.

Akcja dzieje się w roku 2045, kiedy ludzie coraz więcej czasu spędzają w wirtualnej rzeczywistości, bo świat to szara, smutna jak p***a okolica niczym z podręcznika do tworzenia dystopii. Najbiedniejsi mieszkają w „stożkach”, bogacze radzą sobie w o wiele bardziej zamożnych dzielnicach. Ale wszyscy większość czasu spędzają w OASIS. Co to za miejsce? To wirtualna gra multiplayerowa, uruchamiana na specjalnych goglach, gdzie możesz robić… w zasadzie wszystko. Od grania w kasynach przez strzelanie, jeżdżenie po zdobywanie artefaktów. Grę stworzył James Halliday (Mark Rylance w dziwnej fryzurze) z Ogdenem Morrowem (Simon Pegg), lecz ich drogi się rozeszły, zaś informatyczny geniusz zmarł parę lat wcześniej. Jednak zostawił pewną szansę na przejęcie kontroli, wręcz otrzymanie gry w spadku. Trzeba znaleźć easter egga (ukryte jajko), schowanego gdzieś w grze, lecz by go otworzyć trzeba znaleźć trzy klucze. Proste? Jak ustawa sejmowa, dzięki paru wskazówkom, ale od śmierci twórcy nie udało się tego nikomu dokonać. Wielu próbuje w tym wredna (bo zawsze musi być taka) korporacja Innovative Online Industries pod wodzą Nolana Sorrento (Ben Mendelsohn).

Jednak jest jeden śmiałek, którego losami się bardziej interesujemy. To niejaki Wade Watts (Tye Sheridan), mieszkający u swojej ciotki w Columbus, stan Ohio. Tu jest totalna bida z nędzą, rodzice nie żyją, zaś w „prawdziwym” świecie nie ma tu dla niego nic. Ale w OASIS ma paru kumpli: specjalizującego się w naprawach Aech (Lena Waithe), Daito (Win Morisaki) oraz Sho (Philip Zhao). Sam chłopak (jako Parzival) obsesyjnie próbuje rozgryźć zagadki i znaleźć klucze. Wtedy pojawia się niejaka Art3mis (Olivia Cook), w której nasz heros się zakochuje. Ale to jej obecność doprowadza do przełomu w poszukiwaniach.

Może i Spielberg jest wiekowo dziadkiem, jednak nadal ma w sobie bijące serducho młodzieniaszka. Sama historia jest dość prosta, przypominająca konstrukcją grę komputerową. Jest główny quest, parę pobocznych postaci oraz główny zły do pokonania. A że pod awatarem może ukrywać się praktycznie każdy, poziom zaufania spada, dodatkowo podbijając napięcie. Wszystko przy okazji jest wręcz przeładowane ilością odwołań i odniesień do popkultury wszelkiej maści – głównie do lat 80. – filmów, gier komputerowych, nawet komiksów. Nie wszystkich da się wyłuskać, choćby było się strasznie skupionym czy oglądało film klatka po klatce. Trudno oderwać oczy od imponujących efektów specjalnych (szczególnie fotorealistycznych scen z przeszłości Hallidaya oraz pewnego hotelu ze znanego horroru), bardzo dynamicznych scen akcji w rodzaju brawurowego wyścigu samochodowego czy finałowego starcia w zamku, mieszanki znanych hitów (Van Halen, Bee Gees, New Order) oraz epickiej muzyki mistrza Alana Silvestri. Jest to zarówno miłość do szerokiej popkultury, ale także pewien dystans do niej. Oraz standardowa – jak na mistrza Spielberga – opowieść o dojrzewaniu do odpowiedzialności, sile przyjaźni i walce o idealizm. Nadal to działa.

Można się trochę przyczepić, że całość bywa czasami zbyt intensywna, niektóre postacie drugoplanowe w zasadzie są ledwo naszkicowane, zaś przesłanie brzmi lekko dydaktycznie oraz naiwnie (żyć trzeba tu i teraz, zaś świat wirtualny może być odskocznią, lecz niczym więcej). Jednak „Player One” nie wydaje się być wyrachowaną zagrywką staruszka, próbującego udawać jaki jest cool. Także aktorzy wypadają co najmniej bardzo solidnie. Tye Sheridan jako Wade/Parzival może początkowo wydawać się troszkę sztywny, lecz z czasem zaczyna nabierać rozpędu jako outsider i komputerowy nerd. Pełna uroku Olivia Cooke jako tajemnicza Art3mis kradnie serce swoją zaradnością oraz determinacją, tworząc całkiem niezły duet z Sheridanem. Jednak na drugim planie wybija się pełen ciepła Mark Rylance (Halliday), niepokojący Ben Mendelsohn (prezes Sorrento) oraz robiący trochę za comic reliefa T.J. Miller (iRok).

