Nawiedzony dom na wzgórzu – seria 1

Hill House – jak sama nazwa wskazuje, znajduje się na wzgórzu. I kiedyś tam mieszkała rodzina Crane’ów, która planowała wyremontować budynek oraz sprzedać go z zyskiem. Problem w tym, że doszło do tragedii (matka popełniła samobójstwo) i cała ocalała rodzina (ojciec + 5 dzieci) oddali się od tego miejsca jak najdalej się da. Tylko, że pozostawił on na nich niezmazalne piętno i po 26 latach bardziej przypominają wychłodzone, pozbawione emocji istoty. Demony mają to do siebie, że lubią powracać. Kiedy najmłodsza siostra popełnia samobójstwo, reszta rodziny musi się skonfrontować z przeszłością.

nawiedzony dom na wzgorzu1-1

Netflix i horror? To połączenie nie miało prawa wypalić pod żadnym pozorem. Jednak za kamerą stanął Mike Flanagan, który idzie mniej oczywistymi kierunkami niż standardowi rzemieślnicy kina grozy. Na ekran przeniósł powieść Shirley Jackson opowiadającym o nawiedzonym domu i już pewnie sobie wyobrażacie jak to będzie wyglądać: nachalne jump-scare’y z równie nachalną muzyką, duchy w SiDżiAj, ciemnie, niewyraźne ujęcia, błaha fabuła, podprogowy montaż. Bo mroczny oraz niepokojący klimat można osiągnąć na kilka różnych sposobów. Reżysera bardziej interesuje pokazanie trudnych relacji zbudowanych na kłamstwach, niewyleczonych traumach oraz nieufności. Wypadkowa masek, cynizmu, wrogości, egoizmu, skrywającego traumę, samotność i potrzebę bliskości. I każdy z tych bohaterów przeszedł swoją drogę: pisarz, zarabiający na pisaniu o nawiedzonych domach, właścicielka domu pogrzebowego, dziecięcy psycholog, narkoman nie potrafiący pokonać swojego nałogu oraz jego bliźniaczka, z bardzo zwichrowanym umysłem. Niemal każda z postaci dostaje swój odcinek (pierwsza połowa serialu), dzięki czemu możemy bliżej je poznać: ich tajemnicę, pracę, leki oraz zagubienie. By jednak uatrakcyjnić całość, stonowana jest (niczym w „Oculusie”) dwutorowa narracja: przeszłość (pobyt w Hill House oraz zdarzenia sprzed kilku lat) przeplata się z dniem dzisiejszym, stanowiąc bardzo płynną całość.

nawiedzony dom na wzgorzu1-2

„Nawiedzony dom..” bardziej przypomina psychologiczny dramat, gdzie groza oraz elementy nadnaturalne są tylko dodatkiem. Elementy strachu pojawiają się albo nagle i gwałtownie, albo przewijają się gdzieś w tle, przez co można je całkowicie przeoczyć. Nie oznacza to jednak, że nie ma tutaj napięcia czy poczucia zagrożenia, co pokazuje odcinek szósty, gdzie mamy to samo zdarzenia (burza) w dwóch różnych miejscach. A że całość została nakręcona za pomocą kilku mastershotów, eksplozja wydaje się nieunikniona i działa to wręcz perfekcyjnie. Choć całość może wydawać się bardzo spokojna (sama konfrontacja z przeszłością to w sumie dwa odcinki), nie miałem poczucia znużenia. Dla mnie troszkę zaskakujący może być finał opowieści, jednak nie popada w banał i wyjaśnia kilka rzeczy. Ta przeplatana narracja służy jeszcze jednej rzeczy – pokazaniu oraz zderzeniu tego, co widzieli bohaterowie z tym, co się działo naprawdę. I pewne rzeczy potrafi nam podsunąć nieujarzmiona wyobraźnia.

nawiedzony dom na wzgorzu1-3

Za to jestem pod ogromnym wrażeniem aktorstwa. Zarówno dzieci (młodsze odpowiedniki rodzeństwa), jak i dorośli wypadają co najmniej bardzo dobrze. Co bardzo zaskakuje nie ma tutaj zbyt rozpoznawalnych – przeze mnie twarzy (wyjątkiem od tej reguły jest Carla Gucino w roli matki oraz Timothy Hutton jako starsze wcielenie ojca), będąc dla mnie dodatkowym atutem. Na mniej największe wrażenie zrobił absolutnie kapitalny Henry Thomas (młodsze wcielenie ojca), który próbuje pokazać zarówno racjonalność oraz opanowanie zmieszane z poczuciem bezradności wobec sił zła. Poza nim warto wspomnieć kradnącą ekran Kate Siegel (bardzo zdystansowana od reszty Theo) oraz wyciszonego Olivera Jacksona-Cohena (narkoman Luke) i balansującą na granicy przerysowania Victorię Pendretti (rozedrgana Nelly). I nie czuć tutaj fałszu między żadną z tych postaci, co jest bardzo trudne do opanowania.

nawiedzony dom na wzgorzu1-4

„Nawiedzony dom…” to jeden z najciekawszych oraz najbardziej intrygujących seriali grozy od czasu „American Horror Story”. Spójna fabuła, bardzo pewna reżyseria, bardzo dobre aktorstwo, a także konsekwentne budowanie atmosfery potwierdzają talent Flanagana. Wielu mocno podzieliło zakończenie, będące słodko-gorzkim happy endem, ale do mnie w pełni trafia. Dajcie szansę temu niepozornemu domostwu, a poczujecie ciarki na plecach.

8/10

Radosław Ostrowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s