Kari – Wounds and Bruises

Wounded_and_Bruises

Dwa lata temu zadebiutowała i przykuła uwagę wielu słuchaczy nie tylko w Polsce. Teraz Kari Amirian powraca z nowym materiałem, który brzmi dość nietypowo dla niej.

Tym razem wokalistka podjęła współpracę z producentem Johnem Headleyem, specjalista od muzyki elektronicznej. I ta mieszanka żywych instrumentów z elektroniką działa naprawdę mocno, choć utworów jest tylko dziewięć. Widać też, że nie ma tutaj powtarzania starych patentów i ciągle szukamy nowych brzmień. Słychać już w „I Am Your Echo” z przegłosami i pulsującą elektroniką, która tworzy naprawdę specyficzny klimat. Singlowy „Hurry Up” tylko potwierdza ta atmosferę z dzwonami i harfą na pierwszym planie czy w tytułowym utworze. Klawisze pulsują, nakładają się i nie wywołują irytacji, co dla mnie jest absolutna zaletą. Czasami zapętla się („Too Late” z ciągnącymi się skrzypcami), nabiera bardzo oszczędnego tonu („I Surrender” z bardzo fajna perkusją czy „The One” z pianistycznym wstępem), zaś finał po prostu powala (prawie 8-minutowy „Elijah”). No i słucha się tego kapitalnie, budząc skojarzenia, m.in. z Woodkidem czy Ms. No One.

Zaś sam głos Kari w zasadzie jest taki jak przy debiucie, czyli bardziej stonowany i spokojny, jednak tutaj zdarzają się bardziej ekspresyjne momenty („I Am Your Echo”), ale nie trzeba się tu specjalnie popisywać, żeby przykuć uwagę.

Amirian jest jednym z najciekawszych głosów na polskiej scenie muzycznej, choć łatwo ja przeoczyć. Uważnie się wsłuchajcie, bo możecie go łatwo przeoczyć.

8/10

Radosław Ostrowski

Scorpions – MTV Unplugged Live in Athens

Scorpions_MTV_Unplugged

Ten zespół działa już od ponad 40 lat, ale w 2011 roku ogłosił zakończenie kariery. I ruszyli w trasę koncertową, która jakoś nie może się skończyć. Niemiecka grupa Scorpions postanowiła w tym roku zagrać trzy koncerty dla „MTV Unplugged” w amfiteatrze Lycabettus w Atenach. A dwupłytowy album (+ DVD) jest zapisem tego wydarzenia.

Wybór utworów nie jest zbyt zaskakujący. Są starsze kawałki (m.in. „Pictures Life” czy „Speedy’s Coming”), wielkie hiciory („Still Loving You” czy „Rock You Like a Hurricane”), ale jest też pięć nowych kawałków (m.in. (instrumentalny „Delicate Dance” Matthiasa Jabsa i „Rock’N’Roll Band”). Jednak tak naprawdę wszystko zależy od aranżacji, bo jak zespół rockowy gra koncert akustyczny, wtedy traci połowę swojego ognia. Na szczęście zespół wybrał naprawdę dobrych współpracowników, czyli tzw. Szwedzki gang pod wodza Michaele Norda Anderssona i Martina Hansena. A ci goście zrobili cuda, tworząc bardzo odpowiedni klimat. Nie brakuje stonowanego grania („Born to Touch Your Feelings” z pięknym akordeonem i smyczkami), zahaczenia o country („Dancing with the Monnlight” czy „Where the River Flows” z harmonijkami ustnymi), chórków („The Best Is Yet to Come”) oraz sekcji smyczkowej („Still Loving You” czy „Send By the Angel”), a nawet pojawia się sitar („When You Came Into My Life”). zaś publiczność bardzo żywo reaguje i brzmi to naprawdę dobrze (a nawet bardzo) – jest moc w tym. A Klaus Meine jest po prostu w wysokiej formie jako wokalista.

Poza tym zespół zaprosił paru gości, którzy ubarwili to wydarzenie. Nieźle wypadli rodacy, czyli Cäthe („In Trance”) i Johannes Strate („Rock You Like a Hurricane”). Także grecka aktorka Dimitra Kokkori w „Born to Touch Your Feelings” wypadła dobrze, choć pojawia się bardzo krótko, podobnie Ina Muller w „Where the River Flows”. A całe szoł ukradł Morten Harket w „Wind of Change”.