Po okresie solidnych i porządnych filmów Spielberg wraca do swojego czarowania swoją wyobraźnią. „Player One” ma w sobie ducha kina nowej przygody, lecz w kompletnie zmienionym opakowaniu, na większą skalę. To nadal kino pełne pasji, odrobiny szaleństwa oraz potrafiące cuda.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Vinci 2

Juliusz Machulski to jeden z tych reżyserów, którzy towarzyszyli mi od bardzo dawna. Może nie od małego, lecz odkąd zacząłem świadomie oglądać kino. I przez bardzo długie lata był jednym z najlepszych twórców komedii. Od retro kryminału „Vabank” przez futurystyczną „Seksmisję” i „Kingsajz” aż po „Kilera” i „Vinci”. Jednak od kilkunastu lat ten twórca stracił to „coś”, co sprawiało, że jego filmu oglądało się z niezwykłą przyjemnością. Teraz jednak wraca do Krakowa w drugiej części „Vinci”, licząc na odzyskanie dawnej energii. Czy to mu się udało?

Minęło 20 lat od czasu legendarnej kradzieży „Damy z łasiczką” Leonardo da Vinci. Jeden z uczestników, Robert „Cuma” Cumiński (Robert Więckiewicz), obecnie spędza spokojny żywot emeryta w Hiszpanii. Żyje mu się dobrze i wygodnie z żoną. Zupełnie niczym bohater „Sexy Beast”, grany przez Raya Winstone’a, lecz spokój nie może trwać zbyt długo. Wtedy pojawia się niejaki Chudy (Mirosław Haniszewski), który proponuje mu robotę. Ma pomóc dwójce młodych w skoku, by wszystko poszło tip-top, jednak Cuma odmawia, ale Chudy zostawia mu dane. Tak na wypadek, gdyby jednak zmienił zdanie. Co oczywiście następuje, jednak na miejscu Chudy spławia Cumę informując, że propozycja roboty jest nieaktualna. Nasz bohater początkowo planuje wrócić do siebie, jednak urażona duma mu nie pozwala. Postanawia zostać, odkryć co ma zostać ukradzione oraz… powstrzymać kradzież.

Reżyser wraca do znajomej konwencji komedii kryminalnej, w której odnajdował się jak najlepiej oraz do Krakowa. Jednak co mnie najbardziej zaskoczyło to o wiele wolniejsze tempo i bardziej rozwleczoną historię. Bo niemal do samego końca nie wiemy, jaki jest cel oraz plan. Do tego mamy zadziwiająco sporo pobocznych wątków oraz powrotu paru starych znajomych. A zmieniło się tu wiele. Julian ksywa Szerszeń (Borys Szyc) został zwolniony z policji i pracuje jako ochroniarz w muzeum, zaś jego związek z Magdą (Kamilla Baar) rozpadł się przez picie. Werbus (Jacek Król) prowadzi firmę produkującą fajerwerki i dobiega 50-tki, zaś komisarz Wilk (Marcin Dorociński) teraz jest agentem FBI, jego miejsce w grupie ds. kradzieży przejął Kudła (Łukasz Simlat).

Odwołań i odniesień do poprzednika nie brakuje (oraz innych filmów Machulskiego), co samo w sobie nie jest niczym złym. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia, że jest tu za dużo zbiegów okoliczności oraz brakowało mi mocniejszego uderzenia. Także humor nie wywoływał jakiś gwałtownych ataków. Jednak w drugiej godzinie nagle coś zaczyna powoli się zmieniać. Żarty stają się trochę lepsze, intryga zaczyna się krystalizować, zaś rozwiązanie (finałowy skok) oraz zakończenie dają pewną satysfakcję. Można nawet rzec, że jest efekciarskie. Aktorzy wypadają solidnie (najlepiej błyszczy pojawiający się w roli większego cameo Marcin Dorociński), ale brakuje tu jakiegoś mocniejszego uderzenia i błysku.

Drugie „Vinci” jest filmem, który zostawił mnie z mieszanymi odczuciami. Technicznie jest solidny, wygląda nie najgorzej, jednak dość ospałe tempo oraz chaotyczny początek ciągną całość w dół. To nie jest najgorszy film w dorobku Machulskiego („AmbaSSada” jest niepokonana), ale do najlepszych wiele brakuje i pewnie lepiej by się sprawdził na streamingu.

6/10

Radosław Ostrowski

Pan Wilk i spółka 2

Zazwyczaj sequele są traktowane jako łatwy, prosty i nawet bezczelny skok na kasę. Bardzo rzadko udaje się kontynuacja na poziomie poprzednika. Taki jest właśnie przypadek „Pana Wilka i spółki 2” – jednego z najlepszych heist movies ostatnich lat oraz najlepszej odsłony „Szybkich i wściekłych”.

Nasza szalona paczka bandziorów próbują przejść na dobrą stronę prawa. Jednak łatwo nie jest – o pracę jest bardzo ciężko, rachunki i czynsz stale rosną, co wywołuje silną frustrację. Jedynie Wąż sprawia wrażenie dziwnie zadowolonego: chodzi na jogę, trenuje i nie przejmuje się niczym. Co budzi pewne podejrzenia u pana Wilka. Ten zaczyna dostrzegać szansę na powrót. W okolicy szaleje złodziej zwany Widmowym Bandytą, który nie zostawia po sobie żadnego śladu. Schwytanie tego złodzieja wydawałoby się idealną szansą na rozpoczęcie nowego życia dla pana Wilka i spółki, więc planuje zasadzkę na ostatni cel – pas mistrza wrestlingu. Podejrzanym jest Wąż, ale na miejscu prawda okazuje się bardziej skomplikowana. Do tego ekipa Wilka zostaje wrobiona w kradzież, za którą stoi inny gang i zmusza grupkę do wspólnej akcji.

Reżyser Pierre Perifel wraca na stołek twórcy i od samego początku wskakujemy na szalone tory. Mamy fantastycznie zrobiony pierwszy skok z udziałem Włóczki (tarantula-hakerka) w Egipcie. Akcja jest bardzo intensywna, szalona, ze sporą ilością gwałtownych zbliżeń, masy kurzu i dymu (te efekty wyglądają niesamowicie) oraz slow-motion. Ekscytująca scena, która przeskakuje do – o wiele bardziej szarej – rzeczywistości. I film pokazuje jak bardzo niełatwo jest wyjść na prostą, zwłaszcza mając tak „sławną” przeszłość.

Sama intryga oraz główny plan jest poprowadzony w bardzo pomysłowy sposób. Nie tylko skala oraz stawka jest dużo większa, z kolei główna antagonistka (Kitty Kat) jest bardzo wyrazista, zadziorna oraz balansuje między sympatią a groźbą. Nadal siłą filmu pozostaje silna chemia między naszą paczką (anty)bohaterów, wizualne gagi oraz szalonymi twistami. Od próby zdobycia cennego zegarka po (dosłowny) lot w kosmos, gdzie Wilk ze spółką musi powstrzymać Kitty z kumpelami. Animacja wygląda bardzo imponująco, nawet jeśli nie jest to poziom przepięknego „Dzikiego robota”. Imponuje ilość detali (zwłaszcza w scenach kosmicznych), zmiany stylistyczne (krótkie przejście na ręcznie rysowaną kreskę) oraz zabawa chronologią czy szybkie cięcia montażowe. Trudno oderwać wzrok, zaś w tle gra jazzowo-elektroniczna muzyka Daniela Pembertona. W zasadzie trudno mi się tu w warstwie technicznej czy fabularnej przyczepić.

„Pan Wilk i spółka 2” jest pokazywany tylko z polskim dubbingiem, ale tutaj nie czuć dużego spadku jakości. Nadal za tłumaczenie odpowiada Bartosz Wierzbięta, zaś reżyserią zajęła się weteranka Joanna Węgrzynowska. Wraca obsada głosowa z poprzedniej części ze świetnym Szymonem Roszakiem na czele i nikt tutaj nie zawodzi. Nowością jest tu trio złodziejek, grane przez cholernie dobrą Annę Szymańczyk (Kitty Kat), zadziwiająco uroczą Olgę Szomańską (ptak Doom/Suzan) oraz Emilię Komornicką (hakerka Pigtail mówiąca z „rosyjskim” akcentem). Też czuć tutaj zgranie nowej ekipy, dodając troszkę więcej napięcia.