Zespół trzyma się naprawdę dobrze i chyba zweryfikował plany zakończenia działalności. Samo wydawnictwo naprawdę trzyma poziom i jestem pozytywnie zaskoczony, bo piosenki nie straciły nic ze swojej energii.

8/10

Radosław Ostrowski

Arcade Fire – Reflektor

EnjoY_In_Music

Kanadyjczycy z Arcade Fire są naprawdę konsekwentni. I tak jak zawsze po 3 latach objawił się nowy album – tym razem podwójny, który zbiera świetne recenzje i ma bardzo nietypową okładkę. Co tym razem z tego wyszło?

I pierwsze co rzuca się w oczy, to długość poszczególnych nagrań (spora część to ponad 4 minutowe kawałki), a także coraz większy wpływ elektroniki (tytułowy kawałek, gdzie jeszcze wpleciono saksofony i Davida Bowie), choć gitara (tutaj bardziej w tle), sekcja rytmiczna i smyczkowa też ma coś do powiedzenia, ale każdy utwór jest przełamywany, bardziej wyrafinowany i mniej monotonny. Ale jest to bardzo specyficzna muzyka (co słychać m.in. we „Flashbulb Eyes”), mocno czerpiąca z czegoś, co mainstream już dawno wypluł. A jednocześnie jest naprawdę lekko i bardzo przyjemnie. Różnorodność tempa (szybki początek i koniec „Here Comes the Right Time”, a w środku spokój i wyciszenie), skręty w popowe granie („You Already Know”), które tylko pozornie wydaje się proste („Joan of Arc”), ale siła rażenia jest naprawdę mocna i miejscami mroczna (zwłaszcza drugi album), w czym pasuje wokal duetu Butler/Chassgne.

Także warstwa tekstowa zasługuje na uznanie, choć tematyka może mało zaskakująca, to sposób opowiadania o niej jest daleki od słodzenia dla nastolatków. Tutaj miłość ma mroczniejsze odbicie, co pokazują najbardziej „Reflektor”, „Porno” czy utwory o Orfeuszu i Eurydyce („Awful Sound” i „It’s Never Over”).

„Reflektor” jest najspójniejsza płytą w dorobku Arcade Fire, która dorównuje ich debiutowi i pokazuje, ze zespół ciągle się rozwija i szuka nowych dźwięków i form ekspresji. Znakomite wydawnictwo, które nie przynudza.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Arcade Fire – The Suburbs

The_Suburbs

I zgodnie z tradycją, na kolejny album zespołu Arcade Fire, który zyskiwał coraz większą rzesze fanów, trzeba było poczekać trzy lata. A że poprzednie płyty utrzymywały wysoki poziom, to wiele liczono po „The Suburbs”.

Album zawierał aż 16 utworów, za których produkcje odpowiadał zespół oraz Markus Draws, który współpracował m.in. z Coldplay, Mumford & Sons i The Maccabees. Samo brzmienie stało się prostsze, bardziej chwytliwe, ale jednocześnie mam wrażenie, ze jest to concept-album opowiadający o życiu na przedmieściach. Instrumentarium w zasadzie się nie zmieniło – gitara, elektronika, perkusja. A także obowiązkowo pojawiają się smyczki (szybkie i ostre „Empty Room”), klaskanie („City with No Children”), saksofon („Suburbian War”) i róg francuski („We Used to Wait”). „Przedmieścia” są znacznie spokojniejsze i bardziej stonowane od poprzedników, co pod koniec robi się coraz bardziej nużące, choć zdarzają się próby ubarwienia (punkowe „Month of May”). Niemniej jest to dość spójny materiał z niegłupimi tekstami oraz dobrymi wokalami.

Dla mnie „The Suburbs” jest lekkim krokiem w tył, choć trzyma solidny poziom. Ale liczyłem na coś lepszego i ciekawszego.

7/10

Radosław Ostrowski


The Piano Guys – A Family Christmas

A_Family_Christmas

No i wracamy do tematu świąt. Czym można jeszcze w tej warstwie zaskoczyć? Zespół The Piano Guys, którzy są jedna z popularniejszych grup na Youtube pokazuje, że tak. Grupę tworzą: wiolonczelista Steven Sharp Nelson i pianista Jon Schmidt, a także Al. Van der Beek (producent i autor tekstów z w/w) oraz Paul Anderson (reżyser teledysków).