Chyba w ostatnich latach nie ma tak równego studia specjalizującego się w animacji jak DreamWorks, walące niemal hit za hitem („Pan Wilk i spółka”, „Kot w butach: Ostatnie życzenie”, „Dziki robot”, „Dog Man”). Nie inaczej jest z nową częścią przygód pana Wilka, dorównującej i nawet wręcz przebijającej pierwszą część, a zakończenie zostawia furtkę na ciąg dalszy. Nie wiem jak wy, ale na kolejną eskapadę eks-złodziei chętnie się wybiorę.

8/10

Radosław Ostrowski

Kokainowy miś

Chyba żaden film nie wywołał we mnie takiego poczucia zmarnowanego potencjału jak „Kokainowy miś”. Film w reżyserii Elizabeth Banks, wyprodukowany przez duet Phil Lord/Christopher Miller, do tego inspirowany prawdziwą historią stoi w dziwnym rozkroku.

Akcja toczy się w 1985 roku, skupiając się wokół osób na terenie park przyrody Chattahoochee w stanie Georgia. To między innymi tutaj zostały wyrzucone torby zawierające kokainę przez przemytnika, ale ten w trakcie wyskoczenia z samolotu… uderza głową o drzwi i spada. Jego szef, Syd White (Ray Liotta), by znaleźć cały towar wysyła swojego syna Eddiego (Aiden Ehrenreich) oraz jego kumpla, Daveeda (O’Shea Jackson Jr.). Do tego jeszcze w całą tą sprawę wplątuje się trójka nastoletnich złodziejaszków, lokalna pielęgniarka (Keri Russell), jej córka (Brooklynn Prince), kolega z klasy (Christian Convery) towarzyszący jej w wagarach do wodospadu, strażniczka leśna (Margo Martindale) oraz ścigający White’a gliniarz (Isaiah Whitlock Jr.). Ale żadne z nich nie jest gotowe na to, że kokaina wpadła w ręce (bardziej pasowałoby w łapy)… niedźwiedzia grizzly. A ten pod jej wpływem zmienia się w żadną krwi bestię, która atakuje wszystkich na swojej drodze.

Sam ten koncept brzmi jak czyste szaleństwo i – ku zaskoczeniu wielu – jest to inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Prawdą jest sam przerzut narkotyków samolotem, jak i fakt naćpania się niedźwiedzia. W dodatku samicy. Jednak nikogo nie zabiła, tylko zmarła z powodu przedawkowania. Sama reżyserka miała tu spory potencjał do popisu. Bo film mógł pójść w B-klasowy monster movie okraszony dawką czarnego humoru, poważny dramat albo nawet thriller. Ostatecznie film idzie we wszystkich kierunkach, co wywołuje ogromną dezorientację. Jako komedia nie sprawdza się za bardzo i ma parę irytujących postaci (trójka gówniarzy czy przechodzący żałobę Eddie), z kolei jako krwawy slasher ma tych momentów o wiele za mało. Choć trzeba przyznać, że są brutalne, mimo użycia komputerowo zrobionego niedźwiedzia (atak na karetkę pogotowia – cudowne). Postaci jest zwyczajnie za dużo, przed ich nadmiar akcja jest zadziwiająco wolna (a film trwa niecałe półtorej godziny) i nie są zbyt angażujące (chociaż nikt nie gra tu źle).

Technicznie też jest tutaj co najmniej przyzwoicie. Krajobrazy lasu wyglądają ładnie, efekty specjalne nie wybijają z seansu, zaś w tle gra mocno elektroniczna muzyka. Jednak dla mnie ten film byłby lepszy, gdyby twórcy bardziej zaszaleli. Bardziej skupili się na naćpanym, szalejącym po lesie miśku i pokazali (ze sporą dawką czarnego humoru) jego akcje. A tak dostajemy kino, które jest zbyt poważne na komedię oraz zbyt głupie na dramat. Twórcy zrobili temu filmowi – nomen omen – niedźwiedzią przysługę.

5/10

Radosław Ostrowski

Mów do mnie!

Dzisiaj filmy może robić każdy, nawet osoba nie chodząca do szkoły filmowej. Widziałem już filmy nakręcone przez projektanta mody, kompozytora, a teraz zaczynają dobijać się do kamery jutuberzy. Szlakiem Joe Penny, który stworzył „Arktykę” z Madsem Mikkelsenem podążyli australijscy bracia Phillippou znani bardziej jako RakkaRakka. I jak każdy szanujący się młody twórca, chcący się wybić, pierwszy pełnometrażowy film robią w konwencji horroru. Bo to nadal jeden z „tańszych” gatunków do nakręcenia. Tak też powstało „Mów do mnie” – jeden z ciekawszych filmów grozy ostatnich lat oraz kolejny interesujący tytuł w katalogu studia A24.

Film skupia się wokół Mii (Sophia Wilde) – młodej dziewczyny, niepogodzonej ze śmiercią matki, unikającej jakiegokolwiek kontaktu z ojcem. Od tej tragedii minęły dwa lata i nadal sobie z tym nie radzi. Ale ma przyjaciółkę w postaci Jade (Alexandra Jensen) oraz jej brata Rileya (Joe Bird), przez co nie jest aż tak zdołowana. Nadal jednak jej otoczenie uważa ją za outsiderkę, desperacko szukającą więzi. Jej pogubione życie zostaje wywrócone do góry nogami, kiedy razem z przyjaciółką wbijają na imprezę. Podczas niej zostaje wyciągnięta… ręka. Zmumifikowana dłoń, dzięki której można się kontaktować z duchami. Ale nie na dłużej niż półtorej minuty, bo… bo co? Będzie źle, ale jak bardzo? Lepiej nie ryzykować. Jednak Mia przełamuje się i bierze udział w tej „zabawie”, lecz minimalnie dłużej trwa jej kontakt z zaświatami. Niby nic się początkowo nie dzieje, jednak podczas kolejnej „imprezy” z dłonią, bierze udział Riley. Co kończy się bardzo poważną tragedią.

Już sam początek filmu (jak na horror przystało) zaczyna się mocnym uderzeniem, niepowiązanym (pozornie) z głównym wątkiem. Impreza, brat zostaje wezwany by zabrać brata, zaś ten wbija mu nóż w oko, po czym podrzyna sobie gardło. Na oczach wszystkich, którzy to filmują na swoich telefonach. Od razu wskakujemy do Mii, powoli poznając ją i atmosfera bardziej przypomina dramat obyczajowy. Ale wszystko zmienia się, gdy wkracza ta ręka. Sam jej wygląd jest niepokojący, zaś jej geneza pozostaje największą tajemnicą i jest fascynująca. Tak samo jak sam rytuał „kontaktu”, działający na jego uczestników niczym narkotyki na ćpunie. Dlaczego ktoś miałby to zrobić? A czy wiecie jaka silna jest presja, by należeć do grupy? I jak każde uzależnienie zaczyna mącić w głowie, pojawiają się halucynacje, zwidy, zacierając granicę między koszmarem a rzeczywistością. Tutaj napięcie potrafi uderzyć z niespodziewanej strony, nawet jeśli zdarzają się momenty przestoju. Ale to wszystko rekompensuje ciężki (lecz bardzo satysfakcjonujący) finał, otwierający furtkę na potencjalną kontynuację.

Do tego działa tu młoda, jeszcze nierozpoznawalna obsada. Tutaj wybija się fantastyczna Sophia Wilde w roli Mii, prześladowana przez traumę (a potem inne rzeczy), próbująca znaleźć akceptację otoczenia. Masę sprzecznych emocji wygrywa o wiele bardziej subtelnie niż można było się spodziewać po tym gatunku. Ale jak trzeba pójść bardziej ekspresyjnie, robi to bez popadania w przesadę i śmieszność. Szczególnie w dalszych partiach filmu. W kontrze do niej stoją świetni Alexandra Jensen (Jade, najlepsza koleżanka), mocny Joe Bird (Riley, stający się ofiarą opętania) oraz duet Zoe Terakes/Chris Alossio (właściciele ręki Hayley i Joss).