Ich trzecia płyta zawiera utwory świąteczne rozpisane głównie na fortepian i wiolonczelę. Żadnego śpiewana (przynajmniej przez członków zespołu). Jednak poza tymi dwoma instrumentami, które robią wszystko, by zbudować bardzo pogodną atmosferę pojawiają się bębenki („Good King Wenceslas”), skrzypce (orientalny „Carol of the Bells/God Rest Ye Merry Gentleman”) czy pstrykanie („Let It Snow/Winter Wonderland”) i wokalizy („Still, Still, Still”). Choć utwory są dość ograne i oczywiste, to jednak wykonanie zaskakuje i robi dobre wrażenie. Emocjonalne, poruszające i przede wszystkim bardzo proste, bez kombinowania oraz udziwniania na siłę. Ładne, proste i bardzo przyjemne.

7/10

Radosław Ostrowski


Michele McLaughlin – Waking the Muse

Waking_the_Muse

Zostawmy teraz święta i takie tam bzdety. Czas na coś bardziej delikatnego, mnie kłującego w uszy i najlepiej bez słów. Dlatego natrafiłem na płytę pianistki Michele McLaughlin, którą poznałem w zeszłym roku.

„Waking the Muse” to kolejny instrumentalny album w całości oparty na fortepianie. I jak ten instrument gra? Bardzo dobrze i przede wszystkim różnorodnie. Od mocnych uderzeń zagranych bardzo szybko (utwór tytułowy, „Misty Fjords”) przez stonowane i bardziej melancholijne dźwięki („A Different Radiance”) oraz wypadkowa obydwojga (walczyk „Radiance” czy mieszające tempo „Spiritual Awakening”). Tytuł każdego utworu jest kluczem do tego, co mamy usłyszeć, gdy zamkniemy oczy – wtedy dźwięki fortepianu malują obrazy (pod warunkiem, że posiadamy wyobraźnię jeszcze), a jednocześnie jest to bardzo kojąca i piękna muzyka, której słucha się dobrze, ale raczej tylko w pojedynkę. I choć za oknami zima (powiedzmy, bo śniegu już tam niewiele zostało) to ten album jest naprawdę ciepły, wręcz gorący od emocji malowanych za pomocą tylko jednego instrumentu. Nie brakuje też podniosłości („Graditute”), nadziei („Until We Meet Again”) czy radości („The Little Red Bird”) – taka różnorodność i emocjonalny wachlarz są zdecydowanie na plus wydawnictwa, które szczerze polecam ludziom szukając wyciszenia, stonowania i czegoś mniej oczywistego.

8/10

Radosław Ostrowski


10,000 Maniacs – Music from the Motion Picture

Music_from_the_Motion_Picture

Ten zespół to już trochę zapomniana legenda lat 80-tych. Sławę przyniosły ich wersje „Because the Night” Patti Smith oraz „Trobule Me”. Grupę przez lata tworzyli: Dennis Drew (klawisze), Steve Gustafson (bas), Chet Cardinale (perkusja), Robert Buck (gitara) i Terry Newhouse (wokal), a także John Lombardo (gitara) i Natalie Merchant (wokal). Ale pojawiły się różne roszady, perturbacje, które spowodowały, że zespół ucichł po 1998 roku (ostatni album). Po 15 latach dziesięć tysięcy maniaków postanowiło wrócić z nowa płytą. I jaki jest efekt?

Roszady były poważne, bo z założycielskiego składu został tylko Gustafson i Drew, do których dołączyli Jerome Augustyniak (perkusja), Jeff Erickson (gitara) oraz Mary Ramsey (skrzypce, wokal). Ale to nadal proste, delikatne, rockowe granie. Ale takich kapel jest z tysiące, a i ta niespecjalnie się wyróżnia. Jest nudno, szaro i pusto – i nawet skręty w reggae („It’s a Beautiful Life”) oraz naprawdę solidne wokale Ramsey & spółki nie są w stanie uratować „Music from the Motion Picture” przed porażką. Dla mnie po prostu zbyt nijakie.

1/10

Radosław Ostrowski

Nick Cave & the Bad Seeds – Live from KCRW

Live_from_KCRW

Płyty koncertowe zawsze są wyzwaniem dla artystów i wykonawców, bo one pokazują formę ich. Bez wsparcia studyjnych sztuczek i modulacji głosem, trzeba wyjść do publiki i zagrac najlepiej jak się tylko umie. To postanowił zrobić Nick Cave z zespołem, podczas trasy promującej ostatnia płytę.