Australijskie kino grozy (po dokonaniach Jennifer Kent) zaczyna powoli się poszerzać. Już zbliża się kolejne dzieło duetu RakkaRakka („Oddaj ją”), więc warto zapoznać się z tym mocnym debiutem. Bardzo atmosferycznym, sprytnie napisanym, z intrygującym pomysłem oraz świetnym aktorstwem. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

28 lat później

Niebo gwiaździste nade mną, a zombie we mnie
Człowiek człowiekowi zombie

Wydawałoby się, że przez serię „Walking Dead” rynek produkcji z zombie jest przesycony. Niemniej żywe trupy nie chcą umrzeć, co pokazały choćby takie filmy jak „World War Z” czy „Apokawixa”. Teraz jednak wracamy do świata zombie szybkich oraz wściekłych, które stworzył reżyser Danny Boyle i scenarzysta Alex Garland w 2002 roku dzięki „28 dni później” (o nich kiedyś opowiem).

Jak sam tytuł mówi, minęło 28 lat odkąd wirus agresji zamienił ludzi w „zarażonych” – wściekłe bestie, pozbawione człowieczeństwa. Cała Wielka Brytania została oddzielona od świata kwarantanną, otoczona wojskiem i w zasadzie cofająca się w rozwoju. Nie ma Internetu, telefonów komórkowych, telewizji, nawet broni palnej. Z takiego miejsca nawet Snake Plissken nie dałby rady uciec. Znajdujemy się w małym miasteczku, znajdującym się na wyspie, gdzie droga jest dostępna tylko podczas przypływu. Tutaj mieszka Spike (debiutujący Alfie Williams) – 12-letni chłopak, wychowywany przez bardzo surowego ojca Jamiego (Aaron Taylor-Johnson) i chorującą matką Islą (Jodie Comer). Spike razem z ojcem wyruszają na ląd, by przejść etap inicjacji, czyli zabić zarażonego. Przy okazji dociera do niego informacja, że gdzieś tam znajduje się pewien lekarz, dr Kelson (Ralph Fiennes), choć podobno jest szalony. Niemniej dzieciak decyduje się zabrać do niego matkę, wymykając się z miasteczka.

Boyle z Garlandem kreują świat opustoszały i wyglądający niczym po apokalipsie. Ogromne przestrzenie przyrody z niemal opustoszałymi pozostałościami po ludzkiej cywilizacji: wyniszczone domy, stacja benzynowa, wykolejony pociąg. A wszędzie tylko zwierzęta oraz zarażeni zombie: od bardzo grubych oraz powolnych niczym żółw aż po alfy. Te ostatnie są silniejsze, większe i… inteligentne? Skąd to się wzięło? Do tego chodzą kompletnie bez niczego (sama skóra, kości oraz organy rozrodcze), a nawet mogą się… zapładniać? Skąd to się wzięło i jak? Po drodze jeszcze nawiną się żołnierze z rozbitego statku, wściekła alfa zwana Salomonem oraz cały na brązowo Kelson. Niby tempo jest powolne, jednak całość jest bardzo intensywna, z nerwowymi ruchami kamery, wręcz bardzo dzikim montażem (zabijanie zombie, gdzie w chwili trafienia mamy krótką stopklatkę i zmiana perspektywy). Najbardziej kreatywnie zmontowaną sceną jest moment opuszczenia wyspy przez Spike’a i Jamiego, gdzie mamy recytowany w tle wiersz Rudyarda Kiplinga „Buty” przeplatane z archiwaliami i fragmentem filmu ze strzelającymi łucznikami. Aczkolwiek muszę przyznać, że wybijały mnie z filmu sceny nakręcone na czerwonym filtrze.

A to wszystko jest fantastycznie zagrane. Imponujące wrażenie robi debiutujący Alfie Williams w roli Spike’a. Chłopak budzi sympatię od samego początku, przechodząc inicjację i zderzając się z nieznanym, obcym światem. A to, co zobaczy zrobi na nim potężne wrażenie. Wszystkie bardziej emocjonalne momenty wygrywa bezbłędnie, szczególnie razem z Jodie Comer (Isla), stanowiące serce tego filmu. Równie świetny jest Taylor-Johnson, czyli szorstki ojciec, próbujący przygotować syna na nieznane. Tym wielka szkoda, że ta postać pojawia się w zasadzie w pierwszym akcie, po czym znika. Wtedy jednak pojawia się (na krótko) Ralph Fiennes, wyglądający niczym Marlon Brando w „Czasie Apokalipsy”. Jego postać najbardziej fascynuje i stanowi sporą tajemnicę, w końcu to lekarz przebywający na odludziu, który jakimś cudem przetrwał epidemię. Staje się on kolejną ważną postacią dla Spike’a, ucząc go o śmierci.

Sam film jest początkiem nowej trylogii osadzonej w świecie „28 dni”, co tłumaczy pewne niewyjaśnione tajemnice. Boyle z Garlandem są szaleni i mają jaja, choć nie wszystkim to podejdzie. Tak samo jak zakończenie, które wywołało we mnie konsternację. Niemniej ta szalona zabawa formą czyni „28 lat później” jednym z intensywniejszych horrorów ostatnich lat. Wyczekuję ciągu dalszego, który ma nastąpić na początku przyszłego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wojna

Wojna, wojna nigdy się nie zmienia – tak zaczynała się każda część gier z serii „Fallout”. Wielu filmowców próbowało pokazać czym jest wojna oraz jaki może mieć wpływ na innych ludzi. Były mocarne momenty jak lądowanie w Normandii z „Szeregowca Ryana” czy bieg pod ostrzałem  w  „1917”. Tego do tego grona wojennych filmów dołącza nowe dziecko Alexa Garlanda.

„Warfare” jest współreżyserowane i współnapisane przez Ray Mendozę – byłego żołnierza Navy Seals. Panowie poznali się przy „Civil War”, gdzie Garland reżyserował, zaś Mendoza pełni rolę doradcy technicznego w sprawie militariów. Panowie zaczęli razem pracować nad nowym filmem, który oparty był na jednej z akcji żołnierza podczas wojny w Iraku w 2006 roku. A konkretnie to w Ramadi, kiedy grupa żołnierzy zajęła jeden z domów. I zaczął się atak, doprowadzając do zranienia snajpera, Elliotta. Ekipa musi przetrwać do pojawienia się transportu oraz wyniesienia się stąd, zanim większy liczebnie wróg się do nich dobierze.

Sama historia jest bardzo prosta jak konstrukcja cepa. To jest wręcz kino surwiwalowe, dziejące się niemal w czasie rzeczywistym (poza początkiem), zrealizowane w dokumentalnym stylu. Nie ma tutaj wielkich gwiazd, tylko solidny charakterystyczni aktorzy, których część może być znajoma. Dialogi to niemal w zasadzie rozkazy, komendy, komunikacja z dowództwem. Nie ma tu żadnego tła, bliższego poznania bohaterów, ograniczając się do czynów. Garland z Mendozą przypominają naukowców, którzy obserwują insekty pod mikroskopem, skupiając się na samym zachowaniu w sytuacji ekstremalnej. Nie mniej, nie więcej, bez patosu, bez heroizmu, nawet bez ilustracji muzycznej.

Jedyny moment, gdzie panowie pozwalają sobie na szaleństwo stylistyczne jest moment wysadzenia wozu ratunkowego przez bombę improwizowaną. Wszystko ma taki mocno żółty kolor, a jeszcze bardziej wbija tu DŹWIĘK. Wytłumiony, zaś w kilku chwilach w zasadzie nie ma go w ogóle (udzielanie pomocy medycznej ciężko rannemu Elliotowi). To jeszcze bardziej potęguje poczucie zagrożenia, osaczenia oraz napięcia. Zupełnie jakbym był w samy środku tego chaosu (może poza scenami lotniczymi z drona), pozwalając poczuć to, co inni weterani.

Najbardziej surowy z filmów wojennych, jakie powstały w ostatnich latach. Świetnie zagrany, bardzo prosty w formie, ale też najbardziej immersyjny ze wszystkich tego typu filmów, czego się nie spodziewałem. Jedyna szkoda to fakt, że film ten trafił od razu na platformy streamingowe, bo w kinie zrobiłby jeszcze lepsze wrażenie. Jak (prawie) każda produkcja wojenna.

8/10

Radosław Ostrowski

Superman (2025)

Do trzech razy sztuka? – chciałoby się rzec Warner Bros, gdy postanowili znowu stworzyć Kinowe Uniwersum DC. Teraz jednak postanowili wziąć sprawy poważnie. Założyli DC Studios, zaś do prowadzenia go wzięli Jamesa Gunna oraz Peter Safrana. I to ten duet ma odpowiadać za kreatywność i jakość zarówno wszystkich produkcji. A teraz właśnie dostajemy pierwszy film tego nowego świata, czyli „Supermana” – najbardziej ikoniczną postacią komiksów DC. Czy ta inkarnacja godna jest legendarnej wersji Richarda Donnera?