Album jest zapisem koncertu w rozgłośni radiowej KRCW z Los Angeles dnia 18 kwietnia tego roku. Poza utworami z ostatniej płyty (m.in. „Mermaids”, „Push the Sky Away” i otwierające całość „Higgs Boson Blues”) nie brakuje największych przebojów. Utwory te są nagrane w bardziej spokojnym tempie, bez przesadnych udziwnień, za to z mocno rozbudowanymi partiami pianina, skrzypiec i klawiszy. Ale i gitara elektryczna tez się odzywa jak w „Stranger Than Kindness”, ale ta oszczędna aranżacja jest na plus, co słychać w „The Mercy Seat”. Zaś zespół naprawdę jest bardzo zgrany, aranżacje bardzo klimatyczne, nie jest to też przenoszenie utworów w skali 1:1 z płyty (solo gitary w „Mermaids”), zaś publiczność reaguje dość oszczędnie, czasami pozwalając sobie na wybuchy.

Zaś sam Cave jest po prostu w świetnej formie, a jego głos jest po prostu poruszający i pełen ekspresji, choć może nie od razu to słychać. Ale zespół nadal jest w wielkiej formie, a ten koncert tylko to potwierdza. To trzeba po prostu mieć.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Apocalyptica – Wagner Reloaded

Wagner_Reloaded

Połączyć muzykę klasyczną z ostrym rockowym graniem próbowało wielu. I wtedy pojawiła się Apocalyptica – fiński zespół składający się z pięciu wiolonczelistów (obecnie tylko trzech + gitarzysta i perkusista), którym rozgłos przyniosły ich aranżacje hitów Metalliki. Ale panowie są ambitniejsi i tym razem postanowili się zmierzyć z muzyka Ryszarda Wagnera.

„Wagner Reloaded” jest pierwszą płytą koncertową zespołu (zapis z Leipzig), gdzie zespołowi towarzyszy orkiestra symfoniczna radia Leipzig. Wyszła z tego muzyka podniosła, z mocnymi uderzeniami perkusji i gitary elektrycznej, która po prostu dokonuje zniszczenia oraz zagłady obecnych. Słychać to najbardziej w energetycznym „Fight Against Monsters” oraz spokojniejszym „Stormy Wagner”, gdzie swoje robią dęciaki czy „Flying Dutchman” (orkiestra zaczyna mocno i podniośle, a potem wchodzi gitara i perkusja, wywołując niepokój). Ale są też elementy wyciszenia jak poruszająca „Lullaby” (same wiolonczele, a pod koniec słychać nawet niemowlaka) czy radosne „Bubbles” (choć dźwięki wiolonczel trudno nazwać radosnymi). Ale to tylko chwila, bo „Path in Life”to powrót do mocniejszych i bardziej podniosłych momentów czy lekko chaotycznego „Creations of Notes”. I ta huśtawka tempa oraz emocji trwa aż do samego końca, zaś publiczność reaguje entuzjastycznie.

Innymi słowy jest to naprawdę porządne łojenie za pomocą smyczków (wiolonczel), a mieszanka muzyki klasycznej z rockową jest odpowiednio zbalansowane i nie przynudza. Solidna robota i tyle.

8/10

Radosław Ostrowski

Stacey Kent – Candid Moments

Candid_Moments

Najlepsze składanki dla mnie to tych wykonawców, których nie znam. Kimś takim dla mnie była Stacey Kent – wokalistka jazzowa z kraju zwanego Nowym Jorkiem (wróć, to miasto jest przecież). Owszem, jej ostatnia płyta zrobiła na mnie wrażenie, ale nie znałem jej wcześniejszych dokonań.

Jak się domyśliliście, będzie na jazzową modłę. Więc nie zabraknie obowiązkowego fortepianu, jeszcze znajdzie się tu delikatna gitara elektryczna („Hushabye Lullaby”) i w ogóle taki bardziej chilloutowy klimat. Ale nie brakuje trochę żywszych momentów („Too Darn Hot” z bębenkami), choć większość piosenek to covery, ale co zrobić. Nie przeszkadza to, bo jest to muzyka zagrana i zaśpiewana z klasą i bardzo elegancko, czyli tak jak być powinno. W dodatku muzycy robią swoje (m.in. pianista Dave Chamberlain, gitarzysta Simon Thorpe i flecista Jasper Kvilberg), tworząc ten lekki klimat.

Nie ma sensu się dłużej rozpisywać, bo jak ktoś nie lubi takiego brzmienia, nie powinien słuchać tej płyty. Natomiast cała reszta jak najbardziej, bo to udany i bardzo przyjemny materiał.

7/10

Radosław Ostrowski