W tym świecie Superman (David Corenswet) na naszej planecie znajduje się już 30 lat. Ujawnił się trzy lata temu, stając się zaskakująco popularnym, a także spotyka się od trzech miesięcy z Lois Lane (Rachel Brosnahan). Jednak sytuacja i popularność Człowieka ze Stali zmienia się, gdy interweniuje w konflikcie zbrojnym między dwoma krajami. Bez konsultacji z rządem, wojskiem, kimkolwiek. A w międzyczasie Lex Luthor (Nicholas Hoult), właściciel korporacji LutherCorp, ma jeden cel i jeden cel tylko ma: zabić Supermana. Już przygotował bardzo dokładny plan działania w celu zdyskredytowania Kal-Ela oraz jego eliminacji.

W tej wersji „Supermana” Gunn nie bawi się w genezę Człowieka ze Stali, tylko od razu rzuca nas w sam wir wydarzeń. Nasz heros dostaje srogi łomot, ląduje gdzieś na Antarktyce i z pomocą psa Krypto (uroczy zwierzak!) wraca do Twierdzy Samotności. Rzadko coś takiego się dostaje na sam początek, a to dopiero początek niespodzianek. Gunn czerpie z komiksów nie tylko kolorystykę (to najbarwniejszy film superbohaterski od bardzo dawna), ocierając się o camp, lecz także zachowując charakter naszego Supka. Jest on bardzo naiwny, wierzący w dobro ludzi i każdą sprawę traktuje jednakowo poważnie (uratuje dziecko, dorosłych, a nawet wiewiórkę), działając odruchowo oraz z potrzeby serca. I to pakuje go w kłopoty, zaś jedno wydarzenie zmusza go do postawienia pytań o swoją tożsamość.

Do tego miksu reżyser wrzuca odrobinę geopolityki, metaludzi w postaci Gangu Sprawiedliwości (Zielona Latarnia, Hawkgirl i Mr. Terrific), intryga Luthora – jest gęsto oraz ciasno. Ale ku mojemu zdziwieniu udaje się tu zachować balans między postaciami, wątkami oraz postaciami w tak krótkim czasie. Sama akcja wygląda imponująco (szczególnie walka z Kaiju), chociaż używa się tu sporo zbliżeń na twarz (szczególnie podczas lotu), nietypowych kątów czy długich ujęć (starcia Mr. Terrific w bazie wojskowej pokazana z perspektywy chronionej polem ochronnym Lois). Niemniej muszę przyznać, że czasem humor nie zawsze trafia, muzyka nie zapada w pamięć, a niektóre postacie nie mają zbyt wiele czasu ekranowego (Perry White, Hawkgirl).

Muszę jednak przyznać, że Gunn ma nosa w kwestii castingu. Bardzo zaskoczył mnie nieznany David Corenswet, który dla mnie jest najbardziej pokornym Supermanem, jakiego widziałem na ekranie. Ma odpowiednią prezencję, charyzmę oraz świetnie oddaje charakter Człowieka ze Stali, bez popadania w śmieszność. Równie fantastyczna jest Rachel Brosnahan i muszę przyznać, że to moja ulubiona interpretacja Lois Lane. Jest bardzo charakterna, zadziorna, twardo dążąca do prawdy i potrafi sobie sama radzić. Chemia między nią z Davidem jest bardzo silna, stanowiąc jeden z najmocniejszych atutów filmu. Ale całość skradł rewelacyjny Nicholas Hoult w roli Luthora – dzianego korposzefa, będącego bardzo chłodnym, zimnym psychopatą, którego nienawiść czuć w każdym wypowiadanym słowie. Facet jest brutalnym narcyzem, stanowiącym godne wyzwanie dla Supka. Odrobinę lekkości wnosi cudowny Nathan Fillion (Guy Gardner aka Zielona Latarnia) oraz Edi Gathegi (Mr. Terrific), parę razy zawłaszczając ekran.

Wielu było sceptycznych i wielu miało wątpliwości, czy nadal jest miejsce dla słynnego herosa z Kryptonu. Jednak James Gunn niczym Richard Donner w filmie z 1978 roku, podchodzi do materiału źródłowego z szacunkiem i bez poczucia wstydu. To zaskakująco dobra rozrywka oraz solidny fundament pod nowe uniwersum, bez wciskania na siłę innych postaci. Chcę zobaczyć kolejną przygodę Supermana, a także uważnie będę się przyglądał kolejnym ruchom DC Studios.

7,5/10

Radosław Ostrowski